Archiwum | emil@fuse.pl

Etos Zróbtosamowca

Wychodzi mi na to, że cała moja kariera internetowego pisarczyka zamyka się w syzyfowym cyklu wpadania na doskonały pomysł i patrzeniu, jak ten pomysł toczy mi się na sam dół, na karty notatnika. Nawet teraz, pisząc o tym, nie piszę o czym miałem. A miałem pisać o Linuksie. Osiem lat temu myślałem, że miałbym doskonały tekst o mojej dziesięciolatce z tym systemem, potem przepuściłem piętnastoletnią rocznicę, bo myślałem, że szesnastoletnia będzie doskonała jako żart, bo to taka okrągła rocznica.

To było dwa lata temu i mogę Wam obiecać, że za dwa lata też nie napiszę na dwudziestą. Prawdopodobnie. Szczerze mówiąc nawet nie wiem, co można powiedzieć, zmiany w tych latach są tak daleko idące, że nie potrafiłbym ich wymienić. Te na gorsze łatwiej, bo człowiek współczesny żyje lepiej w trybie auto-wzburzenia. Jeśli nie mogę zebrać się na jakiś sensowny raport z tego, co było, może lepszym tekstem byłby moje zeznania: „czemu się skazałeś na taki los?”.

Kiedy zaczynałem z Linuksem, system ten miał przypiętą łatkę ziemi obiecanej dla smutnych, zbyt chudych, zbyt grubych, brodatych, cytujących religijnie programy komediowe, ateistów z twarzami naznaczonymi binarnie pryszczami, mieszkających w ciemnych norach, w których nocami popychają kijami od szczotki pakiety. Wpasowując się idealnie w ten stereotyp wiedziałem, że to miejsce, gdzie odnajdę — jeśli nie szczęście — zadowolenie.

To oczywiście żart. Trochę. Moją krótką przygodę z Windowsem (2001-2002) zakończyło uzależnienie się od radykalnej i bezwzględnej wolności do robienia tego, co mi się podoba. Automatyzacji. Zmieniania. Zestawiania ze sobą rzeczy, które osiągają masę krytyczną niszcząc system, oraz wiedza, że mogę go odbudować, jeśli tylko zrozumiem dlaczego eksplozja nastąpiła. Wiele z tego to tylko żonglerka piłami łańcuchowymi, gdzie widz podziwia bezużyteczną umiejętność i ma trochę nadzieję, że żongler złapie za którymś razem za ostrą część. Jest jednak druga strona, ktoś kto ma 12 pił będących jego źródłem utrzymania bardzo szybko uczy się, jak się je oliwi, ile trzeba wlać paliwa na jeden pokaz żeby było ekonomicznie i wreszcie, jak nie łapać za tę część, która przynosi natychmiastowy ból i odbiera zdolność liczenia do 10 bez ściągania butów.

Któregoś dnia, zaproszony na piwo przez sąsiadów którzy mieli jakieś tam znajomości z moją ówczesną dziewczyną, próbowałem im wytłumaczyć jak działa to całe otwarte oprogramowanie. Byli to bardzo grzeczni ludzie, jedyną rzeczą wychylającą się poza normę, było to że jeździli motorynką po mieszkaniu, więc słuchali uważnie i typowym dla gospodarzy zainteresowaniem, gdzie nie spoglądasz na zegarek. Wysnułem analogię: jest wielu autorów opowiadań oraz ktoś, kto zbiera je do kupy i wydaje antologię. Wydawało mi się, że to bardzo dobra analogia, bo nikt nie robi jednego i drugiego dla fortuny. Nie wiem, czy to kupili.

Bezcelowa anegdota, ale ukazuje co mnie zwabiło.

Komputer osobisty nazywa się tak dlatego, że mamy do niego fizyczny dostęp i przechowuje nasze prywatne dane. Ja posiadam komputer swojski, jak smak matczynej pomidorówki z ryżem. Robi to, co mu mówię. Chyba że popełniam błąd, ale za radykalną wolnością idzie też odpowiedzialność za czyny. Kiedy mówię mu „skacz!” pyta, „jak wysoko?”. Odpowiadam: 129, a on zapada się pod ziemię.[rel]ciężki żart[/rel]

Postanowiłem o tym napisać, gdyż dziś, mimo zaaplikowania dopiero jednej kawy, ukazał mi się bóg wszystkich Zoś-Samoś i wyszeptał mi do ucha, „ha ha, niezły haks, ziom.”, więc opowiem, jak było.

Do czytania poczty używam Mutta, którego sloganem jest „wszystkie klienty poczty ociągają, Mutt mniej”, co jest prawdą. Ponieważ moje życie spędzam przybity do konsoli terminala, używam wraz z nią programu tmux, który pozwala na uruchamianie wielu aplikacji podczas jednej sesji i umieszczenia ich w tabach, tak ja Wy to robicie z kartami przeglądarki. Nieustannie, przez nieuwagę lub zwykłe zapomnienie, odpalam kilka kopii Mutta, co zwykle nie powoduje problemów, ale często psuje mi ciąg pracy, bo trafiam na złego. Linuks nie pyta, po co Ci 37 klientów pocztowych, widocznie masz taką potrzebę. Znów, radykalna wolność do bycia niekompetentnym. Kiedy o 9 rano doszedłem do trzeciego Mutta coś we mnie strzeliło i pomyślałem, „nie no, kurwa, to już jakieś żarty, zaraz się wścieknę i to naprawię!”.

Ponieważ musiałem wejść do biura postanowiłem przemyśleć problem człapiąc się ulicami. Dosłownie człapiąc, gdyż skręciłem nogę i trasa, która zajmuje mi normalnie nie więcej niż kwadrans teraz potrafi się przeciągnąć nawet do minut czterdziestu.

Przeczytałem dokumentację, drugą i zanim wypiłem pierwszą szklankę kawy w biurze, miałem rozwiązanie. Skrypt, który, jeśli wywołuję polecenie po raz drugi, nie odpala aplikacji kolejny raz, przełącza tab na ten, który ją zawiera. Zatarłem ręce i zaśmiałem się do siebie. Dwanaście pił łańcuchowych krążyło w powietrzu, bez widowni, a ja byłem zadowolony, że osiemnaście lat nie poszło na marne! Tylko w życiu osobistym, ale ono, oczywiście, nie przychodzi z kodem źródłowym, a Jahwe nie akceptuje patchy.


Buenos Aires


We’re fine. We’re fine here now, thank you. How are you?


Humanum TERMINATED est


Wyciek godny zaufania


Zbieractwo: Holes in your pocket


Jeszcze prawie trzy kilometry, mam czas sobie to zapisać


3.5mm do nieba


Game Days 2015: tête-à-tête


Retroboat 2015: widok z okopu


Złe słowa


Przypowieść o otwartych okienkach


Niesamowita Łaska


Musisz być kimś


Retro już było


Piątki poprzedzają poniedziałki


Puchar Z


Pixel Heaven 2014


Kto zna języki ten ma wyniki


Poważnie nie na żarty