Archiwum | emil@fuse.pl

Rozszczepienie

Zanim Reddit stał się pierwszą stroną Internetu, był trzecią. Nie istniał jeszcze ekosystem pozwalający zwykłym użytkownikom na relatywnie tani dostęp do zawszedostępnego składu informacji, a serwisy hostujące obrazki dzieliły się na trzy rodzaje.

Ofertę darmową, obsraną wyskakującymi okienkami, obwieszoną reklamami, pod których ciężarem usługa czołgała się, irytując użytkowników. Ofertę płatną, obłożoną ograniczenami transferów i relatywnie kosztowną, często powiązaną z życiem profesjonalnym lub prywatnym, które może nie każdy chciał wiązać ze swoimi postami na Reddicie, gdzie tematem przewodnim jest dmuchanie kreskówkowych postaci, dosłownie. Istniały wreszcie serwisy chałupnicze, które studenci budowali w ramach podpieprzania zasobów serwera .edu.pl. Serwisy te często zapewniały szybkość i wygodę, a także pewność, że znikną one prędzej czy później bez słowa wyjaśnienia, grzebiąc twoje bardzo zabawne zdjęcia i łamiąc nieskończoną ilość odnośników ućkanych po forach.

Nie było dobrze, zwłaszcza w świecie, w którym obrazki — na serwisach takich jak Reddit, będących bezpośrednią ewolucją imageboardów — są największym dobrem.

Ktoś rzucił kiedyś pomysł, żebyśmy sfinansowali jeden z serwisów, który został demokratycznie wybranym docelowym miejscem do wieszania obrazków, bo prawdopodobieństwo podzielenia przez niego losu innych „dobrych serwisów powstałych z potrzeby społeczności bez pieniędzy” zaczęło oscylować dookoła jedynki.

Ludzie rzucili jakieś dolary i orkiestra grała dalej. O tym, że też rzuciłem, dowiedziałem się po latach z e-maila z podziękowaniami. Jestem tak szczodry, że nawet się nie chwalę i nie pamiętam, czyj serwis ratuję przed zgonem. Skromnie.

Minęły lata. Życie z datków, reklam i „sponsorowanych obrazków” było ciężkim chlebem.

W przemyśle podwykonawczym nie ma miłości. Nikt nie kocha gościa obierającego ziemniaki na zapleczu czy pilnującego, żeby mieszadło mieszało z dobrą szybością. Reddit używał serwisu Imgur tak, jak się używa podwykonawcy: z obojętnością, kiedy wszystko idzie dobrze, z nienawiścią, jeśli coś nie działa.

Nie widząc innej szansy na przetrwanie, Imgur postanowił zbudować własną społeczność, umożliwiając komentowanie i gromadzenie się pod różnymi banderami — sprawdzony przepis na zwabienie ludzi. Był dużo mniej przerażający niż Reddit (nie widzę młodych ludzi, którzy zacierają ręce, myśląc „Ojej, spartański design, gdzie w wątku o meczu są tysiące — wątkowanych! — komentarzy i osiem lat kultury opartej na sraniu we własne gniazdo! Dołączam!”). Użytkownicy wsiąkali więc na tyle szybko, że pojawili się nawet kapitaliści wysokiego ryzyka (cudzego) z workiem pełnym twardej waluty.

Większość użytkowników Reddita nadal używa Imgur jako miejsca zrzutu obrazków.

Uf, to historia, której mogłem nie pisać, ale mam pół litra zielonej herbaty do wypicia.

Użytkownicy Reddita wrzucają obrazki na Imgur bezwiednie, często anonimowo, półautomatycznie lub nawet automatycznie. Wszyscy nadal myślą o nim w kontekście serwisu usługowego. Gdy czasem kliknę jakąś galerię (praktycznie jedyny przypadek, kiedy ląduję na stronie ich serwisu bezpośrednio), widzę to, co widzi ich społeczność. I tu ostatnio zadumałem się.

Mamy sytuację, gdy jedna strona traktuje drugą przedmiotowo, ale ta druga, bez wiedzy pierwszej, rozwinęła własną kulturę i społeczność. Wszystkie obrazki trafiają więc do mieszkańców serwisu obrazkowego bez jakiegokolwiek kontekstu, a sam wrzucający nie ma najmniejszego powodu, żeby podejmować interakcję z elementem lokalnym.

Serwisy się widzą

Nie uderzyłoby mnie to, gdybym któregoś dnia nie nadganiał galerii subreddita /r/fountainpens — który, jak nazwa wskazuje, służy do chwalenia się piórami lub charakterem pisma („those who can’t, buy”) — i nie poczytał załączonych komentarzy. Ludzie pisali jakieś bzdety, bzdety, jakich nikt zainteresowany tym hobby by nie pisał. Popatrzyłem jeszcze, sytuacja się powtarzała.

Wyobraź sobie, że żyjesz gdzieś, gdzie jest nowocześnie i młodzieżowo. Co jakiś czas twój dom najeżdzają barbarzyńcy i wieszają na ścianach barokowe obrazy podpisane łaciną. Nigdy nie mówią nic, nie usprawiedliwiają się i nie tłumaczą. Wieszają i wychodzą. Żyjecie w dwóch przenikających się wszechświatach, obserwujecie to samo, widząc zupełnie coś innego. Nie w materialnym sensie, bo piksele są te same, ale cały sens pojawiający się wraz z odpowiednio umocowanym punktem widzenia jest inny.

Ten tekst nie zawiera żadnej puenty, gdyż do niczego Was nie przekonuję. To tylko jedna z tych obserwacji, od których robię „huh…”. Kiedyś bym ją zamienił w zbyt długą notkę o niczym.

Punkt widzenia zależy od zalogowania się.


Tay, otwórz drzwi


Lista Osobista: podkasty, część trzecia


Etos Zróbtosamowca


Buenos Aires


We’re fine. We’re fine here now, thank you. How are you?


Humanum TERMINATED est


Wyciek godny zaufania


Zbieractwo: Holes in your pocket


Jeszcze prawie trzy kilometry, mam czas sobie to zapisać


3.5mm do nieba


Game Days 2015: tête-à-tête


Retroboat 2015: widok z okopu


Złe słowa


Przypowieść o otwartych okienkach


Niesamowita Łaska


Musisz być kimś


Retro już było


Piątki poprzedzają poniedziałki


Puchar Z