Archiwum | emil@fuse.pl && crypto

Umówiłem się z nią na @833

Internet od zawsze był przestrzenią przyjazną eksperymentom i wynalazczości. I zgodnie z nazwą mojej ulubionej kolumny w „Młodym Techniku” — „Pomysły genialne, zwariowane i takie sobie”1 niektóre przetrwały nie tylko próbę czasu, ale stały się budulcem współczesnego świata. Inne wypadły z rąk twórców i z hukiem roztrzaskały się na betonowej posadzce rzeczywistości.

Pomysł, o którym chciałem Wam dziś opowiedzieć, tańczy na granicy tych trzech przymiotników. No, chyba, że będziemy patrzeć z punktu widzenia przyjęcia rozwiązania na rynku, wtedy nawet „takie sobie” to raczej laurka niż opis stanu faktycznego. Popatrzmy na niego oczami cyber-futurystów roku pańskiego 1998, kiedy Internet miał już pierwszy zarost.

Najważniejszym zadaniem sieci było połączyć nas wszystkich i stworzyć Globalną Wioskę, gdzie wektory wiedzy, różnorodności i zaradności dodadzą się rodząc sytuację, w której co drugi obywatel będzie Królem Filozofem. Dziś z perspektywy czasu widać, że idea wioski się spełniła: kumoterstwo, plotkarstwo i disko polo ma się dobrze.

Zostawmy jednak cynizm.

Kiedy zaczęliśmy pracować w globalnej wiosce okazało się, że wszyscy tyrają w systemie trójzmianowym. Idziesz do piekarza, a on śpi, gdyż jest na innym kontynencie, choć metaforycznie, na wyciągnięcie e-ręki. Strefy czasowe podstawiły nogę rozpędzającej się, globalnej, ekonomii. Próba umówienia się z kimś wymagała powtórki z geografii, ustalenia stref czasowych wszystkich uczestników, oraz tego, czy używają obecnie czasu letniego czy zimowego.

Swatch wpadł na pomysł jak rozwiązać ten nowy — na tę skalę — problem, sprzedając przy okazji niezłą górę zegarków. Swatch Internet Time!

Francja, po rewolucji, wprowadziła czas decymalny, oparty na 10 godzinach, które składały się z 100 minut po 100 sekund. Jako że ciężko się patentuje rozwiązania, które są jasno opisane w podręcznikach do historii, Swatch dokonał lekkiej modyfikacji: doba składała się z 1000 .beat, nie posiadały one strefy czasowej, więc były uniwersalne dla świata. Wystarczało, że umówisz się z nią na @833, weźmiesz od szefa akonto i wszyscy będą wiedzieć, kiedy to jest! Proste!

Oczywiście to nie zmieniło niczego w fakcie, że podróżujemy dookoła kuli plazmy i ludzie nadal śpią gdzieś kiedy zegarek Swatcha „wybija” @833.

Ja jednak byłem urzeczony pomysłem i choć nie miałem kontaktów z nikim, kto potrzebowałby się ze mną umówić w różnych strefach czasowych, dumnie włączyłem renderowanie ilości .beat na belce systemowej mojej Amigi. Próbowałem nawet nieśmiało podawać tak sformatowaną godzinę różnym znerdziałym znajomym, ale oni patrzyli tylko na mnie jak na dziwaka. Dwadzieścia lat później sytuacja nie uległa zmianie w tej kwestii.

Swatch nie był zadowolony z tego, że ich wynalazek jest tak beztrosko implementowany przez różnych obszarpańców, co pewnie nie mają zegarka ni garnituru i zrobił to, co każde lajfstajlowe korpo, zaczął ścigać „nielegalne dzielenie”, aż do momentu w którym nikt nie chciał się w to bawić. Trudno wymagać żeby każdy, z kim się umawiasz, miał zegarek tego samego producenta.

Dodatkowo Swatch, chcąc zapewne podbić wartość swojego wynalazku, wprowadził swoją własną strefę czasową, Biel/Switzerland, od której liczony był czas bazowy dla Internet Time.

Ktoś mógłby zapytać, czy jest jakaś merytoryczna różnica między umawianiem się na godzinę wg. UTC a tym oto wynalazkiem? Jest jedna, oczywista. Godzina z prefiksem @ jest bardziej e-cyber.

I tak pomysł genialny, bo stymulował fantazję o Jednym Świecie, zwariowany, bo ciężko wyobrazić sobie coś tak radykalnie dobrego żeby cały świat entuzjastycznie przytaknął, ale też taki sobie, bo w przeciwieństwie do innych zdobyczy epoki internetowej nie dane mu było oderwać się od cyca korpowładców.

A piszę o tym dlatego, że wracając wczoraj, lekko intelektualnie zmęczony imprezą, przypomniałem sobie o tym moim zegarku na belce Amigi i wymyśliłem, że dopiszę sobie to samo, tylko jako element belki tmuxa. Sama procedura jest trywialna.

  1. Weź obecną godzinę
  2. Policz ile sekund minęło od północy
  3. Ponieważ w 24h jest 86400 sekund, a chcemy 1000 jednostek, dzielimy to przez 86.4 i odrzucamy resztę
  4. Dzwoniący telefon to prawnicy szwajcarskich zegarmistrzów
  5. No division is illegal, hack the planet

Natychmiast po napisaniu kodu zdałem sobie sprawę, że jestem o godzinę za daleko. Jasne, muszę przekręcić datę na ich strefę czasową. Programowanie z uwzględnieniem stref czasowych przechodzi atrofię za każdym razem, gdy przestaję o nim myśleć. Poszedłem więc czytać dokumentację, ale za nic na świecie nie mogłem się dobrać do, nieoficjalnej przecież, strefy czasowej Swatcha.

Rzutem na taśmę odkryłem, że jest on równoważny UTC+1, dodałem więc brzydką arytmetykę na datach. Jestem pewien, że zrobiłem coś źle. Apple dwa lata wydawało iOS z błędem, który przestawiał budziki użytkownikom, a Microsoft miał firmware w Zune, które spowodowało, że jeden dzień nie dało się włączyć odtwarzacza. Skoro oni nie wiedzą, co robią, to ja też sobie pozwolę.

Efekt działania na terminalu:

#!/usr/bin/env python3
from datetime import datetime, timedelta
import pytz
import sys

def swatch_time(datetime_object = None, timezone_literal = 'Europe/Warsaw'):

    reset_clock = {
            'hour': 0,
            'minute': 0,
            'second': 0,
            'microsecond': 0
    }

    if not datetime_object:
        datetime_object = datetime.now()

    if not datetime_object.tzinfo:
        timezone = pytz.timezone(timezone_literal)
        datetime_object = timezone.localize(datetime_object)

    # Biel TZ is a unrecognized TZ that can be expressed as UTC+1
    # Thanks, Swatch
    swatch_timezone = pytz.timezone('UTC')
    datetime_object = datetime_object.astimezone(swatch_timezone) + timedelta(hours=1)

    midnight = datetime_object.replace(**reset_clock)
    time_delta = datetime_object - midnight

    if time_delta.seconds == 0:
        # don't divide against zero
        return 0

    return int(time_delta.seconds / 86.4)

if __name__ == "__main__":
    print("@{}".format(swatch_time()))
  1. Dział ten nazywałem też „Nygusem”, gdyż numery z lat 80-tych miały pana leżącego niedbale dookoła liter loga, standardowym zawołaniem bojowym w weekendy było „Babcia, poczytaj mi «Nygusa»”.

Opóźniona gratyfikacja

Ze wszystkich rzeczy, które najbardziej oczarowały mnie w tym całym komputerowym bajzlu, musiałbym wymienić automatyzację na pierwszym miejscu.

Mimo płynących lat nadal odnajduję okruchy magii w tym, że komputer, raz nauczony, potrafi powtarzać rzeczy bez czujnego oka operatora. Kiedy otrzymałem swoje pierwsze konto z dostępem do powłoki, napisałem na szybko dwa skrypty, które wysyłały e-maile na specjalny adres, przesyłający informację dalej na telefon komórkowy via SMS. Pierwszy informował mnie o loginach na mój shell. Siadałem do terminala, logowałem się i… pik! Drugi śledził mój /var/spool/mail/opi i przysyłał mi każdego ranka informację o ilości e-maili. Serce aż bije mocniej, gdy wspomnę tę ekscytację czymś, co dziś brzmi jak błahostka. Zabawne, że dziś moje skrypty działają odwrotnie i ukrywają pocztę, która do mnie przyszła. Odwrotność miłości to nie nienawiść — to obojętność.

Zanim otrzymałem to konto cierpliwie wertowałem „książkę do nauki Linuksa”, jedną z tych książek, które leniwie tłumaczą to, co i tak jest dostępne na stronach podręcznika man, ale to było jak uczenie się języka przez zapamiętywanie słówek, bez wymowy, bez kontekstu, ale z pełnym nabożeństwem iluzji zdobywania wiedzy.

Tam też natknąłem się na atd, daemon wykonujący polecenie — bądź serie poleceń — opóźnione o zadany czas. Prawie zemdlałem. Idea, że jest komputer, który nie tylko jest non-stop włączony, ale także non-stop „w Internecie”, a do tego mogę mu powiedzieć, co zrobić za kilka godzin wydawała mi się jak odkrycie podróży międzyplanetarnych przy użyciu puszki mielonki, kawałka sznurka i bardzo silnego postanowienia woli: niesamowite, a w ogóle nieprawdopodobnie, że ludzie nie siedzą godzinami wymyślając, co komputer może zrobić za godzinę! To musi zmienić cały świat.

Nie zmieniło świata, a wraz z upływającym czasem ludzie w ogóle przestali wiedzieć o atd. Kiedy zainstalowałem Debiana na nowym laptopie atd nie było w standardowym zestawie pakietów. Jak wtedy, gdy Twoja matka komunikuje Ci na obiedzie, że znalazła twoje stare magazyny i wyrzuciła je do śmieci. Maska dorosłości przykrywająca doskonale uczucie żalu.

Mimo to, myślę sobie, at jest jedną z tych rzeczy, która spadła za ladę i może znajdzie się jak będziecie malować, w przyszłości. Nie wiem, jak ludzie żyją bez tego, ale może to tylko ja. Może po prostu nikt nie powiedział ludziom, że mają non-stop takie nisko-profilowe cudeńko w systemie? Może jeśli im powiem, na ten przykład w notce, trochę wstawiony, to odnajdziemy wspólny język.

at to komenda, która jest klientem daemona atd, pozwalająca na uruchomienie polecenia, lub serii poleceń. W odróżnieniu od Crontaba zadania te są jednokrotnego użytku. Można oczywiście wywoływać skrypty.

Przykładowo, mój skrypt odpowiedzialny za deploy nowej wersji oprogramowania ma linijkę:

echo "./skrypt.sh" | at 1:00

Znaczy to ni mniej, ni więcej że o pierwszej w nocy, kiedy użytkownicy już zasną, pojęte zostaną działania integracyjne, które teraz powodowałyby ból zębów użytkowników. Gdybym używał do tego Crona lub innego cyklicznego odpalacza musiałbym przekazać w jakiś sposób stan, stworzyć pusty plik albo odłożyć wartość do redisa, to tylko komplikuje rzeczy.

Kiedy wychodzę z domu, a pasek „podstępu” pobierania tego czy owego waha się non-stop pomiędzy 30 a 40 minutami piszę:

sudo at now+1 hour, podaję hasło i w linii poleceń at piszę poweroff. Za godzinę komputer złoży się bez mojej interwencji i nie będzie marnował prądu.

Mieliście kiedyś do wykonania zadanie na serwerze, który jest pod sporym obciążeniem, które to obciążenie powoduje, że zadanie wykonywałoby się zdecydowanie zbyt długo lub — co gorsza — spowodowało śmierć ważnych części systemu przez wysycenie I/O? W skład at wchodzi polecenie batch, które nie czeka na dopełnienie się konkretnej daty, odpala zadane kiedy load spadnie do 1.5; jeśli wydaje się Wam to bezużyteczne nigdy nie widzieliście aplikacji, która rozpędzona łyka zasoby jak odkurzacz-fetyszysta.

Kolejkę oczekujących zadań obsługujemy przy pomocy atq, które wyświetla listę wraz z unikalnym identyfikatorem, którego możemy użyć wraz z atrm celem usunięcia.

Tak wiele, tak niewiele.

I wiem, że jest pewnie lepszy, współcześniejszy, daemon. Wysyła powiadomienia na Slacka, całuje użytkownika w czółko i w ogóle. Ale! Te narzędzia nie przeżyły tyle lat jako część *NIX-a dlatego, że panowie z workami, na których widnieje symbol dolara, sypali mamoną aż do momentu w którym krytykanci się poddali i odlecieli prywatnymi odrzutowcami. To po prostu jednofunkcyjne narzędzie, które robi, co powinno.

KISS your atd.


Rozszczepienie

Zanim Reddit stał się pierwszą stroną Internetu, był trzecią. Nie istniał jeszcze ekosystem pozwalający zwykłym użytkownikom na relatywnie tani dostęp do zawszedostępnego składu informacji, a serwisy hostujące obrazki dzieliły się na trzy rodzaje.

Ofertę darmową, obsraną wyskakującymi okienkami, obwieszoną reklamami, pod których ciężarem usługa czołgała się, irytując użytkowników. Ofertę płatną, obłożoną ograniczenami transferów i relatywnie kosztowną, często powiązaną z życiem profesjonalnym lub prywatnym, które może nie każdy chciał wiązać ze swoimi postami na Reddicie, gdzie tematem przewodnim jest dmuchanie kreskówkowych postaci, dosłownie. Istniały wreszcie serwisy chałupnicze, które studenci budowali w ramach podpieprzania zasobów serwera .edu.pl. Serwisy te często zapewniały szybkość i wygodę, a także pewność, że znikną one prędzej czy później bez słowa wyjaśnienia, grzebiąc twoje bardzo zabawne zdjęcia i łamiąc nieskończoną ilość odnośników ućkanych po forach.

Nie było dobrze, zwłaszcza w świecie, w którym obrazki — na serwisach takich jak Reddit, będących bezpośrednią ewolucją imageboardów — są największym dobrem.

Ktoś rzucił kiedyś pomysł, żebyśmy sfinansowali jeden z serwisów, który został demokratycznie wybranym docelowym miejscem do wieszania obrazków, bo prawdopodobieństwo podzielenia przez niego losu innych „dobrych serwisów powstałych z potrzeby społeczności bez pieniędzy” zaczęło oscylować dookoła jedynki.

Ludzie rzucili jakieś dolary i orkiestra grała dalej. O tym, że też rzuciłem, dowiedziałem się po latach z e-maila z podziękowaniami. Jestem tak szczodry, że nawet się nie chwalę i nie pamiętam, czyj serwis ratuję przed zgonem. Skromnie.

Minęły lata. Życie z datków, reklam i „sponsorowanych obrazków” było ciężkim chlebem.

W przemyśle podwykonawczym nie ma miłości. Nikt nie kocha gościa obierającego ziemniaki na zapleczu czy pilnującego, żeby mieszadło mieszało z dobrą szybością. Reddit używał serwisu Imgur tak, jak się używa podwykonawcy: z obojętnością, kiedy wszystko idzie dobrze, z nienawiścią, jeśli coś nie działa.

Nie widząc innej szansy na przetrwanie, Imgur postanowił zbudować własną społeczność, umożliwiając komentowanie i gromadzenie się pod różnymi banderami — sprawdzony przepis na zwabienie ludzi. Był dużo mniej przerażający niż Reddit (nie widzę młodych ludzi, którzy zacierają ręce, myśląc „Ojej, spartański design, gdzie w wątku o meczu są tysiące — wątkowanych! — komentarzy i osiem lat kultury opartej na sraniu we własne gniazdo! Dołączam!”). Użytkownicy wsiąkali więc na tyle szybko, że pojawili się nawet kapitaliści wysokiego ryzyka (cudzego) z workiem pełnym twardej waluty.

Większość użytkowników Reddita nadal używa Imgur jako miejsca zrzutu obrazków.

Uf, to historia, której mogłem nie pisać, ale mam pół litra zielonej herbaty do wypicia.

Użytkownicy Reddita wrzucają obrazki na Imgur bezwiednie, często anonimowo, półautomatycznie lub nawet automatycznie. Wszyscy nadal myślą o nim w kontekście serwisu usługowego. Gdy czasem kliknę jakąś galerię (praktycznie jedyny przypadek, kiedy ląduję na stronie ich serwisu bezpośrednio), widzę to, co widzi ich społeczność. I tu ostatnio zadumałem się.

Mamy sytuację, gdy jedna strona traktuje drugą przedmiotowo, ale ta druga, bez wiedzy pierwszej, rozwinęła własną kulturę i społeczność. Wszystkie obrazki trafiają więc do mieszkańców serwisu obrazkowego bez jakiegokolwiek kontekstu, a sam wrzucający nie ma najmniejszego powodu, żeby podejmować interakcję z elementem lokalnym.

Serwisy się widzą

Nie uderzyłoby mnie to, gdybym któregoś dnia nie nadganiał galerii subreddita /r/fountainpens — który, jak nazwa wskazuje, służy do chwalenia się piórami lub charakterem pisma („those who can’t, buy”) — i nie poczytał załączonych komentarzy. Ludzie pisali jakieś bzdety, bzdety, jakich nikt zainteresowany tym hobby by nie pisał. Popatrzyłem jeszcze, sytuacja się powtarzała.

Wyobraź sobie, że żyjesz gdzieś, gdzie jest nowocześnie i młodzieżowo. Co jakiś czas twój dom najeżdzają barbarzyńcy i wieszają na ścianach barokowe obrazy podpisane łaciną. Nigdy nie mówią nic, nie usprawiedliwiają się i nie tłumaczą. Wieszają i wychodzą. Żyjecie w dwóch przenikających się wszechświatach, obserwujecie to samo, widząc zupełnie coś innego. Nie w materialnym sensie, bo piksele są te same, ale cały sens pojawiający się wraz z odpowiednio umocowanym punktem widzenia jest inny.

Ten tekst nie zawiera żadnej puenty, gdyż do niczego Was nie przekonuję. To tylko jedna z tych obserwacji, od których robię „huh…”. Kiedyś bym ją zamienił w zbyt długą notkę o niczym.

Punkt widzenia zależy od zalogowania się.


Tay, otwórz drzwi

Technologia nie zwalnia. Przeszliśmy od komputerów, których nie można podnieść, przez komputery, które można, następnie takie, które można rzucić, aby zakończyć na tych, które upuszczamy niechący. Wielkimi krokami nadchodzi era osobistych asystentów w ogóle odpiętych od idei „urządzenia, które się posiada”, takich jak Amazon Echo czy Google Assistant.

Sukces jest jednak daleko, bo mimo olbrzymich skoków, nadal technologie Udające Inteligencję podczas interakcji bardziej przypominają grę w 20 pytań niż dramatyczny dialog z HAL-em 9000 o zamykaniu drzwi. Wielkie firmy już dawno zauważyły, że ciężko jest zbudować taką technologię bez dobrego źrodła informacji. Jeśli algorytmy mogą być „uprzedzone” uprzedzeniami autorów, to co dopiero dane, które są dużo mniej rygorystyczne w swej naturze. Czasem myślę, że Douglas Adams stworzył Marvina, robota z depresją, jako ostrzeżenie przed uczeniem algorytmów sztucznej inteligencji na korpo-poczcie i zgłoszeniach błędów, których z pewnością międzygalaktyczny rząd miał pod dostatkiem.

Najtańszą siłą roboczą na rynku są obecnie użytkownicy. Nie tylko robią rzeczy za darmo (ewentualnie za „odznaki”, które można spieniężyć), ale reprezentują w miarę szeroką gamę opinii, pochodzą z różnych kultur, rozmawiają różnymi językami. Nie ma takiej akcji świadomościowej, która mogłaby wtłoczyć w firmy technologiczne równie zróżnicowany wycinek świata.

Użytkownik skataloguje obrazki, użytkownik zabawi parser lingwistyczny rozmowami o życiu, użytkownik otaguje i utworzy listy. Użytkownik nie ma związków zawodowych, nie ma też wolnego.

W świecie synergii biznesowej firmy udostępniają swoich użytkowników innym firmom tak jak pożyczasz sąsiadowi młotek czy szklankę cukru — normalne zachowanie pozwalające budować partnerstwo i wzajemne zaufanie.

Tak właśnie Microsoft wpadł na pomysł, żeby zapędzić użytkowników serwisu Twitter — który to serwis służy do niszczenia wyobrażeń o aktorach i politykach oraz jako efektywny transmiter krótkich utarczek słownych — do „pracy przez zabawę”, tj. rozmawiania z ich botem, którego przebrano za nastolatkę i nadano odpowiednie imię: Tay. Taka forma międzymordzia (pomiędzy algorytmem danych rozgryzającym zdania na części mowy celem łatwiejszego połknięcia a białym pudełkiem, w które wpisuje się wypowiedzi) miała zmiejszyć napięcia zawsze budujące się w interakcji między człowiekiem a maszyną. Oraz zawęzić grupę biorącą udział w pracy przy pomocy naturalnego filtru społecznego („kto rozmawia z nastolatkami na Twitterze?”).

Microsoft, firma przechodząca drugą młodość, po pozbyciu się starych ludzi zyskała wigor, ale straciła też wiedzę zdobytą przez lata: pytanie Internetu to rosyjska ruletka w wersji „ciężko”, pięć kul i jedna wolna komora.

Tay zaczęła jako pogodna nastolatka z ograniczonym zasobem zainteresowań i ubogim słownikiem. Blogi technologiczne, widząc opcję na odfajkowanie jeszcze jednego wpisu, przepisały notkę prasową, co zamieniło się znów w zainteresowanie. Twitter gadał do Tay, ona słuchała.

Wiadomości dosięgnęły wreszcie podbrzusza Internetu, o którym z wypiekami na twarzy korporobotnicy czytają na smartfonach w kolejce do okienka. Tajemne, mroczne, skandaliczne, bezwzględne, składające się głównie z innych znudzonych korporobotników za siedmioma serwerami proxy.

Następnego dnia Microsoft zamknął projekt. Tay, przyuczona przez element anarchistyczny, stała się grubiańska, głosiła niepopularne tezy podszyte ksenofobią i rasizmem. W jeden dzień z cichej nastolatki na Twitterze wykluł się potwór, rasista, cynik, automaton powtarzający głupoty za swoimi rówieśnikami, a przecież spuszczony z oczu tylko na chwilę przez rodziców, którzy mieli dobre intencje.

Najbardziej boli mnie, że ludzie, zamiast gratulować Microsoftowi, wieszali na nim psy. Nikt nigdy wcześniej nie dokonał tak kompletnej, dokładnej symulacji bycia nastolatkiem. Ktoś powinien dać im nagrodę. To absolutny przełom.

Być może następnym produktem będzie para botów. Na start każdy z nich będzie przekonany 100% o swojej racji i niech skalibrują się wzajemnie. Najlepiej na Fecebooku1.

  1. Kaja zgłosiła jako literówkę, ale zostawiam, gdyż piękne.

Lista Osobista: podkasty, część trzecia

Listy z rzeczami do klikania cieszą się niezmiennie popularnością w Internecie. Nie wymagają wielkiego poświęcenia ze strony autora, są bezbolesne dla czytelnika. Cała filozofia zamyka się w wymienianiu rzeczy, czasem w kolejności, która ma wykazać „dobrość” lub „słabość” tematu listy, czasem bez tego rodzaju zobowiązań.

Nie chcąc kompletnie stracić rynku list internetowych, przedstawiam Wam trzecią edycję podcastowej listy przebojów wprost z mojego odtwarzacza. Napisałem już tyle wariacji tej listy — prywatnie, e-mailem, na życzenie — że w przyszłości skrócę sobie pracę i będę mógł wysłać tylko odnośnik.

Rozrywka, kultura i sztuka w słuchawki stuka

Kultura

99% Invisible

http://99percentinvisible.org/

Otwieram podcastem, który jest pierwszy na tej liście tylko dlatego, że taka jest natura sortowania w mojej aplikacji do grania. I nie, to nie jest zły podcast, to jest bardzo dobry podcast. Tak dobry, że często przeskakuję odcinki (wydawane w cyklu tygodniowym).

Brzmi bez sensu? 99% Invisible często produkuje odcinki, które są w 100%1 absorbujące. Są krótkie, więc jeśli coś przeoczę, próbując np. przejść przez ulicę, to zaraz się irytuję. Jeśli dam się znów wciągnąć kompletnie w materię odcinka, to przechodzę przez ulicę na ślepo.

99pi to nie jest radioreportaż, jaki pamiętacie, ale taki, jak sobie wyobrażaliście.

Odcinek startowy2: Holdout

Double Feature

https://doublefeature.fm/

Recenzowanie filmów to trzecie pod względem popularności zajęcie w Internecie. Drugie to recenzowanie gier komputerowych, a pierwsze — bycie padalcem. Pośród setek podobnych tematycznie podcastów Double Feature pozostaje niezmiennie moim wyborem numero uno. Połączenie osobowości prowadzących z ich wiedzą na temat filmów oraz wyborami samych tytułów do recenzji powoduje, że mogę często udawać wśród ludzi, że oglądałem filmy, przedrukowując językiem opinie, które usłyszałem w programie internetowym.

History of Philosophy Without Any Gaps

http://hopwag.podbean.com/

Podcast, którego tytuł mówi wszystko o zawartości. Jeden z niewielu, które radzę — jeśli już słuchać chcecie — słuchać od początku.

Philosophize This!

http://www.philosophizethis.org/

Podobnie jak podcast wyżej, ten też zajmuje się filozofią, ale jest mniej systematyczny (co nie jest złe dla odbiorców, którzy nie potrzebują 200 odcinków, aby dojść do tematu, o którym chcieli się dowiedzieć).

Odcinek startowy: Henry David Thoreau

Myths and Legends

http://www.mythpodcast.com/

Moja najnowsza perełka. Mity i legendy, historie, które znasz, w wersjach odmienionych przez kalejdoskop kultur, krajów i czasów.

Rekomendacja: przesłuchałem całość. Niektóre odcinki więcej niż raz.

The Reith Lectures

http://www.bbc.co.uk/programmes/b00729d9

Trudno to nawet nazwać podcastem. To seria wykładów, które odbywają się co jakiś czas z błogosławieństwa BBC. Zdecydowanie nie polecam jako „tła do pracy”, nawet gdy słucham na leżąco, wyskakuje mi żyła na czole od intelektualnych przysiadów.

Odcinek startowy: Democracy has a Bad Taste

Sztuka

The Pen Addict

https://www.relay.fm/penaddict

Pióra. Atrament. Notatniki. Plecaki. Piórniki. Pióra.

Czasem zdrajcy wspomną o długopisach, ale jednak pióra.

Moja ziemia obiecana.

Art Supply Posse

http://www.artsupplyposse.com/

Akwarele. Farby olejne. Ołówki. Pióra. Papier.

Czasem wywiady z ludźmi, którzy tych rzeczy używają.

Rozrywka

Listen to Lucy

http://www.acast.com/ft-lucy-kellaway

Dobrego komika można poznać po tym, że od lat bije po tym samym temacie, a ten puchnie ciągle w różnych miejscach, przynosząc radość obserwatorom tej masakry.

Lucy, felietonistka Financial Time, tydzień w tydzień nawiedza moją duszę esejem o tematyce w zakresach: koszmary komunikacji w biznesie, koszmary kultury w biznesie, koszmary kultury komunikacji w biznesie.

Każdego tygodnia łączę się z nią sercem w nienawiści do okrągłych przemów, które osuszone z przymiotników stają się mniej groźne i mniej ważne.

nerdy nocą

http://nerdynoca.pl/

Podcast po polsku! Kaja rozmawia z ludźmi, którzy znają się na różnych rzeczach. Audycje dla koneserów wiedzy wszelakiej. Jest na to wyraz: nerdów. Można słuchać za dnia.

Odcinek startowy: Sprawy atomowe

No Such Thing As A Fish

https://audioboom.com/channel/nosuchthingasafish

Wspominałem wyżej, że wielokrotnie polecam ludziom różne e-słuchowiska. To jedyne, które ma 100% sukcesu wśród słuchaczy.

Program komediowo-naukowy, brytyjskie akcenty, anegdoty o genitaliach. Triumwirat smaku.

Sawbones: A Marital Tour of Misguided Medicine

http://sawbones.libsyn.com/

Historia medycyny to historia nauki, tylko bardziej, bo była praktycznie połączona z przeżywalnością populacji — wynajdywanie pojazdu do latania napędzanego siłą mięśni zabijało najwyżej wynalazcę, przepisywanie upuszczania krwi na każdą przypadłość miało dużo gorsze konsekwencje. Każdy odcinek to naukowo-historyczna analiza jednego zabiegu czy leku, który z perspektywy czasu wydaje się być okropnym żartem.

The F Plus

https://thefpl.us/

Internet połączył wszystkich. Ten błąd, teraz nienaprawialny, pozwolił grupce ludzi zbierać się co jakiś czas i czytać rzeczy, które ludzkość wypisuje w Internecie.

Fora niszowych fetyszy, manifesty programowe partii rządzących nieistniejącymi mikro-narodami, pojedynki między fanami rzeczy głupich, to wszystko zostanie przeczytane ku uciesze gawiedzi.

Odcinek startowy: The Sound Quality Is Inaudible

Komputery, komputerów od cholery

Amigos Amiga Podcast

http://www.amigospodcast.com/search/label/podcast

Stary amigowiec i amigowy neofita grają w gry, to w sumie wszystko.

Garbage

http://garbage.fm/

Rzadki przypadek technologicznego podcastu, gdzie nie mieli się nagłówków z internetowej prasy kolorowej. Znaczy czasem też mówi się o gadżetach, ale nie tylko, gdyż obaj prowadzący są okazjonalnymi ulepszaczami projektu OpenBSD, możecie więc słuchać o tym, jakie problemy są z pisaniem sterowników do USB-ETH lub jak ciężko odpalić kernel BSD na Google Pixel.

Linux Voice Podcast

http://www.linuxvoice.com/

Audycja powiązana z magazynem (papierowym!) pod tym samym tytułem.

The Bike Shed

http://bikeshed.fm/

Podobne trochę tematycznie do Garbage, z tym że bardziej skłania się ku dyskusjom o niuansach języków programowania i aplikacjach pisanych przez prowadzących (którzy co jakiś czas się zmieniają — podcast ten jest piarowym frontem studia konsultacji dla klientów ze zjebanym produktem, więc ludzi do gadania jest wystarczająco). Obecnie główny przechył tematyczny to Rails, Rust i Eliksir.

Retro Asylum

http://castaway.media/retroasylum

Brytyjski program retro-komputerowy o wszystkim, choć z mocnym naciskiem na gry. Dwukrotny laureat nagrody „najlepszego podcastu na świecie” i ostateczny dowód na to, że głosowania w Internecie, a zwłaszcza ludzie biorący wyniki tych głosowań na serio, doprowadzą do świata, w którym nikt nie będzie szczęśliwy, a wszyscy będą źli.

Retro Computing Roundtable

http://rcrpodcast.com/episodes/

Cotygodniowy przegląd wydarzeń, nowinek i ciekawostek ze świata komputerów, które nie mają Snapchata. Takie „e-7 Dni Świat” dla starych ludzi.

Piłka Nożna Gola!

Długie lata broniłem się przed sprawdzaniem świata podcastowego pod kątem kopanej. A kiedy wreszcie się namówiłem, trafiłem na pole tak suche i zaniedbane, że nawet górska koza pokręciłaby łbem na ofertę zamieszkania. To oczywiście działo się w czasach przedrenesansowych, gdy jakąkolwiek jakość miały tylko audycje okołotechnologiczne.

Miesiąc temu, może trochę wcześniej, Filip po raz kolejny zasugerował mi, żebym dał szansę programowi o naszej lokalnej piłce. Ponieważ darzę polską piłkę podobną niechęcią co polskie podcasty3, ignorowałem jego sugestie z pełną świadomością popełnianego czynu. Aż któregoś dnia wyrzuciło mnie na kilkukilometrowy spacer i kliknąłem wtedy „plej”.

Skracając długą historię: zaskoczony pozytywnym doświadczeniem poszedłem po dokładkę.

Football Weekly

https://www.theguardian.com/football/series/footballweekly

Nacisk idzie głównie na futbol brytyjski (duh, Guardian), ale każda audycja zawiera też przegląd ważniejszych wydarzeń na boiskach europejskich. Całkiem zabawne, duża grupa komentatorów (w tym zagraniczni), odcinki specjalne, ogólnie: doskonały skrót dla ludzi, którzy przepuścili weekend piłkarski.

Hattrick

http://soundcloud.com/hattrickpl

Moją genezę podłączenia się pod to słuchowisko o kartofliskach już pisałem. Słucham, bo jest jakaś chemia wśród prowadzących, słucham też dlatego, że mam Schadenfreude na polską ligę. Pewnie to ukryty smutek po tym, że zatopiono (a raczej: załoga wycelowała armatę w dno statku i podpaliła lont) mi „mój” ełkaes, który obecnie błąka się po ligach tak niskich, że małe dziecko potrzebuje palców do ich policzenia.

Przykładowy odcinek: HattrickPL 34

The Final Third

http://soundcloud.com/thefinalthird

To trochę antyteza do Football Weekly, bo amatorski i irlandzko-szkocki, a trochę synteza, gdyż zarówno komentarz, jak i opinie pochodzą od ludzi, którzy rozumieją sport. No i bluzgają, bo trochę antyteza.

Zawsze Zielone

Polecane już we wcześniejszych odcinkach i „na zawsze w mym sercu”.

The Jeff and Casey Show

https://jeffandcaseyshow.com/jacs_all_podcast.rss

Anime World Order Podcast

http://www.animeworldorder.com/

Dan Carlin’s Hardcore History

http://www.dancarlin.com/

Overthinking It Podcast

https://www.overthinkingit.com/

Posłowie

Mój proces filtrowania podcastów jest bezlitosny. Jeśli moje serce nie trzepocze z ekscytacji na widok nowego odcinka, znaczy to, że już niedługo się z audycją pożegnam. Dość powiedzieć, że usunąłem kilka z tej listy podczas pisania. Otrzymujecie więc zestaw sprawdzony i wystarczy, że będziecie identyczni ze mną pod względem charakteru, ideałów i zainteresowań, aby cieszyć się nim bez ograniczeń.

A kto się nie cieszy, ma swoje własne propozycje lub po prostu chce wskazać literówki i lapsusy, może zawsze napisać mi e-mila.

  1. prawdziwi jednoprocentowcy
  2. taki odcinek, który mniej więcej reprezentuje, co się zwykle dzieje
  3. Jest to wynik mojego uprzedzenia, jak i złości, że sam nigdy nic nie zrobiłem. O szczegóły trzeba zapytać mojego psychoanalityka

Etos Zróbtosamowca

Wychodzi mi na to, że cała moja kariera internetowego pisarczyka zamyka się w syzyfowym cyklu wpadania na doskonały pomysł i patrzeniu, jak ten pomysł toczy mi się na sam dół, na karty notatnika. Nawet teraz, pisząc o tym, nie piszę o czym miałem. A miałem pisać o Linuksie. Osiem lat temu myślałem, że miałbym doskonały tekst o mojej dziesięciolatce z tym systemem, potem przepuściłem piętnastoletnią rocznicę, bo myślałem, że szesnastoletnia będzie doskonała jako żart, bo to taka okrągła rocznica.

To było dwa lata temu i mogę Wam obiecać, że za dwa lata też nie napiszę na dwudziestą. Prawdopodobnie. Szczerze mówiąc nawet nie wiem, co można powiedzieć, zmiany w tych latach są tak daleko idące, że nie potrafiłbym ich wymienić. Te na gorsze łatwiej, bo człowiek współczesny żyje lepiej w trybie auto-wzburzenia. Jeśli nie mogę zebrać się na jakiś sensowny raport z tego, co było, może lepszym tekstem byłby moje zeznania: „czemu się skazałeś na taki los?”.

Kiedy zaczynałem z Linuksem, system ten miał przypiętą łatkę ziemi obiecanej dla smutnych, zbyt chudych, zbyt grubych, brodatych, cytujących religijnie programy komediowe, ateistów z twarzami naznaczonymi binarnie pryszczami, mieszkających w ciemnych norach, w których nocami popychają kijami od szczotki pakiety. Wpasowując się idealnie w ten stereotyp wiedziałem, że to miejsce, gdzie odnajdę — jeśli nie szczęście — zadowolenie.

To oczywiście żart. Trochę. Moją krótką przygodę z Windowsem (2001-2002) zakończyło uzależnienie się od radykalnej i bezwzględnej wolności do robienia tego, co mi się podoba. Automatyzacji. Zmieniania. Zestawiania ze sobą rzeczy, które osiągają masę krytyczną niszcząc system, oraz wiedza, że mogę go odbudować, jeśli tylko zrozumiem dlaczego eksplozja nastąpiła. Wiele z tego to tylko żonglerka piłami łańcuchowymi, gdzie widz podziwia bezużyteczną umiejętność i ma trochę nadzieję, że żongler złapie za którymś razem za ostrą część. Jest jednak druga strona, ktoś kto ma 12 pił będących jego źródłem utrzymania bardzo szybko uczy się, jak się je oliwi, ile trzeba wlać paliwa na jeden pokaz żeby było ekonomicznie i wreszcie, jak nie łapać za tę część, która przynosi natychmiastowy ból i odbiera zdolność liczenia do 10 bez ściągania butów.

Któregoś dnia, zaproszony na piwo przez sąsiadów którzy mieli jakieś tam znajomości z moją ówczesną dziewczyną, próbowałem im wytłumaczyć jak działa to całe otwarte oprogramowanie. Byli to bardzo grzeczni ludzie, jedyną rzeczą wychylającą się poza normę, było to że jeździli motorynką po mieszkaniu, więc słuchali uważnie i typowym dla gospodarzy zainteresowaniem, gdzie nie spoglądasz na zegarek. Wysnułem analogię: jest wielu autorów opowiadań oraz ktoś, kto zbiera je do kupy i wydaje antologię. Wydawało mi się, że to bardzo dobra analogia, bo nikt nie robi jednego i drugiego dla fortuny. Nie wiem, czy to kupili.

Bezcelowa anegdota, ale ukazuje co mnie zwabiło.

Komputer osobisty nazywa się tak dlatego, że mamy do niego fizyczny dostęp i przechowuje nasze prywatne dane. Ja posiadam komputer swojski, jak smak matczynej pomidorówki z ryżem. Robi to, co mu mówię. Chyba że popełniam błąd, ale za radykalną wolnością idzie też odpowiedzialność za czyny. Kiedy mówię mu „skacz!” pyta, „jak wysoko?”. Odpowiadam: 129, a on zapada się pod ziemię. 1

Postanowiłem o tym napisać, gdyż dziś, mimo zaaplikowania dopiero jednej kawy, ukazał mi się bóg wszystkich Zoś-Samoś i wyszeptał mi do ucha, „ha ha, niezły haks, ziom.”, więc opowiem, jak było.

Do czytania poczty używam Mutta, którego sloganem jest „wszystkie klienty poczty ociągają, Mutt mniej”, co jest prawdą. Ponieważ moje życie spędzam przybity do konsoli terminala, używam wraz z nią programu tmux, który pozwala na uruchamianie wielu aplikacji podczas jednej sesji i umieszczenia ich w tabach, tak ja Wy to robicie z kartami przeglądarki. Nieustannie, przez nieuwagę lub zwykłe zapomnienie, odpalam kilka kopii Mutta, co zwykle nie powoduje problemów, ale często psuje mi ciąg pracy, bo trafiam na złego. Linuks nie pyta, po co Ci 37 klientów pocztowych, widocznie masz taką potrzebę. Znów, radykalna wolność do bycia niekompetentnym. Kiedy o 9 rano doszedłem do trzeciego Mutta coś we mnie strzeliło i pomyślałem, „nie no, kurwa, to już jakieś żarty, zaraz się wścieknę i to naprawię!”.

Ponieważ musiałem wejść do biura postanowiłem przemyśleć problem człapiąc się ulicami. Dosłownie człapiąc, gdyż skręciłem nogę i trasa, która zajmuje mi normalnie nie więcej niż kwadrans teraz potrafi się przeciągnąć nawet do minut czterdziestu.

Przeczytałem dokumentację, drugą i zanim wypiłem pierwszą szklankę kawy w biurze, miałem rozwiązanie. Skrypt, który, jeśli wywołuję polecenie po raz drugi, nie odpala aplikacji kolejny raz, przełącza tab na ten, który ją zawiera. Zatarłem ręce i zaśmiałem się do siebie. Dwanaście pił łańcuchowych krążyło w powietrzu, bez widowni, a ja byłem zadowolony, że osiemnaście lat nie poszło na marne! Tylko w życiu osobistym, ale ono, oczywiście, nie przychodzi z kodem źródłowym, a Jahwe nie akceptuje patchy.

  1. ciężki żart

Buenos Aires

Podchodzi do mnie facet na skrzyżowaniu, rękę ma wyciągniętą i jasne jest, że oczekuje uścisku. Patrzy mi się prosto w oczy i kiedy wreszcie podaję mu dłoń, potrząsa nią energicznie, jakby spotkał przyjaciela, który przepadł w odmętach historii. Czyżbym znów padł ofiarą prosopagnosii, choroby, na którą z pewnością nie cierpię, a która często służy mi za wymówkę w takich właśnie sytuacjach? Pytam więc typa, czy się znamy, a jeśli tak, to gdzie się poznaliśmy.

— Cztery lata temu kupił Pan ode mnie uszczelkę.

— Kupiłem uszczelkę?

— Bez wątpienia.

Ta historia nigdy się nie wydarzyła - na ulicy miasta. Dzieje się non-stop w mojej skrzynce pocztowej, gdzie Firma Nieznana na przemian z Firmą Anonimową składają mi szczere życzenia z okazji naszej iluś-tam-letniej współpracy, która polegała na tym, że zakupiłem od nich jakiś drobiazg, albo, w ramach uprawiania startupowej rozwiązłości, założyłem konto, żeby zbadać, co niesie przyszłość.

Przyszłość przyniosła tylko e-maile o naszej przeszłości.

Wiadomo, że utrzymywanie kontaktu z klientem jest niezmiernie ważne. Niezmiernie fałszywie brzmi jednak list, który udaje, że świetnie się znamy i dzwonimy do siebie w niedzielne wieczory, by opowiedzieć o swoich smutkach, nadziei nadchodzącego tygodnia i kobietach, które kochamy. W dobie wtykania przyuczania mechanicznego i „sztucznej inteligencji” wydawałoby się, że sprofilowanie odbiorcy nie będzie wielkim problemem. A tu nie. Obcy ludzie wyciągają dłonie w geście powitania.

To nie jest jednak najgorsze. Rozumiem, że nie każdy, kto wynajmuje serwer za piątaka i internetowy sklep by przemo™, musi wychodzić mentalnie poza model ulotek wciskanych do skrzynki.

Kiedy rdio, serwis streamingowy (który już wyciągnął nogi) pojawił się na polskim rynku, założyłem konto, żeby „rzucić uchem” na ofertę. Przed bliższym zapoznaniem się powstrzymała mnie inercja i tarcie: na Spotify jest Lan, a Lan ma najlepsze listy odtwarzania. Przesłuchałem dwa utwory i zostawiłem, żeby sobie gniło.

Kilka tygodni później otrzymałem e-mail od rdio, że mój najukochańszy zespół, ten, którego dwa utwory przesłuchałem wcześniej, jest mi polecany.

Sytuacja powtórzyła się znów. I znów. Dwa odsłuchania spowodowały, że w oczach serwisu stałem się kompletnym fanem kapeli Maanam. Z pewnego punktu widzenia mieli rację: 100% odsłuchań.

Siedziałem w lesie i opowiadałem tę historię pijanemu przyjacielowi. Czwarta nad ranem, on już nie rozumie, a może ja nie potrafię tego opowiedzieć. Ptaki śpiewają, ognisko jeszcze pracuje nad poranną mgłą.

Tablet robi pik.

Maanam wydało singla.

Za kilka dni kolejny numer njuslettera do czytania. Można się zapisać.


We’re fine. We’re fine here now, thank you. How are you?

Star Wars było kamieniem węgielnym na którym wielu z nas zbudowało swoje dziwaczne kościoły, pełne zabobonów, zwyczajów i cytowania materiału źródłowego, aż do odpadnięcia uszu przypadkowego słuchacza.

Nie moim. Dużo większy wkład w moje przyszłe życie miały Tron i Wizard. Ten drugi miałem nawet kiedyś zrecenzować 1 ale ostatecznie się poddałem. Tron? Tron wiadomo. Programiści, programy.

To nie znaczy, że nie ma w moim sercu miejsca na Gwiezdne Wojny.

Moja historia z Skywalkerem jest trochę inna, jest naznaczona.

Był któryś rok, przypominając sobie jak wyglądała moja siostra, zgaduję, że jeszcze przed latami dziewięćdziesiątymi. Od kilku lat byliśmy szczęśliwymi posiadaczami odtwarzacza wideo, który Ojciec kupił gdzieś z zachodniego przemytu, w stanie, który dziś na Allegro opisuje się jako „nieprzetestowany”. Głowica była martwa. Na szczęście, nieznanymi dla mnie drogami, zapasowa głowica znalazła się we Wrocławiu.

Ojciec, zaraz po zatrzymaniu się na Wrocławiu Głównym, udał się do ZOO, gdzie zakupił nielegalnie głowicę od pana Gucwińskiego. Tu mógłbym skończyć opowiadanie, bo handel nielegalnym osprzętem elektronicznym w PRL-u to było coś. W zeszłym miesiącu kupiłem naklejki z USA i się zgubiły po drodze. Ach, gdzie ci przemytnicy zeszłych lat, cyberpank nic na was nie ma.

W każdym razie mamy wideo, a ja na imieniny dostałem własną kasetę; kasetę, którą mogłem kompletnie rządzić. Co jest na niej, co zostanie skasowane. Poezja.

Dostaję informację, że w weekend będzie w telewizji Bardzo Dobry Film. Był to też weekend w którym mieliśmy odwiedzić prababcię Annę w celu okołorodzinnym.

Ustawiłem więc timer, ponieważ technika zawsze była miękka w moich dłoniach i pojechałem z rodziną. Już zupełnym dodatkiem było to, że dużo starszy kuzyn zaprezentował mi tam Myszkę Miki zbierającą jajka, przenośną grę nieznanej mi firmy Game & Watch Nintendo.

Minął czas, Ojciec odpalił Syrenę i wróciliśmy do domu. Kaseta wystawała z paszczy odtwarzacza, tak jak to zaplanowałem.

Włożyłem ją i zacząłem oglądać.

Każdy wie, jak to idzie: Darth Absolutny Drań Vader, dwa zachodzące słońca, Wuj Obi, zespół z kantyny, Han strzela pierwszy, scena w zsypie na śmieci. Wszystko to opanowało mnie na przynajmniej rok. A gdy minął (a może więcej?), dostaję informację, że w weekend będzie w telewizji Bardzo Dobry Film. Był to też weekend w który mieliśmy odwiedzić prababcię Anię w celu okołorodzinnym.

Na rynku były już rosyjskie podróbki Game & Watch.

Nie byłem pewien, czy chcę skasować Gwiezdne Wojny. Znałem je na pamięć, ale to przecież nic nie znaczy. Ojciec namawiał. Mówił, że jest więcej dobrych filmów. Dałem się przekonać.

Kaseta była wysunięta, gdy wróciliśmy. Znak, że znów się udało. Pamiętam podniecenie na myśl, co przyniesie mi kolejny Dobry Film!

Zacząłem oglądać i z każdą minutą rosło moje rozczarowanie, złość i żal, po skasowanym hicie. Nagrałem Odyseję Kosmiczną 2001: film z pewnością wspaniały, ale kompletnie nie do zrozumienia dla umysłu prawdopodobnie-mniej-niż-dziesięciolatka. A końcowe sceny? Kompletny dadaizm.

Gdzie jest triumf dobra nad złem? Eksplozja? Ceremonia wręczania orderów? 2

Minęło już wiele lat, nowelkę przeczytałem przynajmniej kilka razy (pierwszy raz nie łącząc jej nawet z filmem, który wyparłem) ale nadal nie mogę wybaczyć Kubrickowi, że puścili go wtedy na Jedynce. I za każdym razem, gdy słucham kulturoznawców mówiących o przełomowym filmie science-fiction nie mogę nie skomentować w swojej głowie „że chuj tam, że sztuka, skasowałem przez to Gwiezdne Wojny, nic się nie działo, a potem stary facet jadł zupę”.

A jutro idę o północy zobaczyć premierę nowych Star Warsów, a gdy wrócę, zjem zupę, gdyż też jestem starym człowiekiem.

  1. zrobiłem nawet filmową plejlistę do czytania
  2. w fanowskiej wersji Chewie dostaje medal, jestem zadowolony

Humanum TERMINATED est

Diamenty potłuczonego szkła rozsypały się po ulicy. Za nimi podążyły drzazgi framugi i odgłos dudnienia. Dudnienie zbliżało się.

Przedwczoraj wszystko było w porządku. Przedwczoraj odpalaliśmy nasz wielki projekt. A dziś nasz wielki projekt położy nam kres.

Nikt już nie wie, czy utraciliśmy kontrolę, czy może programiści — jak zwykle — dostarczyli kod pełen dziur i nieprzetestowanych zakamarków. Bez względu na wagę swej pracy programiści nie mogą się nigdy wznieść nad swój zwykły poziom. Strona pizzerii, na której nie działa koszyk zamówień, i łódź podwodna, której włazy otwierają się automatycznie o 12:38, traktowane są z taką samą powagą. Obie sytuacje mogły być nawet spowodowane tym samym błędem.

Robot. Właściwie tylko lekko humanoidalny czołg – nikt nie miał w budżecie kasy na danie mu emocji, skomplikowanych wspomnień z czasów, zanim istniał, żeby miał konflikt wewnętrzny. Nie miał nawet twarzy, o ile nie liczyć reflektorów, miał rakiety, działa, gąsienice płaszczące wszystko bez dyskryminacji. Był to pragmatyczny robot: żadnych snów o owcach, za to doskonały układ celowniczy.

Wczoraj nic nie było w porządku. Wczoraj miasto skonsumował ogień. Szczątki obywateli zalepiały szczeliny między ogniwami gąsienicy. Na szczęście w swojej pracy robot był metodyczny i spopielał blok za blokiem, zgodnie z mapą topograficzną miasta.

Działka budowlana? Napalm. Działka z budynkiem? Napalm. Fabryka napalmu? To samo.

Biedne dzielnice, które trzymały się pazurami brzegów miasta, zostały już spopielone i teraz, powoli, padną parki. Padną butiki. Padną ławki stojące na czystym bruku. Spopieleją kawiarnie, czarnymi kałużami spłyną sklepy z winylowymi płytami.

Na szczęście nikt już nie stanie się gąsienicowym smarem. Mieszkancy wyciągnęli wnioski i pod osłoną nocy wynieśli się za granicę zasieków ustawionych przez połączone siły wojska i policji.

Dziś robot stoi w okolicach parku prowadzącego wprost do centrum. Nie pada żaden strzał, napalm jest letni, a brak drżenia gąsienic sugeruje zamarcie silników.

W sztabie dowodzenia konsternacja. Czy to pułapka? Czy jednak przepowieści z książek fantastyczno-naukowych się spełniły – gąsienice poznały smak ludzkiej krwi i teraz czekają na więcej?

Zapadła decyzja: zobaczymy, co się stanie. Przyszło jutro i nie stało się nic.

Ekipa złożona z żołnierzy i naukowców przesuwała się nieśmiało ulicami w kierunku zasłaniającego wschodzące słońce robota. Stanęli wreszcie w obecności niedawnego niszczyciela i dyskutowali, który z nich spróbuje dotrzeć do panelu kontrolnego, sprawdzić, co się stało, i ewentualnie przyłożyć rękę do utrwalenia tego stanu.

Drogą losowania wybrano ochotnika. Nieszczęśnik, uzbrojony w płaski śrubokręt, zaatakował.

Klapa ochronna nie stawiała wielkiego oporu, zresztą nie była kompletnie dokręcona: z czterech śrub trzymały tylko dwie. Ekran obudził się. Ochotnik złapał się za głowę i, nie montując ponownie osłony, zszedł do ciasno zbitej grupki kolegów.

Pomachał im, dając znaki, że nie ma zagrożenia, a kiedy zbliżył się na słyszalną odległość, powiedział:

— Mamy szczęście, że jesteśmy głupimy nierobami. Nasza głupota nas dziś uratowała. Robota można zaciągnąć do fabryki. No, jak będzie fabryka – spojrzał w kierunku spalonych części miasta – w przyszłości. Okazało się, że nie załadowaliśmy mu kompletu map, a gdy chciał to naprawić, pobierając aktualizację… bum! Sprawdzanie certyfikatów jest passé, prawda?

Naukowiec przestał mówić, machnął ręką z rezygnacją i oddał śrubokręt pierwszej napotkanej osobie, po czym poszedł w kierunku dowództwa.

Kiedy grupa dotarła do ekranu konsoli, dało się przeczytać:

Miejski dostęp do Internetu, proszę się zalogować.


Wyciek godny zaufania

Nieważne jak mówią, ważne, żeby mówili: to powiedzonko jest przykazaniem ludzi, którzy żyją ze sławy. Mam nierozsądne opinie o piosenkarzach, których muzyki nigdy nie słyszałem. To bardzo złe podejście, ale też zupełnie naturalne. W ogóle mnie zatem nie dziwi, że jednym z najważniejszych narzędzi w rękach nastolatka szukającego społecznej akceptacji w grupie jest udawanie niewiedzy o popularnych wydarzeniach i osobach.

Też nie czytałem Coelho, gdyż śmierdzi chujem.

Ludzie sławni żyją w symbiozie z tymi, którzy ich nienawidzą. Weźmy nastoletniego kanadyjskiego piosenkarza, który powiedział coś głupiego — mówienie głupich rzeczy jest wbudowane w nastoletniość. Ci, którzy go nie znoszą, mogą odczuwać przyjemność moralnej wyższości, natomiast jego fani mogą zewrzeć się jeszcze mocniej w oblężonej twierdzy, pozbyć się nieprawomyślnych ze swoich szeregów i, chwytając się za ręce, stawić opór.

Wszyscy wygrali.

Prawdziwy problem narodził się wraz z urzeczywistnieniem powiedzenia: „każdy ma w życiu swój kwadrans sławy”. Na własne życzenie lub organicznie, dzięki mediom społecznościowym.

Trzy miesiące temu w Internecie pojawiła się informacja o wycieku danych z serwisu randkowego reklamującego się jako idealne miejsce dla ludzi, którzy szukają przygód poza związkiem.

Nie czytałem nazbyt uważnie, bo wycieki danych w 2015 nie powinny dziwić nikogo, kto „robi w Internecie”. Pod sztandarem “move fast and break things” nie ma miejsca na bezpieczeństwo. Bezpieczeństwo danych jest nudne, żmudne i wymaga obecności ludzi, którzy poświęcą problemowi dodatkową uwagę. To wszystko kosztuje, a oprogramowanie zjada świat dlatego, że taniej zainstalować najpopularniejszy framework niż zbudować fabrykę. Włam do systemu to nie kwestia „czy”, ale „kiedy”.

Ktoś, kto podjął się zadania pozyskania informacji, ma cały wachlarz metod technicznych. Jednak może też zwyczajnie zaczaić się na parkingu, poczekać na najchudszego programistę, dać mu w ryj i uciec z laptopem, który z pewnością zawiera zrzut bazy.

Czasem trzeba naprawić problem na „prawdziwych danych” i taka baza się przydaje! W ten sposób usprawiedliwiam takie sytuacje przed sobą. Wy macie pewnie własne wymówki.

W każdym razie: dane wyciekły do Ciemnej Strony Internetu, a stamtąd, niemal tradycyjnie, do zainteresowanych programistów, którzy lubią dłubać w zwłokach cudzych projektów. Zawsze można zebrać kilka darmowych głasków na Hacker News za analizę metody składowania haseł. To dobrze, że próbujemy uczyć się na cudzych błędach.

Następnym punktem programu jest serwis, w którym można sprawdzić, czy twoje dane znajdują się w wycieku. Jakiś sprytny osobnik wyłuskuje identyfikowalną informację (tu: adres e-mail) i powiadamia cię, czy w zbiorach znajduje się wpis z nią skojarzony. Zazwyczaj jest to sygnał dla ciebie do zmiany haseł, obserwowania innych kont na okoliczność prób nieuprawnionego dostępu, ogólnie — do zachowania informatycznej higieny.

Zwykle taka przeszukiwarka danych z wycieku jest niezmiernie pożyteczną usługą, która zwalnia zwykłego użytkownika z konieczności przebycia szybkiego kursu poruszania się po Ciemnej Stronie Internetu, instalowania i konfiguracji bazy danych, importowania skradzionych informacji i potwierdzania obecności własnych danych. Tym razem było inaczej: serwis, do którego się włamano, miał własny ciężar moralny. Zdrada! Tematy blognotek pisały się same.

Minęły dni i w świat poszła kolejna analiza. Serwis okazał się nie tylko męską szatnią, dodatkowo duża część damskich kont wyglądała jak sztuczne twory. O samej analizie dowiedziałem się z Twittera dzięki linkowi, który wrzuciła Paulina. W ramach empatii z autorami kodu chciałem trochę ich bronić. Zacząłem tłumaczyć — spopularyzowaną przez twórców reddita — metodę urzeczywistniania serwisu za pomocą tworzenia sztucznego ruchu przez pracowników. Podczas rozruchu systemu, który jeszcze nie ma użytkowników, projekt wygląda na martwy dla odwiedzających. Budowniczy reddita pozakładali więc wiele kont, z których sami dodawali linki i komentowali, budując złudzenie istniejącej społeczności.

Jeżeli “growth hacking” jest moralny w serwisie z odnośnikami, jest też moralny w serwisie randkowym. Albo tak samo niemoralny.

Rozmawialiśmy głównie o płynnej granicy między tym, co kto pojmuje za zdradę. Czy zdrada jest zdradą tylko jeśli jest czynem aktywnym? Gdzie na tej skali aktywności znajduje się założenie konta na serwisie randkowym? Podczas tej wymiany zdań potknąłem się o prawdziwy temat tego tekstu. Żeby go lepiej przedstawić, posłużę się anegdotą.

Piotr Waglowski jest znanym autorem, który często-gęsto na łamach swojego serwisu opisuje problemy związane z prawem oraz informacją publiczną i dostępem do niej. Kilka lat temu zajął się sprawą policyjnego monitoringu 1. Podczas próby wyjaśnienia Piotr otrzymał anonimową kopertę zawierającą dowody, które popierały jego hipotezę. Nie pamiętam już, jakim kanałem się o tym dowiedziałem, ale byłem pod wrażeniem. Ktoś, komu po cichu daje się dowody, musi być człowiekiem zaufania publicznego. Zapytałem, kiedy ma zamiar udostępnić te informacje. Nie zamierzał. Kiedy spytałem dlaczego, powiedział mi, że nie ma jak ich zweryfikować i równie dobrze ktoś mógł mu zostawić wygodną dla niego narrację i na przykład próbować pozbyć się uciążliwego kolegi z pracy, umieszczając w tych materiałach jego nazwisko.

Do dziś pamiętam moje zdziwienie, że nigdy o tym nie pomyślałem! Być może Piotr jest paranoikiem węszącym spiski? A może ja jestem supernaiwniakiem i on doskonale wie, o czym mówi. Rachunek sumienia wskazał mi, że jednak to drugie.

Załóżmy — hipotetycznie — że wchodzę w posiadanie bazy danych serwisu zliludzie-zleczyny.com.pl (.com.pl, gdyż nic dobrego nie ma w com.pl). Buduję więc serwis, który pozwala zlokalizować użytkowników, i oddaję go w szpony Internetu. Dla żartu piszę jedno UPDATE, które zmienia imię i nazwisko posła partii politycznej na imię i nazwisko kolegi z ławki, który nie oddał mi kasety od 27 lat.

Teraz — nadal hipotetycznie — ciekawy współpracownik lub bliska mu osoba wklepuje jego adres e-mail. Dowiaduje się, że żyje ze złym człowiekiem.

Pewnie myślicie, że przecież można wytłumaczyć taką rzecz bliskiej osobie. Czyli brakuje Wam doświadczenia i empatii. Spróbujcie wytłumaczyć partnerowi obecność na serwisie randkowym zoptymalizowanym pod zdradę.

A teraz, kiedy już przegraliście z tą myślą, wytłumaczcie losowym osobom na mediach społecznościowych swoją obecność na serwisie, którego profil kładzie się cieniem na wasz charakter.

Kanadyjski piosenkarz z początku tekstu ma swoich spinmasterów i ludzi od PR, ma też fanów. Wy macie wielki chuj.

Dane pochodzące z włamów do systemów powinny być witane z większym sceptycyzmem, niż ma to miejsce do tej pory. Dodanie lub zmiana danych jest trywialna dla osoby zaznajomionej z tematem. Na końcu wszystkie dane są tekstem.

Przenieśmy się znów do krainy fantazji. Mój przyjaciel Piotr wychodzi z nudnego spotkania i zostawia laptop na stole. Mam kilka minut.

piotr@mak ~/.mozilla/firefox/msqq1vhj.default sqlite3 places.sqlite 
SQLite version 3.8.2 2013-12-06 14:53:30
Enter ".help" for instructions
Enter SQL statements terminated with a ";"
sqlite> 
INSERT INTO moz_places (
 url, 
 title, 
 rev_host, 
 visit_count
) VALUES (
  'http://strasznapornografia.com.pl/chaos',
  'pornografia tak straszna, że oko pęka',
  'http://strasznapornografia.com.pl', 
  '666'
);

Teraz czekam, aż Piotr wróci i podłączy się do rzutnika. Niedbale żartuję, że ogląda straszną pornografię, a gdy zaprzecza, proszę go, żeby zaczął wpisywać adres strony, która taką treść zawiera. Szok, horror! ODWIEDZA!

Integralność danych w systemach informatycznych często polega na zaufaniu i dostępie. Gdy bezpieczeństwo dostępu zostaje złamane — bez względu na to, czy to włam, czy tylko ja usiadłem w cudzym miejscu na dwie minuty — zaufanie do danych spada do zera.

Być może brzmię jak apologeta ludzi, którzy robią złe rzeczy i zostają przyłapani na gorącym uczynku. Moje hipotetyczne scenariusze nie mają umocowania w rzeczywistości, przedstawiam tylko techniczną możliwość ich wykonania.

Być może wszyscy obecni w bazie serwisu randkowego zapisali się do niego. Może profile kobiet były dodane przez autorów serwisu w niecnym celu. Jeśli przyłożycie mi do gardła brzytwę Ockhama, to się zgodzę, oczywiście.

Internet to zespół naczyń połączonych, a ciecz, która się w nich przelewa i stabilizuje, to głównie szambo.

Nie chcę jednak, żebyśmy porzucali zdrowy sceptycyzm tylko dlatego, że ktoś pozyskał dane. Nie mamy technicznej możliwości sprawdzenia ich wiarygodności, bo takie potwierdzenie musiałoby pochodzić od autora włamu, a to, czy wierzyć autorowi włamu, musicie rozważyć we własnym sercu.

Technologia wkradła się tak gwałtownie do życia ludzi, że w zbiorowej świadomości istnieje nadal jako coś, co ma znamiona magii. Kiedy ktoś słyszy, że dane pochodzą wprost z bazy danych, to brzmi jak najmocniejsze zapewnienie. Baza danych to kamień, na którym zbuduje swój kościół. Gdyby ludzie znali podbrzusze technologii, wiedzieliby, że to nie magia, a kuglarstwo. Podwójne dno w kapeluszu, znaczone karty i odwracające uwagę gesty.

Technologia jest amoralna, ale jej zastosowanie nie. Dlatego naszym obowiązkiem jako „ludzi od Worda i poziomu atramentu w drukarce” jest tłumaczenie nowej rzeczywistości, w której przyszło wszystkim żyć.

Coś, co mogło być kiedyś tematem na thriller technologiczny, dziś, w świecie w którym rządy podkładają sobie nieprzyjemne oprogramowanie, zaczyna być codziennością. Dlatego jestem za ograniczeniem zaufania elektronicznych artefaktów życia społecznego. Do pokonania tego progu rozwoju potrzebujemy więcej edukacji, lepszych narzędzi i pewnie lepszego społeczeństwa. Tymczasowym rozwiązaniem (wobec brak wcześniej wymienionych czytelników) jest rozwaga i sceptycyzm.

  1. mogę się mylić, że chodzi o tę konkretną sprawę, to było lata temu i nie jest kluczowe

Zbieractwo: Holes in your pocket

Zbieractwo wszelkiego rodzaju niesie ze sobą konekwencje. Do niedawna musieliśmy się borkykać z pułapkami zastawianymi na nas przez rzeczywistość: „gdzie to wszystko upchnąć?”.

Amator statków w butelce mógł ich zgromadzić tylko tyle, ile miał dostępnej przestrzeni. Kiedy odwiedzający znajomi muszą przesunąć pół marynarki wojennej żeby skorzystać z ubikacji, na horyzoncie pojawia się perspektywa interwencji. To wbudowany w zbieractwo hamulec, zaciągany przez bliskich lub administrację budynku.

Wszystko zmieniło się wraz z postępem technologii. Dzięki, technologio. Teraz zbieracz może kolekcjonować wszystkie animowane GIF-y z kotami, przepisy kulinarne i odnośniki jakie tylko przewiną się przez ekran. Eldorado dla fanów gromadzenia cyfrowego gruzu, gdzie nikt nie sądzi cię na podstawie katalogu „pobrane”.

Niby nic w tym zdrożnego, co komu szkodzi, że mam kilka gigabajtów instrukcji i schematów do C64 na zawsze uwięzionych w Dropboksie? Kiedyś je przeczytam, ręka na moim czarnym sercu.

Moje ulubione powiedzonko o prokrastynacji idzie tak: z prokrastynacją jest jak z masturbacją, frajda jest, ale na końcu nadchodzi czas na refleksję, sam się wyruchałeś. Co to ma wspólnego z e-chomikowaniem? To ta sama natychmiastowa gratyfikacja (odłożyłem ten artykuł o bardzo ważnym problemie programistycznym) wywodząca się z budowanie własnego obrazu człowieka, który czyta ważne rzeczy.

To odpowiednik magazynu opinii rzuconego na stolik w salonie, nie służy on do czytania, ale jako sygnifikator kulturowo-klasowy. Jego bracia i siostry z poprzednich tygodni są już wyściółką dla kuwety, w tym wygrywają ze zbieractwem postępowym, przydają się nawet w drugim obiegu.

Weźmy moją przyjaciółkę, Lan. Oboje uwielbiamy aplikację Pocket, pozwalającą na archiwizację napotkanych w sieci artykułów. Opcja przetwarzani ich w wersje pozbawione dekoracji i dostęp offline znacząco poprawiały moje samopoczucie w ostatnich latach, gdy dużą część czasu przebywałem pozbawiony dostępu do Internetu.

Pocket ma też wygodną opcję dzielenia się znaleziskami. Jedno kliknięcie i już cyfrowy odpowiednik statku w butelce pojawia się na ekranie ofiary. Używam go tak często, jak mogę.

Różnica między mną a Lan jest następująca: jestem pozbawiony skrupułów. Jeżeli patrzę na tekst drugi raz i nie mogę przebrnąć przez lead in to bezceremonialnie go kasuję. Ona je trzyma. Za każdym razem kiedy wysyłam kolejny tekst, odczuwam ukłucie wyrzutów sumienia. Znów dokładam się do jej nieszczęścia, kolejny tekst na wieki uwięziony i omijany, walczący o uwagę z setkami innych.

Zażartowałem kiedyś, że napiszę programik, który przyjdzie i wyrzuci jej wszystko, co jest stare. Nie można wierzyć osobom uzależnionym, potrzebny jest zewnętrzny arbiter. Arbiter powinien być arbitralny, pozbawiony emocji, więc najlepiej zaprogramowany.

Po raz kolejny technologia pozwoli mi rozwiązać problem stworzony przez technologię!

Minął tydzień, potem drugi. Aplikacji nie pisałem, gdyż jestem rzemieślnikiem programowania, a kto to widział żeby rzeźnik po powrocie do domu podcinał gardła dla zabawy. Kiedy wreszcie udało mi się zebrać, Lan powiedziała, że odmawia! No ładnie. Nie pozostaje mi nic innego jak zaofiarować go innym, potencjalnym ofiarom.

Holes in my pocket, kliknij, gdyż link.

Zasada funkcjonowania jest prosta. Autoryzujemy się, sprawdzam, czy są jakieś teksty, które są starsze niż 30 dni i oferuję archiwizację. Klik i poszły. Dodałem też możliwość cofnięcia tej procedury dla tych, co się poddali i chcą znów zboczyć ze słusznej ścieżki.

W ramach podkręcenia ironii w tekście o czyszczeniu kolejki Pocketa: używasz IFTTT i Pocket? Pozwól mi dołożyć się do chaosu.


Jeszcze prawie trzy kilometry, mam czas sobie to zapisać

Jest poniedziałek, więc wracam spacerem do domu. Przynajmniej ja to nazywam spacerem, dla innych perspektywa pijackiego marszu przez osiem kilometrów nazywa się inaczej, bardziej złowieszczo. Niestety, pochodzę z rodziny, gdzie miejską legendą jest kartka, którą mojej babci zostawił ojciec i wujek w wigilię wakacji:

„Mamo, poszliśmy nad morze.”

Przejść się nad morze jest ciężko, zwłaszcza z Łodzi, ale się przeszli. Kim bym był, gdybym dosiadał nocnego autobusu, kłaniał się automatom biletowym?

Zupełnie jednak nie o tym chciałem: idąc tak myślałem. Głównie nad pierdołami, ale jakoś tak z boku zaszła mnie myśl o ulicy Ogrodowej jako metaforze ostatnich 20-tu lat zmian ogólnie.

Ulica Ogrodowa w Łodzi była zawsze kłamstwem. Jedyną rzeczą, która miała jakikolwiek związek z ogrodami, były dwa — przylegające do siebie — cmentarze, gdzieś w jej środku.

Poza tym była to łódzka ulica do szpiku kości. Z jednej strony mocne kamienice, bramy pełne twardych ludzi, a głębiej, obsrane przez psy podwórka, duszne od dymu tanich papierosów palonych przez babcie-wrony, obsiadające krzywe ławki, które opowiadają jak im było lepiej za Stalina.

W jednej z takich bram napadli mnie kibice ŁKS-u. Co jest jedną z większych życiowych zagadek dla mnie: będąc kibicem tego klubu przez całą swoją stadionową karierę napadali mnie tylko ełkaesiacy.

Skopali mi plecak w którym niosłem twardy dysk. Kiedy kilka dni później udało mi się ich dopaść z grupą kolegów, w ramach akcji odwetowej, wytłumaczyli mi dlaczego:

„Na chuj nosisz po mieście koszulkę Amica (Wronki)?” 1

Polonistka miała rację, co do zagrożeń, które niesie ze sobą upadek czytelnictwa. Na koszulce było „Amiga”.

Po drugiej stronie ulicy stała fabryka. Wielka, zasłaniająca słońce mieszkańcom kamienic, zimna, martwa, zakurzona.

Fabryka kiedyś musiała coś produkować, ale ciężko było sobie wyobrazić, co można produkować mają do dyspozycji taką przestrzeń. Ile tam musiało wejść komputerów osobistych w dziewiętnastym wieku?

Dumając nad swoją przyszłością, siedząc w jednym ze szczytowych mieszkań kamienicy, gdzie mieliśmy swoją nerdowską melinę, nie mogliśmy pominąć fabryki. Co w przyszłości będzie z fabryką?

Wiadomo, w fabryce będą koncerty techno, gdzie kurz będzie strzelał spod butów rejwerów, jak na “No Good” The Prodigy. A po północy piętra będą przejmować pancerni gabbrzy i deptać deski ciężkimi buciorami.

To miało sens. Powiedziano nam, że będzie lepiej, a jak może być lepiej niż kilometry kwadratowe skaczących, szczęśliwych ludzi? Miało kompletny sens.

Teraz fabryka wreszcie żyje: klinkierowa cegła chroni hotelowych gości przed estetycznym dyskomfortem. Na dachu jest przeszklony basen, z którego okna-dna machają do spacerowiczów pływacy.

I to jest metafora, w tym sensie, że wszystko jest lepiej, jeśli mierzyć obiektywnie, ale zupełnie inaczej, niż sobie wyobrażałem.

Tak jakbym leżał rozciągnięty na podłodze, masują szczękę, kiedy po rozłożeniu planszy do gry w warcaby, drugi gracz wyciągnął figury szachowe, by zaraz po ich ustawieniu przywalić mi prosto w ryj: techniczny knockout.

Po prostu nikt nie wiedział w co gramy.

  1. taki klub piłkarski

3.5mm do nieba

W drodze do Olki postanowiłem zatrzymać się w jakiejś knajpie i wrzucić coś do wielkiego, pustego brzucha. Wybrałem lokal, wpakowałem się, złożyłem zamówienie i usiadłem.

Podkręciłem głośność słuchanego podcastu, a z plecaka wyciągnąłem laptopa żeby napisać Olce e-maila o potencjalnym spóźnieniu.

W polu mojego widzenia pojawiła się damska ręka, podniosłem głowę i zobaczyłem kelnerkę, która przyjmowała zamówienie. Przyniosła narzędzia kulinarne: nóż, widelec, talerz. Kiedy przesunąłem szybko rzeczy na bok i podziękowałem, nadal w słuchawkach, usłyszałem że Pani mówi coś do mnie.

Zsunąłem słuchawki.

— Przepraszam bardzo – powiedziała – czy mogę zobaczyć te słuchawki?

— Eeee… Tak? – ściągnąłem je i podałem pytającej dziewczynie, która podsunęła sobie krzesło do mojego stolika.

Przez chwilę przewracała je w dłoniach by po chwili wsadzić je na głowę.

— Proszę coś puścić.

O jeżu malinowy: coś puścić? Z moich list odgrywających? Co? Słowackie ska, japoński hip hop, polski dżez? Czyżbym padł ofiarą własnego gustu. 1 Będę się musiał wytłumaczyć czemu wokalista krzyczy do akompaniamentu trąbek?

Leciałem w dół listy utworów, a po osiągnięciu końca odbijałem się znów ku górze. W tym czasie komitet testowania moich słuchawek: sztuk jeden, czekał spokojnie.

Wreszcie wybrałem coś, co wydawało mi się mało krępujące i kliknąłem plej, patrząc w stół podczas gdy komisja testowała.

Co trzeba wiedzieć o tym spacerze, dla pokreślenia tego, co nastąpi za chwilę: wracałem ze spotkania, gdzie śpiewano peany na temat moich technologicznych zdolności. Jestem raczej skromnym człowiekiem, ale potok zapewnień o tym jak ważnym trybikiem w świecie e-maszyn jestem wreszcie przecisnął się do mojej świadomości.

Słuchawki wylądowały na stole, a pani uśmiechnęła się do mnie i powiedziała, że całkiem dobre. Ucieszyłem się, że ktoś docenia mój zakup, który wykonałem metodą „ile mogę wydać, bo poprzednie się urwały”.

I wtedy się zaczęło, ta bardzo przystojna, pewnie z 15 lat ode mnie młodsza, blondynka zaczęła wymieniać listę parametrów, które rozważa podczas zakupu następnych słuchawek.

Było o paśmie przenoszenia i o Ohmach, gdzie wtrąciłem jak kretyn, że „wiem, co to są Ohmy!” tylko po to by dogonić kompletnie uciekającą mi dyskusję o technologii, co było lekką nowością. Zwykle mogę przynajmniej kreatywnie udawać.

Kiedy usłyszałem o relacji głośności, rezystancji, potęgach dwójki, typach wyciszenia i trendach na rynku postanowiłem uznać się za kompletnie pokonanego i powtarzałem tylko: „Uhu”, „Ehe” i „Nie wiem, prze pani, ja tylko podkastów słucham…”

Kiedy werbalne lanie się skończyło, Pani jeszcze raz uśmiechnęła się do mnie i poszła do kuchni po mój obiad.

Patrzyłem się w pieczarkę na talerzu i myślałem, że przynajmniej ona wie jeszcze mniej niż ja o akustyce.

Ale tylko ja będę musiał z tym żyć.

I ją zjadłem.

  1. Hipster detected

Game Days 2015: tête-à-tête

IMG_8439_M

Ludzie

Pod koniec mojej rozmowy z jedym z gości naszego piętra pełnego starych komputerów zostałem zapytany, czy jestem może pracownikiem “CD-ACTION”. Pytanie nie było strzałem z biodra, po sali kręciło się kilka osób w ich koszulkach. Zaprzeczyłem, a wtedy dopytał mnie, czy w takim razie jestem jakąś „ważną indywiualnością”. Zaprzeczyłem ponownie, bo przecież nie jestem. Pan odszedł, a ja wróciłem do tańca między biurkami, na których spoczywały lata historii technologicznej. Tej znanej szerzej i tej kompletnie nieznanej.

Zanim pójdę dalej, muszę się do czegoś przyznać. Nie lubię ludzi. Znaczy ogólnie ludzi jako takich — tak, jestem nawet fanem ludzkości, ale gdy są dookoła mnie en masse, zaczynam robić się niespokojny. Rozmawianie z obcymi ludźmi zwykle wysyła mnie do piekła zdenerwowania: czy jestem zziajany? A jak powiem coś głupiego? Czy czuć ten ostatni papieros w moim oddechu, a może rozpiął mi się rozporek? Nieustająca karuzela wątpliwości aż do mdłości.

IMG_8378_M

Przypadłość ta powoduje, że jestem zwykle bezużyteczny jako organizator, sprzedawca siebie i swoich pomysłów oraz „człowiek warty zapamiętania”. Jeżeli ludzie mają personal brand, to ja jestem “TESCO VALUE”.

Kiedy kolejna fala gości opadła i wycofała się do innych pokojów, zdałem sobie sprawę, że wykonałem niesamowite postępy w byciu normalnym człowiekiem. Zaskoczony tym sukcesem postanowiłem głośno (ale we własnej głowie), że może nie jestem ważną osobistością zwykle, ale stojąc na tej pododze, wśród komputero-archeologicznych eksponatów, pełnię bardzo ważną funkcję: jestem klechą tego kościoła.

A ludzie, którzy do niego przychodzą, chcą się wyspowiadać i uzyskać odpuszczenie.

Przeszłość w naszej głowie to wyidealizowany obraz ludzi o przekłamanych charakterach oraz kaców, które nie były straszne, choć były. Nikt nie jest pewien, czy „tak rzeczywiście było”. A ja, jak każda religijna instytucja, dostarczam im pewności.

Tak, była taka gra. Tak, Amiga była najlepszym komputerem. Tak, C64 był najlepszym komputerem. Tak, gry wczytywały się tyle czasu. Nie, gry wczytywały się szybciej.

Niczym dickensowski duch świąt przeszłych pokazuję ludziom, jak wyglądał świat, zanim zdziczeli, dorośli.

No i rozgrzeszam.

Przestawiałem głowicę w magnetofonie. Kiedy grałem z kolegą, zawsze dawałem mu gorszy joystick. Do tej pory nie oddałem pożyczonej kopii tego a tego.

Pokuty nigdy nie są ciężkie, partyjka w Space Invaders, rundka w Cannabalt na C64. Za najcięższe występki karzę grą w Lotus Turbo Esprit III na Atari ST na dwóch graczy.

Pojawiają się czasem biskupi, którzy bez mojej interwencji zajmują miejsce przy komputerze i wprawnym ruchem uruchamiają swoją ulubioną grę, a po kilku rundkach wstają, potakują mi zza stołu i przechodzą dalej. Raz zawitał nawet papież — instalator i programista komputerów Odra. Ucałowałem jego token-ring.

IMG_8601_M

Gry

U mnie z grami jest tak, że wiem tylko jakie mi się podobają. Podobają mi się głównie te, które już znam i managery piłkarskie, choć do nich nie mam już cierpliwości.

Obserwując dziesiątki ludzi w różnym wieku, różnych płci i różnego, już nabytego, zainteresowania komputerami dokonałem destylacji własności i funkcji gry doskonałej.

Aby skoczyć, skocz

Żadna z często wybieranych gier nie posiadała części „uczącej”. Nauka zasad wynikała z gry. Pewna Pani po którymś kolejnym nabiciu się na miecz strażnika w Prince of Persia zrozumiała, że należy się uzbroić.

IMG_8404_M

Dwóch graczy, jedna konsola

W świecie, gdzie gry z trybem multiplayer drukują miliony dolarów wydawcom, świat zapomniał o tym, że można podłączyć więcej niż jeden kontroler i grać razem na jednym ekranie.

Kiedy ktoś z silnym rosyjskim akcentem powie Ci przez słuchawki, że sypia z Twoją matką odpowiesz najwyżej wzruszeniem ramionami. Kiedy ktoś siedzący obok Ciebie powie Ci to samo odczucie jest dużo intensywniejsze. Zwłaszcza, gdy grasz z Ojcem.

IMG_8414_M

Co świeci, co buczy, nie bawi, nie tłuczy

Space Invaders na ośmiobitowym Atari było jednym z hitów wystawy, tak wśród młodych jak i starych. Gra prezentuje się na zielonym monitorze Neptun jak produkt jelita obciążonego szpinakiem, a brzmi jak wypadek w którym udział brał TIR pełen tablic szkolnych uderzający w salon urody z dobrze zaopatrzonym działem sztucznych paznokci.

Nikt nie powiedział złego słowa o tym fakcie, wszyscy zajęli się eksterminacją najeźdźców.

IMG_8490_M

[Tu wkładam bezwstydnie reklamę właśnie powstającej książki o projektowaniu gier „Inżynieria Gier. Level design dla początkujących”.]

Podsumowując: trudna gra na dwóch graczy, w którą grasz z Tatą, wyglądająca jakkolwiek, którą przegrywasz non-stop dzięki krępującym wrzutom rodziciela.

Podziękowania

Chciałbym serdecznie podziękować „Muzeum Historii Komputerów i Informatyki” za zaproszenie nas do wzięcia udziału w Game Days, gościom za znoszenie mojego nagabywania do dania C64 szansy oraz Irze i Piotrowi Poterze oraz Tomaszowi Marcinkowskiemu za odtworzenie atmosfery kolonijnego pokoju: od picia alkoholu w łóżku po śmianie się z tego, że ktoś pierdzi pod kołdrą. Póki człowieka śmieszy pierd po 29h pracy skondensowanej w dwa dni póty jest nadzieja, że ten świat nie jest skazany na zagładę.

Zdjęcia: Ira Potera


Retroboat 2015: widok z okopu

Piotrek jest organizatorem. Ciężko jest żyć z organizatorami, ciągle coś wymyślają, a ich filtr samokrytyki bywa przykręcony w okolice zera. Nasza znajomość polega na tym, że on wymyśla, a ja mu skreślam. Jestem osobistą kotwicą hamującą jego transatlantyk, bo z mojej pozycji często widać, że na burcie napisano „Titanic”.

W zeszłym roku zasugerował, że moglibyśmy przejąć jedno z muzeów podczas corocznej imprezy kulturalnej. Potakiwałem, wiedząc, że przy takiej rozbiegówce pomysł rozmieni się na drobne, a te drobne wydamy na piwo.

Niestety, ku mojemu zdziwieniu, dzień po zamknięciu listy instytucji chcących uczestniczyć w wydarzeniu, Piotrek zerwał się z miejsca i zaczął organizować.

Między e-mailem do jednej łódzkiej firmy, odbieraniem banerów i gadżetów (mój faworyt to składany karmnik dla ptaków), e-mailem do drugiej firmy i logistyką wymęczoną jak my sami, okazało się, że jednej nocy mamy stanąć na trzecim piętrze Muzeum Włókiennictwa. Mamy odpalić te wszystkie wspaniałe komputery z naszej młodości, które tyle nam dały, których radością z obcowania chcieliśmy się podzielić. Ktoś miał też przynieść Atari.

Będąc cynikiem, a cynikiem nie stajesz się genetycznie, tylko przez doświadczenie, spodziewałem się że nasza praca zaowocuje liczbą gości policzalną na palcach wszystkich organizatorów.

Około 18:00, chwilę po podłączeniu ostatnich maszyn, muzeum szykowało się do otwarcia wrót. Ktoś poszedł sprawdzić sytuację i wrócił, obwieszczając, że dzicz stoi pod bramą, gotowa na realizację naszego statutowego założenia wystawy: „proszę dotykać eksponaty”.

Osiemset to była przesada. Obserwator pewnie nigdy nie był na imprezie masowej i liczył, używając takich pojęć, jak grupka, wiele, liczba Dunbara, ponad osiemset, nieprzeliczalne. Nie żeby jego dokładność cokolwiek zmieniła — do pustej sali wlał się tłum ludzi, którzy natychmiast zasiedli przed komputerami i domagali się żeby odpalić im dokładnie tę grę, której nie dali rady 25 lat temu. Poczułem się trochę jak poeta na wieczorku poetyckim, tylko z widownią złożoną z ludzi innych niż poeci i znajomi.

Ludzie

Tłum wijący się dookoła mojego sektora wypluwa w moim kierunku dwie kobiety prowadzone przez współorganizatora.

— Proszę pana, taka gra, facet w kapelusiku skakał przez czaszki…

Montezuma’s Revenge?

TAK!

— A taki samolocik, co leci do gó… — wtrąciła się druga.

River Raid?

— Wow — powiedziały obie.

Trzydzieści pięć lat marnowania życia wreszcie wypłaciło dywidendy w endorfinach.

Potem przy Amidze 1200 sadzam panią z córką i pytam małą, w co chciałaby zagrać. Pani mówi, żebym wybrał jakąś grę „dla dziewczynek”. Odpowiadam jej, że wszystkie gry są dla dziewczynek, i wkładam dyskietkę z Ruff’n’Tumble.

Sodarówna

* * *

Byłem zbyt zajęty, żeby znaleźć w tym rozgardiaszu spójną narrację. Mam tylko obrazki.

* * *

Ktoś zostawił na A3000 odpalony Mortal Kombat II. Siada do niego dwójka znajomych, jeden z nich w towarzystwie dziewczyny. Pojedynek za pojedynkiem, pojedynek za pojedynkiem. Dziewczyna kładzie głowę na blacie, a jej szare oczy powtarzają bezgłośnie w kierunku (prawdopodobnie) chłopaka: „Serio? Serio, serio?”.

Po jakimś czasie odchodzą, by wrócić po mniej niż godzinie. „Odpali nam pan Mortala?”. Odpalam i znów mam zero na karmicznym rachunku z płcią piękną, bo dziewczyna kładzie się na blacie, ale tym razem ja jestem ofiarą jej wzroku.

MKII

* * *

Obok stoi Mak. Odpaliłem na nim Quake’a, bo to zawsze pewny magnes. Karuzela na krześle trwa, a ja, kiedy tylko zauważę nową osobę, krzyczę, że „nie wasd, tylko strzałki, bo ktoś nie bindował”. Rozważam nawet przestawienie, ale jestem zbyt zajęty. W czwartej godzinie znajduję dziewczynkę, ma może siedem lat, która kręci kursorem dookoła ekranu.

Podchodzę, witam, mówię o strzałkach.

— Nie, nie. „w” się idzie. — dla potwierdzenia wciska „w”. — Boję się tylko zejść po tych schodach, bo jest ciemno.

Koryguję gammę.

* * *

Pani z wózkiem woła „czy ktoś chce zagrać z moim mężem w Sensible World of Soccer?”.

W mojej głowie przetłumaczyło się to na „Kto chce lanie od Emila”.

On mnie pyta, czy można grać na klawiszach. Odpowiadam, że na Amidze nie można, ale nie ma różnicy, bo nie jestem za dobry. Gramy FC Parma (ja) i Czerwone Diabły (on). Strzelam mu pierwszą bramkę w trzy sekundy po gwizdku. Potem następną. Cantona zmniejsza rozmiary porażki.

Bierze ode mnie wizytówkę żeby się kiedyś ustawić na granie.

* * *

Godzinę po rozpoczęciu wszystkiego rozlega się huk. Ira włączyła czajnik żeby zrobić nam kawy. Czajnik wyłączył bezpiecznik. Dziesięć minut biegania i wyginania rąk, pełzania pod ławkami, przerzucania przedłużaczy nad ozdobnymi, przeszklonymi drzwiami oddzielającymi nas od sztuki właściwej.

* * *

Coraz bliżej końca. Palę papierosa i rozmyślam, czy nie włączyć znów czajnika, sabotując swoją własną pracę. Macham jednak ręką i czołgam się w kierunku lobby. Drugimi drzwiami nadciąga Pan i Pani oraz gromadka dzieci.

Oni patrzą na mnie, ja na nich. Oni są zmęczeni, ja jestem zmęczony. Pada uwaga do stadka ludzkich szczeniaków: to ostatnie miejsce, najwyżej pierwsze piętro!

Odwracam się po pokonaniu kilku schodów i przemawiam:

— Proszę Państwa, zapraszam Państwa na trzecie piętro, gdzie są komputery!

Tłum dzieci zbił się w kupę a potem eksplodował w węża, którego wszystkie głowy krzyczały „Jeeee, komputery” kiedy wspinały się po schodach. Opiekunowie podążyli.

Nigdy więcej nie będę cierpiał sam tej nocy.

Konsole

* * *

Jest pierwsza ileśtam. Strzelają korki szampanów, rozmawiamy z dyrektorką muzeum. Jest zadowolona, jesteśmy zadowoleni. Pomagam trochę pakować, ale ledwie już stoję na nogach. Idę na pieszo do domu.

O drugiej siadam za biurkiem i otwieram piwo. Włączam Dragonball Z. Jestem zbyt zmęczony by zasnąć.

Tak samo o piątej.

Usypiam o wpół do szóstej. Wstaję o dziesiątej, nie mogę się ruszyć, ale mam jeszcze 365 dni żeby odpocząć.

Oranizatorzy

Za udział się wzięli(od lewej): moi, Krzysiek Chwałowski, Kamil “OSH”, Przemek Wrona, Tomasz “Alt_” Marcinkowski, Michał “mwb113”. Dół: Piotr & Ira Potera.

Częściowa kurekta: Kaja Zdjęcia: Ira Potera.


Złe słowa

Kiedyś usłyszałem cytat, oczywiście nie pamiętam czyj, o tym, że polscy pisarze mają przekichane z pisaniem o seksie. Mamy albo język rynsztokowy, albo język medyczny. Można też użyć kulawych porównań i namalować obraz kobiety dosiadającej jednookiego rumaka, ale trudno się nabrać na rozpustę, czytając jedną ręką. Druga zakrywa usta przed wybuchami śmiechu.

Podobnie ma się sprawa z przyganami, połajankami i przytykami. Możesz być częścią genitaliów lub wieść żywot medycznie skomplikowany. Kiedy przekrzykujemy się podczas dramatycznych rozmów o życiu, sztuce i sensie życia, adwersarz jest głównie chujem lub kretynem, do tego czyta autorów, którzy są w poszanowaniu tylko głupich pizd.

A to smutek jest i rozpacz. Dorobiliśmy się przecież więcej niż kilku słów, którymi można przywalić w wyżej wspomniane genitalia językiem. Oj, chyba się zapędziłem.

Oto wyimki z opisów zmyślonych wydarzeń stworzone przez wyimaginowanych autorów. Aby uchronić fantomowych pisarzy, zmieniliśmy im imiona na brak imion.

— W dzisiejszym wystąpieniu premier omówił nową ustawę o czystości języka polskiego. Ustawa ta mogła zostać napisana tylko przez kogoś, kto w głębi duszy jest chuliganem ciskającym kamieniami w wystawy kultury wysokiej. Tylko rzezimieszek wysokiego kalibru śmie podnieść rękę na wolnorynkowe prawo do „adresowania poprawek”, które to prawo wywalczyła sobie blogosfera technologiczna krwią, potem i lokowaniem reklam.

— Prawdziwą ozdobą ostatniego występu naszych piłkarzy była samobójcza bramka strzelona z animuszem przez obrońcę–niezgrabę. Jak prawdziwy szabrownik pola karnego skradł swojej własnej drużynie bramkę, która może nie odbierała nam szansy na zwycięstwo czy nawet remis, ale zwiększyła rozmiary porażki. Po meczu trener gości potwierdził, że zawodnik jest pacanem, ale o złotym sercu, które zostanie mu usunięte operacyjnie i sprzedane celem pokrycia roszczeń.

– Kanclerz Niemiec wyraziła ogromne zdziwienie, kiedy jeden z goszczących dyplomantów powiedział, że dzieci protestujące we Wrześni to były zwykłe huncwoty. Trzeba było się uczyć języków, Panie dyplomato, a tak wyszedł Pan na obwiesia i prostaka.

– W wywiadzie udzielonym gazecie znana autorka poezji śpiewanej dała upust swojej niechęci do nowego porządku świata w następujących słowach: „Młodzi ludzie to teraz tylko nicponie i ancymony. Słuchają afroamerykańskiej muzyki, robią hałas, jeżdżąc na zmotoryzowanych rowerach, czytają poezję tylko w Krytyce Politycznej, gagatki. Mówię im, żeby zaśpiewali mi o Bieszczadach, a jeden z drugim urwisem robią tylko miny i pokazują mi gangsterskie symbole na palcach. Jan Paweł II nie chodził po Bronksie.”

— Znany chwalipięta, gangster S., okazał się być skarżypytą, co jest strategią złą lub wręcz fatalną, jeśli człowiek otacza się rozrabiakami, łapserdakami i ludźmi, którzy lekko opacznie rozumieją moralność i są uzbrojeni. Na pogrzeb gagatka nie trzeba było długo czekać.


Przypowieść o otwartych okienkach

Kiedy Indianie chcieli więcej bawolego mięsa, zabijali dwa zwierzęta, zamiast szukać jednego wielkiego. Kiedy w świecie mikroprocesorów wojna megahercowa przygasała na dobre, bo osiągnięto już górną granicę miniaturyzacji, a przyśpieszanie cykli zegara powodowało już tylko efekt cieplny, projektanci sięgneli po asa w rękawie: zwiększono liczbę rdzeni.

Siedziałem na fotelu i rozmawiałem z przyjacielem. W jego pokoju przewalają się góry starych komputerów. Amigi, Commodore’y, Apple jeszcze sprzed ery powrotu Jobsa, a nawet takie wydane chwilę przed jego przepędzeniem. W takim otoczeniu myśli naturalnie zwracają się ku technologicznej przeszłości. Oczywiście ludzie zapatrzeni wstecz, jak my, gloryfikują rzeczy zaszłe i patrzą ze sceptycyzmem na rozwiązania nowe. Tak też dobrneliśmy do tematu „Commodore 64 był gotowy do pracy w sekundę po włączeniu, a mój Mac bootuje się minutę lub dwie”. To jedna z tych dyskusji, że kiedyś Pink Floyd, a teraz tylko biali raperzy znad Wisły — pełna kłamstw, przymykania oka i wybielania przeszłości.

Padło pytanie: mam cztery rdzenie, a mój komputer nie działa cztery razy szybciej, jaki jest sens?

Moje wytłumaczenie było pokrętne, potrzebowałem nawet kartki, żeby narysować kilka strzałek wskazujących prostokąty.

W świecie technologii rzadko rzeczy dodają się jak w matematyce. Indianie wybrali dwa bizony, ale zabicie dwóch bizonów wymaga lepszej organizacji, narzędzi, no i odrobiny szczęścia. Tak samo jest z rdzeniami.

Do wyjaśnienia sytuacji użyjemy mojej podstawowej broni — analogii. Analogie są jak ryby w beczce, stłoczone, niedługo skończy im się tlen i jeszcze ktoś próbuje je zastrzelić z niewiadomego powodu. Moja będzie idealnie niedokładna i podniesie ciśnienie oraz włosy ludziom, którzy odebrali edukację w programowaniu.

Wyobraźmy sobie Urząd. Każdy z czytelników może sobie wybrać dowolny, na myśl o którym cierpnie mu skóra. Urząd ma kolejkę petentów i okienka, w których są obsługiwani.

Na początek mamy kolejkę ludzi z podaniami i jedno otwarte okienko. Petent podchodzi, wyjaśnia sprawę i otrzymuje pieczątkę. Im pracownik okienka lepiej obeznany ze sprawami Urzędu, tym szybciej topnieje kolejka.

Proste.

Po kilku godzinach otwiera się drugie okienko. Ludzie przechodzą więc do tego, które akurat jest wolne. Jaki będzie czas obsługi kolejki? Krótszy o połowę? Tak, ale w sytuacji, kiedy obaj pracownicy Urzędu posiadają tę samą wiedzę. Jeżeli drugie okienko jest obstawione przez praktykanta, który musi skonsultować sprawę co któregoś klienta z literą prawa, przynajmniej jeden z czekających utknie w okienku.

A co się dzieje, jeśli wykładnia prawa nie jest jasna i pracownik drugiego okienka musi co pewien czas zasięgnąć języka u swojego kompetentnego kolegi z okienka pierwszego? Wtedy mamy dwie osoby tupiące nogą. Przy odpowiednio wysokim współczynniku nieszczęścia klientów otwarcie drugiego okienka może dać odwrotne rezultaty, niż pryncypał Urzędu miał na myśli, podejmując decyzje o dołożeniu drugiego rdzenia… czy też pracownika.

Analogia druga.

Oto pudełko puzzli. Ma 2048 elementów. To ładna, okrągła liczba. Układasz je więc i kończysz w n-czas + tyle, ile zajęło Ci dopasowanie tych cholernych kawałków nieba.

Oto drugie pudełko, które zawiera tyle samo elementów. Tym razem masz jeszcze trzech gości, którzy postanowili pomóc Ci w układaniu, ale są strasznymi introwertykami i każdy chce układać w swoim kącie. Na środku leżą wysypane części, a co jakiś czas każdy bierze kilka i próbuje je dopasować do swojego kawałka.

Bez wątpienia zdarzy się, że ktoś podbierze element potrzebny w Twojej części układanki. Jeśli zauważy szybko, że nie ma gdzie wstawić głowy ptaka, zapyta głośno o osobę, która potrzebuje tego właśnie kawałka. Cztery osoby przerwą układanie i po naradzie ptasi dziób trafi w odpowiednie ręce. Kiedy wszyscy skończą, trzeba jeszcze zebrać się razem i dopasować Wasze mniejsze części w całość. Niech bogowie Was chronią, jeśli ktoś spędził zbyt wiele czasu w ubikacji i jest teraz opóźnionu w stosunku do reszty. Trzy czwarte układanki to zero układanki. Czekacie więc, aż maruder Was dogoni.

Chyba że macie gorszy pomysł i dzielicie się pozostałymi kawałkami, próbując mu pomóc. Teraz spowolniliście spowolnienie.

I co z tego?

Tak jak dziewięć kobiet nie urodzi dziecka w miesiąc, tak większa liczba dostępnych rdzeni w Waszym systemie nie będzie magicznie oznaczać przewagi. Wiele problemów w programowaniu stawia solidny opór przed rozbiciem na kawałki, którymi można zająć się indywidualnie i potem zestawić w całość. Już kilka razy w swojej programistycznej karierze próbowałem zmierzyć się z takimi problemami. Zwykle osiągam tylko zwiększoną komplikację i prawie zerową korzyść w szybkości przetwarzania. Może to mówi więcej o moim talencie programistycznym niż o samym problemie, ale nawet bardziej utalentowani ludzie, patrząc na używane zazwyczaj przeze mnie narzędzia, podchodzą do sprawy z pewną rezerwą, a czasem nawet niechęcią.

Czy dobrze jest mieć więcej niż jeden rdzeń? Oczywiście. Nawet najbardziej idiotyczne, jednowątkowe programy zyskają na tym, że te mniej idiotyczne nie muszą się z nimi dzielić czasem. Jednak jak już powinniśmy byli nauczyć się z historii, magia liczb, które wyciągają z kapelusza czarodzieje-marketingowcy, nie zawsze idzie w parze z tym, co możemy osiągnąć.

— Proszę kupić nasz nowy samochód: ma siedem kół, trzy kierownice i zero drzwi, ale kompensuje to bardzo obszerny szyberdach!


Niesamowita Łaska

Kilkanaście lat po tym, gdy Amiga (a dokładniej Commodore) wyzionęła ducha, nad jej zrobaczałym truchłem pojawiła się wataha hien. Darmowy obiad.

Najbardziej zatwardziałych fanów platformy (a wtedy wszyscy, którzy przy niej zostali, byli zatwardziali co najmniej w diament) mamiono obietnicami technologicznych sukcesów, powrotu do glorii i chwały, odrodzenia i zajęcia należnego nam miejsca w poczcie świata technologii.

Świętym Graalem mającym zapewnić nieśmiertelność Amidze była nowa platforma sprzętowa. Niestety, lata odpływu talentu spowodowały, że najdziwniejsze propozycje otrzymywały od społeczności pieczęć aprobaty. Jedną z takich propozycji była płyta główna, którą zademonstrowano nam w postaci diagramu narysowanego w programie malarskim. Bardziej sceptyczni fani drapali się w swoje długie brody i wątpili, czy autorzy trzymali choć raz lutownicę w ręku.

Wzbudzonej nadziei nie da się jednak łatwo zgasić i „nowa płyta” została przyjęta jako kolejny krok na drodze powrotu do łask.

Mijały miesiące, potem lata, a płyty jak nie było, tak nie było.

Aż do pewnego poranka, gdy na popularnej w światku stronie pojawiła się nowinka: oto płyta. I rzeczywiście, zdjęcie przedstawiało płytę główną komputera. Na pierwszy rzut oka wszystko było na miejscu, procesor, sloty pamięci, PCI. Kilka osób wypomniało mi moje podśmiechujki z wcześniejszego „projektu w Deluxe Paintcie”.

Wtedy w wątku pojawił się Bernd Mayer, jeden z moich ulubionych hakerów. Powiedział autorom, że założy się z nimi — nie pamiętam już, o co – że ta płyta nigdy nie zadziała. Po kilku godzinach słownych przepychanek zadał ostateczny cios. Padło pytanie o parę szczegółów: taktowanie tego i owego. Po uzyskaniu odpowiedzi Mayer zniknął na chwilę i wrócił z liczbami.

„Biorąc pod uwagę wartości, które mi podaliście, rozmiar płyty i rozłożenie komponentów (dokładniej: trasa pamięć/procesor), znając też prędkość prądu w przewodniku, oceniam, że ten komputer nie zadziała. O ile nie złamaliście praw fizyki”.

Myśleć o komputerze jako o maszynie istniejącej w fizycznym świecie? Ze wszystkimi ograniczeniami i wymaganiami, które ten świat rodzi? To było coś dla mnie nowego.

Płyta nigdy nie pojawiła się na rynku. Historia została ze mną na zawsze jako przypominajka o tym, że komputery to nie tylko ta część, która się zawiesza i traci dane. To także ta część, którą się kopie.

Gdybym znał wtedy lepiej historię komputerów, wiedziałbym, gdzie takie ujęcie sprawy ma swoje korzenie. Grace Hopper, matematyczka, programistka i kontradmirał marynarki wojennej Stanów Zjednoczonych 1, podczas swoich wystąpień często demonstrowała, jak wygląda nanosekunda.

* * *

Nanosekunda to stopa miedzianego kabla.

cloud_2011_12_2011_readwriteweb_trivia_chall-grace-hopper

Grace zaczynała podobnie jak niektórzy z nas: od niezaspokojonej ciekawości. Gdyby zrobić ankietę, jestem niemal pewien, że wielu czytelników (jeśli nie większość) opowiedziałoby podobną anegdotę.

Kilkuletnia Grace rozbiera budzik, żeby sprawdzić, jak on działa. Próba złożenia go z powrotem kończy się porażką, wiadomo więc, jaki jest następny krok. Zebrać pozostałe sześć budzików w rodzinnym domu i próbować do skutku.

Kiedy zostaje przyłapana na gorącym uczynku przez matkę, dostaje ultimatum: tylko jeden budzik.

Mary, jej matka, wiedziała z pierwszej ręki o świecie, w którym zabierają ci ostatni budzik. Miłośniczka matematyki w młodym wieku, po lekcjach z geometrii nigdy nie dostała szansy na rozwinięcie talentu. W XIX wieku wiele rzeczy uznawano za nieodpowiednie: związki międzyrasowe, brak widelców do sałatek i kobiety uczące się matematyki. Na szczęście w 2014 r. przeskoczyliśmy już problem widelców.

Córka Mary miała więcej szczęścia. W 1924 r. weszła na ścieżkę wyższej edukacji na uniwersytecie Vassar na kierunku matematyczno-fizycznym, a zakończyła ją, broniąc doktoratu na uniwersytecie Yale w 1934 r.

Kiedy Japończycy zaatakowali Pearl Harbor, Grace, jak wiele osób powodowanych patriotycznym obowiązkiem, próbowała się zaciągnąć. Niestety dla niej, a szczęśliwie dla informatyki, odmówiono jej ze względu na warunki fizyczne i wiek. Potem dzięki jej niezłomności charakteru została przyjęta i skierowana do programu naukowego na uniwersytecie Harvarda.

Przydzielono ją do zespołu pracującego nad komputerem Mark I. Dało nam to dwa historyczne wydarzenia: Grace została pierwszą programistką (we współczesnym tego słowa znaczeniu) oraz narodziła się anegdota o robalach w oprogramowaniu.

Jak wspominałem, komputery są obiektami fizycznymi i można je doprowadzić do błędnego funkcjonowania, nie tylko pisząc dziadowsko kod. Aby przetestować tę hipotezę, wystarczy wbić nóż w urządzenie, którego używacie do czytania tego tekstu. Zauważycie, że po zadaniu ciosu komputer liczy mniej sprawnie.

W świecie komputerów lat 50., komputerów, które zajmowały całe pokoje i reprezentowały stan przy pomocy fizycznych elementów, o błąd było dużo łatwiej. Kiedy więc Mark I nabawił się problemów z liczeniem, Grace spisała notatkę z procesu odpluskwiania. W przekaźniku 70, panel F, znaleziono ćmę (ćma załączona).

h96566k

Hopper była nie tylko programistką. Stworzyła także język programowania FLOW-MATIC, który umożliwiał tworzenie kodu przy użyciu języka angielskiego 2. Język ten był protoplastą COBOL-a, pierwszego uniwersalnego języka programowania przeznaczonego dla biznesu i wojska.

Jednak zanim COBOL stał się faktem, Grace pracowała nad pierwszym kompilatorem. I tak pomiędzy 1950 r., kiedy jej koledzy wyrażali sceptycyzm, a 1954 r., kiedy firma zaczęła oferować kompilator dla FLOW-MATIC, słowo stawało się ciałem.

Przez późniejsze lata swojej kariery Grace skakała między marynarką a firmami prywatnymi. Ostateczna — wymuszona — emerytura wojskowa nastąpiła w 1986 r., ale Hopper nie porzuciła pracy aż do śmierci w wieku lat 85, w 1992 r.

* * *

Dlaczego Grace Hopper jest ważna?

Kiedy już obierzemy ją ze wszystkich zasług dla świata technologii, ze stopni wojskowych, z nagród naukowych i branżowych — nazbierała tego w życiu więcej, niż wypada jednej dobrze wychowanej osobie, która nie chce zawstydzać otoczenia — pozostanie nam mała, krucha babcia paląca Lucky Strike bez filtra. Ta zasuszona pani w okularach w rogowej oprawie kopała tyłki jako edukator i redaktor magazynu „Chips Ahoy”.

Wydaje się, że Niesamowita Grace 3

Nie wiem czemu, pewnie to przez zmęczenie, ale nasuwa mi się porównanie z Indianą Jonesem. Indy był archeologiem, ale jeśli ci się to nie podoba, był też rozrabiaką strzelającym z bicza. Jeśli to nie pobudza twojego zainteresowania, był też diabelsko przystojny. A kiedy sytuacja była beznadziejna, to przyleciał uratować Skywalkera… Może mi się już miesza.

Indy był jak sześcian ze złota: gdzie go nie obrócisz, tam zysk. Pani Hooper też taka była, tylko że naprawdę, a Jones tylko na celuloidzie.

  1. Chciałbym podziękować Michałowi Brennkowi za pomoc z rozgryzieniem stopni wojskowych.
  2. Podobno demonstracja francuskojęzycznej wersji FLOW-MATIC zakończyła się wykopaniem Grace za drzwi przez jej ówczesnego przełożonego za takie jawne bluźnierstwo
  3. Amazing Grace, pseudonim pochodzący od tytułu popularnego chrześcijańskiego hymnu. Tu „jedyne słuszne” wykonanie przez Wootena była zbudowana z nieskończenie podzielnego humanizmu: po przekrojeniu jednej dobrej rzeczy powstawały dwie, równie dobre.

Musisz być kimś

![ojej](http://bronikowski.com/wp-content/uploads/2014/09/ojej.png)

Jeśli zdolność do odczuwania wątpliwości jest miarą inteligencji, to jestem bardzo inteligentnym typem. Raz do roku muszę wykonać jakiś piruet wokół własnych idei, sprawdzić, czy to co uważam za słuszne jest nadal słuszne, czy tylko przyzwyczaiłem się do myśli, że jest.

W tym sensie jestem jak puenta peerelowskiego dowcipu: „Mam swoje poglądy, ale się z nimi zupełnie nie zgadzam”.

Na początku wakacji spędziłem kilka godzin w towarzystwie Leszka Tarkowskiego, który zawodowo zajmuje się tłumaczeniem meandrów programowania pracownikom różnych firm okołotechnologicznych. Nasza rozmowa kręciła się wokół różnych tematów (kobiety, wino, śpiew), ale najdłużej utknęliśmy właśnie na edukacji informatycznej, a dokładniej na tym, jak ciężki to kawałek chleba.

Programowanie to wielowarstwowy problem, który przypomina lalkę-Matrioszkę. Kiedy wyciągasz pincetą absurdalnie małą lalkę rejestrów okazuje się, że w środku żyją jeszcze mniejsze, te które są opisane „dostęp do pamięci” czy „utylizacja pamięci podręcznej procesora”. Na dodatek niektóre rozkładają się też na boki, tworząc lalki identycznych rozmiarów, ale inaczej pomalowane i te też mają swoje mniejsze odpowiedniki w środku.

Prawdziwą sztuką jest wybrać tylko te rzeczy, które są ważne. Jak to mówimy: „wybrać najlepsze narzędzia do pracy, którą masz zamiar wykonać”. Problem z tą metaforą jest taki, że nie odzwierciedla ona stanu rzeczywistego. Kiedy mamy upiłować rurkę to bierzemy do ręki piłę i piłujemy. Piła piłuje. W ekstremalnych przypadkach jest instrumentem w kapeli podwórkowej, ale ogólnie piłuje. Najlepsze narzędzie do pracy. A jak chcę przetworzyć kawałek pliku tekstowego, to co jest lepsze: Perl, Ruby czy Python? Znam przynajmniej dwie osoby, które powiedzą, że C. Mój przyjaciel, który administruje, powie że wszystko da się zrobić potokami i Awkiem. Wszystkie te odpowiedzi są poprawne i wszystkie rodzą kolejne problemy: wyrażenia regularne, unicode w Pythonie 2.x, absolutnie wszystko w temacie ciągów znaków w C.

Zróbcie eksperyment: spróbujcie wyobrazić sobie jak wytłumaczyć procedurę wczytania pliku, pobrania któregoś wyrazu i wyświetlenia go na ekranie, ale użyjcie do tego swojej wiedzy na temat tego, co się może spieprzyć i co może być potrzebne żeby na serio mieć świadomość, co się dzieje?

Co to jest plik? Czy plik da się odczytać? Otworzyć go jako ‘r’ czy ‘rb’? Czy nie jest za duży żeby go wczytać naraz? W Pythonie użyć file czy context managera with? Obsługiwać stdin?

Jestem pewien, że możecie bez zastanowienia rozwlec ten problem jeszcze bardziej.

Oczywiście jest to dzielenie włosa na czworo, jak większość debat o programowaniu. Rodzi to jednak pytanie w mojej głowie: kiedy mówimy o „uczeniu mas programowania” to gdzie tak naprawdę chcemy się zatrzymać? Mamy uczyć programowania, konkretnego języka programowania czy przekazać ogólną wiedzę, która pozwoli uczniom wybrać to, co im się podoba?

Dla mnie idealną sytuacją byłoby przekazywanie wiedzy ogólnej. Niestety, aby zamienić wiedzę ogólną na zdolność programowania potrzebna jest odrobina pasji i uporu.

Powszechną naukę programowania sprzedaje się czasem jako wymóg teraźniejszości (i przyszłości), porównuje się ją do nauki czytania i pisania, podwalin reszty edukacji. I to bardzo słuszna koncepcja, poza kontekstem.

Kiedy uczono nas pisać i czytać nikt nie mówił nam, że to po to abyśmy mogli napisać bestsellery. Często gęsto nauka programowania odbywa się w kontekście „bycia nowym Cukiergórą, zrobienia aplikacji, wspierania nowej ekonomii”. Może to naiwne z mojej strony, ale zawsze widziałem podstawową edukację jako coś odłączonego od czynnika ekonomicznego. Możemy posadzić wszystkich w ławkach i wyłożyć im „Hello, World” w dowolnej ilości języków programowania, a i tak większość uczniów odpisze zadanie domowe, tak jak Ty i Ty odpisywaliście zadania z chemii i biologii. Oczywiście mieliście w klasie „olimpijczyków” matematyki, fizyki i języka obcego, mieliście też pewnie kogoś, kto klikał komputery — zgaduję, że to Wy — i może część z nich zamieniła swoją pasję w zawód.

I żebym nie był źle zrozumiany: każdy powinien posiadać wiedzę technologiczną i każdy, kto chce, powinien móc odebrać edukację, która pozwoli mu zostać programistką lub programistą. Nie każdy zostanie i nie powinno się próbować sprzedawać dziedziny nauki jako lewar do podnoszenia PKB.

Edukacja powinna służyć ludziom, a nie politykom, którzy akurat wymyślili budowanie Krzemowej Doliny w Twoim mieście.

Kiedy słyszę czasem, że „współczesny dziennikarz powinien potrafić napisać sobie bota, który śledzi wydarzenia na Twitterze” to zaczynam sobie wyobrażać, że autor takiej propozycji nie bardzo wie, co powinien robić dziennikarz. Jeżeli dziennikarz będzie miał świadomość, że dane są udostępniane przy pomocy API i że można coś zautomatyzować to będzie bardzo dobrze. Wtedy dzwoni się po ten procent ludzi, którzy zdecydowali się zostać programistami i oni szast-prast wypluwają jakiś kawałek kodu. Wtedy mamy kompetentnego dziennikarza i kompetentnego programistę tworzącego wartość dodaną. W idealnym świecie cyber-haker-futurystów byłoby dwóch słabych dziennikarzy, którzy czytają Twittera.

Jest mi bardzo ciężko wytłumaczyć moją wizję cyfrowej edukacji. Spędziłem całe (bez żartów) życie ryjąc — ryjem naprzód — norę w górze wiedzy informatycznej. I po tych trzydziestu latach nadal czuję, że jakiś facet produkujący komputery zaworowe w latach sześćdziesiątych mógłby mnie złapać za wszarz, złamać na kolanie jak strzelbę, wsadzić mi w tyłek kapiszony i naciskając moszną wystrzelić z nozdrzy. Shit’s hard.

Może mówię z pozycji kogoś, kto w swojej głowie uchodzi za sprytnego drania, który „własnymi rencami, wszystko”, ale na serio nie widzę opcji żeby Ci sami ludzie, którzy zapisują dokumenty Worda na pulpit nagle odnaleźli w swoim sercu chęć do napisania drugiego Instagrama.

Naszym celem (jeżeli mogę się włączyć w szereg ludzi, którym nauka leży na sercu) powinno być stworzenie środowiska w którym ludzie chętni są mile widziani, co nie zawsze było naszą mocną stroną. Dlatego ważne jest otwarte oprogramowanie, dlatego ważna jest dokumentacja i przykłady, dlatego trzeba robić „pracę u podstaw”.

Jesteśmy obecnie świadkami technologicznej gorączki złota: wszyscy wiedzą, że jest złoto do wzięcia, słyszeli o ludziach, którzy ledwie postawili nogę na działce górniczej, a już potknęli się o fortunę. Nikt już nie pamięta, że podczas gorączki złota najlepiej było sprzedawać sprzęt górniczy.

Programowanie jest często jak praca w dziewiętnastowiecznej kopalni: brud, pot, kiepska dieta, kilka osób i kilka osłów. Jeżeli już chcesz być w tej kopalni to upewnij się, że nie jesteś osłem.

* * *

Mówiąc o: Szóstego grudnia, roku bieżącego, w mieście Łodzi odbędzie się pierwsza edycja Django Girls, gdzie będę szatniarzem/sprzątaczem. Szczegóły można uzyskać od Marty lub Justyny.


Retro już było

Wszystko, co było stare, będzie nowym. Retro wróciło, skarbie. I pewnie wraca tak co chwilę, ale jest zauważane tylko przez kolejne pokolenia trzydziestokilkulatków, którzy nagle odkrywają, że ich młodość uśmiecha się do nich z mediów i banerów reklam, że pląsa na wybiegach mody.

Nie jest to jednak zrządzenie dobrego losu, że ktoś znów kręci Nastoletnie Zmutowane Ninja Rycerze. Stoi za tym rzecz prozaiczna, motor napędowy wszystkiego — pieniądze.

Trzydziestokilkulatkowie mają wolne środki finansowe, które można wymienić na neonowe hula-hoop lub flanelową koszulę od znanego projektanta. W społeczeństwie kapitalistycznym rynek natychmiast znajdzie sposób na dostarczenie odpowiednich produktów, a nawet zbudowanie słusznego, marketingowego przekazu pozwalającego kupującym uciszyć wątpliwości, czy ktoś aby nie sprzedaje im ich własnej młodości wprost z butiku.

Świat technologiczny, wyglądający z zewnątrz jak rakieta z napisem „lecę w przyszłość bardzo szybko”, też ma swoje retro. Jest to jednak retro o innym kolorze. Nie bez znaczenia pozostaje, że ludzie mają muzykę na winylowych płytach i zegarki starsze od najbardziej prymitywnych maszyn napędzanych mikroprocesorami.

Daje to bardzo mały margines błędu. Istnieją ludzie pragnący podłączyć specjalnie spreparowany joystick do telewizora i pograć w gry na Atari 2600. Nieco mniej jest takich, którzy chcieliby wpisywać sekwencję bootowania Altaira za pomocą przełączników na głównym panelu. Ludzi, którzy chcieliby mieć komputer z lat 60., jest pewnie zupełnie niewielu, a wyłączając muzealników i wariatów, ich liczba oscyluje wokół zera.

Retro jest emocjonalnie powiązane z autentycznością. I dla wielu produktów będących w strefie wpływów autentyczność ta jest osiągalna. Nie straciliśmy możliwości szycia flanelowych koszul. Wtryskarki nadal mogą wypluć okrąg w pstrokatych kolorach. Nikt nie chce wspominać swoich grungowych lat w lnianej koszuli zdobionej czarno-czerwoną szachownicą. 1

Technologiczne zabawy w przeszłość są skomplikowane. Z jednej strony mamy entuzjastów zbierających artefakty i walczących ze stosem wiecznie piętrzących się problemów. Z drugiej są ludzie, którzy chcieliby tylko zerknąć, jak to było.

![s](http://bronikowski.com/wp-content/uploads/2014/09/s.jpg)

Tych pierwszych podziwiam, ale im współczuję. Drugich rozumiem, bo sam wolę być hedonistycznym retronautą: skupić się na własnej radości.

Dlaczego w świecie krzemu tak trudno uzyskać autentyczność „w warunkach domowych”? Najlepiej ująć to następująco: w dupach nam się poprzewracało.

Kiedy autor gry chce nawiązać do ośmiobitowych lat chwały, dziś jego dzieła nie ograniczy sprzęt, na którym owo dzieło będzie konsumowane. Grafik może narysować postać przy pomocy „dużych pikseli”, ale nadal będzie ich więcej niż 320x200. Nie będzie też chciał rwać sobie włosów z głowy, próbując zmieścić się w szesnastu
kolorach, z których połowa wygląda jak coś, co umarło w męczarniach.

Programista nie musi gdybać nad liczbą „duszków” na ekranie, wolną pamięcią i czasem dostępu do danych na nośniku.

Nie jest to przytyk. To konsekwencja.

Może autentyczność jest wartością przecenioną i retro należy traktować tylko jako estetyczny wybór, który zachowuje sedno rzeczy udawanej? Kwarcowy zegarek kieszonkowy i ośmiobitowa gra, której instalator zajmuje kilka gigabajtów, mogą wywołać grymas u purysty, ale przecież nadal jesteśmy w stanie ustalić, która jest godzina i ile czasu spędziliśmy, grając w platformówkę o smaku i zapachu nieodróżnialnym od tych z Nintendo.

Czytałem ostatnio książkę — Gwiezdne Wojny napisane jak szekspirowska sztuka. Ani to autentyczne Gwiezdne Wojny, ani Szekspir. Ni pies, ni wydra, podobny do świdra.

To był eksperyment, choć może zbyt łatwy do zakwalifikowania w kategorii „skok na kasę”, jak te wszystkie książki znajdujące się w domenie publicznej, do których jakiś typ dodaje ”…and zombies”. Z drugiej strony ”Krzyżacy and zombies” brzmią nieźle.

Połączenie estetyki, o której myślimy „wielkie dzieło”, i Gwiezdnych Wojen, które dla wielu było pierwszym spotkaniem z monomitem.

Cieszmy się z naszych podrabianych wspomnień. Coraz wyraźniej widzę nadchodzący czas nowej fali: low poly. Już nie piksele wielkości pięści, a obiekty składające się z kilku ścian, bez nich lub z niewielką ich liczbą, cieniowane. Użytkownicy oryginalnej PlayStation dobijają do finansowej niezależności, rynek musi karmić spragnionych.

![low poly](http://bronikowski.com/wp-content/uploads/2014/09/w6ZG2zo.jpg)

Kiedy nasze retro odejdzie w przeszłość, będziemy przynajmniej mogli mówić, że było lepsze niż to nowe retro, które dopiero przyjdzie.

  1. Osobiście byłem fanem niebiesko-czarnych, a gardziłem zielono-czarnymi