Béton brut

1000+

2013-06-22

Umarł król, niech żyją książęta. Książęta i lokalni wasale, gentlemani z własnymi armiami, przyszli zdobywcy wypalonych pól i wieśniaków, którym z podartych portek wystają brudne tyłki.

Mówię oczywiście o nadchodzącej śmierci króla, wyłączeniu Google Readera. Kiedy Google ogłosiło datę pogrzebu, internetowi komentatorzy wylali morza hypertekstowego atramentu: dlaczego i czy to dobrze, czemu darmowe produkty będą naszym końcem, paralele między Microsoftem wczesnych lat dziewięćdziesiątych a współczesnym mordercą czytnika, ostatecznie wystawiono scenę i przegoniono przez nią paradę pretendentów do tytułu królewskiego. Były rozczarowania, sukcesy, obietnice, stroje wieczorowe i bikini.

W reportażu z pogrzebu pojawił się też jeszcze jeden wątek. Pytano, czy w ogóle potrzebujemy takich koślawych agregatorów treści. Dlaczego nie iść na Twittera, dodać do swojej listy ludzi znanych i szanowanych, otrzymywać od nich linki i aktualizacje o bułkach z masłem? Dorzućmy do tego aplikację na tablet, która generuje „magazyn” na podstawie naszego konta w społecznościówce i już możemy konsumować treści tak, jak się powinno w 2013: obrazek, lead-in i spierdalać.

Prawie się z nimi zgadzam, ale w ogóle to jednak nie. Zacznijmy od małej anegdoty z mojego życia. Kiedy nie mogę już oglądać biura albo zawaliłem kolejny termin i wolę się schować przed światem do czasu naprostowania wyrządzonych krzywd, zaszywam się w domowym biurze Piotrka, gdzie siedzę przysypany Amigami i próbuję pracować. Przynajmniej raz dziennie z drugiej strony biurka pada „Kurwa, co za głupoty piszą na tym [wstaw popularny portal z wiadomościami]!”. Pytam wtedy, co zmusza go do czytania portali (bo zaczynam podejrzewać, że to jakiś pies Pawłowa siedzi i wczytuje mu te strony, czekając aż się mój tymczasowy współlokator oślini) i czy nie może po prostu raz dziennie zerknąć na BBC, a potem już olać?

Zwykle pada odpowiedź, że nie, bo na BBC nie ma nic o wydarzeniach w Polsce. I za każdym razem muszę mu przypominać, że się myli. Myli się w kluczowej sprawie: na BBC nie ma informacji o Polsce dzień w dzień, ponieważ dzień w dzień w kraju nie dzieje się nic ekstremalnie ważnego czy szczególnego. W ogóle na świecie dzieje się bardzo mało ciekawych i wartych uwagi rzeczy.

Tak więc zgadzam się ze stwierdzeniem, że może nie potrzebujemy czytników zdolnych do śledzenia tysiąca blogów rzygających dwudziestoma wpisami dziennie. Nie uważam jednak, że należy je wymienić na linki od celebrytów zamienione w magazyn TL;DR. Co natomiast należy, to oznajmić wam, że nie musicie wiedzieć o każdym starciu polityków, o każdej iteracji telefonu komórkowego, o każdej dramie rozgrywanej się w każdej niszy.

Wasza uwaga i wasz czas jest waszą walutą w Internecie. Nie chodzicie do knajpy, żeby kelner napierdział wam w twarz za dychę, czemu więc subskrybujecie blog, który jest jelitem cienkim dla oświadczeń prasowych?

Nie byłem smutny, kiedy ogłosili, że król zejdzie. Nie dlatego, że jestem przeciwny czytnikom. Jestem w tej całej grze bezpaństwowcem od wielu, wielu lat. Czytniki irytowały mnie zawsze tak, jak irytuje picie ze szlauchu. Interwał pomiędzy „Przeczytałem wszystko” a „o, są nowe” jest zdecydowanie za krótki. Kiedy postanowiłem złożyć paszport obywatela Google Readera, postawiłem sobie za cel stworzenie środowiska, w którym czytałbym dużo fajnych rzeczy, ale bez ciśnienia i dla siebie.

Zacząłem od przygotowania listy serwisów wartych mojej uwagi. Metoda eliminacji była prosta: patrzę na URL i pytam się „Kiedy i co ciekawego ostatnio tam przeczytałem?”. Jeżeli przez kilka sekund nie potrafiłem sobie odpowiedzieć na to pytanie, serwis trafiał do śmieci. Po selekcji zacząłem rozmyślać o czytniku. Jak wspominałem wcześniej, mam właściwie dwa oczekiwania co do takiego programu:

  • Nie musi być „na bieżąco” z nowinkami i kusić mnie,
  • Musi się integrować z moim trybem życia.

Po krótkiej debacie „napisać czy poszukać” znalazłem wybitnie znakomity program rss2email, który, jak sama nazwa wskazuje, wysyła nowinki e-mailem. Biorę swoją skrzynkę bardzo serio, dlatego nie pozwolę jej zagracać głupotami, co znów w teorii podkręci jakość dostarczanych treści!

Ustawiłem wszystko na domowym serwerze i kazałem Cronowi wysyłać mi komplet raz dziennie, o piątej rano. Ostatecznie zrezygnowałem z automatyzacji (może dziś nie jestem w ogóle zainteresowany światem, nawet jego najlepszymi częściami?) i logując się na serwer, stukam po prostu r2e run.

E-maile przychodzą, a ja je czytam, najczęściej pijąc pierwszą albo trzecią kawę 1 i kiedy skończę to… nie ma już nic więcej. Mogę spokojnie zająć się swoimi sprawami. Czasem nawet myślę sobie „ciekawe, co będzie jutro!” i jestem zadowolony, że mogę się dowiedzieć jutro. To bardzo ważne, umieć odkładać przyjemności na później 2

Chwileczkę, oszukuję. Części wiadomości nie czytam od razu. Wkładam je sobie do kieszonki i konsumuję w weekendy. Te dłuższe, ważniejsze, te nad którymi warto pomyśleć.

E-mail, Pocket i weekend

rss

Nie piszę tego, żeby chwalić się swoim hipsterskim stosem do RSS-ów, chcę wam powiedzieć, że śmierć Google Readera jest nie tylko okazją do ożywienia tej niszy branży, jest to niebywała okazja żeby skonfrontować swoje nawyki ze swoimi potrzebami. Ile razy przytłoczony komunikatem 1000+ zadeklarowałeś bankructwo, przyznając „Mark all as read”, skazując tym samym te kilka wartych uwagi perełek na śmierć z tonami błota? Może to, z czego byliśmy tak dumni - fakt, że utykamy na godziny na Wikipedii, klikając bez sensu, że czytamy z wypiekami wątek na trzysta siedemnaście komentarzy w którym osoby, których nie znamy, kłócą się o rzeczy, które nas tak na serio niezbyt interesują, nie jest czymś wartym pochwały?

Informacyjny bufet „all-you-can-eat” ugina się pod setkami paragrafów treści, wszystkie oblepione tłuszczem reklam i wypalcowane przez edytorów szukających jeszcze bardziej kłamliwych nazw dla potraw. Akurat zmieniają zastawy. Macie dobrą okazję rozważyć dietę.

  1. pierwsza kawa w domu, trzecia to pierwsza w biurze
  2. Stanford karmi słodyczami.