Béton brut

38911

2012-04-14

Historia zaczyna się wiele lat temu. Były żołnierz amerykańskiej armii zostaje taksówkarzem, a żeby dorobić jeszcze kilka dolarów, otwiera biznes naprawiający i importujący maszyny do pisania. Kiedy rynek maszyn do pisania obumiera, firma, którą założył, zaczyna produkować kalkulatory naukowe. Tak jak wcześniej, nie jest mu dane spocząć na laurach. Na rynku pojawiają się kalkulatory firmy Texas Instrument, które są bezkonkurencyjne cenowo. TI ma dostęp do tanich układów scalonych i nasz bohater widzi tylko jedno rozwiązanie: należy znaleźć firmę produkującą procesory i ją wykupić.

W 1976 firma MOS zostaje wykupiona. Jeden z łebskich pracowników nowo przejętej firmy zaprojektował właśnie nowy, obiecujący układ. Tym inżynierem jest Chuck Peddle, a układ, który okazał się strzałem w dziesiątkę, to MOS 6502.

Tak rodzi się firma Commodore, którą znamy. Commodore, producent komputerów osobistych dla mas, nie dla klas.

Pierwszym hitem jest Commodore VIC-20.

Nigdy wcześniej komputer nie sprzedał się w takich ilościach. Milion sztuk VIC-20 trafiło do szkół i prywatnych domów. Pośród miliona użytkowników komputera w kształcie chlebaka znaleźli się między innymi Linus 1 i Theo. Możecie ich znać jako autorów Linuksa i OpenBSD.

Późnym latem 1982 roku Commodore wypuściło na rynek następcę VIC-20. Oparty na tym samym procesorze, ze zdecydowanie ulepszonym układem dźwiękowym i graficznym, z ceną uderzającą w konkurencyjne produkty Atari i Apple, Commodore 64 okazał się ogólnoświatowym hitem.

Jak fantastycznym i przełomowym komputerem był Commodore 64? Tak fantastycznym i przełomowym, że nie muszę pisać nawet zdania na usprawiedliwienie tej tezy. O C64 napisano wiele i nie sądzę, abym mógł oddać sprawiedliwość tej kultowej maszynie w jednym krótkim tekście.

I znów, jak we wcześniejszym wcieleniu Commodore – producenta kalkulatorów naukowych, a scenę wkracza Texas Instrument, który zaczyna zdobywać rynek tanich komputerów. Rok po wydaniu C64 firma jest na skraju bankructwa. Zarząd się piekli. Jack Tramiel odchodzi.

Odchodzi z Commodore, ale nie schodzi ze sceny. Wykupuje udziały Atari i w 1987 świat otrzymuje kolejny prezent, linię Atari ST, pieszczotliwie zwaną przez fanów „Jackintoshami”.

To wszystko, z odnośnikami i cytatami, mogliście przeczytać na Wikipedii lub w jednym z setek tekstów, które pojawiły się po niedawnej śmierci Tramiela. Nie odkrywam przed wami tajemnic, nie zdążyłem zrobić lepszego przeglądu źródeł, nie jestem dziennikarzem,
nie umiem.

Medium pozwala mi jednak na coś, czego nie robi się w poważnych publikacjach o śmierci notabli. Napiszę coś od siebie.

Nie potrafię sobie wyobrazić siebie bez Commodore. Ten Emil, który tu teraz pisze, o 4:47 w sobotę, nigdy nie byłby fascynatem komputerów, gdyby któregoś wiosennego dnia Tata nie przywiózł z Universalu C64.

Zanim o samym komputerze, trochę o drodze. Od „zawsze” (kiedy kolega z klasy pożyczył mi instrukcję do swojego Timeksa 2048) wiedziałem, że chcę być „komputerowcem”. Niestety, w domu się raczej nie przelewało, a i czasy były takie, że nie zawsze można było po prostu wyjść i coś kupić.

Nie było komputerów, nie było słodyczy.

Słodycze były ważne w życiu każdego dziecka, dlatego też stałem się
bohaterem domu, kiedy to na święta otrzymałem w paczce żywnościowej 2 wielkiego Mikołaja z czekolady. Cała rodzina, włącznie z dorosłymi, przebierała nogami i czekała, kiedy odwinę sreberko z tego rogu obfitości.

Ruszony jakimś nieludzkim odruchem, który teraz byłby rozpoznany jako terroryzm, umiejscowiłem Mikołaja za szybką w segmencie i powiedziałem:

— Mikołaja zjemy, jak dostanę komputer.

To było wyzwanie, wyrzeczenie. Niemal religijna asceza, której nie spodziewałbym się po kilkulatku, a której teraz nie mógłbym podołać.

Półtora roku później, w okolicach Świąt Wielkanocnych, zjedliśmy Mikołaja. Był przeterminowany, ale smak zwycięstwa pobija smak mlecznej czekolady.

Ponieważ nic w moim życiu nie może iść normalnym torem, okazało się, że nie możemy wgrać żadnej gry. Studiowałem z Ojcem instrukcję do popularnego kartridża 3 i za nic na świecie nie mogliśmy uzyskać poziomej kreski, która poprzedzała „L”. Próbowaliśmy minusa, znaków w trybie graficznym. Nic nie dawało rady.

Następnego dnia, w sobotę, udałem się na boisko przygotowywać się do bycia piłkarzem. 4 Kiedy wróciłem, z pokoju dochodziły trzaski i piski. Wpadłem do mieszkania i zobaczyłem, że Ojciec „gra” na C64. Na ekranie były klawisze pianina, pewnie jedna oktawa, i dało się grać przy użyciu QWERTY. Byłem zszokowany. Dopytywałem, jak to możliwe i która pozioma kreska zadziałała!

To nie była „gra z kasety”, Ojciec przepisał program z niemieckiej instrukcji obsługi, kiedy ja grałem w piłkę. Moje uczucia, których teraz nie potrafię ująć w słowa, zamykały się w okolicach „cokurwaco”.

I tak zostałem programistą.

A pozioma kreska? Okazało się, że instrukcja na ksero była źle odbita i pozioma kreska zgubiła grot. Strzałkaelreturn zdecydowanie odbiła się na moich stopniach.

Minęło kilka dni i rozpoczęły się rekolekcje. Byłem dzieckiem mocno religijnym, zafascynowanym biblijnymi historiami. Do kościoła zabrałem tę samą książkę, z której Ojciec przepisał „pianino”. W połowie mszy zostałem przyłapany przez siostrę zakonną, która zwróciła się do mnie tymi słowami:

— To bardzo miło, że uczysz się matematyki 5, ale to jest dom boży i musisz uczestniczyć we mszy świętej albo wyjść.

Więc wyszedłem. Bóg bogiem, ale animacja duszków była dużo bardziej
namacalna i fascynująca.

I tak zostałem ateistą.

Za to wszystko „dzięki tobie składają”, Jacku Trzmielu.

Komputerowcy z drugiej be: Marcin (Atari 65XL), Radek (Timex 2048), Emil (C64)

  1. tu polecę „Just for fun”, biografię Linusa
  2. dla młodszych czytelników: pracownicy dostawali paczki świąteczne dla dzieci. Cukierki, może pomarańcza, ciastka. To jeden z powodów dla których nienawidzę „Michałków”, próbowaliście jeść „Michałki” i tylko „Michałki” przez trzy miesiące?
  3. borze, borze; co to za słowo
  4. Ojej, to były marzenia
  5. książka otwarta na bloku DATA