Béton brut

Brud

2009-11-19

Telefon

Studzienki zapchały się śmieciami i rzygały na krzywe chodniki. Lampy oświetlały ulice trupim światłem, a ludzie zdawali się wymykać chyłkiem z okolicy. Nieogłoszona godzina policyjna wybiła.

Dookoła brudnych ulic tłoczyły się ślepe budynki, w których czynsz płaci się raz na jakiś czas. Nory sypialne dla niewykwalifikowanych robotników, domowe żłobki matek tak wielu dzieci, że skończy się imiona świętych. Miejsce, gdzie zakwitła specjalna odmiana kapitalizmu: samozałatwizm. W obrębie kilku ulic można znaleźć wszystko. Odrobinę miłości, radość zgniecioną w małe porcje opakowane w aluminium, lokalnych sędziów wydających szybkie wyroki, pożyczkę na bardzo niekorzystny procent z kolanami w zastawie, kogoś kto pomoże wyrównać szanse (pierwszy magazynek gratis) na zaistnienie w świecie. Długie ramie sprawiedliwości wzdrygało się przed sięgnięciem po łokieć w rzekę gówna, więc wszystko toczyło się swoim tempem odmierzanym bezgotówkowymi przelewami krwi.

Nie można powiedzieć, że ludzie żyjący tam byli jakoś szczególnie źli. Od ludzi żyjących w innych częściach miasta różniła ich tylko częstotliwość, z jaką spoglądali na mur w ślepym zaułku swojego życia. Ciągłe lądowanie na końcu drogi bez wyjścia rozwinęło w nich talent wybijania dziury własną głową lub wspinania się. Rozłupana czaszka, podarte spodnie i twarde ręce były wliczone w koszta, bezkompromisowość była darem niebios.

Drewniane schody. Drewniane drzwi. Drewniane drzwi się nie domykają, sparciały dawno temu. Za nimi ściana i skrzynki pocztowe. Wszystkie otwarte. Pocztą przychodzą tylko rachunki i życzenia świąteczne. Jednych i drugich się nie kradnie. Dalej lista mieszkańców, nieaktualna od zawsze. Schody, piętra i drzwi. Za jednymi z nich czyjaś córka, czyjaś matka, czyjaś babcia: święta trójca na głodowej emeryturze. Podczas wysiłku wojennego pracowały w fabryce silników. Silniki były potrzebne. Potem wrócił mąż, przyszło dziecko, mąż odszedł. Historia tak banalna, że mogłaby się pod nią podpisać większość kobiet z budynku, w którym nie kradnie się tylko życzeń i rachunków.

Ludzie w takich miejscach rozwijają jeden talent, zgodnie z darwinistyczną teorią doboru naturalnego. Każdy potrafi dodawać w głowie do setki, zna różnicę między gramem a dekagramem. Za drzwiami mieszkań dzień w dzień dokonują się cuda ekonomii i arytmetyki. Jak nakarmić pięć osób, dwa gramy haszyszu z półgramowej kostki.

W pokoju zapada decyzja. Jest to decyzja przemyślana, poparta wynikami obliczeń, które roją się na kawałku kartki. Stara kobieta, która zastawiła swój medal za wkład w wysiłek wojenny, bierze swój woreczek z monetami i odbywa powolną podróż do jedynego czynnego automatu telefonicznego. Schodek-schodek-schodek-oddech. Otwarte tu i ówdzie drzwi tworzą system stereo. Kanał lewy: kłótnia małżeńska. Kanał prawy: dziecko z gorączką bada pojemność własnych płuc. Schodek-schodek-schodek-półpiętro-oddech. Kanał lewy, kanał prawy, otwarte okna skierowane w zamkniętą nieckę podwórka. Uniwersalny odgłos pieprzenia się. Darmowa zabawa dla wszystkich, cieszy się wielką popularnością wśród samozałatwistów.

Wiszący telefon był centrum biznesowym. Wystarczająco anonimowy, żeby zaspokoić paranoję sprzedawców. Nakarmiony monetą, wydał z siebie sygnał tonu.

  • Halo? To ja, babcia B. Tak. Właśnie policzyłam i powinno się udać. Wiesz, ile teraz wszystko kosztuje. Nie, nie mogę sama. Wiesz, że nie mogę iść nawet do sklepu, a wieczorami kręci się tu wielu meneli. Czemu nie wyślesz C.? Nic się nie stanie, C. ma łeb na karku. — B. słuchała przez chwilę szybkiego i ostrego tonu dochodzącego z słuchawki — Wiem. Nie da się zrobić omletu bez rozbijania jajek. Wyślij ją.

Odłożyła słuchawkę i zatarła ręce.

Podróż

C. zrzuciła plecak na podłogę. Woda mineralna, poręczna pałka, osiem owiniętych w aluminium kostek. Nóż w kieszeń, bardziej dla poprawy samopoczucia, bo gdy dojdzie do walki, to lepiej uciekać. Bluza z kapturem.

  • Mamo, wychodzę!

  • Idź, tylko uważaj na siebie. Zadzwoń po wszystkim i nie zapomnij zrobić zakupów wracają.

Ruch o tej godzinie, nawet w tej części miasta, gdzie żyli ludzie z prawdziwymi życiorysami, był znikomy. Gdzieniegdzie spóźniony właściciel psa przestawał z nogi na nogę w oczekiwaniu na zasranie wspólnego, więc niczyjego trawnika. Równo rozstawione latarnie rzucały snopy światła we mgle, tworząc iluzję estradowych reflektorów, w których blasku okoliczni ludzie odgrywali scenę spaceru, palenia papierosa i oczekiwania na komunikację miejską.

Autobus się nie spóźnił. W mieście autobusy się nie spóźniają. Są zawsze w odpowiednim dla kierowcy momencie. C. usiadła na fotelu, oparła głowę o szybę i oddała się komunikacyjnemu nieistnieniu. Jedynemu sposobowi na podróż, gdy za oknem zmieniają się tylko numery domów i ulice, ale nie zmieniają się widoki. Miejsce w autobusie kurczyło się i powiększało, gdy do środka wpływały i wypływały krwinki miasta. Puls serca odmierzany przystankami przy centrach handlowych i granicach dzielnic. Gdy dojechali do przystanku C., autobus był już prawie pusty. Jechała ona i kilka osób, przy czym tylko ona świadomie, bo reszta zdawała się spać lub nie być w stanie określić swojego miejsca na trójwymiarowej matrycy X, Y i ogólnego sensu życia.

Teraz prosto. Trzeba pamiętać o odpowiedniej postawie. Sylwetka wyprostowana, ale niewyzywająca. Nie obracać się przy każdym odgłosie. Na szczęście droga do B. nie wiedzie przez wiele punktów zapalnych. Trzeci zakręt, przy szkole i stąd już kawałek.

  • Hej?

Nie zatrzymywać się. Idziesz dalej nie zdradzając, że usłyszałaś.

  • Hej? Hej!

Ręka w panice przesunęła się do kieszeni i ścisnęła nóż. Pozostaje mieć nadzieję, że kroki, które za sobą słyszy, należą do niewidomej kostki masła, bo tylko wtedy ma szansę czegoś dokonać tą finką.

  • Hej? - coś chwyciło ją za ramię. Odwróciła się na pięcie z uniesionymi rękoma.

  • Spokojnie, spokojnie. Spokojnie!

Kobieta, która zaczepiła C., miała na sobie coś, co mogło być kiedyś suknią wieczorową. Jej uśmiech ozdabiała szminka nakładana z przekonaniem, że ilość zdecydowanie pokonuje jakość, i prawie kompletne uzębieniem. Kiedy mówiła, przekrzywiała delikatnie głowę i nerwowo wyłamywała palce z długimi paznokciami pokrytymi popękanym lakierem.

  • Tak sobie myślę. Tak sobie myślę. Nie bierz mnie tylko za wariatkę. Tak sobie myślę, że możesz poratować siostrę. W potrzebie siostrę.

C. patrzyła na nią w ciszy. Była jeszcze przerażona nieoczekiwanym zatrzymaniem.

  • No więc, więc? — dopytywała tamta — Masz? Bo widzisz. Ja już nic nie mam od tygodnia, a wiesz, wiesz, że jest źle. A jak będzie źle, to już nic nie zarobię. Bo ja jestem tancerką, kilka ulic stąd, egzotyczną jestem.

Wykonała chwiejny obrót, złapała za brzeg spódnicy i uniosła nogę w pozorowanej wersji ulicznego kankana.

  • Ale ja niczym nie handluję. Niczym. — powiedziała wreszcie C.

  • Handluję. Pewnie, że nie. Tragarza poznam, poznam. Nie raz Cię widziałam. Do tej kurwy nosisz, do tej B. A ona mi już nie da, bo kiepsko z pieniędzmi.

Normalnie próbowałaby zignorować lokalny element, zwłaszcza pod postacią rozsypującej się kobiety, ale coś w postawie tamtej sugerowało, że szaleństwo jest jej alternatywną drogą do prowadzenia dialogu. I że będzie z tego wtedy kupa problemów. Usiadła na krawężniku i otworzyła plecak, wyciągnęła jedną z aluminiowych kostek i przy pomocny noża uniosła małą część na wysokość oczu. Towarzyszka usiadła obok niej i poklepując się w uda z radości powiedziała:

  • Wiedziałam, że siostrze pomożesz.

Odgłos wciągania proszku, chwila ciszy. C. patrzyła, jak tamta czyści ostrze noża palcem i wciera resztkę pyłu w wargi. Profilaktyka dentystyczna dla ćpunów. Częstowana zamrugała, a później przeciągnęła się jak kot po wyjątkowo dobrej drzemce w słońcu.

  • No, to jest, kurwa, to. Dzięki. Ha. Jestem Ci winna. Jak coś, to wiesz.

  • Nie ma sprawy, muszę iść.

C. zbierała swoje rzeczy patrząc, jak kobieta odchodzi sztywnym krokiem. Trzeba będzie wytłumaczyć B. brak. Koszta prowadzenia biznesu. Darmowa dawka. Trudno.

Wizyta

Drewniane schody. Drewniane drzwi. Drewniane drzwi się nie domykają, sparciały dawno temu. Za nimi ściana i skrzynki pocztowe. Schody, schody. Pukanie do drzwi.

  • Kto? - zapytała B.

  • Ja. Przyniosłam sprawunki.

Drzwi otworzyły się na szerokość, na jaką pozwolił łańcuch. Oko B. łypnęło na boki, po czym drzwi stanęły otworem.

  • Herbaty się napijesz? Głodna jesteś?

  • Nie, nie. Miejmy to już za sobą. Po drodze spotkałam jakąś ćpunkę. Nie wyglądała groźnie, ale wiesz jak jest. Kosztowała mnie działkę za siedemdziesiąt.

  • Dziady pierdolone, starowinkę ograbiać - powiedziała z uśmiechem B. - Nic, podniesiemy im trochę cenę i się zwróci. Nie martw się.

Plecak wylądował na stole, obok krzyżówki i elektronicznej wagi. B. rozpoczęła narkotykową buchalterię.

  • Skoczę do ubikacji i muszę znikać — powiedziała.

  • Mhm.

B. z miną zadowolonego profesjonalisty układała małe paczuszki. Za mamusię, za tatusia, za babcię, za dziadka. Ktoś zapukał do drzwi. B. niechętnie podniosła się od ulubionego zajęcia.

  • Kto?

  • Ja. Chciałam coś.

  • Forsę masz?

  • Nie mam, nie mam. Wiesz, że nie mam. Ale mam złoty pierścionek, ukradłam. W barze ukradłam. Pomóż siostrze.

Klientka usiadła na wprost B., która oglądała pierścionek. Był wart z połówkę.

  • Mogę Ci dać — przerwała B., patrząc na gościa — czemu masz takie wielkie oczy, co?

  • Naćpałam się, za darmo — mówiąc to ćpunka wyciągnęła pistolet i przyłożyła do czoła B.

C. odczekała w ubikacji trzydzieści sekund. Nigdy nie wybiegać na odgłos wystrzału, trzeba się nauczyć. Strzelający zwykle jest podekscytowany i może strzelić znów do szybko pojawiającej się na horyzoncie osoby. Wyjrzała ostrożnie za drzwi. Ciało B. leżało z rozrzuconymi rękoma, drzwi były otwarte i dało się łatwo stwierdzić deficyt heroinowy. Zamknęła drzwi, przemyła twarz i ręce. Wyciągnęła chusteczkę. Wytarła kran. Zamknęła drzwi, wytarła klamkę. Podniosła zrzucony plecak i delikatnie przestąpiła nad ciałem. Musi się wynosić, policja będzie tu za niecałą godzinę. Trzy godziny pracy i nawet pieniędzy z tego nie będzie.

Wiszący telefon był centrum biznesowym. Wystarczająco anonimowy, żeby zaspokoić paranoję sprzedawców. Nakarmiony monetą, wydał z siebie sygnał tonu.

  • Halo? Mamo, już wracam. Nie, były kłopoty. Właściwie są kłopoty. B. zakończyła karierę w biznesie. Raptownie. Klient. Nie, nic mi się nie stało. Mamo, nie płacz, B. będzie handlować nawet w niebie. Może inni dilerzy trafili tam wcześniej i dlatego Bóg zrobił nam taką zjebaną rzeczywistość, co, mamo? No. Do zobaczenia w domu.