Béton brut

Brukowanie piekła

2012-06-23

Ojciec nigdy nie interesował się moimi pracami domowymi. Pracował ciężko, a i ja nie ułatwiałem mu zadania, nie mając nigdy „nic zadane”. Nie była to sprawka nauczycieli rozumiejących moją potrzebę posiadania wolnego czasu, w którym mógłbym oddać się swoim pasjom pozaszkolnym; kłamałem jak każdy dziesięcioletni leń mający w perspektywie dzień przeznaczony na aktywność fizyczną, czy też przechodzenie Bionic Commando.

Zapytany raz o moje postępy w nauce i stan prac domowych z dumą odparłem, że pracę z polskiego już zrobiłem. Z perspektywy czasu wiem, że kłamstwo przyniosłoby lepszy skutek.

Na lekcji przerabialiśmy czytankę o robocie Alu. Robot ten był, może miał jakieś przygody, nic ważnego. Znałem jego historię na wylot, bo kilka lat wcześniej wszedłem w posiadanie książek do języka polskiego i zmusiłem matkę do przeczytania mi wszystkich historii, które zawierały roboty, wojny i futurystykę. Moja przebiegłość opłaciła się nie tyko w przypadku historii o Alu, dostałem też piątkę z czytania na głos czytanki „Świat za sto lat”, którą znałem na pamięć, co zaowocowało teatralną deklamacją.

Wróćmy jednak do pracy domowej. Ponieważ nie skończyliśmy opracowywać tekstu na tablicy, naszym zadaniem było dopisanie zakończenia. Kiedy wróciłem do domu, postanowiłem, że będę dobrym chłopcem i dopiszę. Otworzyłem zeszyt, przeczytałem tekst ustalony w klasie i stwierdziłem, że skupiliśmy się głównie na opisie wyglądu zewnętrznego robota.

„Channelingując” połączone moce Vonneguta i Hemingwaya, postanowiłem iść w maksymalny przekaz uzyskany minimalną ilością środków artystycznych. Dopisałem jedno zdanie:

„Taki był Al.”

Byłem z siebie dumny. Nie tylko zrobiłem pierwszą pracę domową w roku szkolnym, ale udało mi się ująć sens całej naszej pracy w sposób zwięzły i dosadny. Duma ta miała przyczynić się do mojej zguby.

Pokazałem zeszyt Ojcu i wytłumaczyłem, co zrobiłem. Ojciec zmarszczył czoło i powiedział, że to się nie godzi, że na skróty, że olewam. Stanął nade mną i kazał chwycić za długopis. Była 19 z minutami. Wspólnymi siłami dokonaliśmy rozbioru czytanki na części pierwsze i już o 22 miałem zakończenie. Było to prawdopodobnie jedyne zakończenie dłuższe niż tekst źródłowy, zeszyt zawierał dziesiątki wykreśleń, a moje, już wtedy fatalne pismo, pod koniec zamieniło się w zestaw zagadek, jakich nie powstydziłby się mechanizm Captchy.

Kiedy na drugi dzień oddałem zeszyt do sprawdzenia, oczekiwałem najgorszego. I to właśnie otrzymałem: dwa plus, dziesiątki czerwonych „ó”, „int.”, „rz” i innych, niezrozumiałych dla mnie wskazówek dotyczących moich braków. Kiedy, będąc na granicy płaczu, zaprotestowałem i wspomniałem, że „chciałem tylko napisać, że taki był Al” nauczycielka powiedziała, że to doskonałe zakończenie i kazała reszcie dzieci dopisać to zdanie jako oficjalne podsumowanie poprzedniej lekcji.

Ojciec przyjął odpowiedzialność za swoją literacką działalność, a ja zyskałem dodatkowy dowód anegdotyczny o bezsensowności odrabiania prac domowych. Na moje szczęście było to jego jedyne przewinienie jako Ojca. Dałbym mu pokojową nagrodę Nobla za znoszenie mnie przez tyle lat, ale tylko pod warunkiem, że zakończy swoje przemówienie na gali słowami „taki był Al”.