Béton brut

Czarny piątek

2008-11-29

Czarny piątek. Tewje Mleczarz zakrzyknąłby wniebogłosy: “TRADYCJA!”. Nowa, świecka tradycja. O co chodzi? Ogólnie o dużo śmiecia trochę taniej. Przed wielkimi sklepami ustawiają się bandy moronów marzących o wielkim telewizorze, konsoli i opiekaczu w bardzo dobrych cenach.

Co się dzieje, gdy w jednym miejscu zbierzemy prosumentów ze szklanym wzrokiem? Otrzymamy lud, wyborców czy też bydło. Jeden umysł, niezbyt błyskotliwy. Jeden cel, niezbyt szlachetny. I czekają na sygnał. Kto ma lepsze miejsce startowe może zaatakować po łuku i udowodnić bliskim, że ich bardzo kocha.

Tłum stoi, tłum jest niespokojny. “Czy dla mnie, dla mnie! starczy suszarek do włosów”. I kogo przewrócę w biegu, kogo kopnę i ugryzę.

Rozlega się dzwonek. Grand Derby rozpoczęte. “Szybciej, szybciej, w tę alejkę” — mruczysz do siebie, gdy serce pompuje krew tak szybko, jak wtedy gdy Twoja eks po raz pierwszy uklęknęła przed Tobą gdy byłeś nagi.

Wczoraj ludzie atakujący półki sklepu w Long Island zadeptali na śmierć faceta.

Trzydzieści cztery lata życia, szkoła, mutacja głosu i pierwsze golenie. Potem nieciekawa, nisko płatna praca w markecie i śmierć w promocji. Co za chujowy sposób żeby odejść.

Czy jesteś w stanie napisać mu epitafium?

Ludzie zabijają się z różnych, w miarę sensownych, powodów. Na tle rasowym, bo ci po drugiej stronie mówią w śmiesznym języku, facet niewiernej żonie wybija kulą z głowy zdrady. To wszystko ma posmak dobrej, romantycznej historii. Możliwe, że któraś ze stron miała rację zanim wszystko wymknęło się im z rąk.

Jestem oczarowany bezsensownością tej śmierci. Co widział przed śmiercią? Co powiedział w ostatnim oddechu?

Telefony z polifonicznymi dzwonkami, alejka numer sześć. Proszę się nie pchać. Proszę…”