Béton brut

Dwa litry napoju

2010-09-02

Wracam z biura. Jest środa. Może czwartek. Ale bliżej dziewiątej wieczór niż maja. Moja droga wiedzie przez przekładaniec z warstw społeczeństwa. Bogato, biedno i white anglo-saxon protestants.

Na granicy wyznaczonej przez skrzyżowanie ulic znajduje się sklep. Można płacić kartą do 22:00. Rzuciłem szybkie spojrzenie w kierunku grupki bywalców ściśniętych przy schodach. Nigdy nie wiadomo, kiedy ktoś zapyta, czy mam problem, a ja mam problem w postaci zmęczenia życiem i dwa laptopy. Szarpać mi się nie chce, a do biegania nie jestem odpowiednio ubrany.

Kiedy tak lustrowałem sytuację, zauważyłem że schody pokonuje jakaś niewielka istota. Trzyma w rękach wielką butelkę napoju gazowanego. Człowiek, płci żeńskiej, znaczy dziewczynka. Pięć czy sześć lat. Patrzę z zaciekawieniem, jak walczy z ciężarem dwóch litrów o smaku zgodnym z naturalnym i wypatruję, kiedy pojawi się za nią ktoś dorosły. Dziewczynka mija mnie i skręca za róg. Opiekun nie pojawia się i po chwili podejmuję drogę do domu. Idę więc, a dziewczynka drepcze przede mną, chwiejąc się co jakiś czas pod ciężarem.

Myślę do siebie, że wypadałoby przypilnować dziecka, które spaceruje nocą. Czuję radość, że ktoś zaufał dziecku i puścił je po zakupy bez opieki. Pozostaję więc kilka kroków z tyłu i na chwilę pogrążam się w myślach. Nie wiem czy ja przyśpieszyłem, czy ona zwolniła, ale po jakimś czasie zrównaliśmy się w marszu i gdy odwróciłem się w jej stronę zauważyłem, że coś mówi. Zsunąłem słuchawki.

— Dobry wieczór - powiedziała dziewczynka.

— Dobry wieczór - odpowiedziałem lekko zbity z tropu.

— Nie boi się pan tak iść samemu w nocy? - zapytała zmieniając pozycję butelki tak, żeby było ją trochę zza niej widać.

— Trochę się boję - przyznałem - ale skoro idziemy razem, to z pewnością nic mi się nie stanie.

Przytaknęła i szliśmy tak przez jakiś czas w ciszy. Najdziwniejsza para na ulicy. Dziewczynka walcząca z ciężarem butelki, sięgająca mi może do kolana i ja, brodaty dziad w kapeluszu, z postawionym kołnierzem.

Tu oblewa mnie zimny pot, a głowa wypełnia się scenariuszami nadchodzącej tragedii. Jak ja wyglądam idąc tak z jakimś dzieckiem? Czy któryś z sąsiadów zauważył nas przez okno i dzwoni właśnie do ojca dziewczynki, który niechybnie wypadnie na mnie z następnej bramy? Czy uda mi się wytłumaczyć, że jestem przyjaznym gentlemanem, który docenia zaufanie, jakie pokłada w córce i robi to, co powinien zrobić każdy dobrze wychowany człowiek, to znaczy zerknąć czy dziecku w tej okolicy nie przytrafi się nic złego?

— Myśli pan, że są tacy ludzie, co porywają dzieci z ulicy? - przeczytała moje myśli dziewczynka.

— Nie. Nie, takie rzeczy się nie zdarzają - odpowiedziałem, czując się tak nieswojo jak wtedy, kiedy matka przyłapała mnie podczas masturbacji. Cokolwiek zrobisz, będzie źle.

— Tu mieszkam - doszedł mnie jeszcze głos z korytarza. - Dobranoc!

Dobranoc, burknąłem do siebie. Czułem się źle, źle. Wyciągnąłem papierosa. Bo tak, jeżeli ta dziewczynka powie rodzicom, że spotkała pana, który ją odprowadził do domu. Dlaczego czuję się podle mimo tego, że zrobiłem coś dobrego? W jakim spierdolonym, bez szans na naprawę społeczeństwie żyję, że czuję się jak gwałciciel.

Jak daleko sięga kontrola świadomości? Uważam się za kogoś, kto nie daje latających faków za opinię społeczeństwa i jednocześnie chcę się wrócić, odszukać klatki, drzwi i wytłumaczyć się z tego, co zrobiłem.