Archiwum | emil@fuse.pl && crypto

Game Days 2015: tête-à-tête

IMG_8439_M

Ludzie

Pod koniec mojej rozmowy z jedym z gości naszego piętra pełnego starych komputerów zostałem zapytany, czy jestem może pracownikiem “CD-ACTION”. Pytanie nie było strzałem z biodra, po sali kręciło się kilka osób w ich koszulkach. Zaprzeczyłem, a wtedy dopytał mnie, czy w takim razie jestem jakąś „ważną indywiualnością”. Zaprzeczyłem ponownie, bo przecież nie jestem. Pan odszedł, a ja wróciłem do tańca między biurkami, na których spoczywały lata historii technologicznej. Tej znanej szerzej i tej kompletnie nieznanej.

Zanim pójdę dalej, muszę się do czegoś przyznać. Nie lubię ludzi. Znaczy ogólnie ludzi jako takich — tak, jestem nawet fanem ludzkości, ale gdy są dookoła mnie en masse, zaczynam robić się niespokojny. Rozmawianie z obcymi ludźmi zwykle wysyła mnie do piekła zdenerwowania: czy jestem zziajany? A jak powiem coś głupiego? Czy czuć ten ostatni papieros w moim oddechu, a może rozpiął mi się rozporek? Nieustająca karuzela wątpliwości aż do mdłości.

IMG_8378_M

Przypadłość ta powoduje, że jestem zwykle bezużyteczny jako organizator, sprzedawca siebie i swoich pomysłów oraz „człowiek warty zapamiętania”. Jeżeli ludzie mają personal brand, to ja jestem “TESCO VALUE”.

Kiedy kolejna fala gości opadła i wycofała się do innych pokojów, zdałem sobie sprawę, że wykonałem niesamowite postępy w byciu normalnym człowiekiem. Zaskoczony tym sukcesem postanowiłem głośno (ale we własnej głowie), że może nie jestem ważną osobistością zwykle, ale stojąc na tej pododze, wśród komputero-archeologicznych eksponatów, pełnię bardzo ważną funkcję: jestem klechą tego kościoła.

A ludzie, którzy do niego przychodzą, chcą się wyspowiadać i uzyskać odpuszczenie.

Przeszłość w naszej głowie to wyidealizowany obraz ludzi o przekłamanych charakterach oraz kaców, które nie były straszne, choć były. Nikt nie jest pewien, czy „tak rzeczywiście było”. A ja, jak każda religijna instytucja, dostarczam im pewności.

Tak, była taka gra. Tak, Amiga była najlepszym komputerem. Tak, C64 był najlepszym komputerem. Tak, gry wczytywały się tyle czasu. Nie, gry wczytywały się szybciej.

Niczym dickensowski duch świąt przeszłych pokazuję ludziom, jak wyglądał świat, zanim zdziczeli, dorośli.

No i rozgrzeszam.

Przestawiałem głowicę w magnetofonie. Kiedy grałem z kolegą, zawsze dawałem mu gorszy joystick. Do tej pory nie oddałem pożyczonej kopii tego a tego.

Pokuty nigdy nie są ciężkie, partyjka w Space Invaders, rundka w Cannabalt na C64. Za najcięższe występki karzę grą w Lotus Turbo Esprit III na Atari ST na dwóch graczy.

Pojawiają się czasem biskupi, którzy bez mojej interwencji zajmują miejsce przy komputerze i wprawnym ruchem uruchamiają swoją ulubioną grę, a po kilku rundkach wstają, potakują mi zza stołu i przechodzą dalej. Raz zawitał nawet papież — instalator i programista komputerów Odra. Ucałowałem jego token-ring.

IMG_8601_M

Gry

U mnie z grami jest tak, że wiem tylko jakie mi się podobają. Podobają mi się głównie te, które już znam i managery piłkarskie, choć do nich nie mam już cierpliwości.

Obserwując dziesiątki ludzi w różnym wieku, różnych płci i różnego, już nabytego, zainteresowania komputerami dokonałem destylacji własności i funkcji gry doskonałej.

Aby skoczyć, skocz

Żadna z często wybieranych gier nie posiadała części „uczącej”. Nauka zasad wynikała z gry. Pewna Pani po którymś kolejnym nabiciu się na miecz strażnika w Prince of Persia zrozumiała, że należy się uzbroić.

IMG_8404_M

Dwóch graczy, jedna konsola

W świecie, gdzie gry z trybem multiplayer drukują miliony dolarów wydawcom, świat zapomniał o tym, że można podłączyć więcej niż jeden kontroler i grać razem na jednym ekranie.

Kiedy ktoś z silnym rosyjskim akcentem powie Ci przez słuchawki, że sypia z Twoją matką odpowiesz najwyżej wzruszeniem ramionami. Kiedy ktoś siedzący obok Ciebie powie Ci to samo odczucie jest dużo intensywniejsze. Zwłaszcza, gdy grasz z Ojcem.

IMG_8414_M

Co świeci, co buczy, nie bawi, nie tłuczy

Space Invaders na ośmiobitowym Atari było jednym z hitów wystawy, tak wśród młodych jak i starych. Gra prezentuje się na zielonym monitorze Neptun jak produkt jelita obciążonego szpinakiem, a brzmi jak wypadek w którym udział brał TIR pełen tablic szkolnych uderzający w salon urody z dobrze zaopatrzonym działem sztucznych paznokci.

Nikt nie powiedział złego słowa o tym fakcie, wszyscy zajęli się eksterminacją najeźdźców.

IMG_8490_M

[Tu wkładam bezwstydnie reklamę właśnie powstającej książki o projektowaniu gier „Inżynieria Gier. Level design dla początkujących”.]

Podsumowując: trudna gra na dwóch graczy, w którą grasz z Tatą, wyglądająca jakkolwiek, którą przegrywasz non-stop dzięki krępującym wrzutom rodziciela.

Podziękowania

Chciałbym serdecznie podziękować „Muzeum Historii Komputerów i Informatyki” za zaproszenie nas do wzięcia udziału w Game Days, gościom za znoszenie mojego nagabywania do dania C64 szansy oraz Irze i Piotrowi Poterze oraz Tomaszowi Marcinkowskiemu za odtworzenie atmosfery kolonijnego pokoju: od picia alkoholu w łóżku po śmianie się z tego, że ktoś pierdzi pod kołdrą. Póki człowieka śmieszy pierd po 29h pracy skondensowanej w dwa dni póty jest nadzieja, że ten świat nie jest skazany na zagładę.

Zdjęcia: Ira Potera