Béton brut

Hello, I love you

2011-08-28

Czy w Internecie jest treść? Czy jest dobra i powinna być lepsza? A może jest fatalna i powinna być dobra? Kto komu ma ją produkować? Popularne tematy, czy może dogłębne analizy? To wyjściowe tematy do dyskusji o „stanie treści we współczesnej sieci”, którą wielu z nas prowadzi z poczucia misji lub dla zabicia czasu.

Nie można nazwać tego debatą, bo większość z nas okopała się dawno temu na swoich pozycjach i ostrzeliwuje się argumentami z terminami przydatności do spożycia przypadającymi na rok 2003.

We wszystkich tych pyskówkach, w których brałem udział, zawsze stawałem po stronie treści wysokiej jakości, trudnej i niszowej, produkowanej z miłości do czytelnika, a nie do SEO. 1 Przyłapałem się ostatnio na tym, że często strzelam ślepakami i nigdy nie daję recept na to, co zrobić żeby dobrych rzeczy było więcej.

Oczywistą oczywistością są pieniądze. Zostawmy jednak na chwilę czynnik ekonomiczny. Zadajmy sobie pytanie - co pcha ludzi do pisania artykułów, poradników, nagrywania podcastów i wydawania otwartego oprogramowania? Nie będę nawet próbował na nie odpowiadać, zostawię Was po prostu z dziesięciominutową animacją RSAnimate: “Drive: The surprising truth about what motivates us”. Kliknijcie. Nie spędzicie lepiej dziesięciu minut dzisiejszego dnia.

Wszyscy chcemy być twórcami. To ciągnie autorów do autorzenia. Więc mamy ludzi generujących treść, nie mówimy o pieniądzach — co nam zostaje?

Czas na anegdotę! Kiedy zaczynałem pisać „poważne” programy, światem amigowego oprogramowania rządził Aminet, serwer FTP na którym znajdowało się prawie całe dostępne oprogramowanie dla naszych komputerów. Każdy autor zaraz po skończeniu pracy wrzucał archiwum do Incoming/ i czekał na akceptację. Mój pierwszy program dodałem około 1998. To była pewnie jakaś pchełka, nie robiąca nic wybitnie zajmującego 2. Dwa dni później, kiedy odbierałem pocztę po powrocie z pracy, w mojej skrzynce pojawił się e-mail od nieznanej mi osoby. Otworzyłem go i przesuwając palcem po ekranie odcyfrowałem, że osoba z Wielkiej Brytanii pobrała mój program, że bardzo mu się podoba i mi dziękuje, a jak napiszę coś jeszcze to mam jej podesłać.

Siedziałem oniemiały, niezdolny do poruszenia choćby palcem. Mój mózg był zajęty odbijaniem szampana. Próbowałem sobie wyimaginować jakiegoś człowieka, gdzieś w obcym kraju, pobierającego program, który napisałem. Jak go odpakowywał i widział te same pliki, które ja tam umieściłem przedwczoraj. I mu się podobał. I mi wysłał e-maila.

Resztę wieczoru spędziłem chodząc dookoła dzielnic z walkmanem grającym kasetę “Master of Puppets”, kompletnie pijany euforią. Pamiętam, że dopadłem do jakiejś budki telefonicznej i zadzwoniłem pod jedyny numer, który akurat znałem na pamięć. Powiedziałem: „Iwo, dostałem e-maila z zagranicy. Ludzie używają mojego programu!”

W tym momencie zrozumiałem jak ważne jest dla każdego, choćby najmniejszego twórcy, słowo „dziękuję” i świadomość, że nie krzyczy w pustym pokoju jak wariat. Postanowiłem pisać do każdego blogera, komiksiarza, podcastera, który „zrobi mi dzień”. Nie kosztuje to nawet eurocenta, a jeżeli na serio Ci się podobało, to nie ma problemu ze znalezieniem słów. Cała operacja trwa minutę lub dwie (choć czasem spędziłem nawet dwie godziny szukając e-maila do autora, który chciał widocznie pozostać anonimowy).

Jeżeli masz autora, który jest dla Ciebie ważny, przestań natychmiast czytać tę notkę i idź, napisz mu kilka słów. Nie zostawiaj komentarza, nie pisz @fantastycznygość, napisz e-maila.

To jest moja recepta na więcej dobrych treści. Wspomagajmy twórców, którzy uprawiają te nasze internetowe poletko kultury.

Dziękuję też Wam za wszystkie „dziękuję”.

PS. mała galeria odpowiedzi na moje „dzięki”. Żeby nie było, że to wszystko jest mowa-trawa.

  1. Jest to egoistyczne zagranie: po jakimś czasie ktoś zacznie mnie kojarzyć z „treścią wysokiej jakości, trudnej i niszowej” i stąd już chwila do kliknięcia w ikonkę RSS na moim blożku. Buduję markę!
  2. miało to wyznaczyć kurs mojej kariery do końca życia