Archiwum | emil@fuse.pl && crypto

Humanum TERMINATED est

Diamenty potłuczonego szkła rozsypały się po ulicy. Za nimi podążyły drzazgi framugi i odgłos dudnienia. Dudnienie zbliżało się.

Przedwczoraj wszystko było w porządku. Przedwczoraj odpalaliśmy nasz wielki projekt. A dziś nasz wielki projekt położy nam kres.

Nikt już nie wie, czy utraciliśmy kontrolę, czy może programiści — jak zwykle — dostarczyli kod pełen dziur i nieprzetestowanych zakamarków. Bez względu na wagę swej pracy programiści nie mogą się nigdy wznieść nad swój zwykły poziom. Strona pizzerii, na której nie działa koszyk zamówień, i łódź podwodna, której włazy otwierają się automatycznie o 12:38, traktowane są z taką samą powagą. Obie sytuacje mogły być nawet spowodowane tym samym błędem.

Robot. Właściwie tylko lekko humanoidalny czołg – nikt nie miał w budżecie kasy na danie mu emocji, skomplikowanych wspomnień z czasów, zanim istniał, żeby miał konflikt wewnętrzny. Nie miał nawet twarzy, o ile nie liczyć reflektorów, miał rakiety, działa, gąsienice płaszczące wszystko bez dyskryminacji. Był to pragmatyczny robot: żadnych snów o owcach, za to doskonały układ celowniczy.

Wczoraj nic nie było w porządku. Wczoraj miasto skonsumował ogień. Szczątki obywateli zalepiały szczeliny między ogniwami gąsienicy. Na szczęście w swojej pracy robot był metodyczny i spopielał blok za blokiem, zgodnie z mapą topograficzną miasta.

Działka budowlana? Napalm. Działka z budynkiem? Napalm. Fabryka napalmu? To samo.

Biedne dzielnice, które trzymały się pazurami brzegów miasta, zostały już spopielone i teraz, powoli, padną parki. Padną butiki. Padną ławki stojące na czystym bruku. Spopieleją kawiarnie, czarnymi kałużami spłyną sklepy z winylowymi płytami.

Na szczęście nikt już nie stanie się gąsienicowym smarem. Mieszkancy wyciągnęli wnioski i pod osłoną nocy wynieśli się za granicę zasieków ustawionych przez połączone siły wojska i policji.

Dziś robot stoi w okolicach parku prowadzącego wprost do centrum. Nie pada żaden strzał, napalm jest letni, a brak drżenia gąsienic sugeruje zamarcie silników.

W sztabie dowodzenia konsternacja. Czy to pułapka? Czy jednak przepowieści z książek fantastyczno-naukowych się spełniły – gąsienice poznały smak ludzkiej krwi i teraz czekają na więcej?

Zapadła decyzja: zobaczymy, co się stanie. Przyszło jutro i nie stało się nic.

Ekipa złożona z żołnierzy i naukowców przesuwała się nieśmiało ulicami w kierunku zasłaniającego wschodzące słońce robota. Stanęli wreszcie w obecności niedawnego niszczyciela i dyskutowali, który z nich spróbuje dotrzeć do panelu kontrolnego, sprawdzić, co się stało, i ewentualnie przyłożyć rękę do utrwalenia tego stanu.

Drogą losowania wybrano ochotnika. Nieszczęśnik, uzbrojony w płaski śrubokręt, zaatakował.

Klapa ochronna nie stawiała wielkiego oporu, zresztą nie była kompletnie dokręcona: z czterech śrub trzymały tylko dwie. Ekran obudził się. Ochotnik złapał się za głowę i, nie montując ponownie osłony, zszedł do ciasno zbitej grupki kolegów.

Pomachał im, dając znaki, że nie ma zagrożenia, a kiedy zbliżył się na słyszalną odległość, powiedział:

— Mamy szczęście, że jesteśmy głupimy nierobami. Nasza głupota nas dziś uratowała. Robota można zaciągnąć do fabryki. No, jak będzie fabryka – spojrzał w kierunku spalonych części miasta – w przyszłości. Okazało się, że nie załadowaliśmy mu kompletu map, a gdy chciał to naprawić, pobierając aktualizację… bum! Sprawdzanie certyfikatów jest passé, prawda?

Naukowiec przestał mówić, machnął ręką z rezygnacją i oddał śrubokręt pierwszej napotkanej osobie, po czym poszedł w kierunku dowództwa.

Kiedy grupa dotarła do ekranu konsoli, dało się przeczytać:

Miejski dostęp do Internetu, proszę się zalogować.