Archiwum | emil@fuse.pl

Historie z budowy, część druga

Budowa nie żyje tylko dowcipem fizycznym. Są jeszcze zabawne dialogi.

Jako pracownik fizyczny mam jedną, ale bardzo znaczącą, wadę. Przy wykonywaniu powtarzalnej czynności mój mózg odpływa w ciekawsze miejsca, a ręce robią same. Czasem powoduje to, że wygrzebię dziurę w podłodze, którą zacierałem po wylewce. Ręce pracowały, mózg wziął kwadrans wolnego, ja się nie ruszyłem i tarłem w miejscu. Awantura gotowa.

Ojciec, będąc człowiekiem zaradnym, wymyślił następujące rozwiązanie. Dawał mi drugą osobę z do której wygłaszałem monologi, co powodowało, że bardziej uważałem. Druga osoba mogła też przypomnieć mi co robię w chwilach dekoncentracji.

Pracowałem więc z młodym człowiekiem, którego imienia już zapomniałem, a który określał się jako “fanatyk Widzewa”. Jednym z jego największych dokonań, którym chwalił się podczas przerwy kawowo-herbacianej, było namalowanie sprayem w swoim pokoju “Widzew Król”.

W tych dniach moją fantazją zawładnął Tolkien i jego “Władca”. Przeczytałem trzy tomy za jednym weekendowym posiedzeniem. Kiedy więc zacieraliśmy podłogę opowiadałem współtowarzyszowi pracy o tych wspaniałościach, co je właśnie skończyłem czytać. Opowiedziałem z grubsza całą historię wyprawy, dlaczego Rohan rządzi, że koniec z Gollumem przewidziałem.

Skończyłem monolog i zauważyłem, że słuchacz przestał pracować, jego czoło się zmarszczyło, a oczy wpatrywały się we mnie. Potrwało to może minutę. Przysunął się trochę bliżej i powiedział:

Emil, ale przecież hobbity nie istnieją!”

Przez chwilę nie mogłem zebrać myśli i wydusić z siebie odpowiedzi, rzuciłem więc tylko “Serio?”

Serio, gdyby istniały to przecież byłoby coś o nich w TV

Tego samego dnia podarłem bilety do Shire i karnet na piwo pod “Rozbrykanym Kucem”.


Historie z budowy, część pierwsza

Dawno nie pracowałem fizycznie. Praca fizyczna indukuje nostalgię związaną z czasami, gdy nie chciało się nosić teczki, więc nosiło się woreczki. Podczas gipsowania sufitu uknułem sobie, że podzielę się kilkoma historiami związanymi z budowlanką.

Dawno, dawno temu. Za górami, za lasami, a z pewnością za ulicą jedną i drugą, w mieście Łodzi budowała się hurtownia materiałów budowlanych. Wielka to była hala. Powiedziałbym nawet “zajebista” gdybym był bardziej bezpośredni.

No więc była zajebista, a klientem był Holender. Budowaliśmy więc holendrowi halę po polsku, czyli ospale i po części na wstecznym biegu. Wsteczny bieg wrzucano, gdy wczoraj za mocno jechaliśmy na czwórce po piwie Książ (nie pijcie, nigdy).

Klient był człowiekiem dość miłym, choć zupełnie niezrozumiałym dla reszty kadry. Bo byle prostak przyjedzie do naszego kraju i spodziewa się, że jak powie “konkrit” to wszyscy mu wytłumaczą co pod betonem leży, czemu styropian, czemu wystaje i w ogóle. Ogólnie: detale.

Jako jedyny władałem językiem barbarzyńców pożerających baraninę w sosie miętowym, spędzałem więc dużo czasu chodząc za klientem i tłumacząc mu dlaczego grabie stoją oparte o ścianę (bardzo go to irytowało).

Kiedy już z z ziemi wyrosła konstrukcja ze stali i betonu (socrealizm, panie) Pan na włościach zamówił elektryków, którzy jak wiadomo zajmują się tymi rzeczami, które źle podłączone powodują rozwodnienie krwi i miganie komór.

Wspominałem, że hala była wielka? Nie tylko szeroka, ale i wysoka. Wysoka. Przyjechali więc elektrycy, ocenili odległość przy pomocy najdoskonalszego przyrządu jaki był pod ręką — ludzkiego oka. Zamówili rusztowanie.

Holender poprosił mnie abym mu pomógł w negocjacjach. Porzuciłem więc ogrzewanie podłogowe i pobiegłem.

Wchodzimy. Wzrok Holendra pada na rusztowanie. Potem podążając za każdym szczeblem trafia na koniec rusztowania. Rusztowania, które nie sięgnęło sufitu. Ponieważ rusztowanie nie sięgnęło sufitu, można było zrobić dwie rzeczy:

  1. Zamówić więcej elementów
  2. Zrobić coś innego

Elektrycy wybrali drugą opcję i postawili na rusztowaniu szkolną ławkę. Szkolna ławka podniosła trochę zasięg, ale nie dość. Pomyśleli elektrycy. Na ławce wylądowały deski, na deskach postawiono drabinę. Z drabiny fatalnie się podłącza lampy, kto robił, ten wie. W ostatni szczebel drabiny wetknięto znów deski. Konstrukcja, której nie powstydziłby się żaden cyrk. Na szczycie balansowało dwóch elektryków. Płacono im od wykonanej pracy, nie od godziny.

Wchodzimy więc. A on patrzy. Patrzy, patrzy. Twarz mu się zmienia w maskę. Powoli odwraca się w moją stronę, a cygaro, które zawsze palił, zwisa z kącika ust. Widocznie przykleiło się na ślinę toczącą się mu z ust. Jak w greckiej tragedii uniósł rękę wskazując konstrukcje i ludzi zawieszonych pomiędzy wyłącznikiem nadprądowym z cewką wydmuchową, transformatorem, dławikiem i pewną śmiercią.

Why? What? Hell, they… Uh?

Wzruszyłem ramionami. Jego mózg przetłumaczył to na “That’s how we roll, bitch!”. Zamknął oczy. Elektrycy skończyli, zburzyli budowlę i poszliśmy pić wino do lasku obok.

Grawitacja to coś, co przytrafia się innym


To Radio (kropka com)

Jest Last.fm, Deezer, Seeqpod, DI, kiedyś była Pandora.

Dzięki tym projektom nie muszę siedzieć w szumie serwera plików, na którym leży w większości mojej muzyki. Ba, nie muszę nawet spędzać czasu na opracowywanie “najlepszej listy muzyki na dziś”. Podzielę się linkiem do nowego projektu, którego zadaniem jest odcinanie nas od posapywania i marudzenia współpracowników.

The
Radio

TheRadio.com, obecnie w becie 1, czyli kolejne radio internetowe. Co je odróżnia od losowego adresu IP serwującego WMA w szokującej jakości 11050Hz, Mono, 8bit, disko-bit? Bardzo dobra jakość, niezła selekcja muzyki, nie musisz mieć konta. Klik i poszedł! 2

Mamy początek tygodnia. Nie oszukuj się, to nie jest ten tydzień, który odmieni Twoje życie. Zamiast produkować kwas w żołądku wrzuć Jazz Cave (Genre / Jazz & Blues) i powtórz mantrę: “Hahaha! Nic nie robię i płacą mi za to”. Nogą wybijaj rytm do kontrabasu.

  1. utwory mają całe, więc nie ma się co martwić
  2. click & go!!1

Dni Kultury Japonii, Łódź, 12.2-12.6.2008

Wszystko co dobre kiedyś się kończy. Po pięciu dniach obcowania z japońską kulturą serwowaną na różne sposoby nie pozostało mi nic, jak napisać kilka słów o imprezie.

Na początek pozytywne zaskoczenie. Właściwie dwie rzeczy. Frekwencja. Spóźnieni goście nie mogli liczyć na miejsca siedzące. 1 No i rozpiętość wiekowa. Najmłodszym uczestnikiem była dziewczynka, na oko 4 lata, która oglądała bez słowa dwie długie prezentacje (szacunek dla mamy siedzącej obok). Najstarsi? Siedemdziesiąt lat będzie bezpiecznym strzałem, myślę.

8_f

Nie mam zamiaru opisywać wszystkiego, co widziałem. Wyimki jednak będą.

Chór “Echo” pod dyrekcją Elżbiety Klimowicz wykonał “Szła dzieweczka do laseczka” po japońsku. Dość ciekawe wrażenie. Szkoda, że nie miałem niczego, co rejestruje dźwięk.

chor

Masakatsu Yoshida, sensei Towarzystwa Polsko-Japońskiego w Łodzi, opowiedział trochę o tracycjach, które przenikają życie, postrzeganej przez nas jako wybitnie nowoczesny kraj, Japonii. Chyba największe wrażenie na oglądających (ze względu na szkolny wiek) zrobiła lista zajęć młodych Japończyków.

Dzieci sprzątające szkołę po zajęciach i wspólnie przygotowujące posiłek? Młodsze dzieci prowadzane na zajęcia przez dzieci starsze (sempai,先輩)? Wszystko wyglądało to trochę jak fantastyka dla równolatków, którzy siedzieli obok mnie.

sensei1

Bożena i Jan Zeitz prezentowali nam swoje zbiory laleczek Kokeshi. Prócz zwykłego oglądactwa mogliśmy się też dowiedzieć nieco o historii tej sztuki, podstawowych gatunkach oraz kilku przykładach obecnie projektowanych lalek.

Lalki nas mocno zakręciły i próbujemy robić własne. Nie, nie podzielimy się efektami, bo mamy jeszcze trochę zdrowego rozsądku. Nie zdziwcie się jak na święta dostaniecie od kogoś pomalowany kawałek drewna. Udawajcie wtedy, że to Kokeshi i że wyszło świetnie.

2_f

Pani Irena Domanska opowiedziała nam (szkoda, że tak krótko) o swoich podróżach do Japonii. Dlaczego ludzie nie tłoczą się na dworcach? Bo na ziemi namalowane są kolorowe linie z podpisami. Stajesz przy swojej i gdy nadjedzie pociąg zatrzyma się drzwiami idealnie przy niej. Tylko wsiadać. Jak sobie radzić z tym, że większość domów jest nieogrzewana i czemu sake nie jest odpowiedzią (a jest stół, którego centrum zajmuje grzałka, a zamiast obrusu mamy “za długą kołdrę”, którą można się przykryć).

Opowiadać Pani Irena mogłaby pewnie jeszcze kilka godzin, niestety, dobre prezentacje kończą się za szybko, a złe za późno.

Izumi Yoshida przybliżyła trochę twórczość Hayao Miyazakiego (którego pewnie nie trzeba było przedstawiać nikomu obecnemu na sali), dodatkowo mieliśmy możliwość zobaczyć mały rarytas: reportaż telewizji japońskiej o studiu Ghibli, tłumaczony na żywo przez Panią Izumi.

Kto czyta mangę, temu nazwisko Yoshida nie powinno być obce. Polskie tłumaczenia “Love Hina” wydawane przez Waneko wychodzą(dziły? Nie czytam LH;-) spod jej pióra.

Izumi

5_f

Odwiedzający DKJ mogli też zobaczyć (a dwie odważne dusze spróbować wziąć udział) ceremoniał parzenia herbaty. Chciałbym napisać więcej, niestety, dać małpie aparat. Niektórzy “fotografowie” myślą, że nie ma nic zabawniejszego niz podziwianie ich pleców, gdy ich nowy aparat z MendaMarkt robi idealne zdjęcia cery serwującej herbatę Japonki. Serio, stuknijcie się. Jesteście czasem upierdliwi.

picture-036

Podsumowując: impreza nadzyczaj udana, trochę kultury zaszczepione, ludzie uśmiechnięci.

Chciałbym podziękować towarzyszącym mi gościom: Eri, Paulinie i Staszkowi. Przyjechać specjalnie z Poznania i znosić mnie ponad godzinę to nie jest wyczyn, który powinien przejść nienagrodzony. Dariuszowi Szpakowskiemu ukradłem natomiast kilka fotografii. Mam nadzieję, że nie ma nic przeciwko. 2

  1. oficjalnych, bo przecież od czego są schody i przestrzeń między sceną?
  2. się jeszcze dopytam post factum e-mailem ;-) 

Jak rozpoznać dziecięcą pornografię z dużej odległości?

(Aktualizacja: [cenzorzy schowali nożyczki](http://news.bbc.co.uk/2/hi/technology/7774102.stm[/ref]

Pewna, dość popularna, hard rockowa kapela wypuściła w 1976 płytę “Virgin Killer”. Okładka przedstawiała młodą, nagą, dziewczynkę. Wyglądało to tak:

Brytyjczycy uznali, że dość już tej sodomii i gomorii w publikacji mającej, bądź co bądź, ambicje encyklopedystyczne i przykazali firmom dostarczającym Internet stronę zablokować. Dobrze. Czy ktoś może mi odpowiedzieć na kilka pytań?

  1. Czy encyklopedie mają przedstawiać w miarę obiektywny obraz historii świata, czy też należy je naginać do obecnych trendów?
  2. Czy pedofile zadowolą się okładką z tak niefortunnie roztrzaskanym szkłem? Powiedzą sobie “O szlag, pokonaliście nas ukrywając okładkę płyty! Teraz już nigdy nie będziemy się wymieniać filmami w setkach miejsc!”
  3. Skoro ktoś może dokonywać takich kroków i wskazywać palcem treści, to co powstrzyma ich przed blokowaniem innych złych treści?

Moi faworyci do zablokowania:

Grecja. Zapomnieć i zakopać. Niby mądrzy tam ludzie chodzili, ale kurde, pedały. A jeszcze sobie, dranie, obrazki z tym malowali i one teraz po muzeach leżą. Dzieci tam prowadzają pod pretekstem sztuki!

Biblia. Fantastyczna książka wypełniona historiami o gwałtach, pogromach, mściwym facecie z brodą, kazirodztwie. Praktycznie nikt jej nie przeczytał, ale większość ma ją w domu. Przeszkadza Ci okładka z dziewczyną, a historie o bogu zabijającym wszystkich pierworodnych nie? Ktoś tu ma lekko popierdolony system wartości i dziś to nie jestem ja!

Cherubinki, sodomici! Cherubinki, dzieci, z siusiakiem na wierzchu fotografowane przez miliony turystów!

Zanim wyciągnięcie na mnie argumenty o “wartości artystycznej” i “wyobraźcie sobie, że to wasze dziecko, i nie mówcie, że dzieci nie macie, bo zawsze mieć możecie (sprawdzić czy nie ksiądz)” zastanówcie się nad tym, czy chcecie definicji “wartości artystycznej” zapisanej w prawie, oraz nad tym, że największą ilość krzywd dziecko (statystycznie) zaznaje od osób najbliższych, w podstawowej komórce społecznej, rodzinie.

Wróćmy do okładki. Wiadomo, ktoś będzie chciał podciągnąć pod pornografię. Tylko nikt za bardzo nie wie, co jest pornografią. Pamiętam jeszcze z poprzednich rządów w tym kraju, gdy mądre głowy próbowały wymyślić jak to zdefiniować. Padła propozycja, że to “obrazy mające wzbudzić podniecenie seksualne”.

Bardzo dobra definicja.

Nie wiem jak Wam, ale mi zawsze staje na widok zajebistego racka pełnego serwerów. No piękne, proste linie, delikatne drżenie dysków w macierzach, migające RX/TX. Ktoś już biegnie zamknąć stronę IBM-a?

Wszędzie są pedofile. Wszędzie. Każdy facet z dzieckiem w parku to pedofil. Każdy fotograf robiący zdjęcia kręcącej się karuzeli ma zamiar się nad nimi onanizować. Wszyscy walczący z wyimaginowaną pedofilią, czającą się na każdym rogu i w każdej sekundzie życia dziecka, to bohaterowie.

Witam w nowym, czystym i bezpieczniejszym świecie. W świecie gdzie nikogo okładka Scorpionsów nie podnieci. Teraz zostały nam mniejsze problemy: kryzys ekonomiczny, śmierć ekosystemów, rak, AIDS, wojny i bieda. Dobrze, że żyję w świecie, gdzie niewyrośnięty cycek jest ważniejszy od kogoś umierającego w śmietniku. Gdyby było inaczej, to by nie było w porządku.


Czarny piątek

Czarny piątek. Tewje Mleczarz zakrzyknąłby wniebogłosy: “TRADYCJA!”. Nowa, świecka tradycja. O co chodzi? Ogólnie o dużo śmiecia trochę taniej. Przed wielkimi sklepami ustawiają się bandy moronów marzących o wielkim telewizorze, konsoli i opiekaczu w bardzo dobrych cenach.

Co się dzieje, gdy w jednym miejscu zbierzemy prosumentów ze szklanym wzrokiem? Otrzymamy lud, wyborców czy też bydło. Jeden umysł, niezbyt błyskotliwy. Jeden cel, niezbyt szlachetny. I czekają na sygnał. Kto ma lepsze miejsce startowe może zaatakować po łuku i udowodnić bliskim, że ich bardzo kocha.

Tłum stoi, tłum jest niespokojny. “Czy dla mnie, dla mnie! starczy suszarek do włosów”. I kogo przewrócę w biegu, kogo kopnę i ugryzę.

Rozlega się dzwonek. Grand Derby rozpoczęte. “Szybciej, szybciej, w tę alejkę” — mruczysz do siebie, gdy serce pompuje krew tak szybko, jak wtedy gdy Twoja eks po raz pierwszy uklęknęła przed Tobą gdy byłeś nagi.

Wczoraj ludzie atakujący półki sklepu w Long Island zadeptali na śmierć faceta.

Trzydzieści cztery lata życia, szkoła, mutacja głosu i pierwsze golenie. Potem nieciekawa, nisko płatna praca w markecie i śmierć w promocji. Co za chujowy sposób żeby odejść.

Czy jesteś w stanie napisać mu epitafium?

Ludzie zabijają się z różnych, w miarę sensownych, powodów. Na tle rasowym, bo ci po drugiej stronie mówią w śmiesznym języku, facet niewiernej żonie wybija kulą z głowy zdrady. To wszystko ma posmak dobrej, romantycznej historii. Możliwe, że któraś ze stron miała rację zanim wszystko wymknęło się im z rąk.

Jestem oczarowany bezsensownością tej śmierci. Co widział przed śmiercią? Co powiedział w ostatnim oddechu?

Telefony z polifonicznymi dzwonkami, alejka numer sześć. Proszę się nie pchać. Proszę…”


Ballada marynarska

Ryba piła.

Teraz leży na dnie.


GA*ERIA *NIX-ów

Ludzie zarzucają mi brak kultury. Do teatru chodzę raz na rok, muzyki klasycznej nie słucham, prócz chwil gdy jakiś dresik ma takową jako dzwonek w komórce. Kino ambitne mnie męczy, a popularne męczy mocniej. Ostatnio przestałem nawet czytać, bo muszę używać terminów w pracy jako zakładki już po dwóch-trzech stronach.

Galerie też omijam szerokim łukiem, chyba że to galeria alkoholi. Sztuka współczesna do mnie nie przemawia, naturaliści przegrywają z aparatem za 300 PLN, rubensowskie baby stołują się w tych samych knajpach co ja. Postanowiłem otworzyć własną galerię, w której sztuka (“a co to jest sztuka?”) daje się łatwo zrozumieć.

Galeria → kierunek zwiedzania

emil@jamaica:\~\$

Debian Sarge/Ubuntu

emil@linux-wtco:\~>

OpenSuSE 11

%

FreeBSD 7.x

mac:\~ emil\$

OS X 10.5.3

[emil@zkdp \~]\$

PLD 2.0 Ac

-bash-3.2\$

OpenBSD 4.4

C:\

Windows XP

Słowo od krytyka

Jak mogą Państwo zauważyć systemy z rodziny BSD podeszły do zagadnienia znaku zachęty w sposób minimalistyczny. W OpenBSD twórca pokazuje nam, że podstawą wartością pozwalającą nam interpretować sztukę jest wolność. Wolność zapoznania się z możliwościami zmiennej środowiskowej PS1.

Z kolei FreeBSD wprowadza do swojej sztuki dualizm. Jest tylko czarne i białe. Proste, ostre podziały. Jesteś rootem lub nikim. (ludzie będący nikim oznaczeni są znakiem procenta. To od poziomu alkoholu we krwi)

Niedaleki krewny systemów BSD, OS X (FreeBSD przespało się z kuzynką) jest ulubionym OSem buntowniczych nastolatków z wysokim kieszonkowym, wspomaganych Photoshopem fotografów i homoseksualistów. Znak zachęty OS X pokazuje nam całą prawdę. Nie ważne kim jesteś, ważne co masz. A jak pierwszą rzeczą w prompcie jest ‘mac’, to jesteś kimś.

PLD jest polskie. Polskość PLD widać od razu. Zwróćcie uwagę — użytkownik zamknął się w własnej przestrzeni i jest nieufny. Prawdopodobne skłonności do ksenofobii.

Między dziełami wyprodukowanymi przez debianistów i twórców OpenSuSE nie ma wielkiej różnicy. Należy zwrócić uwagę, że końcówka znaku zachęty w SuSE przedstawia szalenie radosną twarz ze złamanym nosem. Wyraża ona zadowolenie z dolarów, które wpłynęły na konto Novella za współżycie z Microsoftem. Złamany nos jest efektem współżycia. Chyba nikogo nie dziwi, że MS jest fanem BDSM? Debian i Ubuntu mają nietęgą minę. Debian ma ku temu powody, obchodzić urodziny co cztery lata to nie jest specjalna frajda. Ubuntu obchodzi urodziny co pół roku, ale też nie ma podstaw do radości. Cierpi na ciężką odmianę alzhaimera. Czym szybciej stukają mu lata, tym wolniej się porusza. Złamany nos to efekt chuligańskiej młodości.

Prompt systemu Windows? Autyzm twórcy jest aż nazbyt widoczny. Z dzieła zieje mrokiem i kompletnym niezrozumieniem otaczającego świata. Ponawiane co kilka lat próby samobójcze są cichym krzykiem, którego nie da się wyrazić przez prosty znak zachęty.


Impreza w stanie superpozycji

Znacie ten eksperyment z kotem Schrödingera? To bardzo zręcznie pomyślane dręczenie zwierząt w imię nauki. Co ja Wam będę tłumaczył, facet nazywa się Schrödinger. Od razu wiadomo, że to germański, kurwa, oprawca. W każdym razie sedno doświadczenia polega na zamknięciu kota, trucizny i czegoś, co jest promieniotwórcze. Jakiś sprytny mechanizm w równych odstępach emituje radioaktywną cząstkę, która podlegnie lub nie podlegnie rozpadowi, co zarejestruje licznik Geigera-Müllera lub nie.

Co otruje kota. Lub nie.

Cały umysłowy wygibas polega na tym, że zanim otworzymy pudełko nie wiemy, czy kot jest oddał ducha, czy też będzie mógł Wam jeszcze zjeść ozdobne roślinki (chyba, że ustało drapanie — do doświadczenia potrzeba osób lekko przygłuchych lub z słuchawkami). Póki tego nie stwierdzimy kot jest jednocześnie żywy i martwy. To właśnie ta superpozycja.

Identyczny eksperyment przeprowadzam często na sobie. Dziś, włócząc się po mieście w poszukiwaniu wrażeń i ciepłego kąta postanowiłem zajść do Znanej Knajpy. Bo jest plakat. Ja pytam przy drzwiach, czy to plakat, który zapowiada dzisiejszą imprezę. Otrzymuję odpowiedź, że tak, że zapraszamy. Zaprosili mnie więc idę. Zaprosili, ale nie tak, jak przywykłem — chcieli pieniędzy. Zastanowiłem się. Plakat mówił, że będzie funk i reggae. Reggae i funk bardzo mi odpowiadają, bo piętro wyżej leży śnieg i rzadko jeżdżą taksówki. Płacę więc za bilet, a mogę, bo choć klienci mi nie zapłacili (pozdrawiam) to i ja nie zapłaciłem ZUS-u. Otwieram pudełko z kotem.

Kot znów jest martwy. Nie, on już przekroczył stan, w którym określamy coś zdaniem “Twój kotek nie żyje”. Było bliżej “Truchło sierściucha żrą larwy od tygodnia. Fiesta i piñata z wątroby”

Na imprezie grano takie standardy funkowe jak Eurorythimcs (nie mam zamiaru sprawdzać czy nie zrobiłem błędu) i zupełnie znane jamajskie klimaty (reggae massive, mon!) jak MC Hammer. Sześć ciastek, jedno piwo, ja pierdolę — wychodzę.

Statystycznie rzecz biorąc, jeśli chodzi o tą konkretną knajpę, mój kot jest posmarowany masłem i spada zawsze łapami do góry. Nie wiem tylko ile razy jeszcze dam się nabrać.


Proces podejmowania decyzji

Wpadam na pomysł spożycia napoju. Przechodzę do kuchni, nalewam — jak zwykle za dużo — wody do czajnika. Nigdy mi nie wpadło do głowy żeby odlać nadmiar. Po prostu stawiam czajnik na największym palniku i do marnotrawstwa wody dokładam marnotrawstwo gazu.

Wracam do pokoju i oglądam dalej mecz. Zaczynam się zastanawiać. Wodę gorącą będę zaraz miał (jeśli mnie słuch nie myli) i wypadałoby coś do niej wrzucić aby uzyskać smak. Może herbatę? Ale już dziś piłem czerwoną i yerbę. Irish cream smakuje za bardzo jak powód mojego dzisiejszego kaca.  Kawę? Nie, nie — głowa ze szkła, a kawa pełna kamieni. Może mam jakąś zwykłą, czarną, dorzucę limonkę i będzie dobrze. Wewnętrzne dyskusje zajmują mi minuty.

Czajnik woła mnie do kuchni. Gaszę gaz i patrzę na stół. Na stole stoi kubek, który przygotowałem podczas wstawiania wody. Z nasypaną do środka kawą. Robię więc niepocieszoną minę, nalewam wrzątku i zastanawiam się ile razy w życiu dumam nad sprawami dawno zamkniętymi.


Dni Kultury Japońskiej

Łódzkich fanów japońskiej kultury czeka w grudniu nie lada gratka. Przez pięć dni rozmaici ludzie będą wyłazić ze skóry żebyście potrafili trzymać pędzelek, odróżniali 少女 od 青年 (co może wam zaoszczędzić wiele wstydu przy zakupach, prawda?) i przestali myśleć, że papierowy samolot (choć częściej papierowy nielot lekko przypominający samolot) to wszystko co można wyrzeźbić w papierze.

Do tego oczywiście smakowity bigos (jedzony przy użyciu hashi) z filmów, prelekcji i pozakulturowych spotkań. 1

2.12, 17:00-19:00

  • Uroczystość otwarcia “Dni Kultury Japonii”
  • Koncert pieśni japońskich i polskich w wykonaniu  chóru “Echo” pod dyrekcja Elzbieta Klimowicz
  • Tradycyjne i współczesne oblicze Japonii” - prelekcja Masakatsu YOSHIDA
  • Film fabularny “Hotel Hibiscus” 92min. rez. Yuuji NAKANE 2002

3.12 17:00-19:00

- “Satsuki – kwitnące krzewy” — prelekcja i pokaz bonsai Dariusz Szpakowski - “Poznać i zrozumieć Japonię” — prelekcja Piotr Michalowski - Film fabularny  ”Josee, Tygrys i Ryba” 116min. rez. Isshin INUDOU 2003
### 4.12 17:00-19:00 - “Polubić NIHONGO” — prelekcja Adam Podstawczynski - “Suibokuga – malarstwo tuszem” — prelekcja i warsztaty -– Masakatsu, Barbara i Izumi YOSHIDA - film fabularny Czternia na Niebie 111min. rez. Tetsuo SHINOHARA 2004 ### 5.12 17:00-19:00 - “Kokeshi w naszym domu” — prelekcja Bożenna i Jan Zeitz - “Daleko od domu” -– prelekcja Irena Domanska - Film fabularny Water Boys 91min. rez.Shinobu YAGUCHI 2001 ### 6.12 11:00-14:00 - “Spotkanie z komiksem japońskim” -– prelekcję i warsztaty prowadzi Izumi Yoshida. - Koncert piosenek japonskich w wykonaniu choru II LO pod kierunkiem Kaori UNO - “Lekcja jedzenia”, “Orgiami – zagiąć i owinąć”, “Gry i zabawy japońskie”, “Piękne słowa i znaki -– kaligrafia japońska” —wykonywanie kaligrafii dla publiczności . - “Ceramika Raku” — prelekcja i warsztaty Marta Kedzierska i Jacek Tratkiewicz ### Wystawy - “Dwa oblicza Japonii” — Zakład Azji Wschodniej - “Z komiksem w tle” — Biblioteka Publiczna Nr 9, Tatrzańska 63 - “Ogrod japonski” — fotografie autorstwa Masakatsu, Izumi i Barbary YOSHIDA –- Miejska Biblioteka Publiczna Łódź Śródmieście, Andrzeja Struga 14
  1. tylko sugeruję, że za rogiem jest Peron 6

Walnąć kogoś w Tubę

Miałem napisać rzeczowy i w miarę obiektywny raport z Tuby 3. Kotek też miał. Pod wpływem kilku notek, głównie “Blog nie żyją? Ja żyje” Marcina Jagodzińskiego, które wypłynęły w blogosferze przez ostatni tydzień, postanowiłem zamienić raport na opinię.

Tuba 3 zorganizowana przez Mediafun (Maciej Budzich) była poświęcona blogom i reklamie, czy może dokładniej  — zarabianiu na blogach. Pojechałem do Poznania wysłuchać drugiej strony i zobaczyć, czy uda się zmienić mój wysoce negatywny stosunek do branży reklamowej.

(Tu uwaga: do branży reprezentowanej przez część garniturowo-reakcyjną, wiele reklam to małe dzieła sztuki, których twórcom nie można odmówić talentu i sprytu)

Nie będę referował pojedynczych wystąpień, można je podzielić na trzy grupy:

  1. Jesteśmy śpiącą potęgą, nie można się bać używać bloga do zarabiania i prezentowania swojej pracy. (Maciek, [Kuba](http://yashke.com/
  2. Wydaje się Wam, że jesteście wiele warci, ale słupki pokazują co innego. Jesteście dla nas opryskliwi i nie można na Was polegać. (przedstawiciele PR/reklamy)
  3. Jesteście śpiącą potęgą i dołożymy starań żeby słupki pięły się w górę (AdLog.pl, Yellowgreen.pl, [Blogvertising.pl](http://blogvertising.pl/

Najbliżej mi do opinii z puntu drugiego. Pan Norbert Kilen mówił, że sugestia użycia medium jakim są blogi podczas kampanii reklamowej spotyka się z oporem ze strony wykonawców (czasem zlecających). Ogólnym argumentem przeciwko takiemu ruchowi jest szerokie spektrum wad blogów.

  • Piszemy o pierdołach i czyta to tylko garstka ludzi. Nawet najlepsze blogi nie biją Faktu czy innej popularnej gazety w kreacji opinii
  • Osobiście jesteśmy nieznośni. Potrafimy rzucić kurwą na piękną ofertę, którą dostaliśmy. Dowodów nie trzeba szukać dalej, jak we własnej skrzynce odbiorczo-nadawczej. Czasem też blogerzy (pyskaci i parchaci) używają bloga żeby wbić innym szpilki. To nie ludzie, to Piotr Czerski i popularna darmowa gazeta
  • Uporczywie nie chcemy założyć działalności gospodarczej i rozliczać się fakturami z ewentualnym dobrodziejem
  • ogólnie; nieprofesjonalni

Ja się z tym zgadzam w całej rozciągłości. Czym bardziej autor wierzy w swoją opinię, czym dosadniej potrafi się odgryźć swojemu prześladowcy (dajcie mi przebitkę blogera na drzewie. No niech on tak nie miauczy) czym bardziej jest nieprofesjonalny w tym co robi (definicja “profesjonalista” to “bierze za to kasę”, tak?) tym większa szansa, że będę to czytał.

Zawsze otwieram oczy ze zdziwienia gdy dowiaduję się od jeden czy drugiej osoby, że ktoś czyta “profesjonalne blogi”. Co jest ciekawego na takich blogach, prócz wiadomości z trzeciej ręki (“Jak napisał Tech Crunch…”), informacji o wydaniu X wersji projektu Y (“W dniu dzisiejszym wydano…”), oraz “Bardzo miło nam zakomunikować, że (nasza redakcja powiększyła się | sponsorujemy event | wygraliśmy)…”.

Zawodowe blogi są w większości (trawestując znany dowcip) jak papier toaletowy. Długie i do dupy. Papier toaletowy się przynajmniej rozwija.

Nie dowiesz się z nich, że autor nienawidzi Cracovii, że z chęcią wyjebałby za okno swój komputer i wyjechał sadzić brukwie w Andach (sporty ekstremalne), nie uświadczysz celnej szpili i kopniaka w jądra po gongu. To wszystko wprowadza zbyteczny chaos i dzieli czytelników. Czytelnicy muszą być targetem. Poukładani na kupki pod względem wieku, zainteresowań, kremów do golenia i czy wolą szklankę wody zamiast — przystrojeni logo i umieszczonym w PDF-ie tak, żeby potencjalny reklamodawca wiedział, komu robi laskę (przepraszam, akurat litera ‘ł’ mi się nie docisnęła).

Podczas wystąpień i dialogów jedno słowo padało jak zaklęcie — “wiarygodność”. Jeżeli ktoś myśli, że czytam blogi dlatego, że autor  jest wiarygodny, to znaczy że stracił on już wszystkie zębatki w wypustce na kapelusz. Autor, który pisze materiał sponsorowany nie traci wiarygodności w moich oczach (takie wartości zostawiam dla ludzi, których znam, nie dla tych, których RSS jest w moim czytniku) z tego powodu. Szybciej przestanę go czytać, bo marnuje mój czas. Zamiast wartościowej historii o bójce pod sklepem spożywczym dostaję tekst napisany z kijem w dupie o jakimś produkcie.

O co chodzi z tym pędem do przerabiania wszystkiego na forsę? Zarabianie forsy jest fantastyczne. Uwielbiam mieć dużo zbytecznej forsy, którą wyrwałem ciężką pracą lub czystym fartem. Czy ktoś jeszcze pamięta, że można grać w piłkę w chińskich tenisówkach i mieć za bramkę kawałek muru? Jak zaczynasz grę od wybrania sponsora strategicznego, unifikujesz stroje i markę napoju, który można pić podczas treningów wyglądasz jak dziewczynka w maminych butach na obcasach. Tak bardzo chcieć być dużym.

Druga obserwacja. Startup musi mieć “tylko jednego klienta: tego, który ją kupi” i to wystarczy. Nie trzeba budować niczego z pomysłem na biznes. Wpierw jedziemy za cudze by na końcu sprzedać się i jest dobrze. Bloger musi budować markę, być potulny, umieć się komunikować z Domami Medialnymi. Kiedyś było tak, że firmę zakładało się by kosić szare worki ze znakiem dolara, a bloga odpalaliśmy by pokazać nasze ego, opluć hałasujących sąsiadów i wrzucać fotki z imprez, gdzie koleżanka po którymś drinku odnajduje w sobie talent do tańca topless wśród chrupek z TESCO.

Czyli zarabianie na blogach to zło? Szatan w Białych Kozaczkach? Odpowiedź jest oczywista: nie. Nie wstrząsa mną, że ludzie dorabiają sobie na pisaniu. Męczy mnie, bo po raz kolejny raz widzę jak próbuje się zbudować w ludziach potrzebę. Musisz pracować żeby Twój blog był bardziej, bardziej. Wyjdź z ogona, ogarnij się. Nie chcesz grać z dużymi chłopcami? Kraina mlekiem i miodem płynąca. Zdejm kapelusz, załóż krawat.

Pod koniec swojego wystąpienia Pan Norbert Kilen wypowiedział słowa, których mógłbym użyć zamiast wstępu, rozwinięcia i zakończenia (nawet zamiast fotki) — “Powinniście blogować jak Krzysztof Urbanowicz” 1 moje obserwacje mówią mi, że czym mniej ludzi blogujących “jak ktoś” tym większa frajda.

  1. cytat z notatki na kolanie, może nie być aż tak dokładny, ale sens ten

Wtorkowy wieczór, środowy poranek

I co dalej, Ameryko?

Do you want (freedom) fries with that? :-)


Do brzydoty dołożyłem głupotę

Nie mogę się oprzeć zaproszeniu do serwisu we wczesnej, prywatnej becie. Nigdy. Gdy Filip ogłosił, że ma pięć bietów wstępu do Soocial nie wahałem się ani chwili. Klik-klik-klik. Konto już czeka. Teraz konfiguracja. Klik-klik-klik. Super, wygląda, że synchronizacja kontaktów między GMailem, Blackberry a Mail.app będzie przydatna.

Wróciłem do pracy. Trochę mi nie szło z RegExpem do Lighttpd, postanowiłem więc zrobić to, co zawsze gdy mam pracę i chcę ją zwalić na kogoś mądrzejszego, złapać Shota na Jabberze.

Hm. Coś dziwnego.

Hmm. Ach.

Panie i Panowie, Soocial radośnie skasował mi całą listę kontaktową z GMaila i odebrał autoryzację wszystkim kontaktom z Jabbera. Ręce opadły mi do kostek.

Z tego też powodu proszę wszystkich o skasowanie mojego konta emil dot oppeln dot bronikowski at gmail ze swoich komunikatorów. Nie mam zamiaru naprawiać tego teraz, mam za to okazję odkurzyć własny serwer XMPP. Dodatkowo jest to okazja do pozbycia się ludzi, którzy mnie wpieniają swoją obecnością na liście kontaktów. Jeżeli za jakiś czas nie dostaniesz prośby o autoryzacje, cóż. Padłeś ofiarią mojej sklerozy albo niechęci.


Odrobina amigowej nostalgii

Były czasy gdy mężczyźni byli mężczyznami, kobiety kobietami, a komputerowe wojny toczyły się między różnymi platformami sprzętowymi, nie laptopami z x86 o różnych obudowach. W mieście moim działała całkiem prężna komórka ds. terroryzowania Atari i PC-tów z Windows 98. 

Spotykaliśmy się co czwartek w klubie YMCA (z czego tylko ta część “młodzi mężczyźni” mówiła prawdę) i planowaliśmy globalną zagładę dla ludzi nie używających AmigaOS. Na jednym ze spotkań Benito pokazał nam swój komiks. Scenariusz pisało życie.

Prawie dziesięć lat po debiucie udało mi się go odkopać na płytach i przenieść z formatu IFF do PNG

Miłego odbioru.


Listopad w Poznaniu

Jeżeli wszystko pójdzie zgodnie z planem to dużą część listpoada spędzę w Poznaniu lansując się na rozmaitych spędach blogosferowo-linuksowo-startupowych. Notatka “Polskie webdwazero konferencją stoi” napisana przez Tomka Staniaka 1 to jednak sto procent cukru w cukrze. Gdzie (prawdopodobnie) będzie mnie można złapać?

  • Trzeciego, o 15, w Starym Browarze odbędzie się Tuba. Na spędzie zorganizowanym przez Mediafun głównym tematem będzie zarabianie na blagowaniu. Będąc wielkim przeciwnikiem reklam na blagach jadę tam posłuchać co ma do powiedzenia strona rechłamowo-piajrowa.
  • Ósmego, w jeszcze nie ustalonym miejscu odbędzie się release party Ubuntu 8.10 organizowane przez Tomasza ‘zen’ Napierałę. Podobno ma być luźno i przyjemnie. Z planowanych pogadanek zapowiedział się Kostas ‘CoSTa’ Brzeziński, który opowie “Dlaczego Ubuntu ssie kule” i ja w krótkim wystąpieniu “Dlaczego użyszkodnicy Maka, tacy jak CoSTa, nie powinni mówić co ssie w Linuksie” (dobra, zmyśliłem ten temat, trochę wiem, a bardziej nie wiem o czym będę mówił)
  • Dwudziestego, na terenie MTP odbędzie się Democamp. Formuła będzie troszkę inna niż ta z wakacyjnej edycji. Kiełbaski i kulki zastąpiono VC i startupami, które będą mogły powiedzieć jak bardzo są zajebiste i dlaczego to właśnie im należy się kasa, za którą można zatrudnić rudą sekretarkę i azjatycką programistkę. Zostałem zaproszony przez Netguru do bycia komentatorem części nieoficjalnej, nadal jednak waham się czy na serio mam coś do dodania w sprawach łebdwazero, którymi specjalnie nie żyję. Zobaczymy. Tak czy siak będę obecny.

Jeżeli ktoś z Łodzi ma zamiar wybrać się też na jedną z tych konferencji (chłopcy-boatcampowcy?) to możemy się spróbować jakoś ustawić celem organizacji wyjazdu.

  1. przepraszam

Gruba Pani śpiewa

Nie było to królestwo, które można obdarować przymiotnikami “największe”, “najbogatsze” czy nawet “najszczęśliwsze”. Jedno z tych przez które jedzie się karocą i nie zapamiętuje nazwy. Targ, pola, wiejskie lepianki, zamek przegrywający walkę z bluszczem, karczma.

Jedynym wyróżnikiem był brak króla. Zgadzam się: w takim razie to nie było królestwo, a anarchosyndykalistyczna komuna, w której ludzie doszli do wniosku, że są dostatecznie sprawni w uciskaniu się nawzajem i nie potrzebują centralnego komitetu niedoli. Poprzednio urzędujący król oddalił się ze swoich komnat ze stałym przyśpieszeniem 9,80665 m/s^2^ w kierunku fosy po tym, jak kolejny z jego pomysłów okazał się być katastrofą tak tragiczną w skutkach, że aż ocierała się o geniusz.

Trzeba Wam wiedzieć, że Bąbeliusz I był kimś, kogo dziś nazywamy odważnym reformatorem (media) lub niebezpiecznym szaleńcem (ulica). Własnoręcznie przegonił on nadwornego alchemika. Pomysł zamiany metali nieszlachetnych w złoto wydawał się zbyt trywialny i mało rewolucyjny. Dużo lepszym pomysłem było odebranie wszystkim chłopom wszelkiego bydlęcia, zgromadzenie go w wielkiej zagrodzie i wypożyczanie go im. Ale nie ich własnych krów czy kóz, tylko tych, które obecnie były dostępne — drogą losowania. Kilku mleczarzy wyraziło zaniepokojenie technicznymi problemami w dojeniu kur, które losowali zbyt często, ale nie było to nic, czego dobra chłosta nie mogła naprawić.

Bez króla ludzie zaczęli się dorabiać. Urząd Miar i Wag przestał sprawdzać, czy tona zboża nie waży siedemset kilogramów. Stare mleko nazwano serem, stary ser mięsem, mięso bronią biologiczną. Lokalna wiedźma opychała niesamowicie skuteczne leki na gorączkę — za jedyną sztukę złota można było zakupić trochę cukru z barwnikiem, położyć się do łóżka, a za trzy do czterech dni gorączka odchodziła w cudowny i niezbadany sposób.

Bogacili się więc ludzie cudzym nieszczęściem, jak to ma miejsce w świecie bajek (bo w rzeczywistym ludzie bogacą się dzięki połączeniu ciężkiej pracy i talentu, musicie o tym pamiętać) aż doszli do wniosku, że choć życie zasobne, to nudne. Zebrali się więc któregoś dnia, by znaleźć jakieś rozwiązanie.

Spośród gminu wybrano najbardziej komicznych, najlepiej mówiących, najładniej śpiewających. Otrzymali oni pieniądze ofiarowane przez zamożnych obywateli i przykazano im wnieść trochę radości w szarą codzienność. Nie trzeba było długo czekać na efekty.

Już pierwszego dnia jeden z mieszczan, posiadający trochę zdolności malarskich, rozstawił sztalugi i obwieszczał, że namaluje każdego kota, którego się do niego przyniesie. Potem pozbiera obrazy, podpisze je i powiesi je na głównym rynku. Ileż było z tym zabawy. Potem przyszedł skrzypek, któremu wystarczało jaką skoczną melodię ludową się lubi, a on naprędce grał podobne melodie, aż kurz unosił się spod potupujących do taktu nóg.

Wieczorami w karczmie na stole stawali biesiadnicy i opowiadali co też nowego wymyślono. Mecenasom się to i podobało, więc stawiali heroldom kolejną kolejkę. Tak nakręciła się spirala w której upojenie alkoholem konkurowało z upojeniem faktem, że jest się słuchanym. Kochani przez jednych, znienawidzeni przez innych Prorocy Lepszej Zabawy uwierzyli w swoją moc.

Kręciło się to tak, kręciło. (choć delikatnie odbiło się na pracy wieśniaków. Kto chce kopać ziemniaki podczas gdy ktoś, gdzieś pisze niesamowity żart i opowie go przy kufelku czegoś pienistego?)

Niestety, nawet bajkowe idylle nie trwają wiecznie. Król z sąsiedniego państwa stwierdził, że dwa królestwa dalej jest zdecydowanie za dużo ludzi z piegami i postanowił zaprowadzić tam demokracje. Wprowadzanie demokracji i rozrzucanie obornika to dwie najbardziej nieestetyczne rzeczy na świecie, stało się więc nasze królestwo drogą przez które przeszły wojska niosąc ze sobą to, co zawsze niesie banda pijanych facetów będących jedną nogą w grobie: gwałty, podpalenia i zabory mienia, które mieści się w garnku. Astronomiczną chwilę później przyszło mu się stać teatrem działań wojennych. Zadziwiające jak bardzo piegowaci obstawali przy swoim prawie do dermatologicznej skazy i jak mocno wyrażali swoją niechęć ku demokracji.

Zawierucha opadła, ludzie wstali i otrzepali się z kurzu. Nachodziła zima. Nie było domów, nie było zapasów, nie było zwierząt. Zapowiadał się okres w którym trzeba będzie się zabrać do roboty i czekać wiosny. Pierwszy zauważył to malarz. Odkąd koty stały się głównym daniem niedzielnego obiadu nikt nie chciał przynosić ich i portretować je w komicznych pozach. No ilu z Was ma zabawny malunek ze schabowym wtłoczonym między ziemniaki? Mecenas pytany o drobną zaliczkę odpowiedział, że ma resztki pieniędzy, a je inwestuje w kopalnie węgla, bo w zimę to będzie potrzebne jak nic innego. Po czasie zniknął chłop opowiadający zabawne anegdoty, skrzypek napalił instrumentem podczas pierwszych chłodów i najął się jako pomywacz w karczmie. Heroldzi Lepszej Zabawy, zmieszani brakiem Lepszej Zabawy, próbowali opowiadać o pogodzie i grabiach, ale na pogodzie i grabiach znał się każdy, zostali więc zapomniani równie szybko, jak wyniesiono ich na pozycję komentatorów rzeczywistości.

Bajek nie ma bez morału.

Jedzenie i picie za pieniądze VC musi być fajnie, ale jak jeszcze nie wymyśliłeś jak zarabiać na umilaniu ludziom życia, to będzie Ci dużo ciężej podczas kryzysu w którym powracamy do podstaw piramidy potrzeb: ciepło, dach nad głową i papu. Konto premium na serwisie z fotkami może poczekać.


Because I can?

Because I can” jest jedną z najlepszych odpowiedzi na pytanie często zadawane ludziom marnującym czas na instalowanie NetBSD na tosterach lub piszących język, którego składnia opiera się na białych znakach. “Why?” 1

Za chwilę rozpocznie się mecz w którym Athletico Madrit zmierzy się z FC Liverpool. Szykuje się dobre widowisko.

Na podłodze stoi stary serwer Fuse. Zainstalowałem na nim OpenSuSE żeby poduczyć się administracji nieznaną mi dystrybucją. Bardzo fajna dystrybucja to jest. No dobra, ale może zrobię z nią coś fajnego skoro skończyłem już szkodować?

O, niech mi streamuje dzisiejszy mecz tak żebym mógł go oglądać na N800.

Trzydzieści minut później mogę oglądać dwa mecze na raz. Jeden na monitorze, drugi na zabaweczce, która stoi obok.

Być “white and nerdy” — bezcenne.

  1. dla kasy, nie? ;-) 

Lista osobista [podcastów]

Rafał Nowak poprosił mnie wczoraj, abym mu podesłał listę podcastów, (w poprzedniej notce przyznałem się do neofickiej fascynacji słuchowiskami internetowymi) których słucham. Skoro mam zrobić listę, to równie dobrze mogę umieścić ją i tu.

Słuchasz

BBC World Service: Global News

Próbował ktoś kiedyś czytać polskie portale? Gówno straszne. Dostaję bolesnego zaparcia ilekroć moje oczy spotkają się z odnośnikami do wiadomości na Onecie czy Gazecie. Global News to podcast wydawany dwa razy dziennie i zawierający najciekawsze wiadomości serwowane przez BBC w przeciągu dnia. Bez sportu. Przeciętny odcinek trwa 30 minut. Mało mówią o Polsce. Czyli same zalety.

RSS

Anime World Order

Nazwa jasno wskazuje o czym jest ten podcast. Oczywiście: o cyckach. W godzinnej audycji posłuchamy o nowościach ze świata komiksu, filmu i gier, które chciwi importerzy przywożą z kraju kwitnącej wiśni. Prowadzący wiedzą o czym mówią, czasem losowy ‘fuck’ tu i tam, więc Twoje angielskojęzyczne dziecko nie powinno tego słuchać. Przesłuchanie jednego epizodu zajmuje zwykle godzinę. Częstotliwość ukazywania się epizodów zależy tylko i wyłącznie od widzimisię i chcemisię autorów.

RSS

The Sceptics’ Guide To Universe

Zaczynasz dzień od horoskopu? Leczysz się  homeopatycznie? Twoja prywatna wróżka łączy zamiejscowe rozmowy do zaświatów? Jezus jeździł na T-Reksie? Mała grupka sceptyków zrzeszonych w “New England Skeptical Society” dyskutuje o najnowszych trendach w pracy szarlatanów.

Dodatkowo w każdym odcinku między prowadzącymi urządza się konkurs “Nauka czy bzdura”. Jedna z osób opisuje trzy wydarzenia ze świata nauki, a słuchający muszą odgadnąć, które z nich jest kłamstwem. Dobra godzinna zabawa. Wydaje mi się, że nowy epizod pokazuje się co tydzień.

RSS

Skeptoid

Drugi podcast zajmujący się rzeczami związanymi z nauką i krytycznym myśleniem. W przeciwieństwie do “Sceptyków przewodnika po wszechświecie” to produkcja jednoosobowa, krótsza (kwadrans, czasem troszkę dłużej) i pozbawiona ploteczek i żartów.

RSS

Windows Weekly

Waaa? Co? Taki gościu, co ma Maczka i Linuksa w domu, słucha Windows Weekly? No, słucham. Cały świat Microsoftu jest dla mnie jedną wielką tajemnicą, a dzięki zabawnym dialogom Paula Thurotta i Leo Laporte mogę wiedzieć mniej więcej co się dzieje. Podcast nie trzyma się w ogóle “linii programowej” i plącze się pomiędzy literaturą, sportem, nerdowskim życiem i wyśmiewaniem się z fanbojów Apple. Czyli między wszystkim, co mi miłe.

RSS

Widzisz, słuchasz

Totally Rad Show

Świetnie wykonany wideo podcast. Trzech gości przedziera się przez świat książek, komiksów, filmów, gier i wszystkiego, co można uznać za ciekawe. Pokazują popkulturę z tej lepszej strony. Możecie nie wierzyć, że popkultura ją ma — też nie wierzyłem. Godzina dobrej zabawy.

Duży Xvid RSS oraz Mały Xvid RSS

Cranky Geeks

Okropny wypadek. Dookoła leżą ciała ofiar. Straszna masakra, a Ty nie możesz odwrócić wzroku. Wiesz, że nie wypada, ale przecież to taka piękna katastrofa. Dlatego oglądam Cranky Geeks. Prowadzący, John Dvorak, jest znanym komentatorem świata IT. Jego zdolności przewidywania wydarzeń w branży są legendarne. Każdy byłby skuteczniejszy rzucając kostką podczas pisania artykułów.

30 minut, raz na dziesięć zaproszą fajnych gości.

MPEG4 RSS oraz h.264 RSS

1Up Show

Gry, gry, gry, gry. Tu na serio nie ma o czym pisać. :-)

RSS

Brok3n Pixel

Bierzemy stare gry, które nawet w momencie wydania były dziwne, sadzamy kilku gości z piwem przed monitorem, dajemy im pada i nagrywamy ich pijackie wybuchy radości. Przepis prosty i skuteczny. Coś jak Angry Nintendo Nerdna kilku graczy.

(W temacie ANN, trochę dobrej klasyki: Power Glow, Back to the Future, [Bible Games](http://www.youtube.com/watch?v=LkNvQYiM6bw[/ref]

RSS

Życzę Państwu miłego odbioru.


Opowiedz mi bajkę (cyfrowo lub z winylu)

Zacznijmy historią. Dawno temu, w czasach gdy dinozaury zamieniły się już w paliwo, a Lech Wałęsa nadal szykował się do skoku przez płot, jedną z popularniejszych rozrywek wśród dzieci w moim wieku było słuchanie bajek z winylowych płyt.

Kochałem każdą bajkę w mojej kolekcji. Znałem na pamięć każdą piosenkę i żart. Niektóre zawierały ponadczasowe prawdy. Weźmy bajkę o znudzonych zwierzętach w lesie, które w ramach walki z nudą budują sobie boisko piłkarskie. Jest czyn społeczny, jest praca w pocie czoła. Po skończonej pracy pierwszy mecz, który nasi leśni przyjaciele przegrywają z kretesem. Wtedy to Słoń, najmądrzejsze bydle w stadzie (no, może nie był taki mądry skoro mieszkał w lesie? Choć w PRL-u mógł dostać po prostu taki kwaterunek) wygłosił kwestię: “To nie wszystko mieć boisko i trybuny mieć, nie wszystko”. Trzeba do tego trenować!

Miałem też “Piotrusia Pana”. Kto może nie kochać małego anarchisty na haju z wróżkowego pyłu? No i biły się o niego dwie dziewczyny! (Wtedy wydawało mi się dziwne, kilka lat później fantastyczne, dziś mocno nierealne) W każdym razie słuchałem tej płyty dość często i cieszyłem się z każdej chwili w której mogłem obcować z historią.

Było niedzielne popołudnie. Ojciec gdzieś wyszedł, a Matka sprzątała. Leżałem na łóżku ciesząc się kolejną ucieczką Kapitana Haka. Bajka się kończyła, już prawie wstawałem by podnieść igłę. Matka właśnie przechodziła w okolicy ciągając za sobą odkurzacz (ach, te pojedynki, kto kogo zagłuszy) i trąciła adapter.

Igła podskoczyła i opadła. Usiadłem sztywno, moje oczy zamieniły się w 50 złotowe monety (monety o wartości 50 złoty [wyglądały tak](http://www.numizmaty.com.pl/produkty2/274.jpg[/ref] — Kapitan Hak zginął w brzuchu krokodyla, który wcześniej odjął mu rękę. Ale jak to! Znam tę bajkę! To się nigdy nie zdarzyło. Co się dzieje? Dwa lata słuchania i nigdy tego tu nie było? Szok porównywalny z pierwszym kontaktem z biurokracją. Po bliższej inspekcji płyty odkryłem rysę. Rysę, która przez dwa lata podbijała igłę na chwilę przed zakończeniem historii. Rysę, która sprytnie umiejscowiła się w miejscu, gdzie przygrywał muzyczny przerywnik dzięki czemu nigdy nie miałem podejrzeń, że jestem ograbiany z epilogu.

Mody wracają. Osobiście czekam na powrót flanelowych koszul, których mam niezły zapas z lat dziewięćdziesiątych. Póki to nie nastąpi muszę się zadowolić nowo odkrytą pasją: podcastami. Co rano zbieram nowe epizody gadających głów, które umilają mi  kawę analizą, żartem i wiadomościami. A bajki? Bajki też są!

Projekt LibriVox jest tym dla książek audio, czym Projekt Gutenberg jest dla książek. To kolekcja klasycznych tekstów czytanych przez wolontariuszy. Czego tu nie ma! Samo wybieranie rzeczy, których chciałbym posłuchać zajęło mi dobry kwadrans. Na początek ściągnąłem “Alicję w krainie czarów” Lewisa. Mimo, że każdy rozdział czytany jest przez inną osobę, jakość okazała się doskonała i mogłem sobie przypomnieć najbardziej psychodeliczną bajkę mojego dzieciństwa podczas spaceru.

Zaprawdę powiadam Wam, są jeszcze w Internecie projekty, które nie koncentrują się na produkcji fotek kotków ze “śmiesznymi” podpisami. Wartości tego serwisu nie da się przecenić: mamy nie tylko dostęp do wielu perełek literatury, ale dodatkowo możemy podszkolić nasze zdolności językowe. Uczycie się rosyjskiego, francuskiego czy hiszpańskiego? No to zakładajcie słuchawki i słuchajcie.

Serwis przekroczył niedawno magiczną granicę — wysłuchanie całego materiału tam zgromadzonego zajmie Wam 365 dni.

Jutro poniedziałek. Droga do pracy w deszczu i zgrzytanie zębami przy pierwszym kontakcie z firmową pocztą. Umil sobie drogę do dobrą literacką pozycją. Ile można męczyć nowy singiel Britney?