Béton brut

Byōsoku Go Senchimētoru a chein obu shōto sutorīzu abauto zea disutansu

Kolejne anime, które warto zobaczyć: “Pięć centymetrów na sekundę” 1 . Sześćdziesiąt trzy minuty wypełnione wizualną orgią i jedną z tych historii, która mogła przytrafić się każdemu z nas.

Zapowiedź. DVD. Recenzji nie linkuję, większość zdradza scenariusz.

shot0002

shot0003

shot0005

shot0006

shot0007

  1. szybkość z jaką opadają płatki kwitnącej wiśni

Pozostawiony śmierci

Są ulice, miejsca i ścieżki, które znasz doskonale. Za dnia śmieją się do Ciebie koszmarnymi reklamami, wykonami przez kuzynów właścicieli sklepów, co znają się na grafice i typografii. Za dnia pełne są ludzi i idzie się nimi z pewnością.

Gdy nimi biegniesz, nocą, zamieniają się w labirynt. Neony pływają w kałużach, rzeczywistość istnieje w plamach światła ulicznych latarni. Uciekasz nimi, a dookoła gra muzyka. Coraz szybciej bijące serce: kanał lewy. Coraz krótszy i świszczący oddech: kanał prawy.

Schody, a z nich w lewo. Skok, podwórko małego domku. Wprost w betonową pustynię okolicznych bloków. Nie odwracasz się. Odwracanie to coś, co robią ludzie, którzy chcą być pochwyceni. Jeszcze chwila i będziesz bezpieczny. Trzysta, może czterysta metrów. Zajęty obliczaniem kroków potrzebnych do pokonania tej odległości (uciekać najłatwiej, gdy mózg zajęty jest czymś, co nie jest związane z wszechogarniającym uczuciem paniki) nie słyszysz nawet cichego szczęknięcia.

Śmierć poprzedza, w innym przypadku wyglądający całkiem komicznie, upadek, uczucie ognia w płucach i rezygnacja.

Westchnąłem i zaciągnąłem się papierosem. Głos, gdzieś obok, powiedział: “Prawie się udało”. Wiedziałem, że prawie to za mało. Brzęknęło, gdy maszyna zjadła kolejny żeton. Odpowiedziałem mu: “Tym razem się uda, muszę tylko pamiętać o tym życiu obok śmietnika.”

Zagrała muzyka. A potem: schody, a z nich w lewo. Skok, podwórko małego domku. Wprost w betonową
pustynię okolicznych bloków. Nie odwracasz się. Odwracanie to coś, co robią ludzie, którzy chcą być pochwyceni.


Jeż

Gdy miałem 16 lat, czułem się zażenowany, widząc głupotę moich rodziców. Teraz mam 24 lata i jestem zadziwiony, jak wiele udało się im nauczyć w takim krótkim czasie. 1

Było już zimno. Wracając do domu znalazłem w korytarzu jeża. Próbował uciec na schody, co oczywiście było sprawą przegraną, gdyby Matka Natura chciała żeby jeże śmigały po schodach, dałaby im lepsze kolana. Albo w ogóle jakieś kolana.

Muszę wytłumaczyć czytelnikom, może zdziwionym obecnością jeża w korytarzu, że jako dziecko mieszkałem z rodzicami w bardzo zielonej i oddalonej od blokowisk części Łodzi. Wy mówiliście na to zadupie, a my chodziliśmy polować na bażanty, które czasem łaziły w lasku obok boiska. Od bażanta do kolacji jest rzut kamieniem dosłownie. Rzut kamieniem od obecności bażantów do jeży spacerujących po korytarzach.

Podniosłem go z ziemi i obróciłem w rękach. Był trochę mniej ekscytujący niż te jeże z bajek. Ryj w błocie i zero jabłek na kolcach. Pomyślałem, że żyjąc w kraju socjalistycznym trzeba wyrównać szanse wszystkich, nawet zwierząt. Zabrałem go więc do domu i przekonałem rodziców, że siano dookoła pracującego wina 2 będzie idealnym miejscem zimowej drzemki kolczastego faceta bez kolan.

Nie pamiętam już czy to prośba, czy groźba zadziałała, ostatecznie pozwolono mi go przetrzymać przez zimę. Przez jakiś czas sobie łaził (nie pamiętam już czy w dniach, czy w tygodniach liczone), aż wreszcie zasnął. Sprawdzałem co tam u niego słychać dzień w dzień.

Któregoś dnia wróciłem ze szkoły i zobaczyłem, że jeża nie ma! Jak to, no niby już czas żeby wstał! Ale chyba nie wypuścili go beze mnie. Chciałem mu pomachać i miałem jabłka w słoiku na drogę! Dopadłem do Ojca.

Jeż zdechł, Emil. Sprawdzaliśmy. Ostatnio nic nie jadał, więc zobaczyłem, czy rzeczywiście śpi. Nie spał. Nie ma już jeża.”

Zabiliście mojego jeża! Jak mogliście go zabić. Przecież nie mógł umrzeć. Nie jeż. Nie po to go przynosiłem żeby umierał bez podziękowania!

Podrosłem trochę, nauczyłem się kłamać i pomyślałem, że dużo lepiej byłoby, gdyby mi powiedzieli że go wypuścili.

Podrosłem trochę, oduczyłem się kłamać i pomyślałem, że gdyby mi powiedzieli, że go wypuścili beze mnie, mój żal do nich byłby dużo głębszy i trwał dłużej.

Rodzice, nie kłamcie dzieciom o jeżach.

  1. Niedokładny cytat, nie pamiętam autora, nie będę zeznawał
  2. Polska, jedyny kraj w którym “wino” uzyskujemy z jabłek

WebNotes: czyli markerem po ekranie

Firefox dorobił się pokaźnej kolekcji wtyczek. Czym więcej ich piszą, tym trudniej jest odszukać taką, która na serio uzależnia od siebie jak heroina. Moja żelazna dawka to: AdBlock, Foxmarks (jest wersja na Safari w bardzo wczesnym stadium rozwoju, “u mnie działa”), Firebug. Co jakiś czas próbuję jeszcze bardziej ułatwić sobie życie w sieci i testuję nowe cudaki.

Dzięki uprzejmości Macieja Chojnackiego mogłem pooglądać jak zachowuje się “nowy, niesamowity startup” 1 WebNotes.

Idea łebnotatek jest prosta jak konstrukcja cepa. Cep składa się z Trzymającego Cep (użytkownik przeglądarki), Cepa Właściwego (plugin dla Firefoksa plus konto w systemie) oraz Materiału Młóconego (strony WWW).

Kolekcjonujesz zakładki? Chyba każdy kolekcjonuje. WebNotes to połączenie funkcjonalności zakładek (adresy URI poukładane w folderach) z możliwością zaznaczenia niektórych elementów, lub “przybicia” informacji własnej do strony. Przykładowo: przeglądasz stronę z dokumentacją jakiejś klasy/serwera/cokolwiek, robisz to co jakiś czas, bo pamięć ludzka jest zawodna, a marihuana, którą palisz 2 nie pomaga w utrwalaniu informacji. Ile razy czytasz tę dokumentację, tyle razy udaje Ci się zapomnieć o pewnej czynności. Tracisz więc czas i nerwy. Z WebNotes klikasz odpowiedni guzik dostępny na toolbarze, pojawia się “czysty post-it”, uzupełniasz go i już. Podczas następnej wizyty zastaniesz go przyklejonego tak, jak go zostawiłeś.

Przykładowa karteczka wygląda tak:

obrazek-2

Drugą, podobną w funkcjonalności (dodajemy naszą informację do strony raz, wyświetla się ona przy następnych wizytach) opcją jest zakreślanie markerem. Wybieramy kawałek tekstu ze strony, zaznaczamy go, klikamy “Highlight” i wham! Niestety, nie znalazłem jeszcze opcji, która pozwala ustawiać kolor pisaka. Esteci i osoby rozpoznające ponad 16 kolorów 3 będą niepocieszone.

Jak wygląda zakreślony Najlepszy Premier? 4

obrazek-3

Co jeszcze? Manager zebranych informacji otwierający się w bocznym panelu przeglądarki, możliwość dzielenia się wykonanymi notatkami z innymi użytkownikami, generowanie raportu w PDF-ie zawierającego informacje z danej kategorii (Notatki Do Sprawy Rozwodowej), i inne, które pewnie przeleciały mi nad głową.

Muszę przyznać, że pomysł karteczek przyklejanych na strony bardzo mi odpowiada. Mam już wynotowane “quirks” w niektórych bibliotekach, kilka wątków na forach, które trolluję w wolnym czasie, ma wynotowane słabe punkty użytkowników i ogólną linię programową żebym się nie zgubił. Zakreślanie jeszcze mi się nie przydało, ale to chyba psychiczna bariera. Na moim mentalnym radarze leży to za blisko dawno zburzonego miasta “Notatki na zajęcia”.

Dziesięć zaproszeń do rozdania, pisać na blog at bronikowski dot com.

  1. każdy taki jest
  2. tonami, tonami
  3. tu; kobiety
  4. mam nadzieję, że doceniacie moje poświęcenie! Odwiedziłem Onet celem zrobienia zrzutu

Zigływidłyzm

Pozwolę sobie zacytować kawałek ostatniej notki MacKozera

Kilka dni temu padłem ofiarą młodzieńca, do którego pasuje raczej określenie “dziecko Linuxa”, który to pchany niepohamowanym “parciem na szkło”

Jakąż to szkodę wyrządzono autorowi? Ktoś podebrał mu fotkę iPhone i wkleił tam zrzut ekranu z Linuksa. Jest to rzecz tak niesamowicie urągająca środowisku, że poszkodowany rzuca propozycję, aby nazwać takich żartownisiów po imieniu: “Dzieci Linuksa” 1

Uśmiałem się jak fretka podczas tańca Świętego Wita.

Wszystkie blagi zajmujące się tematem komputerów z białego plastiku żyją spekulacjami. Nie ma miesiąca żeby jakaś mądra głowa nie zamieściła informacji o  “nowym laptopie”, “netbooku za \$500! Zobaczycie!”, “iPhone Nano!”, razem z podrabianymi fotkami i projektami “wprost od zaufanego człowieka na Infinite Loop 1”.

Nie mówimy o nich “dzieci Apple”, które “mają parcie na szkło”. To są dziennikarze śledczy wyrywający informację z postit-ów zalegających na biurku Świętego Stefana. Informacje pomaga wykradać sprzątaczka, która ryzykuje zwolnieniem, a może nawet śmiercią!

Żarty żartami.

Rozumiem rozgoryczenie autora. Zajumali fotkę, no bywa. Witamy w Internecie, miejscu, gdzie każdy rozpycha się łokciami. Czy to zasługuje na takie wyrazy jak “ofiara”, “kłamstwa” i wyciąganie baaardzo szerokiego pędzla celem umalowania środowiska FOSS, w którym jest dużo młodych osób?

Blagosfera od Jabłka została zatrollowana przez jakiegoś faceta. To mówi mi więcej o “dziennikarstwie obywatelskim” niż o facecie. Kto łyka wszystko, jak leszcz, trafi kiedyś na haczyk.

Swoją drogą, kernel Linuksa ładuje się na iPhone. Do tego, zupełnie za darmo, dorzucają Busyboksa. Za jakiś czas ktoś pewnie dorobi do tego jakiś framebuffer, a może nawet sterownik do X.org.

Na koniec konkurs składający się z dwóch pytań.

  1. Czy usługę Neostrada TP da się uruchomić na komputerach działających pod kontrolą Mac OS X, Windows i Linuksem?
  2. Jak nazywamy pryszczersa robiącego psikusy starszym i bardziej rozsądnym użytkownikom sieci zależnie od używanego systemu?

Nagrody wyślemy telepatycznie.

PS. nie mam zamiaru robić ambitnych podsumowań dotyczących zeszłego roku. Rok był całkowicie do dupy i jako taki nie zasługuje sobie na nic więcej jak pogardę i szybkie zapomnienie. Poza czytnikiem RSS bronikowski.com przeczytało w 2008 \~100K UU, za co Wam dziękuję, choć gust macie całkiem mierny.

  1. kogo, czego nie ma: Linuksa. Nie Linuxa

Miara

Na Antywebie uderzono jeszcze dwa razy martwego konia, jakim jest pomysł “wyszukiwarki informacji na Twitterze, ale tak, żeby Ci z autorytetem nie byli zasłaniani przez Swee7grr”. Koń wypuścił gazy i ogarnął go rigor mortis, ale jest amerykańsko-francuski, więc wart uwagi mimo to.

Albo nie. Bo.

Patrzysz, a tam człowiek je zupę. Je, idzie po dokładkę. Zjada, wyciera chlebkiem talerz i znów biegnie. Początkujący obserwator stwierdziłby, że ilość talerzy pochłanianych przez osobę świadczy dobitnie o jakości zupy.

Ktoś bardziej cyniczny zapyta, czy w życiu konsumującego często pojawia się coś gorącego do jedzenia.


Niedzielne rozmyślania nad sensem ru…rozmnażania

Podczas wczorajszej rozmowy z Pauliną zeszliśmy na chwilę na temat tematów muzycznych, bajek i wierszyków, które zalęgły się nam w głowach jeszcze w czasach dzieciństwa.

Dziś, podczas zmywania naczyń, zanuciłem sobie następującą piosenkę:

Ojciec Wirgiliusz
Uczył dzieci swoje
A miał ich wszystkich
Prawdziwe roje
Takie malutkie
I takie wielkie
Takie grubiutkie
I takie cienkie

Zatrzymałem się po pierwszej zwrotce (innych i tak pewnie nie pamiętam) i zastanowiłem się. Wirgiliusz miał roje dzieci. Zupełnie niepodobnych jedno do drugiego. Powoli i majestatycznie, jak lodowce w stronę Tytanika, napływały pytania mające zatopić dobre wspomnienie głupawej piosenki.

Wirgiliusz miał wiele żon, które powiły mu różne dzieci, czy też żona jedyna jest rozwiązła i puszcza się gdy on kupuje im “bluzeczki w kwiatki”? Czy bohater piosenki powinien wystąpić o badania w celu ustalenia ojcostwa i jakie ma szanse na uniknięcie alimentów po rozwodzie? Czy za takie badania powinien płacić polski podatnik, refundować ZOZ. Może lepiej sponsorować prezerwatywy w ramach akcji zapobiegawczej? No, religia może nie pozwalać.

Dodatkowo: jakie są warunki mieszkaniowe dzieci Wirgiliusza? Czy chodzą ubrane, domyte i najedzone?

Sztuka nigdy nie daje odpowiedzi. Zwiększa tylko pulę sprytnych pytań bez odpowiedzi powodując zakłopotanie odbiorców.


Historie z budowy, część druga

Budowa nie żyje tylko dowcipem fizycznym. Są jeszcze zabawne dialogi.

Jako pracownik fizyczny mam jedną, ale bardzo znaczącą, wadę. Przy wykonywaniu powtarzalnej czynności mój mózg odpływa w ciekawsze miejsca, a ręce robią same. Czasem powoduje to, że wygrzebię dziurę w podłodze, którą zacierałem po wylewce. Ręce pracowały, mózg wziął kwadrans wolnego, ja się nie ruszyłem i tarłem w miejscu. Awantura gotowa.

Ojciec, będąc człowiekiem zaradnym, wymyślił następujące rozwiązanie. Dawał mi drugą osobę z do której wygłaszałem monologi, co powodowało, że bardziej uważałem. Druga osoba mogła też przypomnieć mi co robię w chwilach dekoncentracji.

Pracowałem więc z młodym człowiekiem, którego imienia już zapomniałem, a który określał się jako “fanatyk Widzewa”. Jednym z jego największych dokonań, którym chwalił się podczas przerwy kawowo-herbacianej, było namalowanie sprayem w swoim pokoju “Widzew Król”.

W tych dniach moją fantazją zawładnął Tolkien i jego “Władca”. Przeczytałem trzy tomy za jednym weekendowym posiedzeniem. Kiedy więc zacieraliśmy podłogę opowiadałem współtowarzyszowi pracy o tych wspaniałościach, co je właśnie skończyłem czytać. Opowiedziałem z grubsza całą historię wyprawy, dlaczego Rohan rządzi, że koniec z Gollumem przewidziałem.

Skończyłem monolog i zauważyłem, że słuchacz przestał pracować, jego czoło się zmarszczyło, a oczy wpatrywały się we mnie. Potrwało to może minutę. Przysunął się trochę bliżej i powiedział:

Emil, ale przecież hobbity nie istnieją!”

Przez chwilę nie mogłem zebrać myśli i wydusić z siebie odpowiedzi, rzuciłem więc tylko “Serio?”

Serio, gdyby istniały to przecież byłoby coś o nich w TV

Tego samego dnia podarłem bilety do Shire i karnet na piwo pod “Rozbrykanym Kucem”.


Historie z budowy, część pierwsza

Dawno nie pracowałem fizycznie. Praca fizyczna indukuje nostalgię związaną z czasami, gdy nie chciało się nosić teczki, więc nosiło się woreczki. Podczas gipsowania sufitu uknułem sobie, że podzielę się kilkoma historiami związanymi z budowlanką.

Dawno, dawno temu. Za górami, za lasami, a z pewnością za ulicą jedną i drugą, w mieście Łodzi budowała się hurtownia materiałów budowlanych. Wielka to była hala. Powiedziałbym nawet “zajebista” gdybym był bardziej bezpośredni.

No więc była zajebista, a klientem był Holender. Budowaliśmy więc holendrowi halę po polsku, czyli ospale i po części na wstecznym biegu. Wsteczny bieg wrzucano, gdy wczoraj za mocno jechaliśmy na czwórce po piwie Książ (nie pijcie, nigdy).

Klient był człowiekiem dość miłym, choć zupełnie niezrozumiałym dla reszty kadry. Bo byle prostak przyjedzie do naszego kraju i spodziewa się, że jak powie “konkrit” to wszyscy mu wytłumaczą co pod betonem leży, czemu styropian, czemu wystaje i w ogóle. Ogólnie: detale.

Jako jedyny władałem językiem barbarzyńców pożerających baraninę w sosie miętowym, spędzałem więc dużo czasu chodząc za klientem i tłumacząc mu dlaczego grabie stoją oparte o ścianę (bardzo go to irytowało).

Kiedy już z z ziemi wyrosła konstrukcja ze stali i betonu (socrealizm, panie) Pan na włościach zamówił elektryków, którzy jak wiadomo zajmują się tymi rzeczami, które źle podłączone powodują rozwodnienie krwi i miganie komór.

Wspominałem, że hala była wielka? Nie tylko szeroka, ale i wysoka. Wysoka. Przyjechali więc elektrycy, ocenili odległość przy pomocy najdoskonalszego przyrządu jaki był pod ręką — ludzkiego oka. Zamówili rusztowanie.

Holender poprosił mnie abym mu pomógł w negocjacjach. Porzuciłem więc ogrzewanie podłogowe i pobiegłem.

Wchodzimy. Wzrok Holendra pada na rusztowanie. Potem podążając za każdym szczeblem trafia na koniec rusztowania. Rusztowania, które nie sięgnęło sufitu. Ponieważ rusztowanie nie sięgnęło sufitu, można było zrobić dwie rzeczy:

  1. Zamówić więcej elementów
  2. Zrobić coś innego

Elektrycy wybrali drugą opcję i postawili na rusztowaniu szkolną ławkę. Szkolna ławka podniosła trochę zasięg, ale nie dość. Pomyśleli elektrycy. Na ławce wylądowały deski, na deskach postawiono drabinę. Z drabiny fatalnie się podłącza lampy, kto robił, ten wie. W ostatni szczebel drabiny wetknięto znów deski. Konstrukcja, której nie powstydziłby się żaden cyrk. Na szczycie balansowało dwóch elektryków. Płacono im od wykonanej pracy, nie od godziny.

Wchodzimy więc. A on patrzy. Patrzy, patrzy. Twarz mu się zmienia w maskę. Powoli odwraca się w moją stronę, a cygaro, które zawsze palił, zwisa z kącika ust. Widocznie przykleiło się na ślinę toczącą się mu z ust. Jak w greckiej tragedii uniósł rękę wskazując konstrukcje i ludzi zawieszonych pomiędzy wyłącznikiem nadprądowym z cewką wydmuchową, transformatorem, dławikiem i pewną śmiercią.

Why? What? Hell, they… Uh?

Wzruszyłem ramionami. Jego mózg przetłumaczył to na “That’s how we roll, bitch!”. Zamknął oczy. Elektrycy skończyli, zburzyli budowlę i poszliśmy pić wino do lasku obok.

Grawitacja to coś, co przytrafia się innym


To Radio (kropka com)

Jest Last.fm, Deezer, Seeqpod, DI, kiedyś była Pandora.

Dzięki tym projektom nie muszę siedzieć w szumie serwera plików, na którym leży w większości mojej muzyki. Ba, nie muszę nawet spędzać czasu na opracowywanie “najlepszej listy muzyki na dziś”. Podzielę się linkiem do nowego projektu, którego zadaniem jest odcinanie nas od posapywania i marudzenia współpracowników.

The
Radio

TheRadio.com, obecnie w becie 1, czyli kolejne radio internetowe. Co je odróżnia od losowego adresu IP serwującego WMA w szokującej jakości 11050Hz, Mono, 8bit, disko-bit? Bardzo dobra jakość, niezła selekcja muzyki, nie musisz mieć konta. Klik i poszedł! 2

Mamy początek tygodnia. Nie oszukuj się, to nie jest ten tydzień, który odmieni Twoje życie. Zamiast produkować kwas w żołądku wrzuć Jazz Cave (Genre / Jazz & Blues) i powtórz mantrę: “Hahaha! Nic nie robię i płacą mi za to”. Nogą wybijaj rytm do kontrabasu.

  1. utwory mają całe, więc nie ma się co martwić
  2. click & go!!1

Dni Kultury Japonii, Łódź, 12.2-12.6.2008

Wszystko co dobre kiedyś się kończy. Po pięciu dniach obcowania z japońską kulturą serwowaną na różne sposoby nie pozostało mi nic, jak napisać kilka słów o imprezie.

Na początek pozytywne zaskoczenie. Właściwie dwie rzeczy. Frekwencja. Spóźnieni goście nie mogli liczyć na miejsca siedzące. 1 No i rozpiętość wiekowa. Najmłodszym uczestnikiem była dziewczynka, na oko 4 lata, która oglądała bez słowa dwie długie prezentacje (szacunek dla mamy siedzącej obok). Najstarsi? Siedemdziesiąt lat będzie bezpiecznym strzałem, myślę.

8_f

Nie mam zamiaru opisywać wszystkiego, co widziałem. Wyimki jednak będą.

Chór “Echo” pod dyrekcją Elżbiety Klimowicz wykonał “Szła dzieweczka do laseczka” po japońsku. Dość ciekawe wrażenie. Szkoda, że nie miałem niczego, co rejestruje dźwięk.

chor

Masakatsu Yoshida, sensei Towarzystwa Polsko-Japońskiego w Łodzi, opowiedział trochę o tracycjach, które przenikają życie, postrzeganej przez nas jako wybitnie nowoczesny kraj, Japonii. Chyba największe wrażenie na oglądających (ze względu na szkolny wiek) zrobiła lista zajęć młodych Japończyków.

Dzieci sprzątające szkołę po zajęciach i wspólnie przygotowujące posiłek? Młodsze dzieci prowadzane na zajęcia przez dzieci starsze (sempai,先輩)? Wszystko wyglądało to trochę jak fantastyka dla równolatków, którzy siedzieli obok mnie.

sensei1

Bożena i Jan Zeitz prezentowali nam swoje zbiory laleczek Kokeshi. Prócz zwykłego oglądactwa mogliśmy się też dowiedzieć nieco o historii tej sztuki, podstawowych gatunkach oraz kilku przykładach obecnie projektowanych lalek.

Lalki nas mocno zakręciły i próbujemy robić własne. Nie, nie podzielimy się efektami, bo mamy jeszcze trochę zdrowego rozsądku. Nie zdziwcie się jak na święta dostaniecie od kogoś pomalowany kawałek drewna. Udawajcie wtedy, że to Kokeshi i że wyszło świetnie.

2_f

Pani Irena Domanska opowiedziała nam (szkoda, że tak krótko) o swoich podróżach do Japonii. Dlaczego ludzie nie tłoczą się na dworcach? Bo na ziemi namalowane są kolorowe linie z podpisami. Stajesz przy swojej i gdy nadjedzie pociąg zatrzyma się drzwiami idealnie przy niej. Tylko wsiadać. Jak sobie radzić z tym, że większość domów jest nieogrzewana i czemu sake nie jest odpowiedzią (a jest stół, którego centrum zajmuje grzałka, a zamiast obrusu mamy “za długą kołdrę”, którą można się przykryć).

Opowiadać Pani Irena mogłaby pewnie jeszcze kilka godzin, niestety, dobre prezentacje kończą się za szybko, a złe za późno.

Izumi Yoshida przybliżyła trochę twórczość Hayao Miyazakiego (którego pewnie nie trzeba było przedstawiać nikomu obecnemu na sali), dodatkowo mieliśmy możliwość zobaczyć mały rarytas: reportaż telewizji japońskiej o studiu Ghibli, tłumaczony na żywo przez Panią Izumi.

Kto czyta mangę, temu nazwisko Yoshida nie powinno być obce. Polskie tłumaczenia “Love Hina” wydawane przez Waneko wychodzą(dziły? Nie czytam LH;-) spod jej pióra.

Izumi

5_f

Odwiedzający DKJ mogli też zobaczyć (a dwie odważne dusze spróbować wziąć udział) ceremoniał parzenia herbaty. Chciałbym napisać więcej, niestety, dać małpie aparat. Niektórzy “fotografowie” myślą, że nie ma nic zabawniejszego niz podziwianie ich pleców, gdy ich nowy aparat z MendaMarkt robi idealne zdjęcia cery serwującej herbatę Japonki. Serio, stuknijcie się. Jesteście czasem upierdliwi.

picture-036

Podsumowując: impreza nadzyczaj udana, trochę kultury zaszczepione, ludzie uśmiechnięci.

Chciałbym podziękować towarzyszącym mi gościom: Eri, Paulinie i Staszkowi. Przyjechać specjalnie z Poznania i znosić mnie ponad godzinę to nie jest wyczyn, który powinien przejść nienagrodzony. Dariuszowi Szpakowskiemu ukradłem natomiast kilka fotografii. Mam nadzieję, że nie ma nic przeciwko. 2

  1. oficjalnych, bo przecież od czego są schody i przestrzeń między sceną?
  2. się jeszcze dopytam post factum e-mailem ;-) 

Jak rozpoznać dziecięcą pornografię z dużej odległości?

(Aktualizacja: [cenzorzy schowali nożyczki](http://news.bbc.co.uk/2/hi/technology/7774102.stm[/ref]

Pewna, dość popularna, hard rockowa kapela wypuściła w 1976 płytę “Virgin Killer”. Okładka przedstawiała młodą, nagą, dziewczynkę. Wyglądało to tak:

Brytyjczycy uznali, że dość już tej sodomii i gomorii w publikacji mającej, bądź co bądź, ambicje encyklopedystyczne i przykazali firmom dostarczającym Internet stronę zablokować. Dobrze. Czy ktoś może mi odpowiedzieć na kilka pytań?

  1. Czy encyklopedie mają przedstawiać w miarę obiektywny obraz historii świata, czy też należy je naginać do obecnych trendów?
  2. Czy pedofile zadowolą się okładką z tak niefortunnie roztrzaskanym szkłem? Powiedzą sobie “O szlag, pokonaliście nas ukrywając okładkę płyty! Teraz już nigdy nie będziemy się wymieniać filmami w setkach miejsc!”
  3. Skoro ktoś może dokonywać takich kroków i wskazywać palcem treści, to co powstrzyma ich przed blokowaniem innych złych treści?

Moi faworyci do zablokowania:

Grecja. Zapomnieć i zakopać. Niby mądrzy tam ludzie chodzili, ale kurde, pedały. A jeszcze sobie, dranie, obrazki z tym malowali i one teraz po muzeach leżą. Dzieci tam prowadzają pod pretekstem sztuki!

Biblia. Fantastyczna książka wypełniona historiami o gwałtach, pogromach, mściwym facecie z brodą, kazirodztwie. Praktycznie nikt jej nie przeczytał, ale większość ma ją w domu. Przeszkadza Ci okładka z dziewczyną, a historie o bogu zabijającym wszystkich pierworodnych nie? Ktoś tu ma lekko popierdolony system wartości i dziś to nie jestem ja!

Cherubinki, sodomici! Cherubinki, dzieci, z siusiakiem na wierzchu fotografowane przez miliony turystów!

Zanim wyciągnięcie na mnie argumenty o “wartości artystycznej” i “wyobraźcie sobie, że to wasze dziecko, i nie mówcie, że dzieci nie macie, bo zawsze mieć możecie (sprawdzić czy nie ksiądz)” zastanówcie się nad tym, czy chcecie definicji “wartości artystycznej” zapisanej w prawie, oraz nad tym, że największą ilość krzywd dziecko (statystycznie) zaznaje od osób najbliższych, w podstawowej komórce społecznej, rodzinie.

Wróćmy do okładki. Wiadomo, ktoś będzie chciał podciągnąć pod pornografię. Tylko nikt za bardzo nie wie, co jest pornografią. Pamiętam jeszcze z poprzednich rządów w tym kraju, gdy mądre głowy próbowały wymyślić jak to zdefiniować. Padła propozycja, że to “obrazy mające wzbudzić podniecenie seksualne”.

Bardzo dobra definicja.

Nie wiem jak Wam, ale mi zawsze staje na widok zajebistego racka pełnego serwerów. No piękne, proste linie, delikatne drżenie dysków w macierzach, migające RX/TX. Ktoś już biegnie zamknąć stronę IBM-a?

Wszędzie są pedofile. Wszędzie. Każdy facet z dzieckiem w parku to pedofil. Każdy fotograf robiący zdjęcia kręcącej się karuzeli ma zamiar się nad nimi onanizować. Wszyscy walczący z wyimaginowaną pedofilią, czającą się na każdym rogu i w każdej sekundzie życia dziecka, to bohaterowie.

Witam w nowym, czystym i bezpieczniejszym świecie. W świecie gdzie nikogo okładka Scorpionsów nie podnieci. Teraz zostały nam mniejsze problemy: kryzys ekonomiczny, śmierć ekosystemów, rak, AIDS, wojny i bieda. Dobrze, że żyję w świecie, gdzie niewyrośnięty cycek jest ważniejszy od kogoś umierającego w śmietniku. Gdyby było inaczej, to by nie było w porządku.


Czarny piątek

Czarny piątek. Tewje Mleczarz zakrzyknąłby wniebogłosy: “TRADYCJA!”. Nowa, świecka tradycja. O co chodzi? Ogólnie o dużo śmiecia trochę taniej. Przed wielkimi sklepami ustawiają się bandy moronów marzących o wielkim telewizorze, konsoli i opiekaczu w bardzo dobrych cenach.

Co się dzieje, gdy w jednym miejscu zbierzemy prosumentów ze szklanym wzrokiem? Otrzymamy lud, wyborców czy też bydło. Jeden umysł, niezbyt błyskotliwy. Jeden cel, niezbyt szlachetny. I czekają na sygnał. Kto ma lepsze miejsce startowe może zaatakować po łuku i udowodnić bliskim, że ich bardzo kocha.

Tłum stoi, tłum jest niespokojny. “Czy dla mnie, dla mnie! starczy suszarek do włosów”. I kogo przewrócę w biegu, kogo kopnę i ugryzę.

Rozlega się dzwonek. Grand Derby rozpoczęte. “Szybciej, szybciej, w tę alejkę” — mruczysz do siebie, gdy serce pompuje krew tak szybko, jak wtedy gdy Twoja eks po raz pierwszy uklęknęła przed Tobą gdy byłeś nagi.

Wczoraj ludzie atakujący półki sklepu w Long Island zadeptali na śmierć faceta.

Trzydzieści cztery lata życia, szkoła, mutacja głosu i pierwsze golenie. Potem nieciekawa, nisko płatna praca w markecie i śmierć w promocji. Co za chujowy sposób żeby odejść.

Czy jesteś w stanie napisać mu epitafium?

Ludzie zabijają się z różnych, w miarę sensownych, powodów. Na tle rasowym, bo ci po drugiej stronie mówią w śmiesznym języku, facet niewiernej żonie wybija kulą z głowy zdrady. To wszystko ma posmak dobrej, romantycznej historii. Możliwe, że któraś ze stron miała rację zanim wszystko wymknęło się im z rąk.

Jestem oczarowany bezsensownością tej śmierci. Co widział przed śmiercią? Co powiedział w ostatnim oddechu?

Telefony z polifonicznymi dzwonkami, alejka numer sześć. Proszę się nie pchać. Proszę…”


Ballada marynarska

Ryba piła.

Teraz leży na dnie.


GA*ERIA *NIX-ów

Ludzie zarzucają mi brak kultury. Do teatru chodzę raz na rok, muzyki klasycznej nie słucham, prócz chwil gdy jakiś dresik ma takową jako dzwonek w komórce. Kino ambitne mnie męczy, a popularne męczy mocniej. Ostatnio przestałem nawet czytać, bo muszę używać terminów w pracy jako zakładki już po dwóch-trzech stronach.

Galerie też omijam szerokim łukiem, chyba że to galeria alkoholi. Sztuka współczesna do mnie nie przemawia, naturaliści przegrywają z aparatem za 300 PLN, rubensowskie baby stołują się w tych samych knajpach co ja. Postanowiłem otworzyć własną galerię, w której sztuka (“a co to jest sztuka?”) daje się łatwo zrozumieć.

Galeria → kierunek zwiedzania

emil@jamaica:\~\$

Debian Sarge/Ubuntu

emil@linux-wtco:\~>

OpenSuSE 11

%

FreeBSD 7.x

mac:\~ emil\$

OS X 10.5.3

[emil@zkdp \~]\$

PLD 2.0 Ac

-bash-3.2\$

OpenBSD 4.4

C:\

Windows XP

Słowo od krytyka

Jak mogą Państwo zauważyć systemy z rodziny BSD podeszły do zagadnienia znaku zachęty w sposób minimalistyczny. W OpenBSD twórca pokazuje nam, że podstawą wartością pozwalającą nam interpretować sztukę jest wolność. Wolność zapoznania się z możliwościami zmiennej środowiskowej PS1.

Z kolei FreeBSD wprowadza do swojej sztuki dualizm. Jest tylko czarne i białe. Proste, ostre podziały. Jesteś rootem lub nikim. (ludzie będący nikim oznaczeni są znakiem procenta. To od poziomu alkoholu we krwi)

Niedaleki krewny systemów BSD, OS X (FreeBSD przespało się z kuzynką) jest ulubionym OSem buntowniczych nastolatków z wysokim kieszonkowym, wspomaganych Photoshopem fotografów i homoseksualistów. Znak zachęty OS X pokazuje nam całą prawdę. Nie ważne kim jesteś, ważne co masz. A jak pierwszą rzeczą w prompcie jest ‘mac’, to jesteś kimś.

PLD jest polskie. Polskość PLD widać od razu. Zwróćcie uwagę — użytkownik zamknął się w własnej przestrzeni i jest nieufny. Prawdopodobne skłonności do ksenofobii.

Między dziełami wyprodukowanymi przez debianistów i twórców OpenSuSE nie ma wielkiej różnicy. Należy zwrócić uwagę, że końcówka znaku zachęty w SuSE przedstawia szalenie radosną twarz ze złamanym nosem. Wyraża ona zadowolenie z dolarów, które wpłynęły na konto Novella za współżycie z Microsoftem. Złamany nos jest efektem współżycia. Chyba nikogo nie dziwi, że MS jest fanem BDSM? Debian i Ubuntu mają nietęgą minę. Debian ma ku temu powody, obchodzić urodziny co cztery lata to nie jest specjalna frajda. Ubuntu obchodzi urodziny co pół roku, ale też nie ma podstaw do radości. Cierpi na ciężką odmianę alzhaimera. Czym szybciej stukają mu lata, tym wolniej się porusza. Złamany nos to efekt chuligańskiej młodości.

Prompt systemu Windows? Autyzm twórcy jest aż nazbyt widoczny. Z dzieła zieje mrokiem i kompletnym niezrozumieniem otaczającego świata. Ponawiane co kilka lat próby samobójcze są cichym krzykiem, którego nie da się wyrazić przez prosty znak zachęty.


Impreza w stanie superpozycji

Znacie ten eksperyment z kotem Schrödingera? To bardzo zręcznie pomyślane dręczenie zwierząt w imię nauki. Co ja Wam będę tłumaczył, facet nazywa się Schrödinger. Od razu wiadomo, że to germański, kurwa, oprawca. W każdym razie sedno doświadczenia polega na zamknięciu kota, trucizny i czegoś, co jest promieniotwórcze. Jakiś sprytny mechanizm w równych odstępach emituje radioaktywną cząstkę, która podlegnie lub nie podlegnie rozpadowi, co zarejestruje licznik Geigera-Müllera lub nie.

Co otruje kota. Lub nie.

Cały umysłowy wygibas polega na tym, że zanim otworzymy pudełko nie wiemy, czy kot jest oddał ducha, czy też będzie mógł Wam jeszcze zjeść ozdobne roślinki (chyba, że ustało drapanie — do doświadczenia potrzeba osób lekko przygłuchych lub z słuchawkami). Póki tego nie stwierdzimy kot jest jednocześnie żywy i martwy. To właśnie ta superpozycja.

Identyczny eksperyment przeprowadzam często na sobie. Dziś, włócząc się po mieście w poszukiwaniu wrażeń i ciepłego kąta postanowiłem zajść do Znanej Knajpy. Bo jest plakat. Ja pytam przy drzwiach, czy to plakat, który zapowiada dzisiejszą imprezę. Otrzymuję odpowiedź, że tak, że zapraszamy. Zaprosili mnie więc idę. Zaprosili, ale nie tak, jak przywykłem — chcieli pieniędzy. Zastanowiłem się. Plakat mówił, że będzie funk i reggae. Reggae i funk bardzo mi odpowiadają, bo piętro wyżej leży śnieg i rzadko jeżdżą taksówki. Płacę więc za bilet, a mogę, bo choć klienci mi nie zapłacili (pozdrawiam) to i ja nie zapłaciłem ZUS-u. Otwieram pudełko z kotem.

Kot znów jest martwy. Nie, on już przekroczył stan, w którym określamy coś zdaniem “Twój kotek nie żyje”. Było bliżej “Truchło sierściucha żrą larwy od tygodnia. Fiesta i piñata z wątroby”

Na imprezie grano takie standardy funkowe jak Eurorythimcs (nie mam zamiaru sprawdzać czy nie zrobiłem błędu) i zupełnie znane jamajskie klimaty (reggae massive, mon!) jak MC Hammer. Sześć ciastek, jedno piwo, ja pierdolę — wychodzę.

Statystycznie rzecz biorąc, jeśli chodzi o tą konkretną knajpę, mój kot jest posmarowany masłem i spada zawsze łapami do góry. Nie wiem tylko ile razy jeszcze dam się nabrać.


Proces podejmowania decyzji

Wpadam na pomysł spożycia napoju. Przechodzę do kuchni, nalewam — jak zwykle za dużo — wody do czajnika. Nigdy mi nie wpadło do głowy żeby odlać nadmiar. Po prostu stawiam czajnik na największym palniku i do marnotrawstwa wody dokładam marnotrawstwo gazu.

Wracam do pokoju i oglądam dalej mecz. Zaczynam się zastanawiać. Wodę gorącą będę zaraz miał (jeśli mnie słuch nie myli) i wypadałoby coś do niej wrzucić aby uzyskać smak. Może herbatę? Ale już dziś piłem czerwoną i yerbę. Irish cream smakuje za bardzo jak powód mojego dzisiejszego kaca.  Kawę? Nie, nie — głowa ze szkła, a kawa pełna kamieni. Może mam jakąś zwykłą, czarną, dorzucę limonkę i będzie dobrze. Wewnętrzne dyskusje zajmują mi minuty.

Czajnik woła mnie do kuchni. Gaszę gaz i patrzę na stół. Na stole stoi kubek, który przygotowałem podczas wstawiania wody. Z nasypaną do środka kawą. Robię więc niepocieszoną minę, nalewam wrzątku i zastanawiam się ile razy w życiu dumam nad sprawami dawno zamkniętymi.


Dni Kultury Japońskiej

Łódzkich fanów japońskiej kultury czeka w grudniu nie lada gratka. Przez pięć dni rozmaici ludzie będą wyłazić ze skóry żebyście potrafili trzymać pędzelek, odróżniali 少女 od 青年 (co może wam zaoszczędzić wiele wstydu przy zakupach, prawda?) i przestali myśleć, że papierowy samolot (choć częściej papierowy nielot lekko przypominający samolot) to wszystko co można wyrzeźbić w papierze.

Do tego oczywiście smakowity bigos (jedzony przy użyciu hashi) z filmów, prelekcji i pozakulturowych spotkań. 1

2.12, 17:00-19:00

  • Uroczystość otwarcia “Dni Kultury Japonii”
  • Koncert pieśni japońskich i polskich w wykonaniu  chóru “Echo” pod dyrekcja Elzbieta Klimowicz
  • Tradycyjne i współczesne oblicze Japonii” - prelekcja Masakatsu YOSHIDA
  • Film fabularny “Hotel Hibiscus” 92min. rez. Yuuji NAKANE 2002

3.12 17:00-19:00

- “Satsuki – kwitnące krzewy” — prelekcja i pokaz bonsai Dariusz Szpakowski - “Poznać i zrozumieć Japonię” — prelekcja Piotr Michalowski - Film fabularny  ”Josee, Tygrys i Ryba” 116min. rez. Isshin INUDOU 2003
### 4.12 17:00-19:00 - “Polubić NIHONGO” — prelekcja Adam Podstawczynski - “Suibokuga – malarstwo tuszem” — prelekcja i warsztaty -– Masakatsu, Barbara i Izumi YOSHIDA - film fabularny Czternia na Niebie 111min. rez. Tetsuo SHINOHARA 2004 ### 5.12 17:00-19:00 - “Kokeshi w naszym domu” — prelekcja Bożenna i Jan Zeitz - “Daleko od domu” -– prelekcja Irena Domanska - Film fabularny Water Boys 91min. rez.Shinobu YAGUCHI 2001 ### 6.12 11:00-14:00 - “Spotkanie z komiksem japońskim” -– prelekcję i warsztaty prowadzi Izumi Yoshida. - Koncert piosenek japonskich w wykonaniu choru II LO pod kierunkiem Kaori UNO - “Lekcja jedzenia”, “Orgiami – zagiąć i owinąć”, “Gry i zabawy japońskie”, “Piękne słowa i znaki -– kaligrafia japońska” —wykonywanie kaligrafii dla publiczności . - “Ceramika Raku” — prelekcja i warsztaty Marta Kedzierska i Jacek Tratkiewicz ### Wystawy - “Dwa oblicza Japonii” — Zakład Azji Wschodniej - “Z komiksem w tle” — Biblioteka Publiczna Nr 9, Tatrzańska 63 - “Ogrod japonski” — fotografie autorstwa Masakatsu, Izumi i Barbary YOSHIDA –- Miejska Biblioteka Publiczna Łódź Śródmieście, Andrzeja Struga 14
  1. tylko sugeruję, że za rogiem jest Peron 6

Walnąć kogoś w Tubę

Miałem napisać rzeczowy i w miarę obiektywny raport z Tuby 3. Kotek też miał. Pod wpływem kilku notek, głównie “Blog nie żyją? Ja żyje” Marcina Jagodzińskiego, które wypłynęły w blogosferze przez ostatni tydzień, postanowiłem zamienić raport na opinię.

Tuba 3 zorganizowana przez Mediafun (Maciej Budzich) była poświęcona blogom i reklamie, czy może dokładniej  — zarabianiu na blogach. Pojechałem do Poznania wysłuchać drugiej strony i zobaczyć, czy uda się zmienić mój wysoce negatywny stosunek do branży reklamowej.

(Tu uwaga: do branży reprezentowanej przez część garniturowo-reakcyjną, wiele reklam to małe dzieła sztuki, których twórcom nie można odmówić talentu i sprytu)

Nie będę referował pojedynczych wystąpień, można je podzielić na trzy grupy:

  1. Jesteśmy śpiącą potęgą, nie można się bać używać bloga do zarabiania i prezentowania swojej pracy. (Maciek, [Kuba](http://yashke.com/
  2. Wydaje się Wam, że jesteście wiele warci, ale słupki pokazują co innego. Jesteście dla nas opryskliwi i nie można na Was polegać. (przedstawiciele PR/reklamy)
  3. Jesteście śpiącą potęgą i dołożymy starań żeby słupki pięły się w górę (AdLog.pl, Yellowgreen.pl, [Blogvertising.pl](http://blogvertising.pl/

Najbliżej mi do opinii z puntu drugiego. Pan Norbert Kilen mówił, że sugestia użycia medium jakim są blogi podczas kampanii reklamowej spotyka się z oporem ze strony wykonawców (czasem zlecających). Ogólnym argumentem przeciwko takiemu ruchowi jest szerokie spektrum wad blogów.

  • Piszemy o pierdołach i czyta to tylko garstka ludzi. Nawet najlepsze blogi nie biją Faktu czy innej popularnej gazety w kreacji opinii
  • Osobiście jesteśmy nieznośni. Potrafimy rzucić kurwą na piękną ofertę, którą dostaliśmy. Dowodów nie trzeba szukać dalej, jak we własnej skrzynce odbiorczo-nadawczej. Czasem też blogerzy (pyskaci i parchaci) używają bloga żeby wbić innym szpilki. To nie ludzie, to Piotr Czerski i popularna darmowa gazeta
  • Uporczywie nie chcemy założyć działalności gospodarczej i rozliczać się fakturami z ewentualnym dobrodziejem
  • ogólnie; nieprofesjonalni

Ja się z tym zgadzam w całej rozciągłości. Czym bardziej autor wierzy w swoją opinię, czym dosadniej potrafi się odgryźć swojemu prześladowcy (dajcie mi przebitkę blogera na drzewie. No niech on tak nie miauczy) czym bardziej jest nieprofesjonalny w tym co robi (definicja “profesjonalista” to “bierze za to kasę”, tak?) tym większa szansa, że będę to czytał.

Zawsze otwieram oczy ze zdziwienia gdy dowiaduję się od jeden czy drugiej osoby, że ktoś czyta “profesjonalne blogi”. Co jest ciekawego na takich blogach, prócz wiadomości z trzeciej ręki (“Jak napisał Tech Crunch…”), informacji o wydaniu X wersji projektu Y (“W dniu dzisiejszym wydano…”), oraz “Bardzo miło nam zakomunikować, że (nasza redakcja powiększyła się | sponsorujemy event | wygraliśmy)…”.

Zawodowe blogi są w większości (trawestując znany dowcip) jak papier toaletowy. Długie i do dupy. Papier toaletowy się przynajmniej rozwija.

Nie dowiesz się z nich, że autor nienawidzi Cracovii, że z chęcią wyjebałby za okno swój komputer i wyjechał sadzić brukwie w Andach (sporty ekstremalne), nie uświadczysz celnej szpili i kopniaka w jądra po gongu. To wszystko wprowadza zbyteczny chaos i dzieli czytelników. Czytelnicy muszą być targetem. Poukładani na kupki pod względem wieku, zainteresowań, kremów do golenia i czy wolą szklankę wody zamiast — przystrojeni logo i umieszczonym w PDF-ie tak, żeby potencjalny reklamodawca wiedział, komu robi laskę (przepraszam, akurat litera ‘ł’ mi się nie docisnęła).

Podczas wystąpień i dialogów jedno słowo padało jak zaklęcie — “wiarygodność”. Jeżeli ktoś myśli, że czytam blogi dlatego, że autor  jest wiarygodny, to znaczy że stracił on już wszystkie zębatki w wypustce na kapelusz. Autor, który pisze materiał sponsorowany nie traci wiarygodności w moich oczach (takie wartości zostawiam dla ludzi, których znam, nie dla tych, których RSS jest w moim czytniku) z tego powodu. Szybciej przestanę go czytać, bo marnuje mój czas. Zamiast wartościowej historii o bójce pod sklepem spożywczym dostaję tekst napisany z kijem w dupie o jakimś produkcie.

O co chodzi z tym pędem do przerabiania wszystkiego na forsę? Zarabianie forsy jest fantastyczne. Uwielbiam mieć dużo zbytecznej forsy, którą wyrwałem ciężką pracą lub czystym fartem. Czy ktoś jeszcze pamięta, że można grać w piłkę w chińskich tenisówkach i mieć za bramkę kawałek muru? Jak zaczynasz grę od wybrania sponsora strategicznego, unifikujesz stroje i markę napoju, który można pić podczas treningów wyglądasz jak dziewczynka w maminych butach na obcasach. Tak bardzo chcieć być dużym.

Druga obserwacja. Startup musi mieć “tylko jednego klienta: tego, który ją kupi” i to wystarczy. Nie trzeba budować niczego z pomysłem na biznes. Wpierw jedziemy za cudze by na końcu sprzedać się i jest dobrze. Bloger musi budować markę, być potulny, umieć się komunikować z Domami Medialnymi. Kiedyś było tak, że firmę zakładało się by kosić szare worki ze znakiem dolara, a bloga odpalaliśmy by pokazać nasze ego, opluć hałasujących sąsiadów i wrzucać fotki z imprez, gdzie koleżanka po którymś drinku odnajduje w sobie talent do tańca topless wśród chrupek z TESCO.

Czyli zarabianie na blogach to zło? Szatan w Białych Kozaczkach? Odpowiedź jest oczywista: nie. Nie wstrząsa mną, że ludzie dorabiają sobie na pisaniu. Męczy mnie, bo po raz kolejny raz widzę jak próbuje się zbudować w ludziach potrzebę. Musisz pracować żeby Twój blog był bardziej, bardziej. Wyjdź z ogona, ogarnij się. Nie chcesz grać z dużymi chłopcami? Kraina mlekiem i miodem płynąca. Zdejm kapelusz, załóż krawat.

Pod koniec swojego wystąpienia Pan Norbert Kilen wypowiedział słowa, których mógłbym użyć zamiast wstępu, rozwinięcia i zakończenia (nawet zamiast fotki) — “Powinniście blogować jak Krzysztof Urbanowicz” 1 moje obserwacje mówią mi, że czym mniej ludzi blogujących “jak ktoś” tym większa frajda.

  1. cytat z notatki na kolanie, może nie być aż tak dokładny, ale sens ten

Wtorkowy wieczór, środowy poranek

I co dalej, Ameryko?

Do you want (freedom) fries with that? :-)