Béton brut

Nie idź do pracy

Idea jakoby ludzie uczyli się na cudzych błędach jest bzdurą. Jak inaczej możemy wytłumaczyć kulturę popularną, muzykę biesiadną i karmienie się kiełbasą wprost z przyczepy kempingowej zamienionej na restaurację?

Kiedy widzimy projekt rozpadający się na kawałki nie myślimy o błędach popełnionych przez autorów. Jako istoty uprawiające nieustanną projekcję własnych wad na osoby trzecie zgadujemy, że całość skończyła się fiaskiem tylko i wyłącznie z powodów głupoty i niedostatków wykonawców.

Gdybyśmy my to robili, to byśmy! Oj, takie projekty to my z kuzynem, po pijaku, maluchem 4 km do najbliższego nocnego, a jak koleżanka wtedy rzygała.

Ta niesamowita zdolność do ignorowania cudzych porażek jest darem dla niewielkiego promila ludzi, który odnieśli sukcesy wbrew przewidywaniom, oraz przekleństwem setek ludzi, którzy przywitali się z gąską tylko po to, aby spłacać raty za ogródek do końca swoich dni.

Siedem lat i trzy miesiące temu rozmawiałem z Pawłem Tkaczykiem o sensie zakładania firmy. Wyłożył mi szczegóły, procedury. Byłem tak bezczelny, że napisałem nawet do niejakiego Grahama i wyżaliłem się na system ubezpieczeń społecznych w krajach byłego bloku sowieckiego. Odpisał coś, ale nie pamiętam już detali. Ostatecznie przekonała mnie była dziewczyna, której nie podobało się, że „tyle pracuję za takie grosze” i że z pewnością uzbrojony w talent mogę zrobić więcej spędzając przy okazji więcej czasu z nią.

Ponieważ jestem w trakcie budowania nowej firmy (o radości) pomyślałem, że dobrze byłoby napisać tekst o tym, że firmy zakładać nie warto. Wbrew temu, co mówią ci na tych konferencjach ludzie piszący wtyczki do Twittera. Częściej niż rzadziej jest to droga przez mękę, która skończy się załamaniem nerwowym i bilansem, którego nie chciałaby Grecja (normalizując do długu na obywatela).

Nie zakładaj firmy.

Nie zakładaj firmy, bo ktoś

Założyłem firmę żeby być częściej w domu z eks. To był świetny pomysł. Rozstaliśmy się trzy miesiące później. Ponieważ planowaliśmy poważne, dorosłe życie zostałem z serwerem, laptopem, bielizną, torbą w którą mogę zmieścić wszystko prócz serwera oraz budżetem w wysokości dwóch tysięcy nowych polskich złotych. Spędziłem tydzień uszczuplając ten budżet śpiąc na podłodze u offtzy, pijąc wina Sofia i oglądając Gwiezdne Wojny.

Nigdy nie zakładaj firmy tylko dlatego, że ktoś ci radzi. Nie czujesz, że masz plan – nie realizuj cudzego. Ci sami ludzie, którzy dają ci rady o firmie, mówią, że dobrze wyglądasz w golfie albo jesteś wytrawnym kochankiem. Ludzie robią cię w balona dla własnej wygody. Pieprz ludzi.

Nie jesteś genialny

Nie ma nic gorszego niż opinia Emila o Emilu. Popadasz w przesadną krytykę tylko po to, aby rozpłynąć się nad swoimi zdolnościami chwilę później. No, może masz krzywy ryj, ale na tych komputerach to się znasz. Jeden, dwa projekciki i będziesz pływał jak pączek w maśle. Piszesz kod z szybkością błyskawicy. Jesteś bystry i w ogóle.

Jeżeli chodzi o doświadczenie w sprzedawaniu, no, w piątej klasie popchnąłeś jeden numer gazetki szkolnej „Kulfon”.

Arogancja. Myślisz, że będąc dobrym wyciskaczem bitów możesz od ręki zostać równie genialnym biznesmenem. Rzeczywistość szybko zdejmuje rękawiczki, aby pokazać ci twoje prawdziwe miejsce w kolejce do koryta. Twoje umowy są gówno warte, twoje spotkania z klientami są żenujące, bo jako introwertyk i nerd z nadania nie lubisz spotykać się z obcymi ludźmi. Nagle staje się to twoim obowiązkiem. Nie tylko musisz rozmawiać z obcymi, musisz ich przekonać i nie dać się wycisnąć. Ktoś z doświadczeniem pyta cię o metodę wyceny. Jak to: metodę wyceny? Myślę, że jest tyle warte. Facet w krawacie, który miał być przecież tylko przecinkiem na umowie, patrzy na ciebie z litością.

Bierzesz więc na siebie za dużo pracy za za mało pieniędzy, bo jesteś aroganckim sukinsynem.

Nie zakładaj firmy, jeśli myślisz, że pobijesz wszystkich bo formatujesz dobrze dokumenty. Gość sprzedający ubezpieczenia od drzwi do drzwi jest pewnie lepszym sprzedawcą niż ty. Nie zakładaj firmy jeśli myślisz, że talent w branży to wszystko, co wystarczy.

Kochajmy się jak bracia, liczmy się jak stereotypowi reprezentanci judaizmu

Ręka do góry: kto ma uzdolnionych przyjaciół? Opuście ręce, wiem, że jesteście moimi przyjaciółmi. Pierwsza myśl, która rodzi się w głowie przyszłego milionera to zebranie wesołej gromady bliskich osób i zaproszenie ich do współpracy. Znacie się jak nikt, trzymaliście im głowy nad kiblem, jecie bez obrzydzenia jednym widelcem. Kto, jak nie oni?

Do pierwszego niezapłaconego rachunku. Do pierwszego zajebanego terminu. Do pierwszej kłótni o to, kto zawinił.

Wiecie, jak ciężko jest iść do przyjaciela i powiedzieć mu, żeby spierdalał? Że kosztował miesiąc, trzy miesiące pracy i kupę pieniędzy? Prędzej czy później będziesz musiał, nie dlatego, że zadajesz się z leserami. Taka jest natura pracy zawodowej. Pewnie można nakreślić warunki współpracy, zawrzeć umowy, ale mówimy o ludziach, którzy są twoją rodziną z wyboru. Ci, którzy nie wpadają na imprezę, bo mają zjazd nie oddadzą też projektu. I zamiast współczucia będziesz odczuwał nienawiść i żal.

Nie zakładaj firmy, jeśli masz zamiar położyć jej ciężar na barkach przyjaciół.

Pieniądze

Nie zakładaj firmy bez pieniędzy. Historia pucybuta jest tym właśnie, historią. Nie jesteś pucybutem w Nowym Jorku. Jesteś płatnikiem składki zdrowotnej, ubezpieczenia, kosztów infrastruktury, podatku dochodowego i VAT. To pole na fakturze określające termin płatności będzie na początku wyznaczało datę od której możesz skomleć o pieniądze. Policz ile będzie cię kosztowało życie i opłaty, pomnóż przez trzy i dodaj przynajmniej dwadzieścia procent. Nie oszukuj się, że możesz przeżyć na ryżu i jajkach póki ktoś nie zdecyduje ci się zapłacić.

Rozkręcanie firmy wiąże się z ciężką pracą i stresem. Nie ma niczego bardziej demobilizującego jak praca po 16 h dziennie i wizja kolejnego woreczka ryżu z TESCO na kolację. Wiem, że mitologia o tym jak ciężko nam było jest potrzebna jako mit założycielski. Musisz się zastanowić, co wolisz: bardzo dobrą historię o bohaterskim programiście, który wbrew przeciwnościom losu, nago w śniegu, czy też chcesz zbudować firmę, której katastrofa nie jest wpisana w twoją rację żywnościową. „Wciąż o Ikarach głoszą, choć doleciał tylko Dedal” – że tak pojadę podstawówką.

Nie zakładaj firmy oglądając Gwiezdne Wojny na podłodze u offtzy.

Produkt

Jak dobrze jest mieć produkt. Coś, co możesz zapakować i zepchnąć. Wszyscy chcemy być Artystami, wszyscy chcemy wkładać cząstkę siebie w to, co robimy, ale to luksus na jaki mogą sobie pozwolić nieliczni. Dowolna rzecz, która podlega łatwej replikacji i daje się sprzedać za niewielką cenę przyniesie ci więcej pieniędzy niż zaczynanie od zera dla sztuki. Możesz się nienawidzić, że robisz ten szablon dziesiąty raz, że ten system jest stary i potrzebuje aktualizacji. Zapominasz jednak o tym, że jesteś dobry dlatego, że jesteś pragmatykiem. Widzisz mniejsze części, które składają się na większe części.

Klienci mało kiedy docenią twój wkład. To układ binarny: zgadza się z zamówieniem lub nie. Kiedy już oni, a nie ty, będą przesiadywać w poczekalni na spotkanie zostanie ci dana możliwość robienia wszystkiego po swojemu. Wtedy użyjesz szablonu po raz jedenasty, bo jesteś pragmatykiem. W domu napiszesz jednoaktówkę i odegracie ją z przyjaciółmi, którzy nie mają ci niczego za złe, bo nie pokłóciliście się o pieniądze.

Nie otwieraj firmy, jeśli myślisz, że to będzie ujście dla twojej kreatywności.

Klienci

Klienci nie są twoimi przyjaciółmi tak jak przyjaciele nie są twoimi pracownikami. Facet z budynku ze szkła nakarmi cię i napoi, a ty powiesz, że to łatwe, że nie ma problemu, że będzie jutro choć jutro jest sobota. Właśnie oddałeś pół umowy i wolny dzień, który pozwoli ci nie oszaleć ze zmęczenia za sułtańskie danie i kufel rozcieńczonego piwa. Wychodzi gdzieś 29 PLN. Jesteś najtańszą dziwką w okolicy.

Nie zakładaj firmy jeżeli jesteś najtańszą dziwką w okolicy.

Apollo Creed nie żyje

Wiesz dlaczego Apollo Creed zginął w czwartej części bokserskiej epopei? Nie wiedział kiedy się poddać. Czasem nadchodzi moment, w którym sens dalszej walki rozumieją tylko ludzie ubrani w patriotyczne krótkie spodenki. Kiedy kolejny miesiąc wita cię tylko złymi wiadomościami potrzeba czegoś więcej niż montażu z „Eye of the Tiger”. Podczas prowadzenia firmy bardzo łatwo zapędzić się w róg, z którego ciężko wyjść. Zawieszenie lub zamknięcie firmy nie jest znakiem słabości. Jeżeli twój projekt ma sens, a ty masz dalej siłę – próbuj. Pamiętaj jednak, że urzędy i usługodawcy nie rozumieją twojej wizji, a nawet im to zwisa.

Czyli? Do końca życia na etacie?

Uważam, że każdy powinien spróbować prowadzenia własnej firmy. Nie dlatego, że to najlepsza droga do sukcesu. Dlatego, że to jeden z papierków lakmusowych dający lepszy obraz własnych umiejętności niż jednoosobowa komisja złożona z ciebie. Nie wierz jednak propagatorom Jedynej Słusznej Ścieżki. Wiele z tego, co czytałem o prowadzeniu firmy to szarlataneria i magiczne myślenie. Całą branża pompująca ideę jakoby własna firma była jedyną drogą do prawdziwego szczęścia w kapitalizmie dzielę na trzy grupy: grupę ludzi, którzy odnieśli sukces i nie potrzebują konkurencji, grupę ludzi, którzy sukcesu nie odnieśli, natomiast głoszą sukces grupy pierwszej do grupy trzeciej, która chce być jak grupa pierwsza.

Nie zakładaj firmy lub zakładaj. Jestem facetem, który ma zainstalowanego Wordpressa, nie znakiem nakazu.


Bitcoin: anarchy in the portfel

![PLN-BitCoin](http://bronikowski.com/wp-content/uploads/2011/05/pln.png “PLN-BitCoin”)

Money makes the world go round

Zadymione knajpy, detektywi będący na bakier z prawem i procedurami, kobiety z upiętymi włosami, whisky i walka na pięści. Noir. Dorzućmy do tego mordercze androidy. Blade Runner, SF noir. A co powiecie na ludzi, którzy tworzą własną walutę i ekonomię używając zaawansowanej kryptografii, matematyki i technologii peer-to-peer? To Łódź w 2011, moja kuchnia.

Bitcoin to projekt, którego celem jest stworzenie alternatywnej waluty, zdecentralizowanej i pozbawionej kilku problemów związanych z walutą tradycyjną.

Jak?

Jeżeli brałeś kiedyś udział w projekcie distributed.net i używałeś narzędzi kryptograficznych takich jak GPG/PGP to wiesz już wszystko o stronie technicznej projektu.

„Monety” w Bitcoin powstają w wyniku przetwarzania skomplikowanego algorytmu matematycznego. Każdy, kto chce wspomóc projekt może odpalić w swoim systemie oprogramowanie klienckie, które zajmie się rozwiązywaniem problemu. Kiedy problem zostaje rozwiązany system zostaje poinformowany o tym fakcie, a „monety” powstałe w tym procesie stają się rozpoznawalne dla uczestników.

Algorytm został opracowany tak, aby uzyskanie wyniku nie było procesem trywialnym. Ogranicza to możliwość „dorobienia się” na posiadaniu farmy serwerów. Koszt uzyskania „monety” (po obecnym kursie) znacząco przewyższa jej wartość.

Kiedy już mamy swoje pieniądze możemy używać ich do zakupu towarów, usług, przekazać jako darowiznę lub wymienić w kantorach. Transakcja między dwoma podmiotami jest analogiczna do podpisu elektronicznego. Z każdym „adresem” czy też „portfelem” użytkownika powiązany jest klucz publiczny. Jeżeli podpiszę część swoich zasobów kluczem publicznym sprzedawcy pieniądze przechodzą na jego własność.

Wszystkie transakcje są rejestrowane w systemie, można je nawet podglądać na żywo. Pomaga to wyeliminować możliwości dwukrotnego użycia tego samego zestawu monet. Pobieranie opłat za transakcję jest fakultatywne i zależy od konfiguracji danego serwera, którego używasz do transmisji informacji o „przelewie”.

Jedną z najciekawszych rzeczy jest odgórna blokada „dodruku pieniędzy”. Algorytm może wytworzyć tylko 21 milionów monet, tak więc ich wartość nie będzie obniżana przez zwiększanie nakładu.

Po co i komu?

Widzę wasze miny. Tak, blożek instaluje taki plugin żebym widział. 1 Wasze czoła są zmarszczone i próbujecie rozwiązać zagadkę: po co to i komu? Oczywistą grupą odbiorców są anarchokapitaliści, użytkownicy Linuksa unikający płacenia podatków oraz dorabiający do pensji handlem narkotykami. W dziewięciu na dziesięć przypadków to ta sama osoba.

Bitcoin pozwala na zachowanie anonimowości, nie jest zależny od banków centralnych i rządów. Nie dla banków podbierających forsę Wikileaks, nie dla tłumaczenia się partnerowi z przelewu na akcję archiwizacji czarno-białych filmów pornograficznych dla przyszłych pokoleń.

Jaka jest przyszłość tego projektu? Chyba nikt, łącznie z autorami, nie jest pewien. W przeciwieństwie do waluty, którą zarządzają państwa, BitCoins nie jest oparte na zasobach naturalnych. 2 Wartość BitCoins powstaje w wyniku obrotu nią (tj. chęci przyjmowania „monety” za usługi i wydawania na usługi).

Nie jestem ekonomistą.

To, że mam kiepskie poczucie humoru wynika z innych czynników nie związanych z pracą w sektorze finansowym. Może to wszystko jest bzdurą na resorach. Może za pięć lat nie podpiszesz swoim kluczem prywatnym aktu własności domu. Z pewnością nikt nie nakręci filmu o napadzie na bank gdzie w klimaktycznej scenie 3 zamaskowani bandyci uciekają z bardzo małą torbą zawierającą kartę SD. Biedny wujek Scrooge nie będzie mógł zanurkować w swoim skarbcu pełnym twardych dysków, zupełna bzdura.

Jest tylko jeden wskaźnik, który daje mi nadzieję, że ten (lub podobny) projekt ma sens. Rozlegają się już pomruki rządzących o delegalizacji takich systemów. Wszyscy wiemy jakimi sukcesami mogą się pochwalić służby, które poświęcają czas na walkę z P2P.

Źródła:

Strona BitCoin
Artykuł na stronie EFF
Najniebezpieczniejszy projekt na świecie 4

  1. Weź się uczesz, ziom
  2. „to obietnica wypłacenia równowartości w złocie pod warunkiem, że nikt nie poprosi” – że z pamięci dam linijkę włożoną w usta bankiera z „Making Money”
  3. mam wrażenie, że właśnie zmyśliłem to słowo. Oh, studnia
  4. zagramaniczne blogery lubią pisać seo-linkbajtowe nagłówki, nie?

Jedziemy na wycieczkę, bierzemy Androida w teczkę

Uważaj na to, czego sobie życzysz

Chłopiec o imieniu Emil nie cierpiał wakacyjnych wyjazdów; wakacyjny wyjazd oznaczał separację od swojego ukochanego Commodore 64. Siedząc pod krzakiem jałowca konsumował wszystkie gazety komputerowe, które pozwolono mu zabrać. Ach – Atari Portfolio 1, ach – Commodore SX64, ach – przenośny komputer. Żeby mógł siedzieć nad brzegiem, patrzeć jak wujek łowi ryby (lub „łowi ryby” z Ojcem w cieniu lasu) i naciskać klawisze czy zagrać w grę!

Życie rozwiązało jego – czy raczej moje – problemy: od lat nie mam wakacji.

Jak co roku idzie lato i wmawiam sobie, że „w tym roku wyjadę”, a nawet więcej: że „w tym roku wyjadę i nie będę miał laptopa”. Może nie na długo, parę razy po kilka dni przez letnie miesiące, gdzieś niedaleko? Problem w tym, że będąc bardzo ważną osobą totalnym frajerem nie mogę zostawić całego tego majdanu samopas. Na szczęście nastała era „Internetu wszędzie” i mądrych telefonów, które są głupsze niż komputery, ale – parafrazując powiedzenie o aparatach fotograficznych – „najlepszy komputer to ten, który masz ze sobą”.

Pomyślałem, że ułożę listę aplikacji, które zabieram na potencjalne „wakacje bez komputera” i zanim ktoś zapyta: tak, to jest metoda na zaklinanie rzeczywistości: „Skoro mam już tu wszystko gotowe, to wystarczy po prostu pojechać!”

Ziemia zero: SSH

Nie ma dla mnie życia bez klienta OpenSSH. Po prostu. Nie wierzę w raporty, guziczki dostępne przez web, automatycznie wysyłane e-maile. Dzień zaczynam od obchodu. Zakładam garnitur, wkładam monokl, zapalam cygaro i robiąc stereotypowego dziewiętnastowiecznego biznesmena odwiedzam swoje włości, sprawdzając czy wszystko jest dobrze. Czasem skarcę, czasem rzucę dobre słowo, bo jestem tyranem o złotym sercu.

ConnectBot jest w tej chwili najlepszym klientem OpenSSH na Androidzie. Obsługuje autoryzację kluczami, tunelowanie, ma listę używanych hostów, potrafi utrzymywać połączenia do kilku maszyn na raz. Idealnie sprawuje się z telefonami, które posiadają fizyczną klawiaturę. Nawet jeżeli zmieniłem zdanie co do bezużyteczności klawiatury dotykowej, to nie zmienię zdania w temacie używania SSH. Zasłanianie sobie obszaru terminala klawiaturą może mieć sens na tablecie, ale nie na telefonie.

Ludzie specyfikacje piszą

Ktoś napisał nam bardzo rygorystyczne prawo. Pytałem się prawników, czy można zabić ludzi wysyłających „dokumenty Worda” i „zdjęcia w Excelu”; ku mojemu zdumieniu – nie można.

Nawet na wakacjach przyjdzie mi poprawić literówki lub dopisać akapit do jakiegoś dokumentu. Ponieważ nie znam się na „pakietach biurowych”, a doceniam możliwość równoczesnej edycji, do wszystkich prac z tekstem używam Google Docs. Jeszcze tydzień temu jedyną opcją na pracę z dokumentami pochowanymi po serwerach Google była mobilna wersja strony typu „darowanemu koniowi”; na szczęście pojawiła się natywna aplikacja. W tej chwili uznałbym ją za mocno surową (edycja dokumentów nadal odpala okienko z WebKitem, nie ma opcji edycji offline), ale jest to już jakiś krok(czek) w dobrym kierunku.

Dropbox

Dropbox. Nie trzeba chyba wiele wyjaśniać? Współdzielone katalogi. Szybki podgląd nadesłanych projektów. Katalog Public.

Łapacz pomysłów

Muszę przyznać, że próbuję się przekonać do takich aplikacji od roku, niestety technologia nadal przegrywa z kartką papieru. Piszę oczywiście o programach typu Evernote czy SpringPad, służących do rejestracji pomysłów. Można o nich myśleć jak o takich zeszytach do których wklejało się wycinki gazet, komiksów i innych dupereli 2 – z tą różnicą, że dochodzi tu element multimedialny, bo telefon może zrobić jeszcze zdjęcie, nagrać wideo, oznaczyć geolokalizację przy pomocy GPS-a i nagrać ten wiersz, co go ułożyłeś po pijaku w drodze do kajuty.

Myślę, że ktoś z silniejszą inklinacją do działań artystycznych znajdzie większą radość w takich aplikacjach niż ja, moje pomysły składają się w większości ze słów (nadal piszę szybciej na kartce niż na smartfonie) i rysunków („nie da się”). Można robić zdjęcia kartce notatnika, ale to już trochę za dużo warstw.

DELETE FROM worries

Mając dostęp do SSH mogę oczywiście użyć linii poleceń i odpalić sobie psql lub mysql, napisać zapytanie, jest to jednak kłopotliwe jeżeli chcę tylko rzucić okiem na dane lub przeczyścić np. tablicę z sesją, bo zrobiliśmy nowy deploy i pragnę wymusić ponowne logowanie użytkowników (HEJ, jestem na wakacjach!).

Klientów baz danych jest wiele i każdy może wybrać coś dla siebie. Moje poszukiwania, jeżeli można tak to nazwać, ograniczyły się do odnalezienia aplikacji, która potrafi nawigować między bazami MySQL-a, wyrzuca coś na SELECT i daje możliwość zrobienia INSERT. Mam nadzieję nie musieć sięgać w ogóle do tego typu narzędzi, ale „przezorny zawsze ubezpieczony”.

Piszę do ciebie, bo nie mogę z tobą rozmawiać

\<twarz value=”siruis”>Wszyscy profesjonalni blogerzy, autorzy ważnych serwisów o nowych technologiach, gadżetach i zawartości szaf\</twarz> muszą trzymać rękę na pulsie. Nigdy nie wiadomo, kiedy media powiedzą o czymś, do czego można dopisać siedem słów komentarza i nagłówek BREJKING. Będąc aspirującym blogerem profesjonalnym (treści za esemesa, ikonka VIP przy komciach dla opłacających moje dziennikarstwo obywatelskie) nie mogę wyjechać bez zainstalowania aplikacji zarządzającej instalacją WordPressa.

Nie ma tu wielkiego szału: edycja komentarzy, edycja i tworzenie notatek, statystyki dla płacących za konta na wordpress.com.

Proszę zostawić wiadomość po sygnale

Uwielbiacie swój głos, prawda? Też. Uwielbiam go tak bardzo, że wszystkie próby nagrania przeze mnie podcastu skończyły się na „AAARGH \<delete>”. Nie da się jednak ukryć, że posiadanie dyktafonu jest przydatne. W pracy używam go głównie do nagrywania spotkań (nie ma nic lepszego niż dowód audio), a poza pracą do… dzwonienia. 3 No, nie tyle dzwonienie, co przesyłania informacji, których nie da się przekazać tekstem (wszystko się da, ale czytelnik może nie być skłonny do rozumienia tekstu), lub w przypadku ataku lenistwa.

Wybrałem sobie Voice Recorder z jednego powodu: zaraz po nagraniu oferuje wysłanie wiadomości (co jest moim standardowym usage-pattern) i pozwala dokupić wersję z kodekiem MP3, gdybym chciał od razu publikować „w sieci”.

Abstrapenisując: wyobraziłem sobie takie dziennikarstwo obywatelskie i podcast w jednym. Zwykle wstaję rankiem i prasówkę mam skończoną zanim większość z was się obudzi. Mógłbym użyć Voice Recordera i Dropboksa do publikowania podcastu z najświeższymi wiadomościami wprost ze spaceru z psem, który musi ulżyć potrzebom fizjologicznym. Normalnie frontline.

Nie udało mi się jeszcze ustalić, czy są jakieś ograniczenia w długości nagrania wynikające z pamięci telefonu. Zakładam, że aplikacja nagrywa od razu na kartę SD, bo mój dziadek-G1 bez problemu nagrywa godzinne spotkanie.

Pliki, pliki

Są pewnie ludzie, którzy nie mogą żyć bez klienta FTP; nie jestem jednym z nich, ale szanuję ich miłość do protokołu, który 14 kwietnia obchodził czterdzieste urodziny. Będąc stworzeniem sshcentrycznym pcham swoje pliki głównie przy użyciu SSH (lub montując katalogi via sshfs).

Jeżeli już jednak musisz sięgnąć do zasobów serwera w ten sposób i przy pomocy telefonu, to mogę polecić klienta AndFTP, który połączy się przez FTP i SSH i pozwoli Ci baraszkować po katalogach, pobierać i wysyłać pliki. Nie wygląda wspaniale, za to wspaniale działa (wolę tak niż na odwrót).

Układanie list to chyba najmniej ambitna forma pisania w Internetsach. Jak zwykle kreditsy dla Shota i Anny za edycję.

  1. kiedy dorósł, za pierwszą wypłatę kupił sobie Atari Portfolio, które okazało się być bezużyteczne; tak to już jest z marzeniami
  2. może tylko ja to robiłem?
  3. Nie używam telefonu, moja karta SIM obsługuje tylko i wyłącznie połączenie danych. Dzwonienie is so 90s.

PanCVfaust

Ostatnio miałem wątpliwą przyjemność czytania CV potencjalnych stażystów. Przez trzy lata nie przykładałem ręki do rekrutacji, ale widzę, że w tym temacie niewiele się zmieniło. Zmęczony lekturą postanowiłem, że napiszę kilka zdań do narybku w branży. Nie są to oczywiście rady pomocne przy zdobywaniu pracy w “prawdziwej korporacji”.

Comic Sans znaczy bez żartów

Zacznijmy od czegoś, co nie ma praktycznie znaczenia, póki nie trafisz na kogoś takiego jak ja. Smaczki. Wysłanie mi dokumentu w .docx znaczy, że aplikując na techniczne stanowisko jesteś zbyt leniwy, by kliknąć jeszcze jeden przycisk i wygenerować PDF-a lub zbyt niekompetentny, by zrozumieć, że nie każdy komputer przychodzi z pakietem Office.

Comic Sans. “Formatowanie spacją”. Orgia fontów. To wszystko mówi mi, że siorbiesz herbatę i obcinasz paznokcie na spotkaniach. Twój dokument jest obrzydliwy i ty jesteś obrzydliwy.

Te, ziom, gdzie masz stronę?

Zgadnijcie ile CV miało linka do strony zgłaszającego akces? Na około 30 zgłoszeń, niech policzę: przenieść dwa, średnia, odległość między cząsteczkami gazu, plus siedem. Tak, dokładnie zero. Ani jeden z ślących CV na “stanowisko komputerowe” nie uznał za rzecz wartą uwagi posiadania strony.

“Ale Emil” — powiecie — “nie każdy musi mieć stronę!”

Nie musi. Tylko ja już tłumaczę, prosto i z mostu. Jak czytam twoje nazwisko to są wielkie szanse, że nie będę go wpisywał do Google.

Bo.

Nie uważam, że “googlanie za pracownikiem” lub “sprawdzanie Facebooka na obecność fotek z najebek” jest czymś, czym powinienem się zajmować podczas rekrutacji. Po pierwsze są tysiące Janów Zwykłych i Ew Pospolitych. Szansa, że trafię na kogoś, kto nosi twoje imię i nazwisko jest zbyt duża żeby informacja tak pozyskana miała jakąś wartość. Po drugie popieram najebki i nie uważam żeby twoje prywatne życie było moją troską, póki robisz to, co masz w kontrakcie.

Gdyby tylko ktoś wynalazł jakiś uniwersalny sposób identyfikacji położenia zasobów w Internecie. Pomyśl, mógłbyś tam umieścić inne takowe wskaźniki i ja bym się dowiedział o forum, które moderujesz, może blognotkę przeczytał, może odbił się do galerii fotek, nie wiem. Słyszałem, że klikanie w 2011 to wznoszący się trend.

A, tak. Domena. Serio, te kilka złoty. Wiesz jak się czyta CV z adnotacją by odpowiadać na adres plonacypenis666@wp.pl? To oczywiście przesada, ale nie aż tak wielka. Kup sobie domenę. Wczoraj.

Ted, the Generic Guy

Ukradnę nomenklaturę Scotta Adamsa w śródtytule, ale tak, nie odróżniam was i to wasza wina.

Wszyscy jesteśmy strasznie nudnymi typami. Trzeba się z tym pogodzić. Gdyby umieścić kamery w losowo wybranych domach z różnych warstw społecznych okazałoby się, że zawsze jest jakaś “Rodzina Kiepskich” i zawsze jest piwo “Harnaś”, nawet jeśli to indyjskie kino alternatywne i Daniels. Trzeba zjeść, prawie każdy drapie się po dupie, bawi się telefonem na kiblu i chrapie, a w niedzielny ranek na kanapie jest tak samo dobrze prezesowi jak i Henrykowi Losowemu.

Tyle wiem, nie wiedziałem natomiast, że zadaniem CV jest uwypuklenie tego jak bardzo nudny jesteś. Ludzie prowadzący “szkolenia z pisania CV” powinni dostać po dwieście batów za uczenie ludzi dodawania rubryki “zainteresowania”. Bo tak, piszesz, że piłka nożna. Ale co ”piłka nożna”? Grasz amatorsko? Przygotowujesz oprawę na mecze? Jesteś w nabojce? Pracujesz z dziećmi w szkółce piłkarskiej? “Fotografia cyfrowa”. Nie no, świetnie. Gdybyś umieścił odnośnik do jakiejś galerii, albo do artykułu o soczewkach, który napisałeś. Cholera, wezmę odnośnik do dobrego trollowania w sprawie twojej ulubionej marki.

“Komputery”? Chcesz pracować z komputerami i piszesz mi, że interesują cię komputery? W restauracji zamawiasz z pewnością potrawę, pijesz tylko napoje. Napisz “dla frajdy programuję sobie klon UNIX-a na Z80”, masz moją uwagę. Napisz, że najbardziej lubisz pisać takie małe skrypty w Bashu, albo pochwal się encyklopedyczną wiedzą o kartach graficznych. Może kręcisz dla frajdy recenzje telefonów na YT? Założę się, że jest jedna rzecz, która rozpala twój umysł i jak ją wciskasz za “interesuję się komputerami, piłką nożną i długimi spacerami po plaży” to sam sobie robisz kuku.

Więcej bezwartościowych informacji

Składasz papiery do działu, który zajmuje się X. Fantastycznie byłoby, gdybyś wskazał jakieś doświadczenie z X. Dlaczego muszę przeczytać historię twojego życia, o tym jak piąłeś się po drabinie działu marketingu w Castoramie by potem otworzyć własny sklep rybny, na którego zapleczu odkryłeś talent do X? Mogę więcej informacji o tym, co będziesz robił dla mnie, a mniej informacji o tym co robiłeś i nie ma dla mnie znaczenia? Ty myślisz “jestem pracowity, od pierwszej pracy w fabryce zegarków, którą podjąłem w 1887”, ja myślę “o kurwa, znów dwanaście punktów z których muszę wyłowić to, co ma znaczenie”.

Jeżeli nie masz zawodowego doświadczenia z X — wezmę prywatne. Robiłeś stronę dla kota i X sprawiał problemy? To doświadczenie. Dostałeś plakietkę “sprzedawca miesiąca”? Jak śnieg w 2003. Nikt nie pamięta, nikogo nie interesuje, nie jest do niczego potrzebne.

A najlepiej

Najlepiej mnie nie słuchać, z tego prostego powodu, że mam bardzo małe doświadczenie w byciu petentem. 1 To pewnie kupa stresu i prawie automatyczne działanie. Cóż, nie mnie oceniać cudze strategie, zwłaszcza po odniesieniu tylu “własnych sukcesów”. Musisz pamiętać, że jest różnica między posadą w banku, w którym pracujesz w jednym z działów, a małą lub średnią firmą, gdzie będzie cię rekrutował taki gościu z pryszczami, który buduje dystrybucje Linuksa w ramach przerwy śniadaniowej.

Najlepszą strategią jaką możesz przyjąć na rynku pracy jest budowanie własnego zaplecza, tak abyś to nie ty słał CV, a firma dopytywała się o ciebie. Jeśli ktoś pyta o kogoś kompetentnego i pada twoje nazwisko to masz automatyczną przewagę nad każdym CV, które wyląduje na biurku rekrutującego.

Najlepiej najlepiej, zupełnie najlepiej jest czasem zagrać va bank. Nie ślij CV. Wyślij program, który wygeneruje PDF-a, wyślij haiku o rosie na trawie i statycznym linkowaniu, zrób pastisz cytatu z popularnego kawałka popkultury, który udowadnia, że jesteś tym, kogo szukają. Daj odnośnik do profilu na GitHubie. Wyślij ISO z własną dystrybucją, umieść projekty na pulpicie. Jestem pewien, że masz więcej pomysłów na lans niż ja o piątej nad ranem.

Pamiętaj też, że lans to sztuka. Bardzo łatwo przekroczyć linię pomiędzy interesującym człowiekiem, a napompowanym bucem. Na szczęście dla ciebie napompowany buc nadal ma większe szanse na pracę niż ktoś, kto śle CV.docx.

PS. biorę pierwszą pensję jeśli dostałeś pracę dzięki tym “poradą”.
PPS. no kurekta, nie ma edytorów o piątej zero dziewięć

  1. CV składałem dwa razy, raz jako wymóg formalny i podkładkę pod inwestycję w firmie, drugi raz do Allegro

Odwaga

Odwaga to wiedza o tym, czego się bać trzeba, a czego nie.

Jest trzecia trzydzieści nad ranem. Naprawiam właśnie nienaprawialne. Montuję siódme koło do samochodu bez silnika. Nie dlatego, że ma to jakiś sens, tylko dlatego, że kiedyś komuś zabrakło odwagi. Nie mitycznej odwagi, która pozwala bohaterom stawać do walki z potworami, nie heroizmu, który zakrywa dłońmi oczy wyobraźni i pozwala nam iść z bagnetami na czołgi. Zwykłej, codziennej odwagi żeby powiedzieć “He’s dead, Jim”.

Szybkie życie, szybkie żarcie, szybki seks i rapid development.

Mamy narzędzia, które pozwalają nam zbudować prototyp szybciej, niż potrafimy wymówić “Partia Prawdziwych Programistów Prowadzi Projekt Poprzez Prototypowanie. Pomyśleli: Pieniądze, Perspektywy”. Problem w tym, że prototyp przestaje być prototypem, a zaczyna być produktem. No, nie jest to problem w świecie, gdzie określenia takie jak refaktoryzacja i piwotowanie nie mają żadnych negatywnych konotacji. Przetłumaczę z języku lęgłydż na nasz:

Refaktoryzacja, zwana popularnie refucktoryzacją. Działania mające na celu użycie młotka (z laserowym naprowadzaniem) celem wbijania klocków w kształcie gwiazdy w otwory przeznaczone na koła. Refaktoryzacja jest związana z iteracją, nazywamy to refaktoryzowaniem rafaktoryzacji lub w słowach hydraulika “tu uszczelniłem, a teraz tam cieknie. Dajcie więcej spoiwa.”

Piwotowanie, próba obrócenia tragicznej sytuacji wynikającej z braku rozeznania w zupełnie nową tragedię, która mieści się bardziej w obecnych trendach.

Co z tą odwagą?

Gdybym, będąc dużo młodszym i bardziej włochatym człowiekiem, miał jej więcej, mógłbym powiedzieć, że nie ma już co naprawiać niektórych rzeczy: że czas pozwolić zejść z tego świata tej klasie, tej bibliotece, temu projektowi. Że respiracja, że warzywo. Wystarczało powiedzieć: “Hej, wiecie, nauczyliśmy się tyle reanimując denata, że mamy już wiedzę o całej logice, o wszystkich pułapkach i możemy to zrobić lepiej, a przynajmniej tak żeby dało się tym zarządzać”. Zdarza się, że stoisz wtedy przed zdesperowanym PM-em, który jak w scenie z kiepskiego filmu pada ze łzami w oczach nad trupem i próbuje go cucić, robi mu sztuczne oddychanie i masuje klatkę piersiową ignorując zupełnie fakt, że to prosektorium, a serce pływa razem z mózgiem w słojach obok.

Przykład z życia: miałem za zadanie dopisać do systemu dodatkowy moduł. Wchodzą pieniążki i daty, wchodzą parametry, wychodzą dokumenty. Całość była skomplikowana, jak to zawsze jest, gdy dotyka się pieniędzy, a całą matematykę dyktują jakieś zapisy w prawie. Nie ma za wiele miejsca na stwierdzenie, że “w sumie jest dobrze, myli się tylko o jeden dzień i kilka złotych, ship it”.

Odbyło się spotkanie, potem spotkanie, bo zapomniałem co było na pierwszym (pamiętajcie, 4h spotkania jest równie efektywne co wypicie butelki wina, z tym że picie wina jest zabawne i tańsze – ale jeżeli chodzi o transfer wiedzy wychodzi tak samo), potem dostałem jakieś wydruki z paragrafami i podpunktami, zasiadłem do pracy. Zrobiłem pierwszy z trzech podmodułów i byłem z siebie bardzo dumny. Wszystko działało. Niestety, następne dwa okazały się drogą przez mękę: to ja nie rozumiałem, to mi źle wytłumaczono, to znów czegoś zapomniałem, a to się okazało, że prawo inaczej definiuje dni wolne od pracy niż ja (poniedziałek, wtorek, czwartek i sobota). Po pół roku robiłem wszystko żeby do tego nie zaglądać mimo ponagleń klienta. Doszło do tego że robiłem kilkugodzinne spacery z nagraniami ze spotkania, aby znaleźć gdzieś tę magiczną dźwignię, która pozwoli mi obrócić całość zwisającą z if()ów, magicznych wyjątków i // po dodaniu jeden działa jeśli miesiąc ma 30 dni

Projekt wyrył w moim sercu i umyśle piętno. Czułem się jak Frodo Baggins, niosący ciężar ponad ludzkie wyobrażenie. Rozumieli mnie tylko inni programiści-gollumowie. Ludzie przy wódce mówili o zdradzających żonach, dzieciach, które płaczą, a ja nieustannie “Myślicie, że macie źle? Miesiąc temu nie wiedziałem, że nie zaczynam liczyć jeśli pierwsza płatność wypada w sobotę”.

W grudniu podpaliłem repozytorium. W połowie miesiąca zdobyłem się na odwagę by sięgnąć po papier i narysować kwadraciki i strzałki. 22 grudnia miałem dane, które mogłem wyrzucić printem na terminal. 27 miałem podstawowy dokument. Na początku stycznia dałem system do testów i wrócił z adnotacją, że myli się o złotówkę i coś. Załamany poświęciłem dwa dni na liczenie na kartce. Okazało się, że mój kod liczył dobrze, klient się pomylił. Garbage in, garbage out.

Wszystko, cała ta walka, wynikała z tego, że miałem coś, co troszkę działało. Troszkę, ale mogłem się tego uczepić. Przecież pierwszy krok działał dobrze, to znaczy, że wiem co robię. Tu tylko poprawię, tam zmienię, będzie dobrze. Pierwszy krok jest dobrze i już działa. Jest dobrze. Wiem, że się spóźniam z oddaniem, ale przecież niedawno się dowiedziałem, że nie przewidziałem, ale teraz dopiszę na górze, a potem zmienię w dół.

Trzeba wiedzieć, kiedy przestać naprawiać i zrobić dobrze. I mieć odwagę, dużo odwagi. I cierpliwych klientów. I przyjaciół, którzy będą znosić twoje anegdoty.

No kurekta + wino = nie zwracamy za bilety. EDIT: Shot podesłał patch. Chwała i potęga na wieki.


Commodore USA

Zróbcie prosty eksperyment. Weźcie gazetę codzienną (dowolnej opcji) i przeczytajcie artykuł o czymś, na czym się dobrze znacie. Niezłe bzdury, co? Tak to działa. Teksty dla ogółu pisze się ogólnie. Czasem trzeba mieć szczęście i posiadać informacje z pierwszej ręki żeby widzieć dalej i lepiej. Akurat takie posiadam. 1

Nie, nie będzie o polityce. Będzie o „nowym” komputerze firmy Commodore USA, o którym wiadomości płynęły wczoraj w nerdwebie. x86 na Atomie w obudowie C64. Wiele z tych informacji było pozytywno-naiwnych, a wynikało to nie tylko z nostalgii, ale i z braku zrozumienia „co się stało z Komodore jak przestała grać Nirvana”. Pomyślałem, że potrzeba kogoś, kto powie „well, actually”.

Po pierwsze Commodore USA nie ma absolutnie nic wspólnego ze znanym wam potentatem z lat osiemdziesiątych. Firmę założył (przed otrzymaniem licencji na nazwę) Barry Altman, właściciel sklepu meblowego. Po zakupieniu domeny (jak w młodej kapeli: mamy już nazwę, ksywki i groupies, teraz czas nauczyć się grać) rzucił kilka informacji na forum amigowym. Pierwszy rzut oka i od razu wyglądało na ściemę. Strona była amatorska, pełniący obowiązki CEO nie odpowiadał na moje pytania dotyczące uzyskanej licencji, treść promocyjna została skopiowana ze strony Apple (podstrona z Makiem Mini), obrazki pozyskano z images.google.com i co najgorsze, były one pozbawione podpisów autorów. Oczywiście nie otrzymaliśmy odpowiedzi. CEO opuścił scenę i do dalszej walki wynajął jednego z forumowiczów nadając mu tytuł CTO. Nowy CTO się oczywiście do tego nie nadawał, ale został kupiony fajnym tytułem i ruszył do walki.

Tu wyjdziemy na chwilę z amigowo-commodorowskiego światka. Thom Holwerda napisał na OSNews krótki tekst o nowym CUSA i licencjach. Całkiem negatywny, ale na faktach. 3, 2, 1: POZEW. Tak, Barry przysłał pismo.

Które, jak się okazało, było marną copy-pastą z Internetsu. Tak to jest jak kopiujesz tekst i nie usuwasz metadanych, ziom.

Potem CUSA się trochę uspokoiło, Barry podobno znalazł inwestora (mają reklamy na płytach DVD/BR z Tronem), przestali jumać teksty i obrazki. Co nie znaczy, że powinieneś rozważać zakup tego komputera. A przynajmniej nie w drodze przedpłaty. Jeżeli jesteś na serio zainteresowany: poczekaj. Poczekaj na normalną sprzedaż, poczekaj na recenzje. CUSA nie posiada (a przynajmniej nie ujawniło mi mimo wielokrotnych pytań) ludzi, którzy mają zajmować się „komodoryzacją” swoich produktów z Linuksem.

CUSA posiada także licencje na komputery „Amiga” 2.

Zdjęcie na licencji CC, David Carter.

  1. DZIENNIKARSTWO OBYWATELSKIE, OEMDZI
  2. to już historia na inną okazję

Déjà vu

Jeśli wybierzecie mnie na króla tego kraju 1 mogę Wam obiecać dwie rzeczy, których sensu jestem absolutnie pewien. Pierwszą jest rozwiązanie klubów związanych z zawodową piłką i struktur ją wspomagających. Za zaoszczędzone pieniądze kupimy cośtam. Nawet kilka cośtamów, znajcie łaskę pańską.

Drugim będzie zawieszenie obchodów święta Kwietniowych Głupców. Obchodzenie święta żartu i komicznej ściemy w kraju, gdzie jedynym osiągnięciem architektonicznym jest betonowy Jezus, gdzie debata polityczna toczy się dookoła Ad Procul Tui Domus Negro Ico 2, kraju dwóch biegów: wstecznego i luzu, nie ma sensu.

Ryby nie mają słowa na wodę (w ogóle są z tego znane, że dobrze smakują i mają mało słów na cokolwiek) więc Polacy nie powinni mieć osobnego słowa na dzień, w którym są robieni w wała. Mamy już poniedziałek, wtorek, środę, czwartek, piątek i niedzielę. W sobotę też nie jest dobrze, ale można się w spokoju napić.

Déjà vu Aprilis.

Miałem w planie kilka żartów, ale zostałem przebity przez rzeczywistość. Wyrażam więc żal, smutek i zgrzytam zębami.

  1. kampania wyborcza z wyprzedzeniem
  2. dog latin na “A u Was biją Murzynów”

Będziecie ćwierkać jak Wam zagramy

Ledwie opublikowałem wczorajszy tekst o konflikcie między wygodą używania cudzych platform i kontrolą nad własnymi produktami a słowo stało się ciałem i Twitter poprosił developerów żeby już więcej nie robili oprogramowania klienckiego. Podobno psują one klimat dookoła platformy swoimi niedociupcianymi i niestandardowymi rozwiązaniami. Jeżeli zdanie takie pada z ust przedstawiciela firmy, która ma stronę z hashbangiem i klienta na Maka, który trzyma w szafie HIG, wypuszcza go w weekendy tylko po to żeby sprać go kijem wykrzykując „who’s your daddy?” to wiadomo, że na rzeczy jest coś innego.

Twitter chce wreszcie zarobić, a to wymaga odstawienia od cyca klientów, które mogą być przyjaźniejsze dla użytkowników (pomijające reklamy) lub tych, które same chcą takie reklamy wstawić.

Blogosfera wybuchła notkami: skandal, skandal, zdrada, zdrada!

Przyczajony RSS, ukryta decentralizacja

Uwaga, będzie bezpośrednia transmisja do waszych mózgów. Dziwię się, że nikt jeszcze czegoś takiego nie zrobił, bo pomysł jest banalny i oczywisty. Rozważmy „timeline” Twittera lub „news feed” Facebooka. Mamy autora, który produkuje treść. Treść trafia na platformę, która zajmuje się repulikacją do czytelników, którzy wyrazili zainteresowanie wpisami autora.

Przeskakujemy chwilowo do dowolnego czytnika kanałów RSS. Czytnik kanałów RSS zbiera dane z URI i prezentuje je zainteresowanemu czytelnikowi. Wszystko jasne?

Połączmy to. Wyobraźmy sobie, że każdy z zainteresowanych uczestnictwem w „naszej platformie” przygotowuje swój własny kanał RSS: domena.tld/microblog.xml, czytnik RSS jest zmodyfikowany tak, aby przypominał timeline na Twitterze. Piszemy krótką notkę przy pomocy ulubionego oprogramowania, publikujemy w odpowiednim kanale, a ludzie, którzy nas „śledzą” otrzymują wpis w swoim RSSTwitterze. Odpowiedzi używają funkcji trackback. Całość nie różni się od tego, do czego przywykliśmy w systemach mikroblogowych.

Co wygrywamy? Absolutną niezależność. Każdy język programowania dorobił się bibliotek do tworzenia kanałów RSS. Jak ktoś się uprze to może nawet sedem przez procmaila. Kompletną decentralizację, pad jednego kanału nie kładzie całego systemu na kolana. Nigdy więcej Panów Oponek i Wielorybów Niepowodzenia.

Problemy? Całkiem wysoka bariera wejścia ze względu na brak gotowych rozwiązań (co oczywiście jest tylko kwestią czasu), większe zużycie sieci (sto tysięcy obserwujących znaczy sto tysięcy odpytań o zmiany, da się oczywiście rozwiązać poprawnymi nagłówkami) i pewien brak standaryzacji w opublikowanych wiadomościach. Są to normalne koszty przy rozwiązaniach bez odgórnej kontroli.

Czy jest sens? Pewnie nie ma. Czy byłoby fajnie? Dla mnie jak najbardziej. Czy to nie kopia pomysłu Diaspory? Tak i nie. Diaspora używa w miarę popularnego protokołu komunikacyjnego XMPP, ale potrzebuje serwera i infrastruktury, RSS przychodzi za darmo z każdym Wordpressem, kontem na Blogspocie, galerią na Flickrze a nawet kontem na Twitterze. Nie potrzeba pośredników.

Ostatnią mądrością narodów jest stwierdzenie, że „RSS umiera”. Myślę, że wielu chciałoby zobaczyć go martwym. Jaka jest różnica pomiędzy

http://feeds.arstechnica.com/arstechnica/everything

a

http://twitter.com/arstechnica?

Na jednym Twitter może publikować reklamy.

Zdjęcie na licencji CC, autor: junics. Ten ptak nie jest martwy. Jest oszołomiony i tęskni za fjordami.


Jedną nogą na platformie, drugą nogą w trumnie

![Burza na morzu](http://bronikowski.com/wp-content/uploads/2011/03/platforma.jpg “platforma”)

Stojąc na ramionach gigantów

Słynna metafora o staniu na ramionach gigantów opisuje naturę inwencji, która nie zachodzi w próżni. Dzisiejszy wynalazek czy odkrycie naukowe jest możliwe dzięki zakumulowanej wiedzy przeszłych pokoleń. Przekładając to powiedzenie na nasze podwórko otrzymujemy dwa znaczenia, jedno zgodne z ogólnym zrozumieniem przesłania (wzorce projektowe, metodologia) i drugie, które wymaga lekkiej modyfikacji i po zmianie brzmi następująco: “stojąc na platformie gigantów”.

Róbta co chceta. Reszta jest wymieniona w TOS.

“Zbudujcie, a przyjdą. Zostawcie wiadro z farbą, a pomalują.” — tak mniej więcej wygląda rozwój popularnych projektów webowych. Brak API to faux pas. Kto nie mashapuje ten ma brud za paznokciami. Można wysunąć nieśmiałą tezę, że niektóre projekty nie osiągnęłyby dzisiejszej popularności, gdyby nie łatwy dostęp do danych przez ustandaryzowany protokół.

Czym projekt popularniejszy, tym więcej developerów grzeje się w odbitym blasku. Niektórzy budują własne małe (lub większe) biznesy w oparciu o żywiciela. Protokooperacyjna symbioza trwa tak długo, aż operator platformy nie staje się duży. Duży i niedożywiony.

Patrzę na Twittera. Przez ostatnie lata klient Twittera powstał chyba na wszystkie platformy, które mają dość pamięci aby wysłać i odebrać dane po HTTP. Aktualizacje statusów z użyciem C64 to najnowszy hipsterski trend. Wszystko było dobrze, programiści trzymali się za ręce, chodzili boso po plaży, jelenie ryczały do zachodów słońca. Wreszcie, jak to w związku, strony rozpoczęły testowanie limitów. Szybko okazało się, że “spodnie w związku” nosi właściciel platformy, który po kilku próbach spieniężenia jego API powiedział, że poligamia go już mocno zmęczyła i spróbuje związku z jedną aplikacją, własną. Która to aplikacja może mieć dostęp do kilku metod na wyłączność. Taki handicap.

Patrzę na mobilny ekosystem Apple. Konkretnie na ostatnie zmiany w temacie subskrypcji i dzielenia się dochodami. Pada teza, że to produkty Apple, dzięki swojej popularności, przynoszą klientów wydawnictwom, ale prawie nikt nie stawia tezy, że to aplikacje i cyfrowa prasa sprzedaje urządzenia kalifornijskich multimiliarderów. I czuję żal wydawców, ale nie zdają sobie oni chyba sprawy, że kiedy masz już założony stryczek, a ksiądz kończy modlitwę nie ma już wiele czasu na składanie apelacji.

Tabakiera dla nosa, czy nos dla tabakiery? To zależy, czy właściciel nosa jest uzależniony.

Anegdota: byłem kiedyś na spotkaniu, gdzie próbowano połączyć ruch open source z anarchizem. To jedna z tych pułapek: parówki są dobre, ale nie chcesz widzieć jak powstają. 1 Końcowy produkt jest smakowity, ale pisanie programów czy tworzenie platform zwykle nie ma nic wspólnego z wolnością. Dyktatura jest bardzo efektywnym systemem. Ktoś musi mieć możliwość pieprznięcia ręką w stół.

Martwi mnie wymuszona marketingowo fragmentacja 2 i pewna niefrasobliwość twórców. Brakuje mi oderwania produktu od platformy. Czuję, że powtarzamy lata osiemdziesiąte. A szło nam tak dobrze. Wszystko zaczęło się od technologicznej zupy pierwotnej, w której rodziły się i umierały pierwsze domowe komputery. Ze względu na mały potencjał i kompletną niszowość przenośność danych była przecinkiem na wielkim planie rozwoju. C64 nie wyświetało obrazków z Atari, PC nie czytał dyskietek Amigi, Mac miał kosmiczny system plików, który wymagał specjalnej troski. Potem powolutku, powolutku, drogą naturalnej selekcji, udało nam się coś ustalić.

Siedzimy sobie w trzy osoby, trzy laptopy, trzy systemy operacyjne. Możemy się wymieniać danymi bez większych problemów. Mamy wspólne protokoły, dekodery, kodeki. Czasem jest to najniższy denominator (VFAT na pamięciach flash), ale jakoś to się kręci.

Próbowałem dla zabawy zebrać “najlepsze” teksty z blożka i opakować je w coś, co pozwoliłoby rozdać je czytelnikom. No, jest ePub, ale ze wsparciem jest różnie. PDF teoretycznie odczyta się wszędzie, ale co z rozmiarami ekranu? Dystrybucja cyfrowa narzuca na mnie kolejne ograniczenia, a czasem jest niemożliwa ze względu na możliwości techniczne (cyfrowa dystrybucja w Amazonie nie wspiera polskich znaków diakrytycznych). Mogę śmiało powiedzieć, że jestem całkiem kompetentnym gościem jeżeli chodzi o komputery, ale ilość zmiennych i niekompatybilnych systemów zmusiła mnie ostatecznie do podjęcia męskiej decyzji: pieprzyć to.

Jestem oczywiście w komfortowej sytuacji, że nie muszę. Gdyby w grę wchodził czynnik ekonomiczny to prawdopodobnie wybrałbym najpopularniejszą, czy też przynoszącą największe dochody, platformę. I niby nie ma problemu, bo zwycięzcy zwykle piszą historię.

Ale. Jest we mnie ta kropla pryszczerstwa i nitka swetra. Ta, która martwi się, że zmiana w sposobie w jaki zwykły użytkownik używa komputera doprowadzi do ograniczenia dostępu do kultury. Każdej kultury, tej z dużej i tej z małej.

“Nasz” dyktat się skończył. Komputery nie są już zabawkami w rękach gości, którzy żyją i oddychają ich problemami. Firmy po dwudziestu latach walki z nami o różne rzeczy widzą nową, świetlaną przyszłość. Wmówiłem sobie, że zobaczę czas w którym będę krok od twórcy, a twórca krok od moich pieniędzy. Czy nie będzie świetnie pozbyć się tego piątego koła u wozu? Tego wydawcy, dystrybutora, hej! świat jest nasz. Dziś wygląda na to, że zamieniliśmy jedno na drugie. Do tego ten nowy jest dyktatorem i z chęcią sprzeda ci specjalne okulary do czytania jego książki.

Kult aplikacji

Sieć opakowana w małe pudełka po 128px i sprzedawana na raty. 3 Gdzieś udało się dyktatorom platform przekonać ludzi, że dużo lepiej zainwestować we “własną aplikację” niż w dobrą mobilną wersję strony.

Często jedyną wartością dodaną jest możliwość wskazania ikony i powiedzenia “To my!”. Na salonach należy bywać, bo kto nie bywa ten nie rozdaje wizytówek. W przypadku pudełkowania webu płacimy za to psuciem naturalnego środowiska (czy aplikacja Gazety X może podlinkować do aplikacji Bronikowski.com lub w drugą stronę? A co jeśli jedna z nich jest płatna? Niedostępna na platformie?) i zezwoleniem na kontrolę własnych treści.

Wreszcie możesz uczciwie powiedzieć, że kupujesz Playboy.app dla artykułów.

To wideo nie jest dostępne na terenie Twojego kraju

Mieć, czy być? Najlepiej to i to. Jak? Nie mam pojęcia. Jedyne, co mi przychodzi do głowy to edukacja użytkowników i technologiczny agnostycyzm. Dobre wzorce. Technologiczne rozwiązania. Lepsze prawo.

Okresu w którym zwycięzcy podzielą łupy nie unikniemy, naszym modus operandi powinno być skrócenie czasu rządów lokalnych książąt i baronów do minimum. Niech Hari Seldon będzie dumny!

Wykazują się niespotykaną nonszalancją puszczam tekst bez redakcji. Eri jest zajęta, a ja postanowiłem mieć pierwszy wolny weekend w 2011. Tekst leży dwa dni i mógł trafić na stronę lub do śmietnika. Najwyżej oddam Wam za abonament.

Fotografia na licencji CC, autor Mike Braid

  1. “Gdyby rzeźnie miały szklane ściany wszyscy bylibyśmy wegetarianami” — Paul McCartney
  2. powiedział użytkownik Androida, c’nie
  3. Chyba oczywiste jest, że nie piszę tu o grach i aplikacjach, które mają jakiś powód do bycia aplikacją?

Dema, intra, magia, Amiga

Yay, demoscene!

![demoscene](http://bronikowski.com/wp-content/uploads/2011/02/tG-yay-demoscene.png “tG!-yay-demoscene”)

Plan był prosty. Zebrać kilka ulubionych dem, dopisać do nich krótki komentarz i dodać linki do YouTube. Dochodzi wpół do trzeciej nad ranem, mam z pół setki dem i nie wiem jakich kryteriów użyć, żeby zostało ich mniej. Pójdę na żywioł i będę pisał tak długo, aż mi się nie znudzi.

The Black Lotus

TBL. Co można napisać o TBL? To jedna z najważniejszych grup na amigowej scenie. The Black Lotus służyło nam do zaginania użytkowników PC-ta, bo może oni mieli Quake, akcelerowaną grafikę i Windows 95, ale my mieliśmy “Captured Dreams”, o którym muzyk grupy Plastic powiedział kiedyś, że byłby to temat jego śmiertelnego zejścia, gdyby zdecydował się na samobójstwo przez przedawkowanie narkotyków.

Lata mijają, a TBL nadal wydaje dema. “Magia”, “Starstruck” czy “Rain” to produkcje, które wyciskają z biednej Amigi czwarte poty.

Scoopex

Kolejna grupa z historią sięgającą homo erectus. Ich niektóre produkcje (“Glory Stars”) mogą być starsze, niż moi czytelnicy. Ponieważ jestem “nastolatkiem lat dziewięćdziesiątych”, moimi ulubionymi demami są ich późniejsze dokonania: intro “1000%” (jedno z pierwszych wpisujących się w trend “zobaczymy, ile możemy wcisnąć w 64k”) i demo “Alien2”.

Floppy (AKA Flopi)

Chyba najważniejsza polska grupa w drugiej połowie lat dziewięćdziesiątych. Zig, Def, Revisq, X-Ceed, Madd, Mustafa, Maq: pierwsza liga demoscenowa. Przez lata wyprodukowali wiele dem, które zapisały się w historii demosceny. Ponieważ jest to moja lista debestof, muszę wybrać: “Datablade 2”, intro “Encore” i “Nadia”.

Pamiętajcie, you get what you deserve.

Potion

Historia jakich wiele, “spotyka się dwóch wybitnie utalentowanych gości i…”. W tym przypadku powstaje Potion. 1 Grupa napędzana przez kodera (choć Maveyowi bardziej należy się tytuł programisty, bo prócz matmy znał też system) i Skipa, jedynego chyba muzyka na świecie, który nauczył się programować, żeby móc napisać własne narzędzia do generowania sampli i mowy.

Do dziś pamiętam demonstracje generatora tekstur autorstwa Maveya. Po skompilowaniu binarka zajmowała około półtora kilobajta i potrafiła dane długości setek bajtów zamienić w gotową teksturę. Mózg wypadł mi przez ucho.

Gush”, “Gift” i ostateczny nokaut wszystkiego, co się rusza, “Planet Potion”.

Zawsze oszukuję się, że maczałem palce w sukcesie Potion sprzedając Skipowi w bardzo okazyjnej cenie moją kartę z PowerPC.

Encore

Kolejny duet. MDW i Caro. Dwójka najmilszych facetów na scenie. Cichych, skromnych i niezmiernie utalentowanych. Czasem nawet tak skromnych, że chce się bić w mordę, tu anegdota.

Kiedy Caro był już scenowcem znanym i cenionym, MDW był nadal “zwykłym amigowcem”. To znaczy, że sobie klikał, ale bez jakiegoś konkretnego kierunku. Na party zostałem zagadnięty przez Karola, czy mógłbym podrzucić jakąś dokumentację, kody, co tam mam ciekawego, bo MDW chce się uczyć programować. Coś tam dałem, ale będąc totalnym leszczem, nie mogłem go wspomóc w walce z przewracającymi się bryłami. Dwa lata później Encore wydało “Sulaco”, kod MDW.

Miłośnicy strzelanek mogą sobie zakupić grę “Fortis” ich autorstwa.

Madwizards (AKA Mawi)

Mawi długo pięło się na szczyty demoscenowej góry Olimp. Swój ostateczny sukces zawdzięcza liderowi i kierwonikowy budowy, Azzaro. Facet z charyzmą, generujący jednego przyjaciela na dwóch wrogów. Jego upór zaowocował zebraniem fantastycznej ekipy i “zdetronizowanie” Flopi jako najbardziej rozpoznawalnej ekipy z Polski.

Amsterdam Blessing”, “Cruel Karma Forms”, “Third Eye Conqueror”.

Więcej, więcej

Loonies i “Impossible”. Dwa kultowe dema Nerve Axis, “Pulse” i “Relic”. Dual Crew Shining z “Klone”, w którym to demie na dużej estradzie debuiutował Bonzaj. Hiszpanie z Ozone produkujący wg zasady “mniej brył, więcej dizajnu” w “Smoke Bomb”.

Wszystkie wystawy sklepowe grały “State of the Art”, nikt nie puszczał “9 Fingers” i “Symbolia”. Omal nie zapomniałbym o “Technological Death”! To też grali. Do wyrzygania. Jedna czwarta programu Dżojstik.

Artystycznie jest ślicznie z “KilleremCNCD. Mellow Chips zdobyło 1997 demem “Rise”.

Ha, ha

Demoscena nie polegała tylko na piciu wódki do kręcących się sześcianów i obrabianiu sobie dup w magazynach dyskowych. Głównie temu, ale nie tylko. Był też czas relaksu, czas konkurencji “crazy/wild compo”. Czasem zabawnie, często żenująco.

PSB (Przyjaiele Stefana B.) z ich wersją “Sabotage”, Brygada RR definiuje scenę w “SCENAriu”, Lamersis nawijają w “FKU”, a Ventures Art powołuje do życia boysband V-Block i nagrywają hit “Ognista bejbe”, który stanie się jedną z ulubionych przyśpiewek do ogórka.

Na koniec NSFW, trailer filmu z RR Meeting 2003. Można się zabawić w “authorspotting”. ;-)

PEEEEEEEEEEEEEEEEEECEET

Na demoscenie x86 się nie znam, ale zasięgnąłem języka u obywatela Czerskiego i pozwolę sobie zacytować tu jego rekomendacje.

Future Crew “Second Reality“, Doomsday “Vivid Experiment“, Coma “Control“, Fuse “Chanell88” i “the. product.”, które widział chyba każdy z dostępem do Internetu.

ASCII na górze przygotował Piotr Klimek, kiedyś thung/k0re.\^wpz\^pT\^TL\^itakdalej. Źródło .txt dla ciekawskich.

  1. Przed Potion tworzyli jeszcze inną grupę, ale nie mogę sobie za nic przypomnieć, jak się nazywała