Béton brut

Nasze Ulice, Wasze Tablice

(Uwaga! Ulało mi się grafo, nie zwracam za biliety)

Na skrzyżowaniu ulic Karola Wojtyły i Lecha Kaczyńskiego, nieopodal alei Poległych Bohaterów, kilka dni przed świętem narodowym, które pokrzepi nasze dusze, obywatelka zamknęła warzywniak.

Na dobre.

Będzie musiała się wprowadzić do syna, przy Chleba i Pracy.


Wypijmy za błędy

Errare humanum est. Perseverare diabolicum.

Żyjemy w kulcie sukcesu. Przeszczepiono nam “American Dream” i zamiast generalskiej buławy w plecaku nosimy w sercu mit pucybuta, starletki i Cukiergórów z Twarzoksiążek. O sukcesie się mówi, sukces się pompuje, kto nie miał sukcesu, ten przegrał życie.

“Moja branża” (czyli ogólny hi-tech-kable-i-ekrany) cierpi na nieuleczalną sukcesomanię. Mamy takie spotkania, na których przychodzimy się chwalić, że nie zawaliliśmy projektu. Widownia klaszcze jak u Rubika.

Wydaje się, że pomiędzy pomysłem, wykonaniem a sukcesem nie może minąć więcej niż trzydzieści dni, bo wtedy ktoś mógłby pomyśleć, że sukces został osiągnięty pracą, a branża nowych technologii stoi chińskozupkowymi standardami smaku, czasu wykonania i nieprzystającymi do rzeczywistości oczekiwaniami zwrotu wyhodowanymi na historiach sukcesu, którymi karmią nas poczytne blogi.

Mamy hall of fame, mamy hall of shame, gdzie wpisujemy najbardziej spektakularne katastrofy celem poprawienia sobie humoru kosztem cudzego projektu. Pomiędzy tymi dwoma skrajnościami są jeszcze błędy, które pomagają nam się uczyć. Te, o których nikt nie mówi 1 i te, które są najbardziej wartościowe. Podzielę się z Wami moją ulubioną wtopą w nadziei, że poświęcicie chwilę i napiszecie o swoich. W osobnych notatkach, niech Was zobaczą!

Fabricando fit faber

Była wiosna. Rok 2003. Moja pierwsza “prawdziwa praca” (taka z podatkami, w której nie trzeba biegać starszym po wódkę). Byłem jednym z trzech programistów w projekcie wspomagającym rekrutację pracowników z branży medycznej do skandynawskich placówek. Standardowy zestaw: wyszukiwarki, filtry, CV i lista wysyłkowa. Moim zadaniem było dopisanie kilku nowych funkcji do listy wysyłkowej i optymalizacja.

Obudziłem się radosny. Było ciepło, byłem wreszcie programistą i nauczyłem się nawet pić kawę. Dochodziła szósta. Posadziłem odwłok za biurkiem i zalogowałem się na serwer w pracy z myślą o ścięciu godziny z czasu biurowego, którą mógłbym poświęcić na konsumpcję obiadu. Dopisałem na szybko możliwość dodawania załączników do mailingu, poprawiłem trochę główną pętlę, która teraz wysyłała e-maile w paczkach i puściłem test. Serwer myślał i myślał, aż do komunikatu, że jest chory. Machnąłem ręką i zabrałem się za pakowanie do pracy.

Dotarłem do biura o ósmej i rozsiadłem się. Zadzwonił telefon. Zignorowałem, bo nie odbieram telefonów, zwłaszcza z biurka Projekt Manażera. Telefon dzwonił, dzwonił. Około dziesiątej pojawił się Marcin, PM. Nie minął kwadrans, gdy do pokoju wpadł Tomek, ówczesny dyrektor (obecnie prezes) i zadał nam proste pytanie: “Coście, kurwa, uczynili?”.

Cośmy?

Okazało się, że nie usunąłem linii, która wysyła e-maile. To znaczy, że mój testowy przebieg rozesłał wiadomość do wszystkich lekarzy i pielęgniarek zarejestrowanych w systemie. Kiedy zalogowałem się ponownie na serwer i przeczytałem pętlę oblał mnie zimny pot. Podczas dodawania kodu do grupowania wysyłki nie resetowałem tablicy. Wyjaśniam.

Pierwszy użytkownik na liście dostał e-maila. Potem drugi użytkownik otrzymał e-maila, a pierwszy dostał drugi e-mail. Potem trzeci dostał pierwszy, drugi drugi a pierwszy trzeci. Czwarty pierwszy, trzeci drugi, drugi trzeci, pierwszy czwarty. I tak chyba dwa tysiące osiemset razy.

Odwróciłem się do Tomka i wyjaśniłem, czego dokonałem w wolnym czasie. Po opierdolu otrzymałem przykaz odpowiadania na e-maile wściekłych klientów. Nigdy dotąd tyle osób na raz nie kwestionowało mojej seksualności, pojemności czaszki, nie wymieniało chorób, na które potencjalnie zapadłem. Po godzinie “jebany pedał z wodogłowiem” brzmiało jak “Dzień dobry, ja w sprawie tego mojego konta e-mail, które ma pięciomegowy limit”.

Tu mógłbym zakończyć historię, gdyby nie fakt, że testowałem też załączniki.

Dzień wcześniej Bartosz poprosił mnie o przykład szyfrowania metodą Cezara w C. Ponieważ jestem słabiak w C, postanowiłem spróbować. Tego właśnie kodu użyłem jako przykładowego załącznika. Jak się nazywał plik?

penis.c

Spędziłem dzień razem z kierownictwem na wymyślaniu akronimu pasującego do słowa penis, abyśmy mogli wydać odpowiedni PR, że ten załącznik nie nazywa się od męskiego organu. Najlepszy dzień w sali konferencyjnej!

Dwie najważniejsze lekcje, które odebrałem tego dnia:

  1. Przyznać się do winy jest bardzo łatwo, a po przyznaniu można zająć się gaszeniem pożaru, a nie zacieraniem śladów własnej głupoty
  2. Najgorsze, co może ci zrobić pracodawca to cię zwolnić

No i trochę o tym, że nie testuje się kodu na biednych użytkownikach. I trochę o blokowaniu portów. I że wymyślanie skrótów do słowa “penis” zbliża szeregowego pracownika z kadrą kierowniczą, bo kiedy jeszcze masz okazję błysnąć pomysłem wśród decydentów?

Nie zostałem zwolniony mimo okresu próbnego.

PS. blogowanie mi strasznie zbrzydło. Przewiduję kwartał ciszy.

  1. wiem, że odbyła się przynajmniej jedna konferencja w takim temacie, ale to listek figowy

Żądamy prawdy

Nie, nie żądacie prawdy. Prawda jest zbyteczna ludziom, którzy mają już wszystkie odpowiedzi. Prawda jest zwykle bolesna, przewraca spiżowe posągi i pali obrazy. Prawda nigdy nie służy “obozom poparcia wniosków słusznych z uwagi na to, że my je głosimy”, bo nie urodził się jeszcze człowiek, który przez całe życie nie popełniłby draństwa i nie zełgał.

Bardzo łatwo o “prawdę” w zero-jedynkowym świecie sloganów i megafonów, w którym to świecie wróg reprezentowany jest przez Ty*-1.

Kto nie krzyknął, że sędzia chuj, bo dyktuje słusznie rzut karny przeciwko twojej drużynie? I jest to prawo zaangażowanego tłumu. I jest to jego wersja prawdy, której trzeba złożyć hołd podczas wspominania porażki. Jeśli tłum krzyczy dość długo, że sędzia chuj to wreszcie krzyknie prawdę i tym samym upewni się w przekonaniu, że tak było, jest i będzie, że drużyna jego zawsze dostaje złego sędziego.

Bo “prawda” to tylko słowo, tak jak “miłość”. Dla jednych to większa wartość, dla innych penis w waginie. Dla mnie to jednak suma całości: jest prawda czasu, prawda ekranu, prawda?


Długi ogon krótkich fiutków

My artyści tak zwani niezależni
Mamy powód poważny na zmartwienia
Dosyć mamy sterczenia pod oknami
Czemu nie jesteśmy w końcu doceniani?

My artyści tak z kręgu podziemnego
Mamy powód na rozterki gorące
Skoro robimy tak fantastyczne rzeczy
Czemu się nie przekłada to na pieniądze?

Kult - Artyści Niezależni

Jednym z najsilniejszych mechanizmów społecznych jest chęć przynależenia do grupy. Oznakowania się, przepasania flagą. Bycie reprezentantem idei, bycie z kimś przeciwko komuś. Bycie marką, nawet jeśli ta marka jest tak słaba jak marka “bloger”.

Fascynuje mnie ruch świadomej blogosfery, który rodzi co jakiś czas spotkania (czy też w nowomowie “iventy”) mentorskie takie jak BlogDays. Uważny obserwator może zauważyć panującą wtedy atmosferę AmWayowego zebrania. Czubek piramidy nadaje komunikat, doły absorbują. Są piosenki, filmy motywacyjne. Uściski rąk i wzajemne całowanie policzków.

Ty, blogerze z dołu piramidy, całe życie będziesz miał zadarty łeb. Będziesz czytał teksty o tym, jak optymalizować treści, jak się marketingowo miziać, może nawet zrobisz jakiś własny “ivent”, na który zrekrutujesz kilku podobnych ci ludzi. Bo przecież to, że ten z czubka piramidy jest tam właśnie, to tylko dlatego, że odkrył skład sekretnego sosu na topowy blog.
Linki do własnych treści? A może udzielanie się w dyskusjach na innych blogach? Pastelowy szablon?

Wiesz, że to działa. Popatrz na ulice w sobotnią noc. Zobacz szeregi lachonów poubieranych w kostiumy Dody i Paris Hilton. One też szukają drogi na czubek piramidy.

I nie chcę cię martwić, ale pewnie jest bardzo niewiele osób, które twój blog interesuje. I nie chcę cię martwić, ale pewnie jest bardzo niewiele osób, które interesuje najbardziej poczytny blog, ten który znasz i liczysz, że zajmiesz jego miejsce.

Po raz kolejny pomyliłeś medium i wiadomość. Kupiłeś sobie bezprogowy bas i okazuje się, że nie grasz jak Les. Upijasz się jak Ernest, a kartka pusta.

Jesteś kapelą, która rozpada się przed pierwszą próbą w wyniku walki o nazwę i o to, czy bardziej jesteście soft-indy-scremo czy też post-punk-synth-indy. Musisz przeanalizować każde działanie, tak jak kobiece magazyny analizują kobiecy orgazm. Masz wyniki badań focusowych, zasiadłeś na panelu, na którym występowały osoby, które też czytały o orgazmie. Hostessy podawały krakersy i mineralkę. Na sugestię jakiegoś niewdrożonego prostaczka, że najlepiej rytmicznie poruszać członkiem w pochwie, zaśmiałeś się dobrotliwie.

Uwaga, radykalny pomysł na 12tej: żebyś przysiadł na dupie i napisał tak od serca, co tam cię kręci, wiesz, te rzeczy, od których jest gęsia skórka. Wrzuć zdjęcie swojego psa.

Nie optymalizuj nagłówków, odpuść sobie “@sethgodin Dude, you need to check this out”, nie publikuj nieudolnych tłumaczeń z TC. Blog miał być tubą, przez którą wykrzyczysz światu swoje żale, opinie i pochwalisz się nieważnymi dokonaniami. Blog ma być głupi. Nie zakładaj krawata do czerwonego nosa clowna i jego szerokich gaci.

Pamiętasz jak Vonnegut, Einstein i Puszkin spotkali się na AtramentDay? Ja też nie.


Do martwych drzew list miłosny

~~Była ciemna i burzliwa noc…
Była ciemna noc, dramatyczna burza…
Była złowieszcza noc…
Było ciemno.
~~
Była noc.
— Nada się.

Pisanie i projektowanie opiera się głównie na wyrzucaniu złych pomysłów i zastępowaniu ich równie złymi, ale perspektywicznymi. Czasem kilka razy próbujemy napisać zdanie. Czasem kilka razy zapisujemy myśl. Czasem piszemy to samo zdanie kilka razy. Często piszemy kilka razy to samo, próbując ująć głębszy sens w mniejszej liczbie celnych słów. Często piszemy i wykreślamy.

Ha! Wykreślamy. Padliśmy ofiarą technologii. 1 Nikt nie wykreśla niczego pracując z tekstem na komputerze. Wciskasz CTRL + Delete i znikasz tekst, potem piszesz od zera. Czasem zmieniasz poszczególne słowa. Jeżeli porzucisz tekst i wrócisz do niego później, jesteś pozbawiony historii. CTRL + z nie jest odpowiedzią.

Wiecie, kto pamięta wszystkie zmiany, wszystkie wykreślenia, życie i śmierć tego paragrafu, który miał za dużo metafor i porównań, pięknych jak różanopalczasta jutrzenka?

Kartka papieru.

Wczoraj pokreślona, dziś przypomni ci, że już tego próbowałeś.

I kiedy mówią ci o naturalnym interfejsie aplikacji, to spluń im w oko. Cóż jest bardziej naturalnego niż komunikat na papierze? Przekreślone zdanie? Nie nadaje się. Odkreślony paragraf? Zaczynamy od zera, ale to na górze nie było tragiczne. Kartka pognieciona? Kurwa, kurwa, kurwa. Odcisk kubka? Nie teraz, pracuję. Pusta kartka? Była ciemna i burzliwa noc.

  1. to jeden z memów mojego życia

Ludź vs. Futurysta

Odyseja kosmiczna 2001: HAL9000 App

Najtrudniej być prorokiem we własnym kraju i długowiecznym futurystą.

Nie jedzenie w pigułce, a fast food. Nie podbój kosmosu, a rzesze ludzi, którzy twierdzą, że na księżycu nie byliśmy. Nie globalny rząd, a globalny nierząd. Problemy sprawia nam upierdliwy pracownik niskiego szczebla działu IT, nie HAL9000.

To wszystko składam na konto nieudolnych techników, którzy nie dorośli do wizji Asimova, Dicka, Lema i Clarke’a. No, może nie szkoda mi trochę dewirtualizacji narkotykowych odjazdów Dicka, ale to temat na inną notatkę.

Każdy artykuł o porażce futurologów musi wspomnieć o jednym kluczowym dla krytyków elemencie krajobrazu przyszłości. O latającym samochodzie.

Dajcie mi wymiar, dajcie mi wolność.

Latający samochód wydawał się bardzo dobrym pomysłem. Koszta budowy infrastruktury spadają, mamy już wybudowane powietrzne autostrady dzięki braku potrzeby posiadania tychże. I można robić politykę, a nie budować mosty! Parkowanie na dachach to świetne odium na problemy z miejscem. Nigdy więcej samochodu zaparkowanego na chodniku tak, że po drugiej stronie powstaje dyfrakcja. Nie straszny będzie też deszcz czy śnieg, starczy sięgnąć nad pułap chmur i dać wolne wycieraczkom.

Rozważmy klasyczny samochód. Samochód przesuwa się w dwóch wymiarach, jedzie w kierunku Y i skręca przy pomocy X, wszystko w czasie T. Samochód latający otrzymuje trzeci wymiar w postaci Z, wysokości i musimy rozważyć co najmniej dwie zmiany Z: od zera do wysokości lotu i z wysokości lotu do zera w idealnych warunkach, lub więcej modyfikacji wysokości ze względu na warunki lotu.

Po rozważeniu tego stwierdzam, że brak latających samochodów nie jest spiskiem technologów przeciwko społeczności, a wyrazem głębokiego zrozumienia jej potrzeb. Ludzie, jak wynika z wieloletnich obserwacji, są z natury głupi.

Ze wzoru na śmiertelność wyprowadzam więc następujące twierdzenie: człowiek poruszający się z dowolną prędkością w trzech wymiarach jest dużo bardziej morderczy niż człowiek poruszający się w dwóch lub pozostający w spoczynku na kanapie.

Wyobraź sobie pijanego kierowcę. 9/11 w twoim domu. Ile razy kolega jechał ze strzałką paliwa wskazującą E? Zamiast podróży z bakiem na najbliższą stację odbywasz podróż “Z do zera” osiągając 9.81 m/s² w próżni własnej głupoty.

“Panie władzo, nie przejechałem na czerwonym. Przejechałem nad czerwonym!”

Zanim zarzucicie mi czarnowidztwo, chcę powiedzieć, że mam rozwiązanie. Latające tramwaje.


Do ubikacji tylko z telefonem

Życie pryszczersa 1 to ciężki kawałek chleba. Całe życie masz świadomość, że rzeczy które możesz sobie napisać w przerwie między papierosem a kawą inni muszą kupić w Sklepie na Aplikacje Przez Program do Słuchania Muzyki. Do tego jesteś przystojniejszy, a dogłębna analiza filmów erotycznych w przyszłości zaowocuje udanym pożyciem seksualnym z partnerką, partnerem, osiołkiem lub dowolną kombinacją powyższych.

Prawdę mówiąc nie mam pomysłu jak zacząć tę notkę, bo ludzie, którzy ją zrozumieją potrzebują dwóch linków do man-pages. Mam spotkanie o czwartej rano (tak, serio) i muszę zmarnować trochę czasu, postanowiłem więc wygrzebać coś z notatnika drewnianego hackera.

Podzielę ten tekst na trzy części: techniczną, liryczną i dramat w jednym terminalu.

Sinoząbek

Wiecie oczywiście, co to Bluetooth? W dużym skrócie to technologia bezprzewodowej transmisji danych. RS232 2.0. Używana jest popularnie do przesyłania danych między urządzeniami przenośnymi (“Przegraj mi ten dzwonek, ziom”), jako wirtualny kabel pomiędzy urządzeniami wejścia-wyjścia i systemem centralnym (myszki, kontrolery konsol, modem 3G w telefonie, słuchawki) i do rozsyłania spamu.

Urządzenie wyposażone w Bluetooth mogą być widoczne dla innych lub też pozostawać ukryte. Posiadają one, tak jak inne urządzenia sieciowe, swój unikalny numer MAC.

Idę do ubikacji, tylko niczego nie ruszajcie!

Och, święta naiwności. Ile razy wracałeś do pokoju po wizycie w ubikacji żeby doświadczyć goatse na podkładzie, zmiany statusu związku na Facebooku i e-mail na listę dyskusyjną, w którym przyznajesz się masturbacji podczas oglądania Koła Fortuny?

Twoi biurowi koledzy to gnoje i tylko czekali, aż oddalisz się od komputera aby zniszczyć twoją reputację. 2 Nauczony doświadczeniem zmniejszasz czas aktywacji wygaszacza na minutę i przez następny tydzień wpisujesz swoje hasło składające się ze stu znaków (małe-duże-specjalne-runy-lizanie-portu) za każdym razem, gdy sięgniesz po kawę.

Ktoś kiedyś gdzieś wpadł na dobry pomysł: gdyby komputer sprawdzał obecność twojego telefonu i blokował ekran, kiedy opuszczasz pomieszczenie z nim w kieszeni? Genialne w swojej prostocie. Kosztowało chyba dwadzieścia dolarów. Zanotowałem sobie żeby kiedyś zrobić taki hack pryszczer-stajla.

is_emil_home.sh

Problem wydawł się banalny. Trzeba sprawdzić narzędzia, które przychodzą z stosem BT i linię poleceń wygaszacza. Zajęło to dokładnie 87 sekund. Pierwszym narzędziem będzie hcitool. Sprawdźcie, czy macie włączony BT i wpiszcie:

emil[~]> hcitool scan
Scanning ...
   00:18:AF:3E:9E:EE    Psot
   00:19:4F:DB:DA:F5    Emil's tablet

W zasięgu mojego laptopa znajdują się dwa aktywne, wykrywalne urządzenia. Telefon (Psot) i N800. Ponieważ urządzenia nie mają nadanych adresów musimy je pingnąć po adresie MAC. Tu pojawia się pierwszy problem, l2ping wymaga uprawnień roota, co zdecydowanie ogranicza nasze możliwości, nie każdy ma takie uprawnienia.

emil[~]> l2ping 00:19:4F:DB:DA:F5
Can't create socket: Operation not permitted
emil[~]> sudo l2ping 00:19:4F:DB:DA:F5
[sudo] password for emil:
Ping: 00:19:4F:DB:DA:F5 from 00:23:4E:F7:7C:57 (data size 44) ...
44 bytes from 00:19:4F:DB:DA:F5 id 0 time 33.17ms
44 bytes from 00:19:4F:DB:DA:F5 id 1 time 9.66ms
44 bytes from 00:19:4F:DB:DA:F5 id 2 time 9.82ms
44 bytes from 00:19:4F:DB:DA:F5 id 3 time 20.79ms
4 sent, 4 received, 0% loss

Będziemy musieli użyć hcitool w naszym skrypcie. To wada, bo jego reakcja na pojawienie się nowego urządzenia jest dłuższa.

Teraz zajmijmy się wygaszaczem. Pisząc to mam dostęp do GNOME, prawdopodobnie da się zrobić podobną sztuczkę w innych systemach biurkowych.

gnome-screensaver-command -a #wygaś
gnome-screensaver-command -d #wyłącz

Połączmy to metodą taśma-klejąca-grep-bash:

1
2
3
4
5
6
7
8
#!/sh/bash

hcitool  scan |  grep "00:19:4F:DB:DA:F5" > /dev/null
if [ $? -eq 0 ]; then
  gnome-screensaver-command -d
else
  gnome-screensaver-command -a
fi

Wrzucić do Crona lub zapiąć we własną pętlę. Dwadzieścia dolarów możecie PayPalem.

It’s żywe!

  1. oddany użytkownik Linuksa z lekkim syndromem mesjasza
  2. OTOH jeżeli czytasz tego bloga jest spora szansa, że twojej reputacji nie da się zniszczyć

Piła, sinus, prostokąt i inne obwiednie

Kolejny weekend, które spędzę w pracy. Żaden z tekstów z notatnika nie nadaje się do publikacji. Pomyślałem, że nabiję Wam trochę rytm: po cztery bity na każdy dzień weekendu.

4 bits + 4bits = weekend

  1. pornophonique – Lemmings in Love (5:10)
  2. Ozzed – Knock Yourself In (2:01)
  3. Goto80 – Ter4 (3:16)
  4. Calidoscopio – Wandering stars (3:22)
  5. paniq – Erleuchte Mich (3:59)
  6. Nullsleep – On Target (3:31)
  7. Skruvmejsel – Mr.Yr (4:08)
  8. yawn – Kind of Guy (2:45)
  9. Paza – Crazy Bird (3:39)
  10. Linde – Enjoyable (2:41)
  11. Lithis – Laserboy Meets Robotgirl (3:12)
  12. pornophonique – Rock’n’roll Hall Of Fame (4:02)
  13. Tek Support – Mk V (4:58)
  14. Wipe of Steel – The Dark Side of the Jazz (5:36)

Odsłuchaj teraz (Link prowadzi do listy odtwarzania w formacie m3u)

Gdybym musiałbym określić gatunek muzycznych wymienionych wyżej utworów stawiałbym na cztery podstawowe grupy tematyczne: acid, WTF, 8bit i Twoja Żona Tego Nie Zniesie.

Jeżeli żyjesz w lesie i nie posiadasz odtwarzacza muzyki, który potrafi wczytać .m3u lub chciałbyś odłaczyć się od nieprzebranych zasobów Internetu, możesz pobrać lokalną kopię zapisując plik na dysku i odesłać wget do brudnej roboty.

wget -i 4bits_plus_4bits_eq_weekend.m3u

Miłego odbioru!

Moi faworyci na liście to: Lemmings in Love, Erleuchte Mich, Kind of Guy, Crazy Bird i The Dark Side of the Jazz. Należy.


N4

Lśniące włosy spływały rzeką na jej świetnie skrojoną kurteczkę koloru pistacjowego. Głowa poruszała się w rytm niesłyszalnego bębna wybijającego rytm transu. Gdybyś miał odwagę stanąć obok, ujrzałbyś delikatnie zaszklone brązowe oczy dominujące nad bladą cerą.

Jej krótka spódniczka opinała uda, gwałtownie uwalniając zgrabne nogi obciągnięte nylonem. Buty na wysokim obcasie odbijały światła latarni.

Stała wsparta o wiatę przystanku N4 i rzygała.


SSH → X11

Półprawda powtórzona tysiąc razy to 998 blognotek

Biegałem w panice od kilku dni. Usłyszałem, że Jobs usunie X11 z Linuksa! Och przeklęty, przeklęty czas! Później, kiedy już zakopałem wszystkie swoje komputery w parku, przyszło dementi: Nie Jobs a Shuttleworth, nie usunie a wymieni na Wayland i nie z Linuksa a z Ubuntu.

Kpię sobię oczywiście z blożków technologiczno-plotkarskich, które uprawiają zigływidłyzm w stylu wolnym.

Pośledziłem trochę komentarze i wyszło mi, że najfajnieszą rzeczą w X11 jest tzw. “network transparency”, co znaczy, że aplikacja odpalona na jednym komputerze może wyświetlać swoją część międzymordzia na zupełnie innym komputerze. Wyszło mi też, że nigdy nie widziałem człowieka używającego tej najfajniejszej rzeczy.

Przyszedł, wyniósł okna i zostawił resztę

Pomiędzy dwoma komputerami działającymi pod *NIX-ami wystarczy nam SSH 1 z terminala z dodatkowym parametrem -X (minus-duże-iks!)

ssh -X user@adr.es.kompu.tera
$ coś-graficznego

Jeżeli wszystko poszło zgodnie z planem, powinniście zobaczyć na komputerze klienckim okno programu coś-graficznego. Pięknie.

Dodatkowym plusem całej tej zabawy jest fakt, że X11 działa na wszystkich ważnych platformach. Możecie zainstalować serwer na swoim Windows 7/Vista/XP, użyć PuTTy 2 do zestawienia połączenia i używać aplikacji ze stojącego gdzieś serwera.

windows-x11

Nie pamiętam teraz, czy OS X ma serwer X11 w standardzie, czy też trzeba go zainstalować z narzędziami developerskimi (mi się kojarzy, że dostałem X11 z XCode na 10.5.6, ale mogłem być pijany), w każdym razie nie będziecie mieli problemu z jego zdobyciem.

x11-osx

Ponieważ mój tablet umie X11 mogę też wprost z kieszeni.

maemo-x11

RDP, VNC, KGB, OHP

Istnieją dziesiątki rozwiązań pozwalających na podkradanie obrazu z komputera drogą internetową. Za moją ulubioną metodą przemawiają dwa czynniki. Po pierwsze, każdy z moich komputerów posiada wszystkie niezbędne części i nie muszę się zastanawiać, czy 10.200.0.XYZ ma serwer VNC. Punkt drugi zilustruję Bardzo Skomplikowanym Schematem Sytuacyjnym.

x11

Jumanie pojedynczych programów i używanie ich w kontekście biurka komputera klienckiego wydaje mi się być rozwiązaniem dużo bardziej elastycznym niż przysłanianie sobie ekranu obcym systemem.

…and now something completely different

Modrzew, a bardziej wideo na YouTube. Chciałem pokazać jak wszystko ładnie działa, ale zgodnie z przewidywaniami podczas klikania mówiło do mnie kilka osób, stąd też demonstracja “co to ja chciałem powiedzieć?” w postaci pliku wideo.

  1. oczywiście zakładam, że OpenSSH jest zainstalowany, nie wyglądacie mi na rolników
  2. Connection → SSH → X11 → Enable X11 forwarding