Archiwum | emil@fuse.pl && crypto

Lista osobista [podcastów]

Rafał Nowak poprosił mnie wczoraj, abym mu podesłał listę podcastów, (w poprzedniej notce przyznałem się do neofickiej fascynacji słuchowiskami internetowymi) których słucham. Skoro mam zrobić listę, to równie dobrze mogę umieścić ją i tu.

Słuchasz

BBC World Service: Global News

Próbował ktoś kiedyś czytać polskie portale? Gówno straszne. Dostaję bolesnego zaparcia ilekroć moje oczy spotkają się z odnośnikami do wiadomości na Onecie czy Gazecie. Global News to podcast wydawany dwa razy dziennie i zawierający najciekawsze wiadomości serwowane przez BBC w przeciągu dnia. Bez sportu. Przeciętny odcinek trwa 30 minut. Mało mówią o Polsce. Czyli same zalety.

RSS

Anime World Order

Nazwa jasno wskazuje o czym jest ten podcast. Oczywiście: o cyckach. W godzinnej audycji posłuchamy o nowościach ze świata komiksu, filmu i gier, które chciwi importerzy przywożą z kraju kwitnącej wiśni. Prowadzący wiedzą o czym mówią, czasem losowy ‘fuck’ tu i tam, więc Twoje angielskojęzyczne dziecko nie powinno tego słuchać. Przesłuchanie jednego epizodu zajmuje zwykle godzinę. Częstotliwość ukazywania się epizodów zależy tylko i wyłącznie od widzimisię i chcemisię autorów.

RSS

The Sceptics’ Guide To Universe

Zaczynasz dzień od horoskopu? Leczysz się  homeopatycznie? Twoja prywatna wróżka łączy zamiejscowe rozmowy do zaświatów? Jezus jeździł na T-Reksie? Mała grupka sceptyków zrzeszonych w “New England Skeptical Society” dyskutuje o najnowszych trendach w pracy szarlatanów.

Dodatkowo w każdym odcinku między prowadzącymi urządza się konkurs “Nauka czy bzdura”. Jedna z osób opisuje trzy wydarzenia ze świata nauki, a słuchający muszą odgadnąć, które z nich jest kłamstwem. Dobra godzinna zabawa. Wydaje mi się, że nowy epizod pokazuje się co tydzień.

RSS

Skeptoid

Drugi podcast zajmujący się rzeczami związanymi z nauką i krytycznym myśleniem. W przeciwieństwie do “Sceptyków przewodnika po wszechświecie” to produkcja jednoosobowa, krótsza (kwadrans, czasem troszkę dłużej) i pozbawiona ploteczek i żartów.

RSS

Windows Weekly

Waaa? Co? Taki gościu, co ma Maczka i Linuksa w domu, słucha Windows Weekly? No, słucham. Cały świat Microsoftu jest dla mnie jedną wielką tajemnicą, a dzięki zabawnym dialogom Paula Thurotta i Leo Laporte mogę wiedzieć mniej więcej co się dzieje. Podcast nie trzyma się w ogóle “linii programowej” i plącze się pomiędzy literaturą, sportem, nerdowskim życiem i wyśmiewaniem się z fanbojów Apple. Czyli między wszystkim, co mi miłe.

RSS

Widzisz, słuchasz

Totally Rad Show

Świetnie wykonany wideo podcast. Trzech gości przedziera się przez świat książek, komiksów, filmów, gier i wszystkiego, co można uznać za ciekawe. Pokazują popkulturę z tej lepszej strony. Możecie nie wierzyć, że popkultura ją ma — też nie wierzyłem. Godzina dobrej zabawy.

Duży Xvid RSS oraz Mały Xvid RSS

Cranky Geeks

Okropny wypadek. Dookoła leżą ciała ofiar. Straszna masakra, a Ty nie możesz odwrócić wzroku. Wiesz, że nie wypada, ale przecież to taka piękna katastrofa. Dlatego oglądam Cranky Geeks. Prowadzący, John Dvorak, jest znanym komentatorem świata IT. Jego zdolności przewidywania wydarzeń w branży są legendarne. Każdy byłby skuteczniejszy rzucając kostką podczas pisania artykułów.

30 minut, raz na dziesięć zaproszą fajnych gości.

MPEG4 RSS oraz h.264 RSS

1Up Show

Gry, gry, gry, gry. Tu na serio nie ma o czym pisać. :-)

RSS

Brok3n Pixel

Bierzemy stare gry, które nawet w momencie wydania były dziwne, sadzamy kilku gości z piwem przed monitorem, dajemy im pada i nagrywamy ich pijackie wybuchy radości. Przepis prosty i skuteczny. Coś jak Angry Nintendo Nerdna kilku graczy.

(W temacie ANN, trochę dobrej klasyki: Power Glow, Back to the Future, [Bible Games](http://www.youtube.com/watch?v=LkNvQYiM6bw[/ref]

RSS

Życzę Państwu miłego odbioru.


Opowiedz mi bajkę (cyfrowo lub z winylu)

Zacznijmy historią. Dawno temu, w czasach gdy dinozaury zamieniły się już w paliwo, a Lech Wałęsa nadal szykował się do skoku przez płot, jedną z popularniejszych rozrywek wśród dzieci w moim wieku było słuchanie bajek z winylowych płyt.

Kochałem każdą bajkę w mojej kolekcji. Znałem na pamięć każdą piosenkę i żart. Niektóre zawierały ponadczasowe prawdy. Weźmy bajkę o znudzonych zwierzętach w lesie, które w ramach walki z nudą budują sobie boisko piłkarskie. Jest czyn społeczny, jest praca w pocie czoła. Po skończonej pracy pierwszy mecz, który nasi leśni przyjaciele przegrywają z kretesem. Wtedy to Słoń, najmądrzejsze bydle w stadzie (no, może nie był taki mądry skoro mieszkał w lesie? Choć w PRL-u mógł dostać po prostu taki kwaterunek) wygłosił kwestię: “To nie wszystko mieć boisko i trybuny mieć, nie wszystko”. Trzeba do tego trenować!

Miałem też “Piotrusia Pana”. Kto może nie kochać małego anarchisty na haju z wróżkowego pyłu? No i biły się o niego dwie dziewczyny! (Wtedy wydawało mi się dziwne, kilka lat później fantastyczne, dziś mocno nierealne) W każdym razie słuchałem tej płyty dość często i cieszyłem się z każdej chwili w której mogłem obcować z historią.

Było niedzielne popołudnie. Ojciec gdzieś wyszedł, a Matka sprzątała. Leżałem na łóżku ciesząc się kolejną ucieczką Kapitana Haka. Bajka się kończyła, już prawie wstawałem by podnieść igłę. Matka właśnie przechodziła w okolicy ciągając za sobą odkurzacz (ach, te pojedynki, kto kogo zagłuszy) i trąciła adapter.

Igła podskoczyła i opadła. Usiadłem sztywno, moje oczy zamieniły się w 50 złotowe monety (monety o wartości 50 złoty [wyglądały tak](http://www.numizmaty.com.pl/produkty2/274.jpg[/ref] — Kapitan Hak zginął w brzuchu krokodyla, który wcześniej odjął mu rękę. Ale jak to! Znam tę bajkę! To się nigdy nie zdarzyło. Co się dzieje? Dwa lata słuchania i nigdy tego tu nie było? Szok porównywalny z pierwszym kontaktem z biurokracją. Po bliższej inspekcji płyty odkryłem rysę. Rysę, która przez dwa lata podbijała igłę na chwilę przed zakończeniem historii. Rysę, która sprytnie umiejscowiła się w miejscu, gdzie przygrywał muzyczny przerywnik dzięki czemu nigdy nie miałem podejrzeń, że jestem ograbiany z epilogu.

Mody wracają. Osobiście czekam na powrót flanelowych koszul, których mam niezły zapas z lat dziewięćdziesiątych. Póki to nie nastąpi muszę się zadowolić nowo odkrytą pasją: podcastami. Co rano zbieram nowe epizody gadających głów, które umilają mi  kawę analizą, żartem i wiadomościami. A bajki? Bajki też są!

Projekt LibriVox jest tym dla książek audio, czym Projekt Gutenberg jest dla książek. To kolekcja klasycznych tekstów czytanych przez wolontariuszy. Czego tu nie ma! Samo wybieranie rzeczy, których chciałbym posłuchać zajęło mi dobry kwadrans. Na początek ściągnąłem “Alicję w krainie czarów” Lewisa. Mimo, że każdy rozdział czytany jest przez inną osobę, jakość okazała się doskonała i mogłem sobie przypomnieć najbardziej psychodeliczną bajkę mojego dzieciństwa podczas spaceru.

Zaprawdę powiadam Wam, są jeszcze w Internecie projekty, które nie koncentrują się na produkcji fotek kotków ze “śmiesznymi” podpisami. Wartości tego serwisu nie da się przecenić: mamy nie tylko dostęp do wielu perełek literatury, ale dodatkowo możemy podszkolić nasze zdolności językowe. Uczycie się rosyjskiego, francuskiego czy hiszpańskiego? No to zakładajcie słuchawki i słuchajcie.

Serwis przekroczył niedawno magiczną granicę — wysłuchanie całego materiału tam zgromadzonego zajmie Wam 365 dni.

Jutro poniedziałek. Droga do pracy w deszczu i zgrzytanie zębami przy pierwszym kontakcie z firmową pocztą. Umil sobie drogę do dobrą literacką pozycją. Ile można męczyć nowy singiel Britney?


Kiedy robisz wielkie oczy

Jest poniedziałek. Jest mokro. Trzeba iść do pracy. W pracy trzeba męczyć bazy danych i liczyć różne rzeczy. Do dupy taki zawód, gdyby ktoś znalazł jakiś sposób żeby móc przeglądać rysunki Azjatek w szkolnych strojach i mówić, że się pracuje.

Czekamy na “Porn guide to Java” i “Haiku guide to wireless networking”.


Plotki o śmierci Dżobsa są mocno przesadzone. Jeszcze.

Używając ostatnich ciepłych dni w tym roku spacerowałem po parku jedząc loda (ananasowy, dwie kulki). Nagle z ławki poderwał się jakiś facet i wymachując mi przed twarzą pokazywał żebym zdjął słuchawki. Zdjąłem. “Niech Pan tego nie je! Do lodów od wczoraj sypią arszenik, ale nikt tego Panu nie powie, bo to spisek. Więc informuję”. Popatrzyłem krytycznie na loda, upuściłem go na ziemię i z całej siły rozdeptałem glanem.

Rozejrzałem się po parku. Dzieci, zakochani i staruszkowie. Wszyscy w niebezpieczeństwie. Pobiegłem więc krzywymi chodnikami i bez słowa wytrącałem im popołudniowy deser. Robiąc to wykrzykiwałem informacje o niebezpieczeństwie. Część osób dołączyła do mojej krucjaty. Kiedy zakończyliśmy oczyszczanie parku pobiegliśmy ulicami Łodzi niosąc nowinę i ratując istnienia.

Policja wyłapała nas po godzinie. Przesłuchiwany powiedziałem, że to skandal i wszystkiemu winni są wariaci przesiadający po parkach, który zatruwają umysły rozsądnych obywateli, takich jak ja.

Brzmi idiotycznie? To zmieńmy bohaterów.

Anonimowy autor tekstu, powołując się na anonimowe źródło napisał, że Jego Dżobsowatość miała zawał. Ludzie złapali się za głowy, potem za portfele i ruszyli sprzedawać akcje Apple. Nie od dziś wiadomo, że po śmierci użytkownikom odbierze się wszystkie ich makowe laptopy, desktopy, iPody i iPhony, ułoży się z nich kurhan pod którym spocznie ciało lidera. Kogo winią ludzie? Czytując różne teksty opisujące to wydarzenie widzę, że ogół przychyla się do obarczenia winą “dziennikarstwa obywatelskiego”, które w przeciwieństwie do “dziennikarstwa profesjonalnego” nie ma standardów, opiera się na plotkach i w ogóle żyje tylko dla odsłon i wpływów z reklam. Pisząc to zdanie sam omal nie zszedłem na serce od nagłego skoku sarkazmu w krwiobiegu.

Ludzie z chęcią pozbędą się odpowiedzialności za własną głupotę jeśli jest tylko jakiś wygodny kozioł ofiarny. Taki bez twarzy i osobowości. Amatorskie pisarczyki, terroryści i czarni.

Głupiec szybko rozstanie się ze swoimi pieniędzmi.

Ciekawi mnie jak zareagowali na to więksi udziałowcy Apple. Ktoś tam chyba powinien pomyśleć, czy na serio opłaca im się eksponowanie swojego star-CEO, tak jak ma to teraz miejsce. Ludzie wierzą, że Jobs osobiście czyta wszystkie diffy kodu, który piszą jego pracownicy, oczami fantazji widzą go, jak spędza godziny w laboratorium i poszukuje genialnych rozwiązań, które ostatecznie wykończą konkurencję. Mity są dobre, zwłaszcza te, które ukazują oddanego i łebskiego szefa dzięki któremu wszystko dookoła ma sens.

Jeżeli ludzie wierzą, że Jobs jest jednoosobową armią, to potrafią wykonać prostą operację matematyczną i stwierdzić, że Apple - Jobs = 0. Czy posiadacze majątków zaklętych w papierki APPL wierzą, że Stefan jest nieśmiertelny? I nigdy nie powie im “Pierdolę, nie robię”, spakuje kilka koszul i pojedzie robić pomocniczy wokal w soundsystemie z Kingston?

Jedna plotka starczyła by jakiś człek wzbogacił się na [shorcie](http://en.wikipedia.org/wiki/Short_(finance[/ref] (dolary przeciwko orzechom, że SEC przetrzepie transakcje z tego okresu i ktoś się będzie tłumaczył) — mordując znany cytat — “prawda nas uwali”.

(Zupełnie z boku, pisząc to oglądałem co tam w RSS piszczy i trafiłem na notkę Pana Makowskiego. To już nie pierwszy raz “zawodowi dziennikarze” używają tekstów napisanych przez bloggerów i nie fatygują się z ukłonami w kierunku autorów. Blogger między pisaniem tekstów wyciska tylko pryszcze, redaktor Polityki musi mieć na bułkę z masłem i paliwo do rakiety na czterech kołach. Priorytety.)


Gdy czas nie płynie — idę na stację. Stoję tam i udaję, że na kogoś czekam”

A gdy i to nie pomaga, wracam do domu. Bardzo, bardzo wolno.”

Jaki jest najlepszy termin przydatności do spożycia dla przyjaźni? Czy marzenia młodych ludzi są warte realizacji? Wojna za dwie godziny, czy zagłada świata w tej chwili.

Nie umiem pisać o książkach, filmach i muzyce. Dużo przymiotników, mało faktów. Więc powiem tylko tyle 雲のむこう、約束の場所 (ang. Beyond the Clouds, The Promised Place) to jedno z najlepszych anime, jakie widziałem w tym roku. Historia, wizualny orgazm i dziewięćdziesiąt minut cichych retrospekcji.


Piątek

Słaby tydzień. Seria słabych tygodni układająca się w dwa miesiące.

Pracownicy. Ludzie, z którymi pracujesz. Ci wszyscy spece od różnych rzeczy: kamieniarze i designerzy damskich torebek dla facetów. Jeżu, jak oni się opierdzielają i ciągle robią Cię w konia. Symulują pracę póki nad nimi stoisz. Gdy tylko się odwracasz priorytety sortują się natychmiast. Przyłapany na olewce pokręci głową i powie “pracuję przecież” kadrując fotki, które zaraz wrzuci na Naszą Klasę.

Klienci. “Jeszcze tylko jedna zmiana”, “Faktura nie doszła” oraz “Trzeba było zadzwonić, bo dokument na biruku nie obliguje nas do niczego. A skoro już rozmawiamy, to mamy taką poprawkę”.

Specyfikacje. Odwrotność dowcipów. Dowcipy są krótkie, mają puentę i są zabawne. Specyfikacje są długie, zmieniają się jak kalejdoskop, a na końcu są ignorowane.

Komputery. Serwery. Gadżety. Śmierdzą kałem i psują się.

Kawa. Skończyła się, nie mogę mieć więcej kawy, bo Klienci.

Alkohol. Jak kawa, a do tego przestał mi smakować.

Sądy. Szósty rok tą samą sprawę. Pół setki świadków i dowody. Potem uchybienie proceduralne i od początku ze zmianą składu sędziowskiego. “Co Pan nam może powiedzieć nowego w tej sprawie?” — zapytano mnie — “Nowego nic i mam nadzieję, że jeszcze pamiętam stare”.

Banki. Proszę udowodnić, że nie potrzebuje Pan kredytu żebyśmy mogli dać Panu kredyt.

Ruby na szynach, Python w klatce, PHP on crack, IDE w Javie, PLD na serwerze, Apache ze szkła. Osiemdziesiąt procent strat na routerze, dziewięćdziesiąt procent utraty chęci.

Kobiety. Próbujesz się z taką jedną umówić, miesiąc czy tam kwartał. Pół roku nawet? Bez zobowiązań, może zamienić słowo z kimś, kto nie zacznie spotkania od wymieniania nowych, fajnych bibliotek i tego, co przeczytał na blogu innego programisty. Wczoraj dostałeś SMS-a “O, Twój Ojciec przyjechał”. Patrzysz zdezorientowany na zegarek — jest 21:00. Nawet nie próbujesz się zastanowić jak to jest, że Twój Ojciec wpada do niej późnym wieczorem, a ty przebierasz czcionki (pismo odręczne, kapitaliki) w formacie TTF2.

Epicki FAIL jest epicki.

Za tydzień też jest przyszły tydzień.


Są mądrością narodów

Baba z wozu, koniom lżej” 1 mruknął do siebie wycierając zakrwawiony nóż o róg swojej flanelowej koszuli. Rozejrzał się ostrożnie i wyszedł z zaułka.

Tego samego dnia tańczył z kobietami o wątpliwej cnocie, zataczając się i bełkocąc, wlewając sobie co i rusz nową porcję smakującego anyżkiem alkoholu. Głód jest najlepszym kucharzem. Nie było w nim obawy, nie było w nim żalu, bo głodny kija się nie boi. Hulaj dusza, piekła nie ma.

Przyjechali na sygnale wezwani przez jednego z mieszkańców pobliskiego budynku. Byli źli, byli na nocnej zmianie, wyrwano ich przed pierwszą kawą. Ominęli tłum gapiów i popatrzyli na ludzkiego manekina z rozrzuconymi kończynami i brązoworudymi śladami na ubraniu. “Patrz” — powiedział pierwszy — “Góra urodziła mysz”. Bo trup w tym mieście policjantów dawno przestał ruszać. Przed pierwszą kawą taki zakuty człowiek nie wychyla strzałki na mierniku sprawiedliwości dalej, niż przejście na czerwonym świetle.

Drugi z policjantów przyklęknął obok ofiary i zaklął jak szewc. “Przyjdzie nam szukać igły w stogu siana” — pomyślał do siebie. Nikt nie jest bardziej głuchy i ślepy niż ludzie mieszkający w tej okolicy. Każdy ma swoje alibi i wie, że brudy pierze się w domu.

Kto rano wstaje, temu Pan Bóg daje. Jemu dał kaca i świadomość. Jedno i drugie było wyjątkowo bolesne — pocił się więc i drżał myśląc, że ucieczka jest zawsze haniebna, ale czasem zbawienna. Umarłego płaczem nie wskrzesi, wstał więc i ruszył ku drzwiom używając ściany jak psa przewodnika.

Z deszczu pod rynnę, z nory na słońce.

Mijały dni. Spędził je upijając się jak świnia, bo dobrego i karczma nie zepsuje, a złego i kościół nie naprawi. Co się odwlecze to nie uciecze. Któregoś dnia wpadł na policyjny patrol.

Czasy były inne i nikt nie wierzył, że sprawiedliwość bez dobroci okrucieństwem jest. Starotestamentowo oko za oko, sznur za nóż. Dzisiaj żyjesz, jutro gnijesz.

Urodził się – ochrzcili, podrósł – ożenili, umarł – pochowali i na grobie napisali, że był błazen.

  1. przysłowia zajumane z Wikiquote, dziękujemy

Rysiek wali chmurę i ma dobrą nawijkę

Wszystkie Ryski to porządne chłopy.

Richarda Stallmana przedstawiać nie trzeba — to ten facet, co zrobił wielki hałas, bo napisał sobie sterownik do drukarki. Skupił wokół siebie inne osoby i wspólnymi siłami napisali kompilator, którym ten sterownik do drukarki można skompilować. Ostatecznie wszyscy żyli długo i szczęśliwie, a na wizytówkach napisali sobie GNU Not UNIX.

Stallman udzielił wczoraj wywiadu, w którym przywalił całemu sektorowi SaaS, opluł usługi sieciowe (zaraz jadę ze szmatą powycierać dookoła jamajka.fuse.pl) i wskazał jedyną drogę. Pozwolę zacytować sobie za Webhosting:

„Nie powinieneś korzystać z aplikacji sieciowych, ponieważ tracisz kontrolę. Jest to równie złe jak korzystanie z własnościowego, zamkniętego oprogramowania. Zajmij się swoją pracą na swoim komputerze przy wykorzystaniu programów, które szanują twoją wolność. Jeśli używasz własnościowego oprogramowania lub cudzego serwera WWW, jesteś bezbronny. Jesteś marionetką w rękach tych, którzy stworzyli to oprogramowanie”

Z głowami kościołów się nie dyskutuje. Nie mam co robić, a kawa stygnie. Awienc. O tym, co robi Rysiek z antylopami nie dowiedziałbym się gdyby w połowie (czy może pod koniec? Detale) lat dziewięćdziesiątych gdyby Ami nie wpuścił mnie na serwer abyss.lodz.pdi.net, a potem Rekin na supersonic.plukwa.net. Dzięki tym komputerom — cudzym, zaznaczę — naumiałem się UNIX-ów na tyle, by móc przygarnąć ISO z Debian.org i robić co Stallman przykazał: zająłem się pracą na swoim komputerze przy wykorzystaniu programów, które szanują moją wolność (szkoda, że kilka nie szanowało mojego czasu wieszając się i śmierdząc).

Złamałem przykazania. Używałem cudzych komputerów. Jeden serwował i odbierał ode mnie pocztę, inny znów wyświetlał moją stronę. Nadciągnęła rewolucja serwisów sieciowych i nagle mam jakiegoś GMaila, Google Calendar, Google Reader, Remember The Milk, a nawet dostęp do banku przez Internet. Teraz siedzę i analizuję, gdzie leży zło. Każdy z wyżej wymienionych serwisów pozwala mi na dowolny dostęp moich danych przez całkiem nieźle opisane formaty plików i protokoły. IMAP, SMTP, POP3, CSV, iCal, vCard, PDF. Nie mam kodów źródłowych, aplikacje nie stoją na moich serwerach — mimo to — czuję się panem i władcą moich danych (prócz banku, który usilnie nie chce mi dopisać dwóch zer).

Praca z zamkniętymi serwisami jest bezproblemowa póki Twoje dane da się ‘wynieść’. Jeżeli dane, które otrzymałeś z zamkniętego serwisu, nie są możliwe do przetworzenia na Twoim komputerze (bo nie masz aplikacji lub aplikacja o podobnej funkcjonalności nie ma możliwości importu danych w takim formacie) to zawsze możesz zacząć pisać otwarty kod lub patcha! Prawda, prawda?

Można mi zarzucić głupotę, bo przecież nie o takich serwisach mówił Stallman. Więc o jakich? Portalu randkowym? Blipie? Facebooku? Flakerze? Backup konta randkowego? Czy też ściany na twarzoksiążce? Wszystkie ‘poważne’ serwisy przetwarzające dane o jakimś znaczeniu mają opcję dostępu do danych zgromadzonych przez użytkownika. Serwisy rozrywkowe? W teatrze i kinie siadam na dupie i oglądam co mi miga przed oczami. Nie żądam wydania mi scenariusza i odegrania sceny balkonowej w kuchni — między koszem na śmieci a zlewem.

Odnoszę więc wrażenie, że szacowny autor uprawia zigływidłyzm, wprost idealnie pasujący na pierwszą stronę Onetu czy innej Wybiórczej.

Rzecz druga: dlaczego Stallman legitymizuje spik marketodiów? Cloud Computing to typowe określenie, którego używamy by sprzedać to samo gówno w nowym opakowaniu. Masz bazę danych i jakieś proste API? Chmura. Twój Apache lub lighttpd ma moduł do WebDAV-a? Chmura. Chmura. Chmura 2.0 — już niedługo. Ktoś, kto siedzi w branży tyle czasu i widział już jak bańki nadymają się i pękają pod własnym ciężarem powinien wiedzieć lepiej.

Wkładu Richarda w rozwój komputerów nie da się pominąć. Nie powinno się też pomijać, że z łebskiego programisty i lidera mamy teraz trolla i populistę. Tak, populistę — tylko populista może dawać proste rozwiązania problemów, które dla większości świata nie istnieją. Czy mój Ojciec ma mieć własny serwer pocztowy w domu, czy starczy jak zostanie w rodzinie? Babcia może oglądać zdjęcia wnuczki na Flickrze, czy mam czekać, aż zdecydują się wydać wszystkie literki, które to napędzają?

Męczy mnie koszerność. Zadziwiające jak wielu miłośników wolności zgrzyta zębami, gdy używam swojej wolności by robić coś innego, niż sobie umyślili.


Było blisko, cholernie blisko!

możesz się też przetestować na frajerstwo pobierając oryginał z “Czerskiego Składnicy Internetowego Zdziwienia


imgtopdf

Każda wymówka jest dobra. Postanowiłem kuknąć w Pythona żeby zobaczyć, co tam się zmieniło od 2005, kiedy to ostatni raz miałem okazję napisać sobie małego toola do monitorowania połączeń między routerami. Miałem już rozwiązanie, szukałem problemu.

Męczę się z seriami obrazków. Mam kilka ładnych komiksów, które cholernie ciężko się przegląda i przegrywa (na przykład na N800), postanowiłem więc zagonić Pythona do generowania jednego, grubego PDF-a, który pozwoli mi robić zakładki i wygodnie czytać na dowolnym urządzeniu.

Spędziłem pół godziny przełączając się między Safari i Vimem. Ostatecznie wyszło coś takiego.

import dircache
import Image
import ImageFilter
from reportlab.pdfgen.canvas import Canvas
from reportlab.lib.pagesizes import A3
from reportlab.lib.pagesizes import A4
import os, sys
from stat import *

class PDFStack:
        def __init__(self,filename):
                self.filename = filename
                self.pdf = Canvas(filename, pagesize = A4)
                # debug
                print filename
        def addToStack(self,file):
                #debug
                mode = os.stat(file)[ST_MODE]
                if S_ISDIR(mode):
                        print "I haz directory"
                        tree = ITree(file,self)
                print "Adding...",file
                try:
                        im = Image.open(file)
                        #im.filter(ImageFilter.BLUR)
                        #im.resize([2338,1654]) #A3 pi*drzwi
                        #im.resize([595,841]) #A4 pi*drzwi
                        #im.resize([200,300]);
                        #im.save('/tmp/'+file, "PNG")
                        self.pdf.drawImage(file,0,0,570,841) #hardoking, fuck yeah
                        self.pdf.showPage()
                except IOError:
                        print "Meh, ", file, " is not an image file"

class ITree:
        def __init__(self, dirname, stack):
                dirlist = dircache.listdir(dirname)
                for item in dirlist:
                        stack.addToStack(dirname +"/"+ item)

stack = PDFStack('/tmp/output.pdf')
tree = ITree('.',stack)
stack.pdf.save()

Wymagania to chyba Python 2.5 (działa ten dostarczony z OS X), Python Imaging Library 1.1.6 i ReportLab 2.2. Oczywiście, zero parametrów, więc jak komuś się chce, to może sobie dopisać obsługę argv. ;-) Mi już się nie chce, uzyskałem swojego PDF-a i mogę się uwalić, poczytać.

Cały kod potencjalnie ssie: choćby rekurencja, którą dopisałem jak przypomniałem sobie o podziale i rozmiary obrazków zakodowane na stałe. Ważne, że weekendowy projekt mam zaliczony i dopisuję sobie dwa i pół nerdpunkta do dzienniczka.


N800 + OS2008 w obrazkach

Chyba wszyscy widzieli już zdjęcia i filmiki demonstrujące piękno iPhone. Googlając nie natrafiłem jeszcze na jakiś ładny zestaw obrazków z N800, postanowiłem więc zebrać kilka ze swojej zabawki. Miłego oglądania.

Tak N800 wygląda po włączeniu. Górny, prawy róg zajmują tray (czy też “tacka systemowa”) — applet do Bluetootha, Jabber, jasność ekranu, głośność, stan baterii. Po lewej stronie znajduje się menu skrótów do sieci (glob), operacje na kontaktach/poczcie/rozmowach via IM i telefonii IP, oraz “start menu” z aplikacjami. Centralną część ekranu zajmuje desktop z dwoma appletami: zegarkiem i odpalaczką do często używanych aplikacji.

Wbudowany klient pocztowy nie należy do najlepszych rzeczy pod słońcem, dlatego też zdecydowałem się używać Syphleed Claws.

D’uh. Terminal? ;-)

Aplikacje webowe do Wielkiego Gie biegają bez problemu (Google Readera używam w wersji dla iPhone, działa dużo lepiej niż standardowy widok)

Polske łebdwazero też żre. Idealne do obserwowania tagu #lm.

Och, jak ja żałuję, że ta aplikacja jest taka prymitywna. Tak, to narzędzie do robienia sobie szkiców. Odstresowuje wprost idealnie. :-)

YouTube można oglądać na wiele sposóbów — byłem za leniwy żeby robić zrzut z Canoli.

Komiksy, ebooki, PDF-y i tak dalej. Nie zrobiłem zrzutu playera do mediów, bo oczywiście tool do robienia shotów nie umie cyknąć overlaya, a ja nie mam serca szukać gdzie można przestawić rysowanie na X11. Musicie mi wierzyć na słowo. ;-)

Co jednych kosztuje tysiąc dolków inni mogą zainstalować za darmo. ;-)


raban pot. «głośna awantura; też: rozgłos wokół jakiejś sprawy»


Smak własnego lekarstwa

Ci, którzy nie śledzą wyborczej wojny u naszego nowego Wielkiego Brata, powinni na początek dostać małą dawkę informacji. Kandydatów na Króla Mocarstwa jest dwóch: czarny, medialny i wygadany Obama, reprezentujący Demokratów (taka partia jak Republikańska, ale lubią aborcję i pedałów), drugi obóz reprezentuje McCain, biały staruszek, który utracił kontakt z rzeczywistością ok. roku 2000, więc jest idealnym kandydatem neokonserwatystów, słynny z kilku cytatów o bombardowaniu i e-mailach. Reprezentuje Republikanów (taka partia, jak Demokraci, ale nie lubią aborcji i pedałów (z niewiadomej przyczyny wielu koneserów kakaowego oczka wielokrotnie zasiadało w Partii Republikańskiej i groziło piąstkami swojej społeczności — widać przyciągają biczowników[/ref].

To były głowy, a teraz chwilkę o nerkach, czy wiceprezydentach. Obama wybrał białego faceta, który wygląda dobrze w garniturze — McCain chciał go załatwić i za jednym zamachem uszczuplić pulę wyborców, którzy przeszli do obozu Baracka po tym jak załatwił panią Clinton w partyjnych wyborach. Głosujący, a raczej głosujące, można zebrać w grupie i otagować ją “damy głos na posiadaczkę waginy”. McCain wymyślił więc panią Sarę Palin. Na początku komentarze przypominały mi moje pytania do częściej odwiedzających stadion  Łódzkiego KS-u podczas zmiany piłkarzy: “Kto zmienił kogo? Rany, co to za ludzie? Co? Skąd? Jeżu!”

[caption id=”attachment_469” align=”aligncenter” width=”320” caption=”Sarah Palin”]Sarah
Palin[/caption]

Internet eksplodował. Nawet śledząc dość uważnie, co się dzieje po drugiej stronie sadzawki, nie jestem w stanie wyliczyć, co tam wyciągnięto na biedną gubernator Alaski. Od fantastycznego fiskalizmu, przez bycie kreacjonalistką (eufemizm słowa ‘debil’, wiara, że ziemia ma 6000 lat, a ludzie zapierdzielali po glebie razem z tymi wielkimi padalcami z trylogii Jurassic Park), edycję strony Wiki w Wikipedii na godziny przed ogłoszeniem nominacji (fakt, że zrobił to ktoś inny), po opinię, że edukacja seksualna jest złem strasznym, a najlepszym środkiem zapobiegawczym jest abstynencja — i późniejsze ujawnienie, że Duch Święty nie był sprawcą ciąży jej siedemnastoletniej córki.

Najnowszą zabawką zwyrodniałych internautów jest zestaw e-mail z skrzynki pocztowej potencjalnej VP. Jak to się stało, zapytacie? Otóż przykład idzie z góry. Biały dom od kilku lat usilnie poszukuje backupów e-maili. Przyszła amba i zjadła te wszystkie niewygodne listy, które trzeba by ujawnić. Sara, nie dysponująca budżetem jaki posiada Biały Dom na zakup wadliwych, psujących się w idealnych momentach dysków, wpadła na pomysł tańszy, a równie diaboliczny. Konto pocztowe na Yahoo! — tak, to sprytny plan.

Odzyskiwanie “zagubionego” hasła w Yahoo! wymaga odpowiedzi na dwa pytania — Palin powiesiła poprzeczkę bardzo wysoko — kulawy krasnolud zahaczyłby o nią kolanem. Pierwsze pytanie dotyczyło kodu pocztowego pod którym mieszka posiadaczka konta, a drugie, szkoły do której chodziła. Dane absolutnie nie do zdobycia.

Tak, będzie puenta. W tym, albo w następnym paragrafie. Nie, nie jest moim celem naśmiewanie się z głupoty potencjalnej VP. Nie jestem obywatelem USA i moje pomruki z kraju wasalskiego nie są nawet warte ruchu powietrza. W tej całej akcji Internet vs Palin najbardziej ciekawiły mnie opinie polityków.

Gdy wypłynęła sprawa ciąży córki, która nie miała jeszcze okazji stanąć przed Bogiem i wytłumaczyć się z potencjalnej miłości do ojca jej dziecka przez przyjęcie klątwy “póki śmierć Was nie rozdzieli”, politycy powiedzieli, że to jej prywatna sprawa i wara od tego publice. Hola, hola! Wiem, jak się jedzie na wysokim koniu podpisanym Moralność, to zjebać się z niego boli — zwłaszcza, gdy część wyborców kocha Wartości — ale nie róbcie z ludzi idiotów, m’key? To, że ludzie uważają embriona w łonie córki pani gubernator za sprawę ważną, jest wynikiem tego, że ciągle zajmujecie się cudzymi embrionami w Senacie. Wyjdziecie ludziom z sypialni, to będziecie mogli płakać.

No i e-maile. Wiedziałem, że e-maile będą fantastycznie skomentowane. Wypowiedzieli się nawet moi ulubieni telewizyjni kretyni zasiadający w FOX TV. Oczekałem wodospadu słów o nielegalności, prywatności, poufności, hakerach, złu i komuchach. Dostałem to, plus dokładkę, plus deser i dwie żelki. Komentatorzy nawet nie mrugnęli mówiąc do szklanego oka. Ludzie wyrażający żal z powodu takiego gwałtu na Palin podnosili łapki podczas głosowania nad retroaktywnością działań operatorów telefonicznych. Poczta elektroniczna, ruch w sieci i rozmowy telefoniczne były podsłuchiwane przez operatorów na zlecenie NSA. Bez nakazu, zgody, powodu. Gdy sprawa wypłynęła, senatorowie związali zasadę lex retro non agit i usprawiedliwili wcześniejsze naruszenia prawa. Ot tak. Dziś ogłaszamy, że wczoraj nielegalne było chodzić po Piotrkowskiej i wszystkich zamykamy. My Cię nielegalnie podsłuchiwać, gut. Podsłuchiwać nielegalnie nas, not gut.

Rząd od młodego hakera, który załatwił konto na Yahoo!, różni się tym, że jeden może swoje przestępstwo uchwałą zamienić w działanie “dla dobra obywateli”.

Cholernie lubię oglądać ludzi konsumujących własne lekarstwa. Gdy wołający o sprawiedliwość otrzymują sprawiedliwość. Gdy Ci, którzy chcą wiedzieć o wszystkich, stają się przedmiotem publicznej debaty. Gdy konował, który umie leczyć tylko pijawką i amputacją, dostaje po przegubach.


Gorliwa katoliczka

damy coś lekkiego, bo na tym blogu to na zmianę programowanie albo halucynacje.

Włoska modelka Raffella Fico, lat 20, postanowiła dać się bzyknąć za milion euro. Jak sama zapewnia jest dziewicą, bo “nigdy nie miała chłopaka, jest oddaną katoliczką i dzień w dzień modli się do Ojca Pio”. Taka stara anegdota się mnie przypomniała, przypisywana Churchillowi.

Zaproponował on (ten Churchill) pewnej Pani milion funtów za numerek — Pani na początku, zapewne dla zasady, skrzywiła się by ostatecznie się zgodzić. Churchill dopytał wtedy, czy pięćdziesiąt funtów starczy — Pani się bardzo obruszyła i zawołała — “Za kogo mnie Pan ma?!”. Staruszek odpowiedział: “Kim Pani jest już ustaliliśmy. Teraz się tylko targujemy.”

Pozostają dwa pytania: jaki frajer zapłaci milion euro za amatorkę i ile kosztuje drugi numerek?


Morduj wszystkich (łącznie z dziećmi) w OS X

Zamykanie: abuse mlaskania wskaźnikiem kulkowym 1

W OS X kilka rzeczy zachowuje się inaczej. Niektóre są wprost genialne, inne znów wchodzą w drogę komuś wychowanemu na innych systemach operacyjnych. Pierwsze na co wpada początkujący użytkownik to zamykanie programów. Ludzie nawykli, że gadget zamykania okna powoduje w większości przypadków wyłączenie programu i zwolnienie dostępnej pamięci.

System Apple chowa oczywiście okno, zamyka projekty związane z aplikacją, ale zostawia kopię programu w pamięci. Coś, czego na początku się nie spodziewamy. Nowicjusz podczas sesji z systemem łatwo może doprowadzić do sytuacji, w której pamięć jest zajęta przez dużą liczbę aplikacji, które zamknął. A przynajmniej myślał, że zamknął.

Programy, pod którymi znajduje się kropka, znajdują się obecnie w pamięci mimo, że możemy ich nie używać.

Oczywiście, wiedziałem o tym przed zakupem Maka i staram się ubijać bezużyteczne programy. Niestety, sesja w pracy powoduje, że muszę ręcznie ubić ok. 7 programów. Strasznie irytujące, zwłaszcza, że należę do ludzi, którzy bardzo ale to bardzo nie lubią sięgać po myszkę i biegać kursorem po ekranie.

/bin/bash i co dalej?

Postanowiłem napisać sobie skrypt w Bashu, który pozabija mi programy, które standardowo “zaśmiecają” mi Dock. Sam skrypt jest trywialny i wygląda mniej więcej tak.

#/bin/bash

software=( Preview TextEdit VLC filezilla iTunes )

for name in ${software[@]}

do

        killall $name >/dev/null

done

W pierwszej linii definiujemy shell, który wykona skrypt. Potem robimy listę aplikacji, które chcę zabić za jednym podejściem, następnie kręcimy się po tej liście w pętli (lans łord of de dej: iterujemy) i każdy program z listy jest ubijany przez killall. Z konsoli oczywiście działało. Postanowiłem, że większy sens będzie jeśli podepnę całość przez klawisz skrótu.

Spróbowałem preferencji klawiatury i trafiłem na pierwszy zgrzyt. Nie da się zdefiniować skrótu, który odpali skrypt. Utknąłem. Nie zostało nic innego jak instant-mac-help czyli blipowy tag #mac — i oczywiście, jak zwykle, otrzymałem satysfakcjonującą odpowiedź.

AppleScript

AppleScript to język podobny do REXX-a. Wiem, że Wam nic to nie mówi, bo nie mieliście Amigi. Skrótowo: aplikacje dostarczają specjalnych interfaceów do których AppleScript potrafi się odezwać i pobrać informacje. Dzięki kilkulinijkowym skryptom możemy spiąć programy, które normalnie ze sobą nie rozmawiają. Przykładowo prosimy AddressBook.app żeby podała wszystkie wpisy z adresem e-mail w domenie @wp.pl, dane te przekazujemy do interface programu do składu grafiki i mamy automat do generacji listy lamerów.

(W AS możemy pisać też proste aplikacje z UI, ale to nie jest tematem notki, zainteresowani mogą udać się na strony [opisujące AppleScript](http://www.apple.com/applescript/

Dodatkową zaletą AS jest to, że możemy bez problemu podpiąć taki program pod skrót. Popatrzyłem w dokumentacje i znalazłem sposób na odpalenie skryptu Basha z AS właśnie. Wystarczy odpalić “Edytor Skryptów” i wpisać proste polecenie:

set fileInfo to do shell script "cd ~/opt/; ./clean.sh"

Następnie, co kluczowe dla całego procesu, zapisać skrypt jako aplikację.

Dalej jest już z górki, w preferencjach klawiatury wybieramy “Skróty klawiszowe”, “+”, z “Wszystkie programy” zmieniamy na “Inne” i wybieramy przygotowany program w AS. Definiujemy klawisz skrótu. Od tej pory nasz skrypt-morderca powinien wypełniać swoje zadanie i uwolnić mnie od zamykania Preview.app, który nie wiedzieć czemu ciągle mnie irytuje. ;-)

Dzięki

Dzięki dla Grześka i Mariuszowi za linki i szybkie porady. :-)

  1. Kto nie wie o co kaman, ten nigdy nie czytał tłumaczeń Jana Bieleckiego

To nie ma bardzo sensu, zwłaszcza pod koniec

Choroba powoduje, że nie mogę się skoncentrować. Skaczę między jedną myślą, a drugą podczas gdy trzecia już dawno podstawiła nogę pierwszej i prowadzi w peletonie bezmyślności. Po napisaniu tak skomplikowanego zdania patrzyłem się na ekran z rozdziawioną gębą i trzymałem przycisk shift, co mi się czasem zdarza. Na szczęście już mi przeszło.

Porządkowałem dziś pocztę 1 i przeczytałem kilka e-maili, które leżały sobie otagowane jako ważne und inspirujące. Chodziło głównie o postacie z komiksów. Jak powstają, dokąd idą, co lubią, czemu się zadają z innymi postaciami? Tworzenie charakterów dla papierowych ludków to nie jest łatwe zajęcie. Uśmiercanie jest trochę prostsze, dlatego też ostatnimi czasy — kulturalnie — skłaniam się ku filmom takim jak “Machine Girl“, gdzie nie oczekujesz już niczego poza prostym językiem buta, pięści i zaostrzonego kawałka stali. Czy potrafiłbym stworzyć postać, w którą czytelnik mógłby uwierzyć? Biorę więc do ręki kilka książek, tych, co mówimy o nich “ulubione” i kartkuje.

Ach, wiem, że ten gość pali cygara. Ten się boi tego, ona jest zwykłą dziwką o złotym kolczyku w brodawce. Są dla mnie jak znajomi z NK — wiem jak wyglądają, może nawet z kim dzielą łóżko. Postanowiłem, że też spróbuję. Mam już wszystkie składniki, tylko za cholerę nie znam proporcji — ile ukraść ze znanych mi osób, tak żeby nie wiedzieli co na serio o nich myślę? Czy ujawnić mój — wyssany z mlekiem matki —  antysemityzm i ogólną niechęć do pedalstwa tworząc pejsatego miłośnika analu, który będzie postacią jakiej nie można polubić?

Wpuścić ich w środowisko, które znam, czy może kłamać o gromadzie ludzi, których środowisko i obrządki? I jak w ogóle nie zrobić z tego satyry. No bo jesteście bogiem tych postaci. Nie chcecie zrobić z nich krańcowych idiotów i pyszałków, a na końcu ich zabić i powiedzieć im, że nigdy ich nie lubiliście? Ilekroć próbuję coś zbudować, to widzę murzyna nadającego na antenie RM lub islamski oddział Greenpeace’u, który kocha wszystkie bydlaki, ale wykonuje zbiorowe egzekucje na bekonie, gdy znajduje się on jeszcze w stanie samobieżnie różowym.

Zanim postawiłem pierwszą kreskę w notatniku postanowiłem, że poszukam sobie jeszcze jakiś głupich postaci wykreowanych za niezłe pieniądze żebym mógł czuć się lepiej jeśli zaliczę porażkę. Poklikałem “w internet” i po chwili puknąłem się w czoło — no jasne, tylko on!

na mnie, jestem tak wyluzowany. Bawią mnie własne pierdy i opowiadam dowcipy o blondynkach, paląc je raz na pięć. Zamiast reklamować produkt, próbuję ośmieszyć konkurencje. Większość rzeczy, które mówię to półprawdy — czyli całe kłamstwa. Podczas gdy ten gościu w garniturze sączy whiskey z innymi wartościowymi członkami społeczeństwa, ja piję piwo “Książ” i nagrywam “artystyczne filmy” webcamem.

Jak zaliczę jakąś dupę to przybijam sobie piątki w kawodajni z innymi posiadaczami życia w białym plastiku.

Hi, I’m a Fuck.

Jak rany, strasznie mnie rzuca jak widzę tego gnoja i  te “reklamy”.

Wiem już, że można wykreować postacie słabe, bo liczy się tylko wyrazistość. Zawikłane postacie == źle. Charaktery, w których możemy odnaleźć swoją codzienną chujowiznę == bardzo dobrze. Introwertyczne przemyślenia człowieka pod ścianą == źle. Proste prawdy mówione podniesionym głosem == bardzo dobrze.

Dobrze, wiem już co mam robić przez następny tydzień. Tylko wystawię sobie fakturę za stracony czas na konsultacje ze sobą.

  1. INBOX 0 trzyma się u mnie dobrze

Opanujemy cały świat, yo!

Kupując kolejną butelkę piwa Porter z browaru Żywiec mój wzrok przykuła naklejka na drzwiach jednej z wielu Żabek znajdujących się na terenie mojego miasta. 1

  1. Łódź

Tinyproject. by Fuse

W Poznaniu zakończył się wczoraj Hackfest by netguru. Planowałem się pojawić i coś wygrać, potem popatrzyłem w rozkład rzeczy do zrobienia i jakoś mi się odechciało. Dziś skończyłem pracę wcześniej i zakląłem na głos.

Ilość informacji płynąca z różnych źródeł mnie dobija. Tu mi ktoś coś powie, tu wyśle e-maila, tu ticket, a tam znów notatnik z zapiskami ze spotkania. *płacze*

Co jakiś czas patrzę na listy TODO dostępne w sieci i za każdym razem gdy już mam się na jakąś zdecydować, znajduję w niej jakiś drobny kamyczek, który mnie uwiera i doprowadza do szaleństwa. Postanowiłem więc “podrapać swoją wysypkę”.

Przez ostatnie 160 minut pisałem sobie narzędzie, którego jedynym celem jest grupowanie krótkich notatek pod projekty. Bez chmury tagów, bez powiadomieniem SMS-em, bez możliwości dodawania zadań via e-mail. Bez RSS-ów.

Siedzący obok mnie Jarek powiedział, że mógłbym dać ludziom wjazd — może ktoś cierpi na podobne zatrucie informacyjne. Właściwie czemu nie?

Instrukcja: “+” dodaje wpis w projekcie, “-” usuwa projekt, “:-)” zamyka zgłoszenie, “e” edytuje zgłoszenie. Szablony są żałosne. Pogoniłbym Poterę do pracy, ale ma chyba dość własnej zajęć. Z pewnością dojdzie jeszcze jedna rzecz — podgląd zamkniętych złoszeń.

Tinyproject. (klik, klik, klik)

Miłego używania.


Kawowy snob

Człowiek uczy się całe życie. Dziś — podczas lektury RSS-ów — dowiedziałem się, że znana franczyza, jaką jest McDonalds chce zająć się sprzedażą kawy. Nie na worki, tylko w kubkach. Na tę wieść podniosła mi się brew, a mina wykręciła w tyldę. (\~)

Paweł w swojej notatce zastanawia się, czy w Polsce zobaczymy kampanie, której celem jestprzekonanie “kawowych snobów” do cieczy serwowanej w McCafe. Jestem ciekaw argumentów, bo próba przekonania mnie do postawienia stopy w McCokolwiek wygląda jak próba namówienia fana muzyki do klasycznej do zakupienia albumy najnowszej lalki wytwórni muzycznych — i mówienie mu, że muzyka jest prawie taka sama, a cena zdecydowanie niższa!

McCafe może konkurować z CoffeeHeaven, ale nigdy nie odbierze klientów normalnej kawiarni. Kawa serwowana w plastikowym kubku? Stanie po nią w kolejce? Picie w biegu? Siedzenie w hałasie pośród nastolatków z telefonami grającymi hity radia DRESKA? Jeżeli to jest picie kawy, to namiętnym seksem jest onanizm w ciemnym rogu bramy przesyconej zapachem mocznika.

McDonads wyzywający kawoszy od “snobów” bardzo mnie śmieszy. Pamiętam jeszcze czasy, gdy pierwsze jadłodajnie z złotym em otwierały swoje drzwi dla klientów w naszej części Europy — ręka do góry kto pamięta kolejkę na Placu Czerwonym? Dobre, bo amerykańskie. Wtedy nobilitacją było posadzić cztery litery w “restauracji” i zjeść kawałki ziemniaka w oleju. Teraz jesteśmy z ludem i chcemy Was wyzwolić z okowów snobizmu.

Na serio nikt nie ma już czasu żeby się napić kawy, przeczytać książkę, iść na spacer? Pozwalamy sobie przyklejać pejoratywne metki przez ludzi, którzy nie wiedzą lepiej. Popijacz mrożonego płynu z bitą śmietaną, czytelnik Faktu i posiadacz pojazdu służącego do stania w korkach kreci głową i zgadują, że to tylko taki manieryzm. Najgorsze, że to nawet nie jego obserwacja — sprzedała mu ją, za bardzo niską cenę, franczyza i wydawnictwo.


Dropbox dla Linuksa

Dropbox, o którym pisałem jakiś czas temu, ma wreszcie ogólnodostępne oprogramowanie klienckie dla Linuksa.

Paczki dla Fedory 9, Ubuntu 8.04 i źródła dla reszty świata. Miłej zabawy!