Archiwum | emil@fuse.pl

Metoda jak metoda

Program na BBC. Taki dokumentalny, wiecie. Lektor przemawia angielszczyzną tak wylizaną, że automatycznie macie ochotę wrzucić trochę śmieci do Tamizy lub pożreć fish&chips. Kamera przelatuje nad głowami osób zgromadzonych w sali. Twarze są różne — starzy, młodzi, kobiety i mężczyźni. Typowe dla zgromadzeń szuranie ustaje gdy na scenę wychodzi postać — model Profesor.

Poprawił okulary i przemówił.

Dziś — proszę państwa — będziemy dalej prowadzić nasze badania nad stresem związanym z publicznymi wystąpieniami.”

Na ekranie za nim pojawia się zdanie “Leczenie stresów związanych z wystąpieniami przez podawanie LSD

Drogą losowania wybrano pierwszą osobę, która po pewnych przygodach trafia przed mikrofon, unosi rękę i zamiera. Stoi tak przez chwilę po czym zaczyna badać chropowatość mikrofonu. Druga osoba wstaje z miejsca i podchodzi, przygląda mu się przez chwilę i wyciągniętym palcem dotyka go w czoło.

Odbiegają w przeciwnych kierunkach.

Budzę się, sprawdzam pocztę i myślę, że czym lepiej mi się śpi, tym dziwniejsze sny mi się śnią.

Poza tym zapraszam na konferencje LinuxBoat gdzie opowiem o budowaniu systemów “kiosk” przy użyciu Linuksa i Firefoksa. Nie będę brał LSD, ale to właściwie nie robi mi różnicy.


Muzyka bzyczy i pyka, czyli komputerowe inspiracje muzyczne

AY, SID i cała reszta

Komputery przebyły długą drogę: z laboratoriów naukowców na biurka biznesmenów, potem do domu szalonych zapaleńców i graczy. Dziś są traktowane jak inny sprzęt AGD, no może z tą różnicą, że mniej przyglądamy się pralce (ale serio, oglądaliście kiedyś wirowanie? Prawdziwy substytut sztormu w centralnej Polsce) i nie tolerowalibyśmy tylu awarii lodówki.

Od zarania dziejów” komputery grały muzykę. Była to muzyka na miarę naszych możliwości. Pamięć była na wagę złota, nie można było się więc obładować samplami i loopami. Autor muzyki musiał więc wiedzieć trochę o fizyce dźwięku, czym się w brzmieniu różni “sinusoida” od “piły” i jak uzyskać dudniący bas z przebiegu prostokątnego. Mimo ograniczeń narzuconych przez sprzęt tupaliśmy nogą do ścieżek z inter dokładanych przez crackerów i soundtracków z gier.

Zanim się obróciliśmy komputery zaczęły odtwarzać moduły muzyczne, które składały się w 90% z sampli The Prodigy, Future Sound of London i Chemical Brohters. Siedemnaście sekund później PC-ty zyskały świadomość i zdolność odtwarzania plików MP3. Orkiestry symfoniczne i kapele rockowe przejęły ścieżki dźwiękowe w grach. Komponowanie muzyki komputerowej przy pomocy trackerów i sampli pisanych w edytorach tekstów stały się domeną demosceny.

Co się działo później?

Muzyka inspirowana grami i brzmieniami lat 80 wróciła pod dwoma postaciami.

Mamy gitary i gramy sountrack z “Commando”

Czy nie byłoby fajnie zagrać koncert na którym banda nerdów skacze do tematów muzycznych z kultowych gier? Byłoby. Banda Duńczyków zebrała się więc “w garażu” i zaczęła tworzyć covery. Przybrali nazwę “Press Play On Tape” (triva: to komunikat, który wyrzucał z siebie C64 po wydaniu rozkazu LOAD) i rozpoczęli swoją karierę. Dziś goszczą na wielu imprezach umilając trzydziestolatkom wymienianie się pornografią pisanie dem.

Posłuchaj:

W trochę inną stronę udali się muzycy grający Nerdcore. 1 Nerdcore to nic innego jak hip-hop dla nerdów — zamiast panienek, samochodów i “instrukcji obsługi życia w mieście” mamy matematykę, komputery i gry. Najbardziej rozpoznawalnym przedstawicielem gatunku jest MC Frontalot. Oto on w utworze “It is Pitch Black” (19.6 nerdpunktów jeżeli wiesz o jakiej grze jest ta piosenka)

Honorowe miejsce zajmuje oczywiście Wierd Al Yankovic, którego utwory “It’s all about Pentiums” i “White and nerdy” są klasyką dla komputerowych świrów.

Zobacz co znalazłem na śmietniku

To jednak wszystko brzmi mało syntetycznie. Co z ludźmi, którzy chcą posłuchać muzyki, która brzmi jak prawdziwy chiptune brzmieć powinien? Nie ma strachu — historia kołem się toczy i nadchodzi renesans popiskującej muzyki. Na świecie odbywają się koncerty i konkursy na których muzycy grają swoje utwory przy pomocy zmodyfikowanych C64, Gameboyów, NES-ów i cholera wie czego jeszcze. Całość wygląda jak powtórka z Kraftwerku. :-)

Posłuchaj:

No i co? Debile, nie? Wszyscy, którzy nie robią tego co Ty to debile z definicji. (I pokraki)

Dżony, zagraj mi to jeszcze raz!

W Polsce ciężko jest trafić na jakieś chiptuneowe zgromadzenie — można próbować demoscenowego zlotu, ale osobiście nie polecam — podobną koncentrację pijanych i wulgarnych debili można znaleźć tylko na Wiejskiej w Warszawie. Na szczęście w Internecie możemy bez problemu znaleźć stacje radiowe poświęcone trzaskom i buczeniu. Osobiście polecam Slay Radio (C64), Kohina (Atari), AYLand (Spectrum).

Notatka jest zainspirowana linkiem, który przyplątał się w czytniku RSS — na Pitchfork.TV można obejrzeć dokument “Refromat The Planet” traktujący o chiptunowej scenie.

  1. Pozwolę sobie zacytować Filipa — “Nintendocore to powód dla którego nikt nie bierze nerdów na poważnie” — niechcący trafił w sedno

Nokia 800: Guybrush w plecaku, Last.FM na biurku

Zakupy

Nosiło mnie na zakup jakiegoś gadżetu. Wiecie, są takie chwile, że facet po prostu musi. Wymyśliłem sobie, że chcę mieć coś ultraprzenośnego co pozwoli mi się nudzić wygodniej w domu. Przeglądałem więc artykuły dotyczące Asusa EEE 901 i MSI Winda. Już prawie szykowałem przelew na Winda, gdy przypomniało mi się, że zawsze chciałem mieć tablet Nokii.

Standardowa przebieżka po YouTube, Wikipedii i kilku forach skłoniła mnie do zmiany planów.

Zamówiłem Nokię N800.

Ale przecież!

Jak można kupować grata Nokii jak już za chwilkę w salonach Orange i Ery dostępny będzie iPhone? Zadecydowało o tym kilka czynników:

  • Linux. Całe urządzenie chodzi pod kontrolą Linuksa. To właściwie powinien być pierwszy i ostatni argument — oznacza to, że będę mógł sobie zmieniać, dodawać i programować pod te urządzono nie pytając nikogo o nic. Znane oprogramowanie, znane środowisko — będę się czuł jak u siebie.
  • Kontrakty. Długoterminowe kontrakty są beznadziejne. Na warunkach jakie oferują z iPhonem — żenujące.
  • Mam już bardzo fajny telefon, N800 jest tabletem. Nie potrzebuję opcji telefonu w iPhone, a cena iPod Touch jest dla mnie zbyt wysoka.
  • W niedalekiej przeszłości N800 będzie mogła działać pod kontrolą nowej platformy Wuja Google — [Android](http://en.wikipedia.org/wiki/Android_(mobile_device_platform.
  • Wiele różnych problemów związanych z iPhone, których nawet nie chce mi się wymieniać

Hardware, czyli to, co kopiesz

[caption id=”attachment_325” align=”aligncenter” width=”500” caption=”Nokia N800 (góra), Blackberry 8700, Nokia E61, Samsung i780”]Nokia N800 (góra), Blackberry 8700, Nokia E61, Samsung
i780[/caption]

Nokia jest cięższa i większa od iPhone, nie leży też tak dobrze w ręce. W przeciwieństwie do zabawki Apple nie posiada innego widoku niż poziomy — konstruktorzy założyli więc, że będzie trzymana zwykle w dwóch rękach. Sercem tabletu jest procesor TI OMAP taktowany zegarem 400Mhz (w starszej wersji systemu operacyjnego wartość tę obniżono do 330Mhz ze względu na problemy z jednostką DSP). Oczy marnujemy dzięki 4.1-calowemu wyświetlaczowi dotykowemu, na którym uzyskamy rozdzielczość 800×480 w 16 bitach.

Przejdźmy do dziurek i okrągłości. Po zdjęciu sukienki N800 ma dwie dziurki pozwalające na obsadzenie kart SD w standardzie SDHC 1, po prawej stronie ukrywa się port USB umożliwiający dostęp do systemu pliku oby dwu kart, port ładowarki oraz port słuchawkowy — “standard” Nokii.

Po lewej stronie ukryto małe oczko kamery, które umożliwia nam robienie zdjęć, kręcenie filmów, oraz prowadzenie rozmów wideo via GTalk i Skype. Nigdy nie odważę się prowadzić rozmowy przy użyciu tej kamery — nie tylko dlatego, że unikam golarki od kilku tygodni — obraz z niej przypomina początkowe sceny horroru SF, gdzie przez interferencje, trzaski i odbarwienia przygląda się nam jakaś przerażona twarz, która z pewnością za chwile poprosi nas o udział w misji ratunkowej.

Zawiodłem się: N800 nie posiada gołębnika — powietrzny transfer pakietów przez gołębie jest raczej wykluczony. Musi mi wystarczyć wbudowane WiFi w standardzie B/G i Bluetooth (obsługuje udostępnianie plików, klawiaturę, podłączenie się do sieci udostępnionej przez telefon komórkowy) — osiągany transfer jest bardziej niż zadowalający i bez problemu udało mi się streamować film z komputera biurkowego.

Guziczków Nokia nie żałowała. Prócz Świętej Trójcy w postaci “ESC”, “Menu” i “Pokaż listę działających programów” 2 , trochę wyżej znajduje się standardowy krzyżyk służący do nawigacji. Na samym górnym brzegu umiejscowiono “-“, “Pełen ekran”, “+” i “Power”. “Pełen ekran” się sam tłumaczy. Potrzebujesz pełen ekran w grze, czytając strony lub oglądając film? Klik. Plus i minus pozwala nam skalować zawartość strony. “Power” pozwala nam ugryźć radioaktywnego pająka (pająk zyskuje niesamowite możliwości: tyje i płaci podatki) albo włączyć urządzenie — jeszcze nie jestem zupełnie pewien.

Software, to na co klniemy

Przyznaję, że mocno obawiałem się o Linuksa na przenośnym urządzeniu. Ostatni raz miałem kontakt z takim duetem w 2004 pod postacią SimPada z Qtopią — działało to, ale nie powalało na kolana. Rozpakowywałem więc pudełko zastanawiając się: czy wykryje WiFi, jak będzie wyglądał system plików, czy “postraszy mnie” gdzieś krzaczkami i komunikatami, których na urządzeniu konsumenckim nie powinno się widzieć? Mi byłoby to bez różnicy — ale chciałem skonfrontować to, o czym czytałem w kwestii mobilnych urządzeń z Linuksem z rzeczywistością 3 — czy można pakować te śmieci z /usr/src/kernel na kawałek krzemu, który będzie macany przez Henryka Random i Joannę Null?

Na dziś stwierdzam, że sam system jest niczego sobie. Podczas ładowania widzimy splash i pasek postępu, WiFi ma łany i działający manager połączeń 4, podobnie jak w przypadku Nautilusa czy Findera zawartość katalogu domowego jest “przekłamana”, do tego większość aplikacji posługuje się “metafolderami” grupujące typy danych (obrazki, filmy, muzyka). Instalowanie aplikacji odbywa się przez specjalny program (myślcie Adept, KPackages, etc) i nie sprawia większych problemu.

Jeśli chodzi jak kaczor i kwacze jak kaczor, to musi być Linux.

Pomówmy trochę o aplikacjach.

Przeglądarka

[caption id=”attachment_336” align=”alignright” width=”200” caption=”Przeglądarka MicroB w działaniu”]Przeglądarka MicroB w
działaniu[/caption]

Bardzo spodobało mi się to, co zrobiono z przeglądarką. Mamy jedno UI, bookmarki, historię i dwa silniki: Operę i MicroB. Wybieramy co lubimy i używamy. Dlaczego na desktopie nie mamy takich cukierków? Fajnie byłoby móc wymieniać silniki i zachować całą resztę. Pomarzyć wolno. Strony renderują się w miarę szybko, wyglądają bardzo dobrze (no cóż, tak na serio mamy tutaj Gecko, więc nie ma się czemu dziwić) i bez problemu możemy używać GMaila, Blipa czy innego Flakera. Wszystkie AJAX-owe cudaki, które sprawdzałem ruszyły bez problemu. Jedyne co powoduje śmierć przeglądarki przez przeajaksowanie to Google Reader. To spowodowało, że rzuciłem okiem na dostarczony czytnik RSS

Czytnik RSS

…który okazał się kompletną klapą. Przepraszam, mam pół tysiąca feedów, a czytnik nie ma importu OPML-a? Na szczęście Google Reader for iPhone działa znakomicie.

Multimedia

Wbudowany player i doinstalowany MPlayer zapewniają nam, że zobaczymy większość formatów filmów wideo. Musimy się oczywiście liczyć z tym, że procesor mamy dość słaby. Odpowiednio dobrane parametry do ffmpeg pozwolą nam przygotować dobrze zachowujący się plik, z odpowiednią rozdzielczością i zdecydowanie mniejszy. Oglądałem już kilka odcinków Ranma½, Chobits i nie zgłaszam zastrzeżeń.

[caption id=”attachment_337” align=”alignright” width=”380” caption=”Canola → Last.Fm → The Clash “]Canola → Last.Fm → The
Clash[/caption]

Jeżeli chodzi o umilanie dnia plikami multimedialnymi to nie możemy pominąć jednego programu: Canola2. Odtwarzacz radia internetowego, Last.Fm, filmów, YouTube i przeglądarka zdjęć w jednym, pięknie wykonanym, opakowaniu.

Czuć w tym programie mocną inspirację interface JesusPhone i muszę przyznać, że wyszło mu to na dobre. Mam nadzieję, że przyszłe wersje będą kopały jeszcze mocniej w nerki. ;-)

Komunikatory

Gdy chcemy się podzielić ze światem naszymi wspaniałymi przemyśleniami na temat istoty sosu pomidorowego możemy obrać kilka kanałów komunikacji: e-mail, Jabber, GTalk, Skype. Klienta pocztowego i w ogóle obsługi poczty nie ma co opisywać, jest tak nudna i przewidywalna jak tylko się da. I działa. Prócz wbudowanego klienta Jabbera/GTalka, który integruje się z listą kontaktów, możemy użyć specjalnej wersji lubianego przez wszystkich Pidgina. GTalk pozwala na rozmowy głosowe, podobnie jak specjalna wersja Skype.

Gdybym miał przyjaciół to mógłbym przetestować to dokładniej. Teraz muszę zadowolić się faktem, że komunikatory wydają z siebie odgłos logowania się do sieci.

Gry

Czytałem, że jest Quake. I Doom. I jeszcze-coś-tam. Możliwe, że są piękne (ale w Quake grać na ekranie dotykowym? Zabijasz fiendy wsadzając im palec w oko?) — ale kogo to obchodzi, gdy istnieje port ScummVM? Mnie nie obchodzi, Guybrusha też nie obchodzi.

(Ale gra się świeeeeetnie!)

(Są też standardowe emulatory: MAME, SNES/NES, Gameboy)

Narzędzia

No, mamy sobie SSH, VNCViewer, RDesktop, Sketch, Evince. No od cholery tego. Przez jeden dzień nie udało mi się jeszcze przeklikać do dna.

Zawsze chciałem być gwiazdą YouTube

Miałem zrobić piękne i profesjonalne filmiki, niestety wszystko wymaga pewnej dawki talentu, której mi brakuje. Musicie się zadowolić dwoma plikami multimedialnymi robionymi aparatem trzymanym przez rękę deliryka.

N800. Warto?

Przeciętny człowiek obejdzie się zupełnie bez N800. To typowy gadżet, produkt kultury zachodu, gdzie kupowanie rzeczy, których nie potrzebujemy jest równie ważne jak oddychanie. Mimo to to najlepsza zabawka jaką kupiłem od dawna. Robi dokładnie to czego się po niej spodziewałem — nie ma rozczarowania, nie ma euforii.

Biorąc pod uwagę, że cena 16GiB iPoda Touch to ca. 1200 PLN, a za Nokię z kartą SD o tej samej pojemności zapłaciłem 850 PLN to mogę powiedzieć, że zrobiłem niezły interes.

Jeżeli macie jakieś dodatkowe pytania, walcie śmiało w komentarzach.

  1. 16GiB kosztowało niecałe 150 PLN
  2. taki alt-tab z możliwością ubijania drani
  3. Twoja rzeczywistość may vary. Baterie sprzedawane osobno.
  4. szkoda, że Ubuntu tak długo nie miało ;-)

Google, reklamy, prywatność

Eri lubi otrzymywać ode mnie e-maile. Nie dlatego, że piszę jakieś niezmiernie ciekawe rzeczy — frajda polega na śledzeniu reklam AdSense, które pojawiają się przy moich listach. Jakiś czas temu zacząłem popadać w lekką paranoję, gdyż reklamy zaczęły się odnosić do starszych listów czy rozmów via Jabber (które GMail archiwizuje w folderze “Chats”. Dopadł mnie lekki syndrom strachu przed Wielkim Bratem. Jak daleko sięga Google? Wcześniej zakładałem, że “przegląda” tylko wyświetlony list.

Na szczęście dla nas, użytkowników, amerykański kongres zaczął kręcić nosem na praktyki reklamowe sieciowych rekinów. Google i Yahoo! wykonały więc ruch wyprzedzający i udostępniły możliwość “wypisania się” (opt-out) z ciasteczek pozwalających na budowanie naszego profilu.

Oczywiście, dużo lepszym rozwiązaniem byłaby polityka “opt-in”, ale chyba nie mamy się co oszukiwać — pytanie użytkownika o to, czy chce być śledziony przez operatora wyszukiwarki spowodowałoby znaczny odpływ ludzi (czyli pieniędzy). “Wypisywanie się” wymaga wiedzy o istnieniu takiej możliwości i podjęcia działania — nie każdy jest “prosumentem”

Wypisz się z Google. Wypisz się z Yahoo.


Stać mnie!

Mam już naszoklasową fotkę z tlenioną blondynką. Mam drugą fotkę — siedzę na masce samochodu, który zaparkował obok chińskich budek w których jem jedyny ciepły posiłek. Kupiłem używanego Maka żeby nie odstawać na zlotach wyciskaczy klawiszy. Zastanawiałem się nad iPhonem.

Już się nie zastanawiam. iPhone sam w sobie jest symbolem statusu, ukazuje zdolność myślenia out-of-the-box i indywidualność liczoną milionami sprzedanych sztuk. To jednak za mało. Od dziś mogę kupić w App Store aplikację “I am Rich1 — za jedyne \$999.99 stanę się posiadaczem unikalnej ikony, która wyświetli się obok tak trywialnych narzędzi jak klient poczty i lista kontaktów. Co robi ta aplikacja?

Sztuka nie musi nic robić! Jelenie na rykowisku w złotej ramie, barokowy zegar na szafce nocnej z Ikei i czerwona ikona rzucona na estetyczne czarne tło przekazują Ci komunikat — może i nie mam gustu, ale kurwa, zobacz na co mnie stać!

Ach, status społeczny. Przy obecnej cenie dolara mogę być kimś za dużo mniej niż kiedyś. Globalizacja zrobiła ze mnie kogoś. Na dodatek piszę o tym na blogu! Jeżeli można chcieć czegoś więcej od życia, to ja sobie nie mogę tego wyobrazić. Piszę do autora, może zrobi port na zwykły OS X? Czerwona ikona będzie idealnym dodatkiem do klasowego systemu.

  1. fotka rąbnięta TC, w Polsce iTunes oczywiście not ablink

Web 2.0 — dramat

[![Web 2.0 — dramat. Po prostu dramat.](http://bronikowski.com/wp-content/uploads/2008/07/dramat.png “dramat”)](http://bronikowski.com/wp-content/uploads/2008/07/dramat.png)

(Czy Szekspir miałby profil na Fotce?)

Scena 1:

(Pusta scena, po chwili pojawiają się osoby, które przechodzą przez snop światła w różnych kierunkach)

(Dwie osoby stają naprzeciw siebie)

Osoba 1: Lubisz ryby?

Osoba 2: Jeść?

Osoba 1: W akwarium.

Osoba 2: Zostańmy przyjaciółmi.

(Osoby zostają przyjaciółmi. Podróż wypadkowych osób przez snop światła jeszcze przez kilka chwil. Osoba 1 i Osoba 2 nie spotykają się już więcej)

Scena 2:

(Pokój, dwie osoby rozdziela stół. Jedna z nich nosi biały kitel sugerujący, że jest lekarzem)

Lekarz: Więc co Panu dolega?

Osoba: Niceo.

Lekarz: Jest Pan pewien, wygląda mi to na agresywny szczękościsk.

Osoba: Spoker! Flaker nie boleo, oko nie flickr.

Lekarz: Pozwoli Pan, że Pana obsłucham?

(przykłada słuchawkę od piersi Osoby. Rozlega się “Blip! Blip! Blip!”)

Lekarz: Jeżeli chce Pan poznać moją oficjalną diagnozę, to wygląda mi Pan na debila.

Osoba: Spierdala.me! ichuj.eu!

Scena 3:

(Wchodzi Dziewczyna, suknia do kostek, warkocze, spuszczony wzrok)

Dziewczyna: Kiedyś było inaczej. Kiedyś patrzyliby na mnie nieprzychylnie. Ale dziś! Dziś mogę — mogę być kurwą nie wychodząc z domu. Mam swój profil w jednym i drugim serwisie. Mam zdjęcia, bardzo skromne, ledwie sutek czy kawałek bielizny. Czuję, że chłopcy mnie akceptują, bo dają mi wysokie oceny. Czasem dam się zaprosić na kolację, czasem zostaję na dłużej. Rodzice nie wiedzą, że jestem częścią społeczności. Oni mnie w ogóle nie rozumieją. Moim mottem jest “Jestem jaka jestem”.

(Wchodzi facet)

Facet: Ale fajna z Ciebie dupa, bym Cię wyruchał!

Dziewczyna: (dyga) Dziękuję. (czerwieni się)

Scena 4:

(Dwa wygodne fotele, pomiędzy nimi stolik z buteleczką whiskey. Na fotelach siedzą Grube Ryby stylizowane na XIX wiecznych fabrykantów)

Gruba Ryba 1: Szanowny Panie kolego, proszę mi powiedzieć, jak doszedł Pan do pierwszego miliona.

Gruba Ryba 2: Zbudowałem serwis nasza-plantacja. Pomysł był prosty — ludzie to istoty społeczne, lubią się spotykać, poznawać. Pracowali dwie czy trzy godziny na mojej plantacji, za co dostawali bezużyteczne punkty, które mogli po pracy wymienić na mineralną w chillout roomie. Licencja mówiła, że kawa i bawełna zostaje u mnie. Najlepsi mogli — za darmo — przykleić więcej niż dwa swoje zdjęcia w szafce na ubrania robocze.

Gruba Ryba 1: Wyśmienicie! (unosi szklankę) Za budowanie społeczności!

Gruba Ryba 2: Za społeczność!

Scena 5:

(Mikrofon, wchodzi facet w garniturze, odgrywany sygnał wiadomości telewizyjnych)

Facet: Dzień dobry, dzisiejszy dzień był pełen ważnych wydarzeń, przejdźmy więc od razu do rzeczy. (szpera w kieszeni, wyciąga zdjęcie kota i pokazuje publiczności) “OH HAI! I R NUS REPRTR. KAN I HAZ GRAMI?” (śmieje się do siebie) Wiadomości ze świata: bloger, którego nie znacie, napisał o projekcie, którego nie używacie. iPhone, iPhone, iPhone (przed mikrofonem przebiega Komentator)

Komentator: PIERWSZY!

Facet: Pojedynek script-kiddies zakończył się remisem, gdy większość z nich została wezwana przez matki do snu (i/lub mycia uszu). Z wielkiej firmy zwolnił się jeden człowiek — wszyscy wpadli w panikę. Przegląd filmów ambitnych…

Komentator: Twoja stara prostuje banany, a Polską rządzi spisek masońsko-żydowski, który zabił Ks. Popiełuszkę

(wbiega komentator 2)

(Komentator 2 wali Komentatora 1 pięścią w twarz)

Komentator 2: Zdychaj fanie PiS-u! Pokój, miłość, braterstwo!

(Komentator 2 kopie leżącego Komentatora 1 w nerki i wyciąga go ze sceny)

Facet: …zamieszczonych na serwisie YouTube. “Facet łamiący sobie nogę” (viral pasty do zębów), “Dziewczynka patrząca w webcama” (viral filmy ubezpieczeniowej), “Chuligani Parasola Wrocław ścierają się z chuliganami Orła Ząbkowice”.

Epilog:

(pokój, butelki, laptopy, komputery, części ubrania, zimna kawa, facet przy komputerze)

Facet: No, teraz to już robi się to trochę zbyt meta jak dla mnie.

Kurtyna!


Konferencja czcionek

Miałem nie pisać takich głupich, jednolinijkowych postów. Ale jak mogę się powstrzymać przed podlinkowaniem czegoś, co jest zabawne — ale tak na serio zabawne.

Font Conference.


Przekładanie PDF-a z kieszeni do kieszeni — Dropbox

Czasy w których posiadanie więcej niż jednego komputera było nieprawdopodobnym luksusem odeszły dawno temu. Komputer na biurku, laptop, sublaptop, komputer w pracy, komputer partnera, dzieci, rodziców. Uh. Co jakiś czas okazuje się, że siedzimy przed “tym złym, mniej używanym komputerem” i właśnie potrzebujemy pliku ze zdjęciem kotka, PDF-a z dokumentacją, którą czytamy, czy też sterowników, który chcieliśmy zainstalować.

Metody oldskulowe, nerdowskie lub zwyczajnie irytujące

Do tej pory ludzie wpadli na kilka sposobów rozwiązywania problemu “nie mam przy sobie tego, czego potrzebuję”. Przy spadających cenach pamięci jednym z podstawowych sposobów przenoszenia danych stały się klucze USB. Tanie to, szybkie no i w tych czasach zadziała nawet pod AmigaOS. Mam jednak problemy natury logistycznej: laptopy cierpią na deficyt portów USB (przynajmniej moje, nie chce mi się targać hubów), a komputer jest ustawiony tak, że trzeba się do niego wczołgać pod stół. Jestem na to mocno za leniwy.

Samba. Samba wydaje się być wprost idealnym rozwiązaniem — szybki dostęp do plików w sieci lokalnej. No i znów lista smutków: zawsze są jakieś problemy z zestawieniem jej dla trzech środowisk 1, zasadniczo działa tylko w LAN-ie (mówiłem już, że jestem leniwy i nie chcę budować dodatkowo VPN-ów), dorzućmy jeszcze fakt, że Finder potrafi się zgubić w Sambie 2 a komputer z plikiem musi być online i dobre rozwiązanie “przestaje już być bieżące”.

Subversion? Subversion jest świetne, nawet da się w nim trzymać dokumenty, 3 ale przerzucanie filmiku, serii zdjęć czy muzyki wydaje się lekką przesadą. Możliwość skakania po rewizjach to świetna rzecz, ale na serio, ile rewizji Kokodżambo.mp3 możesz mieć? Większość plików, których potrzebujesz na drugim komputerze, nie będzie podlegała zarządzaniu wersjami (w rozsądny sposób — delta między plikami MPEG jest lekko bezużyteczna). Będą, albo ich nie będzie. Oprogramowanie klienckie obsługujące Subversion jest zbudowane pod kątem potrzeb programistów. Trzeba wytłumaczyć dziewczynie, że po wrzuceniu pliku do katalogu należy mu zrobić add, potem commit i jeszcze ten commit opisać. Dużo kroków.

Dropbox

Kiedy po raz pierwszy wpadłem na projekt Dropbox od razu pomyślałem, że to coś dla mnie. Niestety, okazało się, że nie ma wersji dla Linuksa. Strona trafiła do zakładek, a ja o całej sprawie zapomniałem.

Po jakimś czasie na moje domowe biuro trafił jednak OS X i postanowiłem przetestować czy projekt działa tak sprawnie jak pokazana na “piarowski” wideo.

Dropbox: o co chodzi?

Po zainstalowaniu Dropboksa na wszystkich komputerach, których używamy, dodajemy je (komputery) do naszego konta w serwisie. Dzięki temu zyskujemy dostęp do specjalnego katalogu, w którym dokonywane przez nas zmiany są automatycznie synchronizowane na wszystkich komputerach.

Przykład z życia wzięty. Mam na OS X fotkę, którą chciałbym obrobić. Niestety, nie udało mi się jeszcze odpalić żadnego z dostępnych portów GIMP-a dla OS X, muszę więc użyć PC pod stołem. Ciągnę fotkę z pulpitu na folder Dropbox i loguję się na Windowsa przy pomocy RDC. Fotka już czeka.

Genialne w prostocie i działa — kombinacja która nie występuje w naturze dość często.

Dodatkowo Dropbox pozwala nam udostępnić pliki dla szeroko rozumianej ludności pozbawionej konta w serwisie (folder “Public”) i współdzielić katalog z innymi użytkownikami Dropboksa (katalog “p0rn”, “torrentz”, “LOLCats”) — współdzielenia nie udało mi się jeszcze przetestować, bo nie mam przyjaciół! ;-(

Zalety:

  • Cholernie dobrze realizuje zasadę “dżast łorks”
  • Interface webowy pozwala nam dokonać operacji na plikach nawet jeśli używamy komputera niepodpiętego do Dropboksa. Dodatkowo mamy tu dostęp do przywrócenia skasowanego wcześniej pliku lub folderu.
  • Zamiast używać jakiś magicznych metod zapisywania plików na dysku mamy zwykły katalog. Możemy mieć dostęp do plików będąc offline lub przy wyłączonym kliencie (oczywiście, tracimy wtedy możliwość synchronizacji)

Wady:

  • Musicie trzymać swoje pliki w obcej infrastrukturze. Nie używałbym Dropboksa z “poważnymi plikami”, chyba, że po kuracji GPG
  • Klient na Linuksa jeszcze nie wyszedł ze stadium alpha
  • Synchronizacja odbywa się zawsze z “centrum” w “dół”. Jeżeli wrzucisz pół giga danych, to musisz się liczyć z tym, że za chwilę reszta Twoich komputerów je odbierze. Nawet jeśli stoją obok siebie.
  • Tylko” dwa giga miejsca
  • System jest jeszcze invite-only

Posłowie

Dziękuję Maciejowi Chojnackiemu za podarowanie zaproszenia. Jeżeli sami chcielibyście potestować Dropboksa, proszę skrobnąć mi e-maila, mam jeszcze dziesięć zaproszeń do rozdania. Chętni do “wspólnego folderu” z komiksami też mile widziani. ;->

  1. Linuks, OS X, Windows
  2. Finder zgubić, rozumiecie? Taki żart. Ha ha ha!
  3. …i kod, ale to chyba oczywiste?

Chuligański sport dla gentelmanów [2008.07.18, Łódź]

Ludzie się zmieniają. Myślisz, że ich znasz: lubią się napić, szukają pretekstu żeby kogoś wywrócić i lubią chodzić w krótkich spodenkach — nagle — ni z tego, ni z owego zaczynają grać w rugby. Zastanawiasz się, jak to się stało. Przecież to synowie, ojcowie, matki 1 — poważne osoby płacące podatek dochodowy i ubezpieczenie społeczne. Patrzysz na nich z mieszaniną współczucia i niedowierzania.

Mijają miesiące i okazuje się, że oni tak na serio.

Skoro na serio, to wypada mi zaprosić wszystkich zainteresowanych sportem na sparing pomiędzy drużynami Gentlemen’s Rugby Club 2 i ŁKS Rugby Team 3, który odbędzie się na stadionie Łódzkiego Klubu Sportowego o godzinie 20:30. Chłopaki bardzo się ucieszą słysząc niesamowity doping. Ucieszą się też (bez bardzo), jak po prostu przyjdziecie popatrzeć. Kto wie, może rugby stanie się waszą nową pasją i nie będziecie musieli oglądać Oranż Ekstraklasy, czy jak ten twór bez głowy się teraz nazywa.

Miłość, muzyka, mordobcie — wybierz jedno. ;-)

  1. dobra, matki rzeczywiście nie
  2. to nasi
  3. cholera, zasadniczo to też nasi ;-)

Aviomarin

Nie wiem jak długo to już trwa. Przed oczami ciągle stają mi te same obrazy. Zielony park gdzie rodzice wyprowadzają dzieci, psy wyprowadzające właścicieli, drąca się młodzież wyprowadzająca wszystkich z równowagi. Potem poczta, z kolejką staruszek upominających się o rentę. Oni nadal strajkują? To chyba naturalny stan Poczty? Przejście dla pieszych – chwilowo zajmowane przez wylegujące się w słońcu koparki. Mój blok, mój balkon.

Nawet się nie zorientowałem, a znów muszę oglądać to samo. Wszystko staje się nudne po jakimś czasie. Czuję się coraz gorzej. Chyba się zrzygam. Nagle świat zatrzymuje się.

— „Przepraszam?”

— „Tak?” – odpowiedziałem.

— „Proszę zejść z karuzeli. Stary Pan jesteś, zielony się zrobiłeś na pysku i dzieci straszysz.”

Proszę zejść z karuzeli” — powtórzył — „żeby tak zasuwać dookoła trzeba umieć odnajdywać naiwną radość, albo mieć cholernie mocny żołądek!”


Programiści PHP poszukiwani

Poszukuję kilku (albo jednego cyborga) programistów PHP, którzy wspomogliby wykonanie dość zaawansowanego technologicznie projektu. Wymagamy — znajomości PHP (duh) — czyli pisania obiektowego kodu, czytania ze zrozumieniem, pisania zapytań bez użycia * i innych tak niespodziewanych rzeczy jak sumienność i punktualność.

W zamian nie oferujemy pracy w młodym, dynamicznym zespole, korpoposiłków ani nagrody w postaci dyplomu do powieszenia nad łóżkiem. Paintball też odpada. Oferujemy tylko pieniądze — bardzo nam przykro.

Propozycje współpracy prosimy przysyłać na adres cHJhY2FAZnVzZS5wbA== — nie potrzebujemy waszych CV, listów motywacyjnych i zdjęć. Jeden bank to zbierał i zobaczcie jakie ma teraz kłopoty. Jeżeli czujecie się lepiej w białych kłamstwach to proponujemy karierę w marketingu.

Oferta dostępna tylko na terenie województwa łódzkiego.


Twoje dane na moim ekranie

Zaufanie. Bezpieczeństwo. Wygoda. To słowa, które według reklam najlepiej reprezentują instytucje finansowe. I rzeczywiście, trzeba ufać instytucji, która trzyma nasze pieniądze, przetwarza informacje o nas, która wie ile wydajemy w internetowym sklepie “Różowy lateks i pałki”. Banki zatrudniają specjalistów, banki szukają specjalistów. Bank Pekao S.A. przeszedł nawet “kolejną milę” i stworzył serwis “Zainwestuj w przyszłość” dla osób zainteresowanych pracą i stażem w ich oddziałach.

Zaufanie. Bezpieczeństwo. No, to trochę trafił szlag.

Natomiast nadal jest “wygoda”. Wygoda przeglądania wszystkich złożonych życiorysów, CV, listów motywacyjnych. No i czas reakcji banku — włam-post z 2008-07-08 — nadal wisi.

Jeżeli znacie kogoś, kto składał dokumenty do Pekao S.A. to powiedzcie mu o tym. Chyba, że ja mam do tego kogoś zadzwonić? E-mail i telefon już mam, prawda?


To już jest koniec, nie ma już nic

Wiesz, że jesteś już jedną nogą w wariatkowie, gdy oglądając Final Fantasy: The Spirits Within widzisz następującą klatkę:

…i myślisz sobie, że jakaś lama nie domknęła phantomufo();


Tu jestem, tu jestem, tu jestem, tu jestem, ja też, ja też, ja też

Cierpię na technologiczne rozszczepienie jaźni. Z jednej strony uwielbiam klikać w te wszystkie wspaniałe zabawki, które noszę w plecaku, z drugiej strony najchętniej oblałbym je benzyną i podpalił, zdjął buty i pobiegł na pole zająć się plantacją rzodkiewki. Chyba każdy po jakimś czasie doznaje tego uczucia osaczenia przez technologię.

Przebudziłem się dziś w nocy. Chciałem iść do toalety, ale zamarłem w łóżku. W moim pokoju wylądowało UFO! Wyjrzałem delikatnie zza ściany.

Pieprzeni Marsjanie przylecieli by odebrać nam Wolność!

Nie, zaraz — chwileczkę. To monitor, access point, modem i odtwarzacz muzyki. Dobrze, na serio, czy ambicją każdego producenta jest dodanie do swojego produktu takiej ilości migającego draństwa żebym mógł po nocy czytać książkę bez włączania nocnej lampki? O ile diody na urządzeniach sieciowych jeszcze można jakoś zrozumieć to pulsujące fioletowe światło na panelu LCD? Łatwiej paluszkiem trafić w guziczek po ciemku?

No i odtwarzacz. Ponieważ ładuje się on przez USB, często zostawiam go na noc. Po podłączeniu go do prądu natychmiast rozjarza się jak świąteczna choinka. Ale to jeszcze nic! Zapala się, leci bannerek producenta (Sandisk), miga nazwa ostatnio słuchanego utworu, po czym całość gaśnie, by po sekundzie rozpocząć proces od początku. Ilekroć ładuję go w biurze, dostaję szału. Każde mignięcie niemal naturalnie przyciąga mój wzrok, więc co pietnaście sekund głowa odwraca mi się niemal automatycznie. Na szczęście mam też port USB z tyłu i mogę go ukryć za wyświetlaczem.

Nawet nie chcę pamiętać o producentach telefonów komórkowych. To Ci goście, którzy sygnalizują niski poziom naładowania baterii pulsującą diodą i głośnym dźwiękiem. Dorzućmy do tego pasek diódek znajdujący się na laptopie i mamy orgię światełek.

Czym więcej urządzeń chce nam powiedzieć o swoim stanie, tym lepiej uczymy się je ignorować. Kiedy ktoś krzyknął “pożar” w budynku, ruszałeś z miejsca. Dziś każdy kto przechodzi po korytarzu mruczy pod nosem różne rzeczy i jest duża szansa, że ważnemu komunikatowi nie uda się przecisnąć przez Twój mentalny filtr.

Może dożyję kiedyś czasów, gdy podczas nocnego spaceru do ubikacji odkryję, że muszę zapalić światło, bo wyłączone urządzenia nie robią za latarnie morskie.

Technologia ssie. Idę zapolować na wiewiórki w parku.


Grzebiąc się w cudzych flakach, czyli przygody Emila z flaker.pl

Flaker.pl to system agregujący “życie online Twoich znajomych”. Z grubsza polega to na tym, że rejestrujemy się na serwisie, uzupełniamy dane o serwisach, których używamy (dla przykładu Blip, Flickr, Nasza-Klasa, RSS), a obserwujący nas ludzie maja przegląd całej naszej aktywności.

Na początku byłem bardzo sceptyczny i nie widziałem wielkiego sensu w używaniu takiego serwisu. Przecież wiem, kto co robi, i mogę sam z łatwością śledzić ich działalność. Ostatnio naszła mnie jednak myśl, że pewna część rzeczy mi ucieka. Bo wiem o blogu X znajomego Y, a nie wiem, że dla zabawy fotografuje akty z swoją osiemnastoletnią, adoptowaną, siostrą Azjatką i wrzuca je na Flickra. Że o blogu głoszącym teorii narodowo-socjalistycznych nie wspomnę. 1 O ile wyżej wymieniony znajomy (i inni) będą utrzymywać swoje profile, to już nigdy nie będę musiał szukać produkowanych przez nich treści. Fajowo.

Dobrałem więc kilka osób i trafiłem na pierwszy zgrzyt. Bardzo często gubię się w serwisie. Nie wiem, czy jak teraz kliknę, to dodam RSS do znajomych znajomego, czy tylko jego? Gdzie kliknąć, żeby zobaczyć odwiedzających poszczególną domenę zarejestrowaną w trakerze? Może ja jestem za głupi. Długo musiałem chodzić z kąta w kąt by znaleźć to, czego szukałem.

Ostatecznie miałem już to, co chciałem. Postanowiłem, że będę obserwował znajomych przez RSS, bo to wygodne, mogę sobie ewentualnie wysyłać e-mailem dzięki rss2mail, no i w ogóle dwazero. Minęło trochę czasu i wreszcie Google Reader zarejestrował ślad życia. Kliknąłem na feed i się lekko skrzywiłem. Wszystkie wpisy zarejestrowane przez Flakerapochodziły z Blipa. Do tego wśród blipnięć ludzi obserwowanych znalazły się moje. Dodatkowo przez Flakeraprzeniknęły wpisy, które na Blipie do mnie nie dotarły — dlaczego? — Flaker nie wie, jakie tagi ignoruje. Dowiedziałem się więc, że Kubica nie wygrał. Minęła znów chwila i znów przyszła paczka. Tym razem wśród blipnięć ludzi, których i tak obserwuję znalazła się lista utworów, które odsłuchują na Last.fm. Miałem więc \~40 wpisów, które nie stanowiły dla mnie specjalnej wartości.

Czy Flaker może w przyszłości dorobić się następującej funkcjonalności: możliwość wyłączania obserwowania serwisów, w których publikuje znajomy, z dokładnością do znajomego, lub jeśli to będzie zbyt skomplikowane — podział serwisów na te z wysokim noise-2-signal i te z małym? Blip i Last.fm produkują bardzo dużo ruchu. Ruch z Blipawidzę na kokpicie,  a ruch z Last.fm jest braktycznie bezużyteczny. No i te nieszczęsne tagi. Tu chyba trzeba zapytać Dyrekcję o rozszerzenie zapytania “tags”, tak, żeby dało się po tym jakoś filtrować.

Dalej, tracker. Może dla ludzi, którzy nie używają (jeszcze, jak coś, mamy zaproszenia;) Flakera wytłumaczymy o co chodzi. Tracer to dwie części: kawałek JS, który możemy sobie wrzucić na stronę i system rejestracji po stronie Flakera. Każdy z użytkowników systemu wchodząc na stronę z kodem trackera zobaczy request Flakerapozwalający poinformować innych, że odwiedziło się taką stronę. Można się zgodzić na przekazanie takiej informacji, odmówić rejestracji obecności i ustawić, aby wybrana odpowiedź stała się tą domyślną. Dzieje się to per serwis, co może irytować. Brakuje opcji “Tak, zawsze informuj” i “Nigdy nie informuj”. Dzięki temu ludzie kochający dzielić się swoimi gustami nie musieliby ciągle klikać “Tak”, a zwolennicy prywatności ganiać za “Nie”.

Traker ma też inny problem. Gdy ostatnio na pewien czas wyłączono serwis Flaker.pl to wszystkie blogi z kodem trackera przestały się wczytywać. Czekały na “instrukcje z góry”. Niestety, nie doczekały się.

Więc co, same negatywy? Oczywiście, że nie. Próbuję się po prostu rozgościć. Z pewnością będę dalej obserwował rozwój Flakera, bo nijak nie mogę trafić nigdy za Flickerowymi galeriami, mikroblogami na które ludzie wrzucają fotki z fail-bloga, lasn-fotami z Naszej Klasy, aukcjami Allegro i całym tym innym elektronicznym szumem. Chciałbym tylko żeby to był szum, a nie stereofoniczny zestaw silników odrzutowych, który zapewnia mi feed z Blipa i Last.fm.

  1. siostra i narowowi socjaliści to tylko przykład, proszę nie pytać mnie o linki

Ska

(Nie wiem czemu nigdy nie blogowałem o czymś, co jest tak ważne w moim życiu)

Not everybody can do the twist, but everybody can do the Ska

Czym jest Ska? Gdybym miał odpowiedzieć jednym zdaniem napisałbym, że to gatunek muzyki, który narodził się na Jamajce w latach pięćdziesiątych. Na szczęście nie muszę posługiwać się aż takim skrótem i mogę pozwolić sobie na opisanie tej wspaniałej muzyki.

Pierwsze nagrania Ska powstały w legendarnym Studio One znajdującym się w Kingston. Po chwili taneczna gorączka zawładnęła jamajskimi soundsystami — karaibska wyspa miała swój pierwszy muzyczny styl. U korzeni gatunku leży czarne rytmy: calipso, blues, jazz oraz R&B.

Skąd nazwa? Jedną z teorii mówi, że nazwa wzięła się od dzwięku gitary — znaku firmowego — który brzmi właśnie jak ‘ska-ska-ska’. Prócz gitary rytmicznej w standardowym instrumentarium zespołów grających znajduje się sekcja dęta (trąbka, saksofon, puzon), perskusja, gitara prowadząca, bas, a rzadziej organy ([Hammond](http://en.wikipedia.org/wiki/Hammond_organ, harmonijka ustna, skrzypce i inne instrumenty perkusyjne (kongo).

Czas mijał, nadeszły lata sześćdziesiąte. Wielka Brytania przeżywała falę imigracyjną — młodzi Jamajczycy szukali lepszego życia, zabierając ze sobą rodziny i muzykę.

Media: Gun of Navarone, African Roots Dub, In the Mood For Ska.

2 Tone

Lata sześćdziesiąte kojarzą nam się dość łatwo. Hippisi, narkotyki, The Doors, Woodstock, wolna miłość i pokój. Dziś może nam się to wydawać nieprawdopodobne, ale byli młodzi ludzie, którym nie odpowiadał brud, tumiwisizm i hedonizm niezrozerwalnie związany z ruchem hippisowskim. Nosili krótkie włosy, koszule, szelki, delikatnie przykrótkie jeansy spod których widać było ciężkie buty, kapelusze porkpie. Pierwsi jamajską kulturę, muzykę i styl ubioru zaadoptowali skinheadzi.

W piątki i soboty pracująca młodzież tańczyła do upadłego przy dźwiękach Ska, które wymieszało się z punk rockiem, dając życie drugiej fali. Główną wytwórnią wydającą jamajską muzkę było 2 Tone Records. Dwa kolory, jak kolory ludzi na parkiecie. Ska połączyło czarnych i białych w zabawie. Od tego czasu symbolem gatunku jest czarno-biała szachownica. 1 Wiem, że gdy napiszę o czarnych skinheadach, to pewnie mi nie uwierzycie, ale tak — skinheadzi byli czarni.

Skinheadzi wyznawali proste zasady: żadnej polityki, duma z tego, kim jesteś, piwo, muzyka i piłka nożna. Większość ludzi nazywających się dziś skinheadami nie ma nic wspólnego z oryginalnym ruchem. Gdyby powiedzieć im, że pierwi skini byli czarni mogliby zejść na zawał. Wróćmy jednak do muzyki.

Media: Sally Brown, Skinhead, A Message To You, Rudie, Our House, One Step Benoyd, Guns of Brixton, Rudie Can’t Fail.

Szybciej, więcej, głośniej

W latach osiemdziesiątych Ska przeskoczyło znów ocean by zainspirować amerykańskich muzyków. Tak narodziła się trzecia fala jamajskiego uderzenia. Trochę słodsza, trochę prostrza, głośniejsza. Jednym słowem: amerykańska. W trzeciej fali subtelne brzmienie Ska zdominował punk rock, dlatego też często o mówimy o ska punku czy ska core. Amerykanie nie przejęli też specjalnie kultury rudeboys.

Media: Oi To the World, Monkey Man, She Has a Girlfriend Now, I Wasn’t Going To Call You Anyway, Last Night, Spam, Come On Eileen.

Świat?

Każda z trzech fal podmywała świat. Mocniej lub lżej, w bardziej jazzowym lub punkowym wydaniu. Każdy z krajów ma swojego reprezentanta nurtu, że wymienię choćby: St-Petersburg Ska Jazz Review ([Too Good To Be True](http://youtube.com/watch?v=v3dpG0Ty0wQ z Rosji, The Busters ([Ruder Than Rude](http://youtube.com/watch?v=yEE5aFoZnYM, Ska-P ([Sexo y Religion](http://youtube.com/watch?v=hB9xcmu9GtU z Hiszpanii, Polemic ([Do Ska](http://youtube.com/watch?v=_SQPIAg04qM ze Słowacji, The Sketchers ([Secretary](http://youtube.com/watch?v=oQ4_OUZJKZw z Holandii, Tokio Ska Paradise Orchestra ([Skaravan](http://youtube.com/watch?v=SsjBv6aZHL0 i Ore Ska Band ([Tsumesaki](http://www.dailymotion.com/relevance/search/ore%2Bska/video/x256y1_ore-ska-band-tsumesaki_music. Taką listę mógłby ciągnąć bardzo długo. Dam Wam się jednak pobawić wyszukiwarką YouTube i odkryć coś na własną rękę. (można mnie podpytywać na Blipie;-)

Kto ty jesteś? Polak mały. Słuchasz Ska? No, dzień cały

Polacy nie gęsi i swoje Ska mają. Pierwsza płyta z tymi jamajskimi dźwiękami została nagrana przez… no, zgadnijcie? Ja też nie mogłem uwierzyć — Alibabki. Stało się to w 1964 roku. O ile muzyka mi się zgadzała, to nigdy nie mogłem zrozumieć, kto pisał im teksty. “Wash Wash Wash Jamaica Ska” brzmi niesamowicie zabawnie. “Echo Ska” jest już dużo lepsza, bajdziej swingująca no i ma tekst. ;-) Wszyscy wiemy jak wyglądała przez lata Polska. Ska funkcjonowało więc poza krwioobiegiem kultury. W tle grały sobie różne zespoły posługujące się tą stylistyką, czy nawet wprost odwołujące się do rytmów od których rudeboy’om podskakują kapelusze, ale na nowo do świadomości ludzi (a raczej do podświadomości, bo jak dziś komuś o tym opowiadam, to patrzy na mnie jak na wariata (to jak z czarnymi skinami był Big Cyc.

Big Cyc? Z czym?!

Makumba-Makumba-Makumba-ska!

Tak, tak. To była głupawa piosenka, którą wszyscy nucili i przy której wszyscy się bawili. W jednym z wywiadów Skiba powiedział, że chciał zagrać na nosie naszym “skinheadom” i nagrać muzykę o czarnym studencie używając muzyki, o której czarnych korzeniach dawno udało im się zapomnieć. Jeżeli chcecie posłuchać Cycowych interpretacji gatunku, to polecam zapoznać się z płytą “Wszyscy święci”, którą to Big Cyc nagrał po powrocie z USA, gdzie nasiąkneli strasznie gatunkiem (w tamtych czasach nawet na koncertach występowali w koszulkach zespołów Ska z USA, m.in. The Toasters). Za każdym razem gdy zaczynają grać na koncertach cover starego jamajskiego przeboju “Rudie Getting Married” — “Rudy się żeni” — nie potrafię się powstrzymać od uśmechu.

No, ale Big Cyc nie jest “reprezentantem gatunku” i pewnie wiele osób krzywo się na mnie popatrzy, ze to, że ich w ogóle wymieniłem.

Kto gra Ska w Polsce? W 2000 roku na to pytanie potrafiłbym wymienić kilka kapel. Dziś scena odmieniła się na tyle, że nie nadążam kupować płyt, a ludzie kwitują moje zdziwienie stwierdzeniem — “Jeszcze nie słyszałeś? Pfft”.

Głównym propagatorem gatunku (oraz innych, leżących obok, takich jak street punk, Oi!, rockabilly, psychobilly) w Polsce jest wydawnictwo JimmyJazz Records (pozdrawiam!), które prócz wydawania i nagrywania płyt początkujących i już dojrzałych zespołów wydaje gazetkę Garaż, w której obok tekstów o naszej ulubionej muzyce znajdziemy płytkę z nowościami, które niedługo pojawią się w ofercie. Gazetkę można bez problemu nabyć lub przejrzeć w Empiku.

Oto moja prywatna lista polskich zespołów, które warto przesłuchać: Vespa (To Miasto), Skampararas ([Za Reggae i Ska](http://youtube.com/watch?v=3nLSudWxwzA, Skankan ([Człowieku, Człowieku](http://youtube.com/watch?v=7JlaQm2YDTI, The Konopians ([Ska](http://youtube.com/watch?v=nwlBZVLXnxM, Skapoint ([Pressure Drop](http://youtube.com/watch?v=zbR5IpNdkwc, Cała Góra Barwników ([24 godziny](http://youtube.com/watch?v=Op8NEX_bCiM, Koniec Świata ([Atomowe Czarne Chmury](http://youtube.com/watch?v=znyLwAGRYOw, Bibi Ribozon & Banditos ([Swingujące Banany](http://youtube.com/watch?v=T684USFnz_Y, Ziggie Piggie ([Rudie Rudyboy](http://youtube.com/watch?v=RMlzhOjZ5TA, Horrorshow ([Jesteśmy z Sosnowca](http://youtube.com/watch?v=WIVkbQSWM44.

Wiele rockowo-punkowych kapel sięga do podobnych brzmień (Pidżama Porno - Ezoteryczny Poznań, T.Love - SOS Ska, Blade Loki - Psy i koty

Szybko podsumowując…

Nigdy nie myślałem, że pisanie o Ska przyjdzie mi z taką trudnością. Mam nadzieję, że YouTubeowe linki pozwolą choć trochę zapoznać się z gatunkiem. Jamajska muzyka naładowana jest radością, uderzeniem które nie pozwala usiedzieć na miejscu, bije w rytmie serca i pozwala mi przeżyć kolejny dzień bez zabijania masy debili. Muzyka jest życiem, przeżyj je radośnie — słuchaj Ska!

  1. którą podjebali emo-gnoje

Pokaż mi Twojego ThinkPada, a powiem Ci kim jesteś!

Trzy ThinkPady, trzy historie odciśnięte na pokrywach LCD. Który z nich może być mój? 1 Nagród nie wyślemy pocztą.

  1. Jeden jest az-a, drugi nozbiego. ;-)

Piwo korzenne, duchy i pięć minut z Guybrushem

Jestem fanem, nie — fanatykiem — serii przygód niezbyt udanego pirata 1 Guybrusha Threepwooda. “Secret of the Monkey Island” oraz “Secret of the Monkey Island 2: LeChuck’s Revenge” ukończyłem jeszcze w czasach, gdy nie musiałem się golić. Nadal z wielką przyjemnością odpalam sobie ScummVM i klikam po znajomych miejscach, czytam te same dowcipy i nadal się z nich śmieję.

Ba, po tylu latach nadal odkrywam rzeczy, które wcześniej przeleciały mi nad głową.

Wczoraj w nocy stwierdziłem, że chyba coś mi uciekło. No i oczywiście przypomniałem sobie o “Curse of Monkey Island” — części na którą się zawsze śliniłem, a w którą nigdy nie dane było mi zagrać, bo byłem wtedy jeszcze amigowcem. 2 Szybkie wyszukiwanie w Allegro i już idzie do mnie paczuszka z pudełkiem pełnym czarów LucasArtu. Nie mogąc się doczekać postanowiłem pooglądać jak wygląda gameplay w “Klątwie”. Wygląda bosko.

Na końcu znalazłem coś, co mnie rozbiło: pięciominutową animację pokazującą historię z pierwszej części gry. Samo mięso, sam śmiech. Każdy, kto zna tę grę musi to zobaczyć. Nie ma wymówek.

Nie zapraszajcie mnie w weekend na imprezy. Będę na Małpiej Wyspie. :-D

  1. to taki Rincewind siedmiu mórz
  2. Buuu! Hiss!

Democamp, 24-25.06.2008

W dniach 24 i 25 czerwca, w Szczyrku, odbyła się konferencja Democamp, na której miałem przyjemność gościć. Sama impreza była wręcz przepełniona wydarzeniami i wprost nie mogę nie napisać kilku słów raportu.

Swoją podróż na imprezę rozpocząłem w poniedziałek, tak żeby mieć czas pozwiedzać zanim zacznie się część oficjalna. Na moje szczęście na miejscu byli też już organizatorzy (Adam, Kuba, Paulina, Wiktor) i mogłem pozwiedzać lokalne knajpy w doborowym towarzystwie. W ramach sportowego współzawodnictwa rozegraliśmy turniej w trambambulę i ping-ponga. Tak minął dzień zero.

Dzień pierwszy to śniadanie, moje pierwsze podejście pod górę 1 no i ostatecznie wybiła godzina, w której rozpoczęto serię prezentacji. Zanim jednak oddano mikrofon prelegentom mieliśmy okazję wysłuchać krótkich wystąpień organizatorów nowych spotkań *camp: krakowskiego Krakspotu, olszytńskiego Olcampu i jeśli mnie pamięć nie myli, przedstawiciela Szczecina. Niestety, moja pamięć uległa tutaj jakiemuś uszkodzeniu i nie mogę zdradzić detali, ani czy w ogóle ta sprawa miała miejsce.

Serię prezentacji rozpoczął Dominik Koza, razem z pomagającym mu (występującym jednocześnie w roli kamerzysty) z doskoku Maciejem Budzichem. Tematem był Kodeks Blogerów – rzecz mocno aktualna zważywszy na coraz większe zainteresowanie firm reklamowaniem swoich produktów i usłuch przy użyciu „nowych mediów”. Dominik opowiedział pokrótce historię powstania samego Kodeksu, oraz to, które dziedziny z życia blogera ma on regulować. Chodzi głównie o etykę w pisaniu o produktach, stosunek marketerów do blogerów (padło wiele przykładów – tak od prezentujących jak i z sali), a całość przesłania podsumował Maciej używając trzech prostych do zrozumienia słów „Nie kłam, kurwa”.

Zaczęliśmy od miękkiego prawa — „etyki” — potem mikrofon przejęli Marcin Błaszyk i Tomek Olech, prawnicy z Kancelarii Prawnej Renata Urowska i Wspólnicy i zabrali się za tłumaczenie nam o ochronie danych osobowych w sieci. Prezentacja bardzo zajmująca, pełna ważnych informacji dla każdego, kto ma bazę danych pełną e-maili i adresów IP. Dostało się trochę nam – programistom – za pewne olewactwo gdy chodzi o pracę z danymi osobowymi, dostało się trochę twórcom prawa, którzy bezrefleksyjnie implementują dyrektywy Unii Europejskiej, tworząc przepisy kłopotliwe, zbyt wymagające, lub nie chroniące rzeczy naprawdę ważnych. 2 Pytań o różne niuanse prawa było więcej niż czasu, a ich zakres szerszy niż prezentacja, dopisałem więc za przyzwoleniem Adama na tabliczce z planowanymi sesjami unconference „Marudzić prawnikom”. Zarówno Tomek jak i Marcin dawali się przepytywać żądnym wiedzy (i pewnie skąpym;) uczestnikom Democampu w kuluarach.

Potem „wystąpiłem” ja.

Po mnie na scenę wskoczył Kuba Filipowski z wykładem o Enterprise 2.0, czyli co korpo może zabrać z tego całego webdwazerowego grajdołka. Czy warto sprzedawać aplikację SaaS, która wygląda jak Facebook lub Nasza Klasa? Kto potrzebuje audytów ISO i czy w ogóle.

Kuba oddał mirofon Michałowi Śliwińskiemu, autorowi aplikacji Nozbe wspomagającej zarządzanie czasem i projektami. Tę prezentację powinien zobaczyć każdy programista, który ma o marketingu takie pojęcie, jak ja. Na przykładzie własnego projektu (i trochę zahaczając o niejakiego Piotra M.) Michał opisał co warto zrobić, by zaistnieć ze swoim projektem, czy i jak warto się chwalić, jak „spamować” użytkowników, żeby byli chętni wydać te kilka dolarów na konto premium. Mnie najbardziej poruszyło proste stwierdzenie, które padło pod koniec wystąpienia — „Kochajcie swoją aplikację”. Takie proste, a jednak trudne, prawda? Bo jak już ją kochacie, to będziecie potrafili powiedzieć użytkownikom, jakie płyną zyski z jej używania, no i będziecie się w stanie nią szczerze chwalić.

Ze sceny powiało lekkim wiaterkiem niosącym przyszłość – to Michał Małyszko wprowadzał nas w problemy, technologie i potencjalne możliwość wiążące się z mobilną telewizją, oraz obecny stan wdrożeń w Polsce. Prezentacja wywołała automatycznie dyskusję wśród słuchających — „Czy Internet nie zastąpi telewizji”, „WiFi czy kabel, a może stara infrastruktura?” — dlatego też temat trafił na tablicę z tematami dla sesji unconference.

Ostatnią prezentacje przeprowadził Tomek Kolinko, jeden z programistów projektu szuku.pl – Szuku to wyszukiwarka ludzi, posługująca się danymi zgromadzonymi w sieci (rozmaite rejestry, aplikacje społecznościowe), która pozwala nam zweryfikować naszą randkę, partnera w biznesie i poszukać ewentualnych brudów na nielubianego blogera. Niestety, zgodnie z prawami rządzącymi prezentacjami, systemu nie udało się zademonstrować na rzutniku. Tomek, niezrażony tym faktem, przeprowadził dodatkową prezentację pokazującą jak mogą wyglądać narodziny i życie polskiego startupu, skąd brać programistów pracujących za orzeszki ziemne i czego im nie mówić. Odpowiedział też na męczące wielu pytanie, ile ważą książki, które kosztowały tysiąc nowych polskich złotych.

Bym był zapomniał! Maciej Żłobiński na początku opowiedział nam jak się powinno siedzieć na fotelu. Nigdy nie myślałem, że to taka sztuka. Po wysłuchaniu instrukcji wszyscy zaczęli się kręcić na wcześniej wygodnych krzesełkach. Potęga wiedzy!

Prezentacja Tomka zamknęła część oficjalną i ludzie rozpoczęli przygotowania do ogniska. Na początek wytargaliśmy z lodówki sto piw, które zasponsorowała nam firma Dominika – Insignia. Było już piwo, zaczynało się palić ognisko, na papierowych tackach czekało kombo ogórek-kaszanka-kiełbaska-smalec-chlebek, więc ludzie przystąpili do konsumpcji. Czym dłużej trwała konsumpcja tym bardziej zacieśniały się stosunki między uczestnikami, co dało się łatwo zaboserwować przyglądając się dowolnemu stołowi i licząc wybuchy śmiechu na minutę, oraz dzieląc to przez odgłos ‘psst’, który wydawały z siebie puszki. Bez wątpienia świetny sposób na integracje *campowego środowiska. 3

Na dzień drugi zaplanowano dwie strategie spędzenia poranka. Grupa mniej integrująca się na ognisku 4 wybrała się zdobywać góry, podczas gdy inni pływali w basenie, lub najzwyczajniej w świecie odsypiali. Gdy już wszyscy znaleźli się znów w obrębie hotelu rozpoczęto sesję unconference. Najwięcej okrzyków i gestów dobywało się z grupy omawiającej startupy w kontekście naszego kraju. Bałem się podejść, więc wybrałem bardziej spokojną sesję o telewizji mobilnej. Niestety, byłem tak spóźniony 5, że udało mi się właściwie wysłuchać tylko wniosków końcowych.

Nastał czas obiadu i turnieju gry w prowadzonego przez Macieja Żłobińskiego. Na turniej nie dotarłem, gdyż zostałem brutalnie porzucony przez Eri i jej chłopaka. Prawdopodobnie bali się przegrać i wymknęli się z pokoju nie niepokojąc mnie. ;-)

Podsumowując: impreza udana pod każdym względem i aż żal, że trwała tylko dwa dni. Prócz ciekawych (i mojej;) prezentacji, można było stanąć twarzą w twarz z wieloma osobami znanymi nam wcześniej tylko z sieci i zapytać, czemu nie obserwują nas na Blipie. Mogę tylko pragnąć, aby następna impreza w takiej formie odbyła się jak najszybciej.

No i podziękowania dla organizatorów: Netguru, PTI, sponsora piwa — Insignia oraz sponsora generalnego — bank WBK.

Zdjęcia użyte w notce wykonał Krzysztof Kowalczyk, pamięć odświeżała mi Paulina via Blip i Koza swoją notką o Democampie.

PS. Udało mi się też wczołgać na drugą górę. Niestety, złą trasą, co kosztowało mnie sporo energii i nadużywania wyrazów powszechnie uznawanych za szewskie.

  1. w górach nigdy nie byłem, więc chciałem sprawdzić co takiego jest w tym wspinaniu się po stromych ścieżkach
  2. Uwaga, to moja interpretacja ;-)
  3. Padło kilka rzeczy wartych opatentowania, jak gorset na rzepy (c) Koza i wszystko mówiące pytanie zadawane pojawiającym się przy stoliku ludziom — „Gitara czy bas?”
  4. lub z silniejszym systemem trawiennym
  5. czynnik ogniska

Dlaczego nie mówimy w branży brzydkich wyrazów i co z tego dla nas wynika? [czyli o czym nie słyszeliście, gdy mówiłem]

Moje wystąpienie na Democampie było fatalne, pełne zacinek i nie przekazało absoltunie nic. W zamyśle była to szybka pogadanka o komunikacji problemów w firmie. Poniżej jest notatka, którą mniej lub bardziej miałem się inspirować. Jak wyszło, wiadomo.

Zamysł oryginalny:

Chcę Wam dziś opowiedzieć o pewnej rzeczy, którą zauważyłem pracując przez te kilka lat z różnymi ludźmi. Jest kilka zwrotów, które są w branży związanej z IT uważane za wulgaryzmy. Wypowiedzenie ich powoduje omdlenia programistów, spojrzenia pełne niesmaku rzucane przez administratorów i płacz działu marketingu. Mleko kiśnie, pakiety zaczynają płynąć pod prąd, serwery rzucają kernel panic. Możecie sobie wyobrazić.

Zanim wymówię jeden z tych zwrotów chciałbym rzucić trochę światła na społeczność ludzi używających komputerów w celach twórczych. Wielu z postronnych obserwatorów uważa, że żyją oni tylko po to, by zarabiać, by kupować nowe gadżety i komputery i że są napędzani przez kofeinę.  Po części mają oni racje, ale zapominają o największej sile stojącej za każdym z twórców. O ego. Ego każdego twórcy jest parokrotnie większe niż on sam, a gdyby terroryści mogli się o nie rozbijać samolotami, to prawdopodobnie nigdy nie zabrakłoby im celów. Kto napisze najbardziej łebski algorytm, zrobi design tak minimalistyczny, że obraz „Biały niedźwiedź jedzący krówki podczas zamieci śnieżnej” będzie się wydawał zatłoczony. Ja. Ja. Moje ego.

Więc jaki jest ten wulgarny zwrot? Proszę ludzi o słabym sercu o zakrycie uszu – to „nie wiem”. Pewnie – powiecie – co w tym strasznego? To zwrot powodujący drżenie kolan każdego egomaniaka. Scenka rodzajowa: pytacie nowo przyjętego pracownika o kwestie optymalizacji zapytań w kontekście operacji na łańcuchach. Jego oczy zaczynają swoją wędrówkę od pięciozłotówki po zakrętki od słoików. Powoli mówi „Uhm”. Pytasz go, czy może to zrobić. „Uhm”. No to wszystko jest super, ty możesz zająć się innymi superważnymi sprawami jak blagosferowa wojna o ogień podczas gdy on będzie kodował. Problem leży w tym, że on tak na serio to nie wie, ani co do niego powiedziałeś, ani jak się do tego zabrać. Ale pracując w środowisku gdzie miłość własna jest tak ważna, prędzej umrze niż powie „nie wiem”.

Co z tego wynika? „Nie wiem” powoduje wymierne straty dla firmy. Nieme „nie wiem” to zawalony termin, bo przecież nikt nie przyzna się, że nie wie jak mierzyć dostępność zasobów. „Nie wiem”, którego zabrakło, to późniejszy refactoring projektu, dużo kosztowniejszy i stresujący, niż pisanie czegoś, ze świadomością niewiedzy.

Dlaczego tak się dzieje? Sami budujemy takie środowisko. W zespole, czym więcej warstw biurokracji-działów-kierowników, tym więcej ludzi czuje brak zaufania do kolegi z pracy. Przyznać się do niewiedzy to jak narysować sobie tarczę strzelniczą w dowolnym regionie konfliktu. Przykład idzie też z góry. Samo kierownictwo nie potrafi się przyznać do żadnego złego kroku, czemu więc programiści mają czuć się zmuszeni do uczciwości?

W zespole, w którym panuje zaufanie, dużo łatwiej jest powiedzieć nie wiem. Płaska struktura i ogólna znajomość tematu przez większość ludzi pomaga. Gdy u mnie w biurze pada słowo „nie wiem”, to zbieramy się i wymieniamy rozwiązaniami, albo ktoś obeznany podsunie gotowe rozwiązanie. Gdy ktoś mówi, że czegoś nie wie, to można go zapytać, czy spróbuje zerknąć w problem i powiedzieć, czy da radę go rozwiązać.

Oduczymy się mówienia białych kłamstw w stylu „nie widzę problemu w tym podejściu” — co czytamy jako — „nie wiem jaki problem to rozwiązuje, ale wygląda OK”. Trochę uczciwości w stosunku do innych i do siebie. Czy to, co powiedziałem ma w ogóle sens. Ja nie wiem.

Wykonanie:

Umm. Ee. \<spalony dowcip>. Dziękuję.