Béton brut

Twórca w nowych czasach

W ostatnim odcinku podcastu LoFijiNKS Joel Watson, autor komiksu Hijinks Ensue opowiada na pytania związane z problemami i możliwościami przed jakimi staje dziś niezależny autor, który chce publikować w Internecie.

Od “jak się promować?” po “jak zarabiać?” przez Creative Common i piractwo z ust gościa, który w przeciwieństwie do “ekspertów” od social media ma doświadczenia z pierwszej ręki.

LoFijiNKS Podcast #7, 1:24:55h


Poniedziałek the 14th

Nie jestem fatalistą, ale koniec jest bliski. Na szczęście tylko poniedziałku, który zaczął się tak.

Wstałem o piątej. Wyznaję zasadę, że trzeba iść jak najszybciej do pracy żeby wyjść jak najpóźniej. Nie jestem jednak pracoholikiem który zarabia worki pieniędzy. Jestem po prostu idiotą. Wypiłem śniadanie składające się z dwóch kaw i na paluszkach, żeby nie obudzić dzielącej ze mną norę mieszkalną kobiety, przedostałem się do przedpokoju gdzie stwierdziłem brak kluczy do biura.

Rozważyłem opcje i nie znajdując rozwiązań opadłem znów przed laptopa. Popisałem kilka zdenerwowanych e-maili, które zaczynały się od wulgaryzmów, zawierały kilka innych w treści i miały priorytet ustawiony na High co uznaję za wulgaryzm wysmakowany.

Pracuję z ludźmi, którzy wszystkie godziny przed 11:30 uważają za środek nocy. Szansa zobaczenia ich w biurze przed czternastą jest znikoma.

Szczęście uśmiechnęło się do mnie 1 około dziewiątej, gdy thung stwierdził, że jest w stanie przybyć do biura już przed jedenastą. Uradowany tą wiadomością spakowałem się bardzo szybko, ucałowałem osobę pełniącą rolę żony i jednym płynnym gestem wylałem na siebie stojącą na stole herbatę.

Przebrałem się i ze śpiewem na ustach, słowa piosenki były głównie o mojej nienawiści do świata jako takiego, udałem się do biura.

Za jakiś czas pojawił się Potera i od drzwi oznajmił nam, że się wywalił. Na laptopa, bo nie chciał się ubrudzić. Pocieszyłem go, że przecież chyba nic się nie stało, jego wylizany MacBook Pro, który otrzymuje więcej zabiegów higienicznych przy pomocy miękkich szmatek i płynu antybakteryjnego niż dwa wagony tramwaju linii 11, nie może się zepsuć przecież ot tak, od wywrotki.

A potem go wyciągnął z torby.

Brzydki Maczek to tak jak niedziałający PC. Udało się nam trochę poodginać porty i nawet działa.

Dzień upływał dalej zwykłym rytmem. Zadzwoniliśmy do klienta, z którym to klientem przygotowujemy projekt od dwóch miesięcy, żeby usłyszeć taką linię: “Nie mogę przekonać szefów, zajmijcie się czymś innym”. Było coraz lepiej.

Wieczorem opuściłem biuro by spotkać się z przyjacielem, napić się piwa i może zobaczyć mecz Włochy - Paragwaj. Spotkaliśmy się w knajpie, gdzie przy piwie opowiedziałem mu o naszym strasznym dniu. Popatrzył na mnie i od niechcenia wspomniał o tym, że rano upuścił kubek kawy na podłogę, który rozbił się na kawałki zalewając wnętrze jego komputera, który nie chce się już włączyć. Pośmialiśmy się z naszych tragedii. Potem dodał, że następna osoba z którą się umówiłem nie dotarła do pracy, bo urwało mu się koło w jego BWM M3. Pośmialiśmy się jeszcze trochę i postanowiliśmy już niczego się w tym dniu nie dotykać.

Zasiedliśmy więc po staropolsku, przy jadle, napoju i włączonym telewizorze nastawionym na Szpakowskiego. Dzwonek do drzwi. Na scenę wchodzi Krzaku i dramatycznym gestem pokazuje na swoje oczy, które pozbawione są białek. Opowiada: zacząłem grać w filmie, pani mi mordę pudrowała pierwszy raz, puder dostał się pod soczewki, zasnąłem w soczewkach, ostre zapalenie spojówek wyłączające mnie z dalszej działalności artystycznej związanej ze szczerzeniem się do oka kamery.

Zebrał oklaski, bo był dobrą kropką nad naszym “i” w “tragedia!”.

  1. ostatni raz

Będąc w dziewięćdziesięciodziewięcio procentowej mniejszości

Będzie krótko i węzłowato. Proszę, jeżeli chcecie napisać, że jesteście zupełnie pewni, że nigdy nie spotkaliście się z kimś kto robi to czy tamto inaczej, że prawie coś skończyliście, to nie piszcie:

  • Jestem pewien na dziewięćdziesiąt dziewięć procent.
  • I tak dziewięćdziesiąt siedem procent użytkowników Maka używa Windowsa.
  • Skończyłem projekt w 33 procentach.

Czytając takie zdania widzę od razu naukowca w odmianie reklamowej. Takiego od bielszej bieli, takiego ślepiącego się w rosnące słupki, które nie mają podziałki.

Ile wynosi jeden procent waszej pewności? Trzy bibliotekogodziny? Skąd bierzesz dane dotyczące użytkowników? A ile to jest w naprawionych błędach?

Zupełnie pewny”, “większość użytkowników, których znam”, “zamknąłem trzy błędy”.

Gdy piszecie notkę o tym, jak bardzo wam unikalni użytkownicy obrodzili, powstrzymajcie się proszę od przechwalania się procentami bez podania bazowej. Nasza Klasa, popularny wśród pracowników biurowych serwis ze zdjęciami, próbowała takiej sztuczki wklejając na swoim blogu wykres. Bardzo im urosło. Nie wiadomo co, nie wiadomo porównując do czego, ale urosło.

Porównywanie “przyrostów” bez kontekstu nie ma sensu. Wiecie jak łatwo mieć przyrost w tysiącach procentów posiadając pięciu użytkowników i jak trudno o procentowy wzrost posiadając tych użytkowników milion?

Podsumowując. Procent to nie jest wasza prywatna dziwka żebyście ją pakowali gdzie wam się podoba. Samo wstawianie liczb nie nadaje niczemu powagi. Wstawianie liczby od czapy zabiera co najmniej 17.39 procent lansu. Większa połowa z was i tak nie zrozumie, prawda?

Na marginesie: jak wszyscy wielcy blogerzy przede mną zamknąłem komentarze. Foch? blog@bronikowski.com


Nieuporządkowane” sortowanie w MySQL

To bardziej note-to-self niż notatka.

Musiałem dziś posortować dane wg kolumny, która zawierała tekst i narzucić porządek ustalony odgórnie i nie zawarty w logice bazy. Na początku napisałem wielki UNION, który łączył trzy zapytania z różnymi parametrami do WHERE, ale wydawało mi się to wybitnie nieeleganckie.

Okazało się, że jest piękne rozwiązanie. To parametr FIELD do ORDER BY.

SELECT   id,   soup_name,   how_salty_avg FROM   soups ORDER BY   FIELD(    soup_name,     'Pomidorowa',     'Szczawiowa',     'Niespodzianka',     'Odpadek'   )

Człowiek uczy się całe życie. Na szczęście za część tej edukacji płacą 1 klienci.

  1. to bardzo ryzykowna teza, ale nie waham się jej postawić

Źle, gorzej

Działo się to dość dawno temu. 1

Wróciłem ze szkoły i już od drzwi poczułem tę zimną atmosferę, której obawia się każdy nastolatek, który ma zbyt wiele za uszami. Może dzwonili ze szkoły zapytać, czemu nie było mnie na zajęciach w maju? Może zadzwoniła policja, która spisała mnie w drodze na trening za wznoszenie okrzyków o ambicji zajebania łódzkiej policji? 2

Przeszedłem do pokoju rodziców i zastałem ich w pozycji „usiądź i porozmawiamy”, usta zaciśnięte w białe kreski, wzrok wycelowany wprost we mnie. Usiadłem. Rozmowę rozpoczęła matka. Zapytała mnie czy wiem, co mógł znaleźć ojciec. Ojciec mógł znaleźć wiele rzeczy, nie chciałem więc zgadywać i odkrywać wszystkich kart. Odpowiedziałem, że pojęcia nie mam. Ojciec podniósł się, stanął na stole i sięgnął za kolumnę stojącą na szafie. Wyciągnął zza niej kasetę VHS i położył ją na stole.

Okładka przedstawiała panią i pana podczas wyjątkowo namiętnego seksu analnego. Węgierski tytuł obwieszczał coś o „anal” i coś o „terminator”. Zapytano mnie, czy mam coś do dodania. Nie miałem niczego do powiedzenia, otworzyłem pudełko i wyjąłem kasetę, włączyłem odtwarzacz i telewizor. Mimo protestów matki, które uciszyłem gestem „chwila, robię”, włączyłem film.

Wielkie jest prawdopodobieństwo, że w ten dzień, w tym miejscu, moja rodzina straciła resztki wiary co do mojej przyszłości. Telewizor rozświetlił się ostatnim odcinkiem „Czarodziejki z Księżyca”, który nagrałem dla innych nerdów ze szkoły. Jako jedyny posiadałem sprzęt i dość wolnego czasu wynikającego z wagarów. To jedyna kaseta, na której nam nie zależało i przeznaczyliśmy ją do skasowania. Schowałem ją z uwagi na okładkę.

  1. Nie pamiętam czy już kiedyś o tym nie pisałem, to popularna historia wśród moich znajomych, postanowiłem więc zapisać ją i na przyszłość po prostu podawać odnośnik.
  2. Prawy pomocnik krzyczał, mnie spisali. Jak powiedział Pan policjant, kiedy odmówiłem wskazania winnego: „Chcesz mieć miękkie serce to musisz mieć twardą dupę”.

HTML 2 PDF: wkhtmltopdf

Zadanie: przygotować dokument PDF zawierający wszystkie faktury wystawione przez system w ostatnim roku.

Problem: system nie zapisuje faktur w PDF-ach, są wyświetlane jako strony HTML na ekranie monitora i drukowane przy pomocy arkuszy stylów z odpowiednimi definicjami @media dla wydruków.

Problem: faktury, które trafią do dokumentu muszą wyglądać identycznie jak te dostępne w systemie. Napisanie zewnętrznego generatora, który na podstawie danych z bazy zapisze odpowiedni PDF będzie kłopotliwe i czasochłonne. 1

Problem: programy, które potrafiły generować PDF z HTML-a nie potrafiły robić tego dobrze. Większość była szlachetnie nieświadoma istnienia definicji w style.css — pamiętajmy — celem jest identyczny wygląd.

Rozwiązaniem byłoby zautomatyzowanie wydruków przy pomocy przeglądarki. Nie miałem za bardzo pomysłu jak tego dokonać. Do tego dochodzi okienko przed wydrukiem, którego chyba nie da się oskryptować.

Pokarmiłem wyszukiwarkę różnymi słowami kluczowymi i znalazłem projekt wkhtmltopdf, który zrobił mi dzień. WebKit HTML To PDF to jak ławo zgadnąć program zawierający w sobie silnik WebKit i wypluwający na jego podstawie PDF. Czego można chcieć więcej? Potrafi używać osobnych stylów, interpretuje JavaScript (więc nie ma problemu z robieniem zrzutu aplikacji generującej wygląd przez dżejkłery czy co tam teraz jest modne do fruwania elementów) i zmienić automatycznie kolorystykę na odcienie szarości, co pomaga przy drukowaniu. Innymi słowy robi jedną rzecz i robi ją dobrze.

Przykłady: piotrpotera.com, bronikowski.com, riddle.pl 2

Jak widać “tekst jest tekstem”, obrazki się wczytały, zewnętrzne czcionki także zaskoczyły. Jestem miło zaskoczony. Faktury nadal się konwertują. Jeden testowy przebieg trwa około pięciu godzin. Tę noc spędzę w objęciach kawy.

  1. dorzućmy do tego problem z kodowaniem, który powstał w wyniku dawnej aktualizacji MySQL-a do 4.1, która to wersja lubiła definiować latin1 dla pól tekstowych
  2. Strona Riddle się delikatnie popsuła. Nie żeby mnie to specjalnie dziwiło, on jest psuja od CSS, a wersji WebKita z którą zbudowany jest wkhtmltopdf na moim systemie nie znam.

Bajka z morałem

W pewnym królestwie, którego nazwa ginie w mrokach historii, mieszkał książę. Fucha była całkiem niezła, płaca dobra, a jedyne zagrożenie stanowiła kombinacja złej wiedźmy i czaru zamieniającego w żabę. Na tę okazję książę utrzymywał kilka kurew o złotym sercu, które za dukaty pocałują praktycznie wszystko.

Idylla została zburzona. Królewska toaleta się zapchała. Gówno, a i obiekty natury okołohigienicznej wrzucane z pewnością przez roztargnionych domowników do muszli, rzuciły wyzwanie prawom fizyki.

Zawstydzony książę postanowił nie wzywać hydraulika. Raz po raz pociągał za spłuczkę pełen nadziei, że materia nieożywiona wreszcie odpłynie i dołączy do swoich braci w kanale. Tchórzył jednak za każdym razem, gdy poziom wody podnosił się zbyt wysoko. Nie pozostało nic innego. Trzeba będzie fizycznie usunąć to gówno.

Strapił się książę. Najbliżej czegoś co dziedziczyło wszystkie właściwości fizyczne gówna znalazł się podczas tego spotkania z dyplomatami kraju, którego nie kochał przesadnie. Zabawa ekstremistami nie znajdowała się wysoko na liście rzeczy, których szlachetnie urodzeni podejmowali się bez żachnięcia. Nie licząc tych zboków od markiza De Sade. Z sercem pełnym rozpaczy i duszą pełną strachu pociągnął za spłuczkę jeszcze raz.

Obserwował jak poziom wody podnosi się i podnosi. Kiedy wydawało się, że już za chwilę woda przeleje się za brzegi rozległo się ciche mlaśnięcie i breja opadła gwałtownie. Sytuacja została opanowana dzięki odwadze wrodzonej niechęci do pracy fizycznej i wiary, że Einstein pomyli się w przyszłości mówiąc, że problemów nie da się rozwiązać tym samym sposobem myślenia jakim się te problemy stworzyło.

Prawdziwy intelektualista woli poczekać, aż mu się kibel zapcha z jego własnej winy. Gdy się już zapcha, zaryzykuje rozwiązanie proste i o małych szansach powodzenia. Jan Kowalski popchnie gówno sam. Dlatego właśnie świat pełen jest szczęśliwych prostaków i zasrańców oczekujących, że problemy zasadniczo rozwiązują się same jeśli się poczeka dość długo.


Magiczne, rewolucyjne, nie do uwierzenia

Kto nie publikuje w iBooks ten przegrał życie.
Anonimowy komentator Onet.pl

Prawdziwego mężczyznę poznaje się po tym jak kończy (i po kapeluszu), a ja kończę z opuszczoną głową, którą mam zamiar podnieść w obliczu nowej nadziei jaką niesie ze sobą najnowsze dziecko Apple, iPad. Bądźmy szczerzy: jest tylko jedna firma, która może zmienić sposób w jaki postrzegamy świat, sposób w jaki konsumujemy media. Zamykają kina, Wall Street Journal się nie sprzedaje, New Yorker zwalnia, mało kto czyta bronikowski.com — możemy więc uznać, że kultura konsumpcji treści wysokiego lotu upada.

iPad zmieni to wszystko. Tak jak iPod zmienił świat cyfrowej muzyki. Książki, filmy i gazety pod opuszkami palców. Inteligentna konsumpcja treści, która wpisuje się tak dobrze w nowoczesny świat, w którym przyszło nam żyć. Monetyzacja. Synergia. Boso po kalifornijskiej łące z plastikowym kubkiem z kawą.

Widzę też problemy. Apple słynie z pomijania naszego kraju, tak zasłużonego przecież i oddanego firmie z Infinite Loop, w dostępie do cyfrowych kanałów dystrybucji. Póki nie wyjaśnię tej sprawy, a wiedzcie, że napisałem już stosowny e-mail pod sjobs@apple.com, będę musiał polegać na archaicznej metodzie dystrybucji jaką jest RSS.

http://ipad.bronikowski.com

W przyszłości mam zamiar przenieść całego bloga do iTunes Store, jedna notka za dziewięćdziesiąt dziewięć eurocentów. Myślę, że cena jest fair. Zwykły tekst kosztuje mnie 2*Guinness i paczkę fajek.


Wyłącznik zmierzchowy

Stałem na przystanku i właśnie wtedy bóg zamrugał do mnie oczami miasta. Na rozkaz niesłyszalnego głosu uliczne lampy otworzyły swoje brudne klosze z sodowymi źrenicami.

Stałem tak, zdziwiony jak dziecko, podziwiając ten akt tworzenia. I stała się jasność. Krwiobiegiem ulic popłynęły tramwaje. Wczorajsze kałuże zatrzymały się na chwilę zdjęte chłodem.

Zimowe ulice strząsnęły z siebie ostatnich spacerowiczów. Oparty o wiatę przystanku podziwiałem swój oddech w powietrzu i dumałem nad smutnym faktem: coraz rzadziej rozważam, co by było gdyby. Gdybanie jest świetną rozrywką dla osoby, której zestaw problemów ogranicza się do następnej butelki wina, następnego blanta i wahań na rynku zupek gotowych do spożycia po zalaniu wrzątkiem. Ostatnio problemy ścięły włosy, założyły garnitury i wydoroślały. Siedzą gdzieś na brunchu debatując o najnowszych trendach we wnoszeniu opłat za farmę serwerów i paradygmatach w konsumpcji kredytów odnawialnych.

Co by było, gdyby wyłączyli oświetlenie w mieście? Zapytałem kiedyś o to w parku Zdrowie, nocą, patrząc w utopione świetlnym smogiem niebo. Wszyscy zgodzili się, że byłoby całkiem super. Sekundy później horyzont zgasł. Gdzieś w elektrowni musiał wyskoczyć bardzo duży bezpiecznik. Przyduszony narkotycznym dymem wysapałem z siebie monosylabę zdziwienia i ekscytacji. Na niebo wciągnięto planszę “przepraszamy za usterki”, razem z białymi kropkami gwiazd.

Co by było, gdyby wyłączyli oświetlenie w mieście? Pewnie by nam obrobili biuro. Dlatego nie zadaję sobie już tych pytań, rzeczywistość jest męcząca.

Gdyby baba miała wąsy, to z pewnością stałaby się rzecznikiem jakiejś firmy oferującej laserowy zabieg usuwania nadmiernego owłosienia, razem z kampanią wirusową i fanpage.


Bohdan

Bohdan sypiał w krzakach jałowca. Nie od początku do końca swojego życia, ale przez kilka dni, które spędziliśmy nad wodą. Bohdan miał sweter, skołtunioną brodę, potargane włosy i oddech pijaka. Trzy pierwsze elementy miały wkomponowane igły jałowcowego legowiska. Jak wszyscy obecni na tym wyjeździe, oddawał się prostym przyjemnościom: siedzeniem porankiem na brzegu zalewu z wędką, spożywaniu dużych ilości alkoholu kupowanego na kanistry od wycofujących się braci ze Wschodu, jedzeniu mielonki i puszczaniu bąków. Nie mogę przecenić wkładu tych rybackich wyjazdów w kształtowanie mnie jako obywatela i mężczyzny.

Od czasu do czasu, przy kolacji, odbieraliśmy też wykształcenie klasyczne. Bohdan zapytał mnie znad puszki mielonki:

  • Emil, Ty się uczysz niemieckiego w szkole?
  • Tak! Bardzo mi się podoba — tu się przedstawiłem z adresem, używając najlepszego akcentu podkradzionego z amerykańskich filmów o nazistach.
  • To jak będzie “zmęczony” po niemiecku?
  • Hmm — zrobiłem przerwę, która sugerowała że zapomniałem, ale z pewnością wiedziałem.
  • Müde!
  • Ach, właśnie.
  • To tak jak w zdaniu, jak kolega wyciągał mnie w Berlinie do burdelu, powiedziałem mu “Thomas, ich bin zu müde”.

Bo Bohdan był sztandarowym biznesmenem tego okresu. Jak w piosence Big Cyca: “Renta, stypendium — wyżyć się nie da. Tu kupisz, tam sprzedasz — nie weźmie cię bieda”. Nie zadawałem sobie pytań o to, czemu biznesmen tej klasy, odrzucający zaproszenia do niemieckich burdeli, sypia w krzakach jałowca. Sam chciałem spać na dworze, ale mi zabroniono. W moim umyśle jasnym stało się, że tylko ktoś, kto trzyma życie w garści, może spać gdzie chce.

Wróciliśmy z wycieczki. Bohdan stał się częstym gościem w naszym domu. Przy stole przytaczał anegdotki z życia, zapamiętałem jedną, którą opowiadał nie bez dumy. Jego córka przekomarzała się ze swoją koleżanką o to, co mają lepsze i większe. Wygrała przez nokaut stwierdzając, że jej tata ma większe długi niż tata koleżanki.

Następnego dnia ojciec wziął mnie na stronę i jął mi tłumaczyć historię Bohdana. Kupił on do spółki z kimś młyn, z miłości do siebie wystawił sobie pieczątkę prezesa i nią całował dokumenty, wspólnik zabrał forsę i wyparował. Co mi było po tej wiedzy? Otóż prezes upadłego młyna chciałby pożyczyć ode mnie telewizor. 1 Poruszony historią zgodziłem się, uprzedzając, że bardzo będę się cieszył jak mi go szybko zwróci, bo brak telewizora odcina mnie od komputera, a nie mam zamiaru walczyć z matką o dostęp do tego w pokoju, bo ogląda się na nim Izaurę.

Kręcąc się na fotelu, dwadzieścia dwa lata później, dumam sobie nad biznesem w ogóle. Dumam bez telewizora, który pożyczył ode mnie Bohdan, a którego nigdy nie zwrócił. Gdybym wyciągnął wcześniej wnioski ze spotkania z królem jałowcowego zamku, to może żyłoby mi się łatwiej. Trzeba okradać głupszych (którzy wystawiają sobie pieczątki dla picu), albo słabszych i naiwnych. Najlepiej kogoś, kto dziedziczy wszystkie te trzy cechy i dzięki temu jest pracownikiem wprost idealnym.

  1. dla ludzi z innej epoki, kiedyś podłączało się komputery do telewizorów