Archiwum | emil@fuse.pl && crypto

Jak umrzeć w sposób właściwy

Pamiętacie dziecięce rymowanki-wyliczanki?

Dziesięć bałwanków stało na polanie, dokładnie dziesięć — bałwan przy baławnie”

Znalazłem stronę, na której umieszczono jeszcze jedną wyliczankę, nie tyle dla dzieci, ile o dzieciach. Książeczka w oryginale nazywa się The Gashlycrumb Tinies”, a autorem jej jest Edward Gorey. Można ją nabyć drogą kupna za jedyne dziewięć dolarów + S&P. Idealny prezent dla Twojego szkraba pytającego co się dzieje po śmierci.

Po śmierci, jeśli Twoje imię się rymuje, trafiasz do takiej książeczki, synu”

Klik, klik. How to die in proper way.


PHPMyAdmin spotyka SQLBuddy i jest mu z tego powodu bardzo przykro

PHPMyAdmin jest reprezentantem ruchu ‘dość dobrze’. Jest on dość dobry, dość wygodny, bardzo popularny — ostatecznie okazuje się być czymś pokoju Windows 98, jak się nie ma co się lubi to się lubi, co się ma. Co jakiś czas sprawdzałem czy pojawił się jakiś sensowny konkurent, ale żadna z aplikacji, które wygooglałem nie leżała mi.

Wczoraj pojawiła się nowa zabawka: SQLBuddy. Programik jest darmowy dla zastosowań niekomercyjnych, grube ryby muszą wysupłać \$25. Dzięki rządowi USA z dnia na dzień program staje się coraz tańszy. Po pobraniu i rozpakowaniu archiwum ZIP należy przesunąć katalog gdzieś, gdzie Wasz serwer potrafi je zaserwować. To koniec procedury instalacyjnej: autoryzacja odbywa się po tablicy z uprawnieniami MySQL-a, możemy ją uszczelnić na własną rękę HTTP-AUTH.

wrażenie? Zdecydowanie mniej śmieci na ekranie po zalogowaniu. Po lewej stronie widzimy ‘fałszywy’ listview z którego można wywołać pojedyncze zapytanie, zarządzać użytkownikami i przeglądać listę dostępnych baz danych. Kliknięcie bazy danych rozwija listę dostępnych tabel.

Dzięki zastosowaniu AJAX-a cały interface zachowuje się wyjątkowo żwawo. PHPMyAdmin miał tendencję odświeżania wielkiej ramki z wielką tabelką. Tutaj wszystko doczytuje się dynamicznie.

Słowo o wyglądzie. Interface jest zdecydowanie przemyślany. Widać bardzo mało nadmiarowych informacji, można się skupić na prawdziwej pracy. Widok dostępny po kliknięciu nazwy bazy danych ukazuje nam listę tabel z ilością danych, możliwość skasowania bazy i szybkiego dodania nowej tabeli.

Po kliknięciu na nazwę tabeli przechodzimy do odpowiedniego widoku. Zaczynamy od przeglądu danych. Możemy wybierać jeden lub więcej z wierszy i skasować je lub poddać edycji. Jedną zakładkę dalej mamy możliwość modyfikacji struktury bazy. No i zaczynają się schody.

wiersza jest rozwiązana dość nieciekawie. Wszystkie dane przedstawione są w zwykłych polach input i mają kompletnie w nosie jaki typ danych edytujesz. Wpisałem w unsigned int ‘aaa’ i przeszło bez problemu (komunikat powiedział, że zapisano, ale nic się nie zmieniło, więc pewnie wyciszają błędne zapytania). Mam tu i tam pole typu enum. Logicznym byłoby użyć drop-down-boksa dla ograniczonej liczby opcji zdeterminowanej przez samą strukturę bazy.

Edycja struktury to osobna rzecz. Ta część jest świetnym przykładem, że wszystkie ajaksowo-dehateemelowe cudaki mogą spowolnić pracę. Mamy tu listę pół, które trzeba kliknąć, aby zmienić ich wartości. Tu zdecydowanie wygrywa PHPMyAdmin. Edytowanie tabeli z wieloma kolumnami może być bólem w tylnej części ciała.

Czy PHPMyAdmin ma się czego bać?

Zalety:

  • Mało kodu, łatwiej znaleźć ewentualne błędy
  • Nie ma konfiguracji, działa od ręki
  • Estetyczny wygląd

Wady:

  • Edycja danych nie zwraca uwagi na nic. Nie otrzymujesz komunikatów o tym, że zapytanie nie podmieniło danych
  • Edycja struktury jest uciążliwa i mocno nieintuicyjna
  • Działa tylko z localhost, można przeedytować plik i zmienić wartość \$host

Tak, też to zauważyliście? Mamy fajny interface, ale funkcjonalnie jesteśmy jeszcze w lesie. Zamiast wysłać im \$25 dostaną list z uwagami. Biorę oczywiście pod uwagę, że to pierwsze wydanie i życzę autorom następnej wersji, które nadgoni braki w funkcjonalności.


Technologiczne cudo trafia wreszcie do Polski

Współobywatele! Nie musicie już dłużej czekać, ślinić się do youtubowych klipów pokazujących obraz waszych marzeń. Dość przeglądania sieci w poszukiwaniu tanich podróbek, wyglądających tylko podobnie, a nie dających tego samego komfortu używania!

Dołączyliśmy wreszcie do tej części kontynentu — lub, nie bójmy się tego powiedzieć! — świata, nie będącej technologicznym zadupiem!

Prosty interface, zwiększona produktywność, styl i marka, która zapewni Wam powodzenie tak w życiu zawodowym jak i seksualnym.

Napisałem tę notkę z czystej miłości do technologii i dlatego, że rozpoznaje momenty przełomowe. Momenty przełomowe to te, które zwiększają mi lans o kilka punktów. Przejdźmy teraz do rzeczy najważniejszej, opisu technologicznego:

Stoły do lagowania 1 i rozkrawania Ocean to profesjonalne rozwiązanie znajdujące zastosowanie w przemyśle odzieżowym, bieliźniarskim, branży meblarskiej, sportowej i innych. Precyzja wykonania, stabilność konstrukcji oraz ilość możliwych opcji wyposażenia, to cechy wyróżniające zestaw Ocean na polskim rynku.
Zestaw cechuje się nowoczesną, stabilną konstrukcją, zapewniającą wygodę oraz trwałość użytkowania. Modułowa budowa pozwala dowolnie rozbudować system w zależności od potrzeb, ułatwia też transport i montaż zestawu w krojowni.

Obsługa urządzenia jest niezwykle prosta i może być wykonywana tylko przez jedną osobę. **Podstawowe cechy zestawu i możliwe opcje wyposażenia:** - dowolne długości i dwie szerokości zestawu, - solidna konstrukcja ze stalowych profili, - tory jezdne ze stali ocynkowanej lub chromowej, - regulacja wysokości stołu, - profesjonalny odkrawacz ręczny lub automatyczny, - listwa przytrzymująca materiał, - prowadnik rolkowy odkrawacza, - rolki prasujące rozwijany materiał, - belka obrotowa lagowarki, - dolne półki pomocnicze o grubości 18 mm, - płyta do rozwijania materiału, - kosz do rozwijania materiału, - dodatkowa rura do rozwijania materiału. **W skład podstawowego zestawu wchodzą:** - stół krojczy na stelażu stalowym, - blat obramowany taśmą PCV 2 mm, - lagownica ręczna, - tor jezdny ze stali ocynkowanej, - listwa dociskowa, - odkrawacz automatyczny Long Ocean DYDB-2, - prowadnik rolkowy odkrawacza.
Wreszcie stół krawiecki na miarę naszych potrzeb!
  1. tekst skradziony firmie [Samex](http://samex.com.pl), za pozwoleniem Ważnych Czynników, dziękujemy

Lata płyną, a Ty nic się nie zmieniasz

Old and
youngW Internecie istnieją dwa rodzaje użytkowników — mamy użytkowników pełnoletnich i podających się za pełnoletnich. Wszystkie systemy, które dostarczają jakiejś sensowniejszej formy weryfikacji niż pole “Data urodzenia” będą grubą przesadą dla kogoś, kto chce zobaczyć trailer z wulgarnymi tekstami, założyć profil na serwisie aukcyjnym czy zobaczyć Wiecie Jakie Strony.

Może w przyszłości będą serwisy potwierdzające nasze dane. Coś co połączy OpenID z kontem w systemie, który inny system darzy zaufaniem.

Przechodząc do meritum: systemy zbierają dane o wieku użytkownika. Teraz mamy to, co nam poda — w przyszłości może coś bardziej wartościowego. Wczoraj zastanowiłem się czy ktokolwiek używa takiej danej do czegokolwiek innego niż zero-jedynkowe przyzwolenie na prezentację sutków. Ja się jeszcze z czymś takim nie spotkałem.

Wyobraźmy sobie Projekt. Projekt, który dzięki wiedzy na temat wieku użytkownik zmienia się.

  • Czy użytkownik powyżej 60-tego roku życia widzi gorzej niż 14-to latek? Zwykle tak. Dlaczego nie zaserwować mu szablonu o większym kontraście, większych czcionkach?
  • Filtrowanie treści na podstawie statystyk oglądalności w rozbiciu na wiek użytkownika. Jeżeli wiadomość w Projekcie czytają głównie 14-letnie dziewczyny, to jest duża szansa, że dla 29-cio letniego faceta treść tego artykułu będzie nieprzydatna.
  • Konfiguracja. Młodzi ludzie mają tendencje do przestawiania czego się da. Czym człowiek starszy tym bardziej ceni swój czas i chce, żeby “to już działało”.

Mój pomysł (pewnie już ktoś wdrożył go w życie, albo o czymś takim napisał) ma wiele wad, ale to znaczy, że jest przynajmniej trochę realny. Pierwszym problemem byłaby generalizacja. Będą niedowidzące nastolatki i seniorzy — królowie strzelnicy. Trzydziestokilkuletni faceci czytający o Dodzie i jej nowych zębach oraz fani przestawiania wszystkiego nawet W Pewnym Wieku, czyli zwykłe nerdy.

Do tego potrzeba będzie speców od użyteczności. Takich, którym wiedza pozwala na przeprowadzenie prawdziwych badań nad potencjalnymi ścieżkami użytkowników w różnym wieku.

Po trzecie, ludzie na helldesku będą mieli jeszcze więcej problemów z dzwoniącymi. Ciężko to sobie wyobrazić, wiem, ale co zrobić gdy na pytanie “co Pan widzi na ekranie” uzyskuje się za każdym razem inną odpowiedź ze względu na wiek?

Można zapytać — “po co się w ogóle tak męczyć?”. Ja zmieniłem zdanie na temat tego, jak powinien się zachowywać system informatyczny 1 po krótkim klipie, który widziałem gdzieś, lata temu. Był to projekt studentów jakiejś uczelni: bieżnia do fitnessu, która dostosowywała warunki biegu do użytkownika na podstawie badania tętna. Ten prosty hack dał mi do myślenia. Czy nie byłoby cholernie fajnie biec i po jakimś czasie nie dyszeć, bo przeceniliśmy swoje możliwości?

Wiemy, albo możemy wiedzieć, dość dużo o swoim użytkowniku. Może kiedyś zaczniemy (lepiej) korzystać z tych danych. Czego sobie i Wam życzę.

Zdjęcie CC Brian Auer.

  1. tu mała uwaga, piszę ciągle o systemach, które nie są przeznaczone dla specjalistów. Systemy specjalistyczne powinny dostarczać narzędzi dla specjalistów, a nie specjalistów w Wieku X

SSL, OpenSSH, OpenVPN — w Debianie się da

Wczoraj załatano bardzo poważną dziurę w systemach wywodzących się z Debiana, no i oczywiście w samym Debianie. Zmiany wprowadzone przez jednego z developerów Debiana spowodowały zwiększenie prawdopodobieństwa wystąpienia klucza, który nacierający mógł zgadnąć.

Do załatania systemu nie wystarczy tylko aktualizacja pakietu. Wszystkie klucze w systemie należy podmienić wszystkie klucze wygenerowane przez zepsutą paczkę SSL-a.

Dla OpenSSH ssh-keygen będzie Waszym przyjacielem.

Piszę o tym tu, bo zadziwiająca ilość ludzi, z którymi wczoraj rozmawiałem, nie czyta żadnych security advisory (co jest lekko przerażające).


Z systemu sobie zakpimy

Twoje miasto jest otoczone pajęczyną utkaną z kamer przemysłowych. Za każdą siedzi człowiek-pająk czekający aż zrobisz coś, za co mógłby Cię zjeść. Jesteś muzykiem, ale nie stać Cię na nagranie teledysku. Czujesz już to?

Kapela Get Out Clause użyła systemu. Ustawiali się z instrumentami w rozmaitych miejscach Londynu i pozwalali się nakręcić szpiegowskim oczkom. Potem, używając Data Protection Act, wymusili na nagrywających ich instytucjach wydanie materiału.

Teledysk? Teledysk. Piękne? Piękne.


Bawi, uczy, wychowuje [technologia!]

Wiele bardzo dobrych blogów napisało o tym, że Google tłumaczy już z języka obcego na polski i w drugą stronę. Ociągałem się z rzuceniem okiem na nową zabawkę ze stajni Wielkiego Gie (jakże dwuznaczne może być to stwierdzenie, prawda) aż nastała noc i mogłem poświęcić swój nic niewarty czas na klikanie.

Zabawa była przednia. Nic lepiej nie pokazuje jak dobra technologia pomagająca nam zrozumieć francuski wpis o rebelii w dzielnicach biedy, przytaczająca cytaty (w oryginale z Koranu) może być obrócona w żart.

Oto kilka wyimków z Bronikowski dot com w wersji dla miłośników Szekspira.

Gods raczą know.

Waiter kindled zapałkę on my table and drawing pogniecionego peta from behind his ear half wykaszlał, half wychrypiał: “He will not be with the Lord gadał. As the Lord saw, it said, what you ordered.

Well, you know, that Apple applies scientific approach to its “międzymordź.”

Your telephone gada to the network, then - as now go forth from the office - phone gada to transmitters.

Ziarnko to grain and Orange odmierzy you measure.

For now, I had szpadel and kopałem hole.

Skupmy on the fourth point.

People in kajdankach przechodzili metamorphosis. From threats to łkania. From łkania to threats.

Can you sell me a cigarette?” - Poczęstowałem it so.

As I have the opportunity to pocket szpilę fellow-fans-Apple, it always wbijam.

under the magnifying glass to a second graphics and zerknie as those kropeczki beautifully poukładane.

Obliczyłem ratio weny to irritation and stated that already, and so did not do anything. “Give them!” - Krzyknąłem.

In an era of logic “is not segreguj, search”

Always nurtowało me a question

Your Inboks it could frighten small children.

Unfortunately, even good tool can be raped by inappropriate use.

Thung went calmly podbijając points knowledge of CSS - Pio wrote a system that had to be placed so long ago, it now negotiates with wnuczkiem client, a client turned himself in kupkę powder.

And I must śmieję. Yes, nieczuły with me drań. Empty gestures are fun, and so the final result that I have to look quickly wipes his nose and to refrain from accepting fluids.

Oczywiście — nabijam się. Niektóre kawałki tekstów są przetłumaczone całkiem sensownie i prawdopodobnie — przy odrobinie zapału — natifspiker może zrozumieć o co mi chodzi. Tłumaczenia, jak kobiety: wierne nie są piękne, piękne nie są wierne. Automatyczne są hilarystyczne.


Zamknij się!

Wiem, że to robisz. Czasem, gdy już Twoje zawodowe życie uspokaja się, usadawiasz się w fotelu, odchylasz głowę i myślisz. Myśli płyną wolno i tworzy się obraz czegoś doskonałego, czegoś co zrobisz za chwilę. Nagle drzwi otwierają się i wchodzi Twoja partnerka 1 życiowa.

Pamiętasz, że za tydzień są urodziny Jana Żyto” — “Kogo?” — odpowiadam wyrwany z głębokiego zamyślania. “Pana Żyto, spotkałeś go kiedyś na imprezie i tak sobie pomyślałam, że chciałbyś wiedzieć o jego urodzinach.”

Nie wiedziałem, czemu chciałbym wiedzieć, ale nie chciałem się upierać i mruknąłem coś pod nosem.

Będziesz czytał tę gazetę?” — pokazała mi coś, co kupiłem w kiosku z nadzieją przeczytania jednego artykułu. Pokręciłem głową przecząco. Partnerka wzięła zamach i rzuciła mi gazetę na biurko. “Ten raport? Te zdjęcia z wakacji, które chciałeś przebrać?” Zanim odpowiedziałem kolejna porcja makulatury ze świstem wylądowała na moim biurku.

Zaczynałem się irytować. Nie dość, że muszę tego wysłuchiwać, to jeszcze moje biurko zaczyna przypominać scenę wypadku, w którym udział brały śmieciarka i ściana. Ściana cała w plakatach.

Przyszła też do Ciebie poczta” — powiedziała, wieszając się mi na ramieniu.

Niech zostanie tam, gdzie jest, później przejrze” — na wpół mówiąc to, na wpół wysapując poprawiłem się znów w fotelu licząc, że wena całkowicie mnie nie opuściła. Na chwilę zapadła cisza. “Trzy listy” — usłyszałem — jeden ze śmieszną kopertą. Obliczyłem stosunek weny do irytacji i stwierdziłem, że już i tak niczego nie zrobię. “Dawaj je!” — krzyknąłem.

Jeden okazał się listem, w którym znajomy pisze, że nie miał czasu napisać mi listu, więc zadzwoni. Drugi był drukiem bezadresowym więc podarłem go od razu nie oglądając. Ostatni okazał się zaproszeniem na spęd hodowców chomików “Hermetyczny Heniek”.

Dzisiaj w telewizji mówi…”

Zamknij się” — krzyknąłem — “zamknij się wreszcie!”

Scena domowej przemocy? Nie, nie. To Ty i Twój komputer. To Twój komputer, który co chwila zalewa Cię bezsensownymi informacjami: o poczcie, uderzającej właśnie INBOX, o RSS-ach, których nie masz czasu czytać. Dacie, wydarzeniach na miesiąc do przodu, o pojawieniu się znajomych na komunikatorze — znajomych ostatni raz widzianych 7 lat temu.

Obserwuję czasem komputery ludzi. Są ludzie — absolutni fani wszystkich wtyczek, widgetów i innych przeszkadzajek podających im stany procesora, baterii, pamięci, pamięci wymiany, dni do końca prezydentury Lecha Aleksandra Kaczyńskiego.

Nie zdajemy sobie (chyba) do końca sprawy, jak to wpływa na naszą pracę z pudłem. Co chwila nasza myszka dryfuję w stronę ikonki. Nasz okres skupienia zaczyna przypominać amfetaminową jazdę dziecka z ADHD. Klik, klik, klik. Czy ktoś zadaje sobie pytanie o ważność tych informacji? Bądźmy szczerzy, większość z nich to coś, co świetnie wchodzi z kawą i pączkiem — nie coś, co pasuje w pracy. 2

A biurko? Przyglądaliście się kiedyś Waszym pulpitom? Jak wielu z Was przesiąkło nawykiem ściągania i zapisywania rzeczy na desktop (aka Pulpit) bo ‘szybciej znajdę’ i/lub ‘nie zapomnę o tym’. Jeżeli systemy chcą dostarczyć metafory biurka, na którym pracujecie, to pracujecie w śmietniku.

W czasach logiki “nie segreguj, wyszukuj” — gdzie oprogramowanie takie jak Spotlight, Beagle czy Tracker mogą znaleźć dowolny plik po parametrach takich jak wielkość, czas utworzenia i ilość kawy wypitych przed stworzeniem pliku, pedantyczne układanie kupek dokumentów nie musi mieć sensu. Ale dlaczego układać je na widoku, wprost na swoim biurku?

Zrzut ekranu dzięki uprzejmości thunga

O co mi w ogóle chodzi? Sprzątnijcie trochę Wasze cyfrowe życie. Będziecie szczęśliwsi, spokojniejsi i komputer przestanie być źródłem irytacji.

  • Większość z Was ma własne domeny, w których trzyma pocztę (Kierzko ma siedemset trzydzieści cztery, ale tylko w trzystu czternastu trzyma pocztę) — załóżcie sobie kilka kont. Jedno do pracy, gdzie pisują klienci. Dzięki temu nie będziecie dostawać e-maili o wycenach i propozycjach do sobotniej kawy. Drugi dla przyjaciół. Pozbędziecie się w pracy informacji o świeżo zakupionej butelce whiskey i ‘zabawnych’ plików PowerPointa, których i tak nigdy nie czytacie. Trzecie na ham, listy dyskusyjne i inne śmieci. Pilnujcie się schematu, a debili nie potrafiących zapamiętać adresu filtrujcie sami.
  • Wywalcie przeszkadzajki. Nie, nie musisz wiedzieć jaka jest pogoda za oknem dzięki obserwacji górnej belki. Wystarczy podejść do okna i wyjrzeć. Nie musisz wiedzieć, że Twój komputer pracuje już 4h, masz 8 maili i 412 nieprzeczytanych RSS-ów.
  • Komunikatory. To samo co z e-mailem (inny JID w pracy, inny w domu) i edukacja znajomych. Ludzie wychowani przez GG są wytresowani do ignorowania statusów. Wbijcie do głowy ludziom, że DND znaczy ‘spier!’, że Away znaczy ‘jestem na fajce przed budynkiem’, że Online znaczy ‘nawijaj, ziom’. A ‘disconnected’ to nie znaczy, że ‘jestem ukryty’. Ludzi upierdliwych, ignorujących Twoje DND wyrzucaj z listy.
  • RSS. Przeprowadź prosty test na sensowność utrzymywania feedu 3: Czy czytałeś choć raz przez ostatnie pięć dni? Czy przez ostatni miesiąc widziałeś tam coś, co uznałeś za dobre? Jedno ‘nie’ na te dwa pytania powoduje usunięcie kanału z czytnika. Pozbyłem się w ten sposób dziesiątków feedów i zyskałem trochę czasu i dużo spokoju (nie czuć tego ciśnienia, że ‘mam coś nieprzeczytanego’)
  • Desktop. Jeżeli przytrafia Ci się krążyć strzałką nad pulpitem i mruczeć ‘Mmmm…’ do siebie, to znaczy, że szukasz czegoś, co tu rzuciłeś — rzuciłeś tu, żeby szybciej to znaleźć. FAIL. Masz za dużo śmieci. U mnie w Crontabie siedzi taka linijeczka: @reboot rm -rf \~/Desktop/* — kasuje ona zawartość pulpitu. Co tam leży nie jest warte zachowania, bo nie poświęciłem chwili, żeby to gdzieś wsadzić.

Nie jestem guru lajfhakingu, nie jestem kimś, kogo trzeba słuchać w sprawach zarządzania czasem. Jestem za to facetem, który z kłębka nerwów przepełnionych myślą ‘Muszę pracować, klienci mnie dopadną’ przez kilka miesięcy zamienił się w kogoś, kto znalazł czas tak na pracę, jak i na przyjemność. Kogoś, kto nie zatruwa się przed snem czytając pocztę z konta firmowego.

Dla wielu nerdów praca jest życiem, a komputer oknem na świat. Czasem trzeba użyć drzwi i wyjść.

Czego sobie i Wam — w tę piękną wiosnę — życzę.

  1. kobiety mogą sobie wyobrazić, że piszę o facetach, płeć nie gra tu roli, a ja wolę myśleć o kobietach
  2. Należy pamiętać, że piszę z punktu widzenia programisty — sekretarka może mieć więcej krótkich zadań
  3. wiem, że proszę się tym o wykopanie z Waszych czytników, ale co tam

Dość walk na imprezie; równe szanse na dance

Nasze imprezy przebiegają według ustalonego planu. Jednym z żelaznych punktów jest walka o dostęp do komputera podłączonego do projektora celem przeforsowania własnych gustów muzycznych lub wyświetlanych klipów na YT. Czas mija, używki są konsumowane i coraz częściej w dialogach znajdują się takie zdania:

  • Jeszcze jedno! Prrrroszę!”
  • Puść mnie, puść mnie — właśnie sobie przypomniałem zajebisty kawałek, co chciałem Wam go dać do przesłuchania!”
  • Ty \<inwektywa>, ile jeszcze będziesz siedział przy komputerze na imprezie?!”
  • O nie, znów \<gatunek muzyczny>!”

Dziś trafiłem na link, który może nie rozwiąże problemów z tym kto kontroluje odgrywanie, ale odciągnie go od komputera (co pozwoli innym przejąć po czasie władze). Jest to maszap 1 YouTube i Last.fm. Wchodzimy na stronę projektu Last.fm + YouTube 2 i wpisujemy login do swojego profilu. System przeleci po Twojej liście odtwarzanych rzeczy i przygotuje odpowiednie teledyski dostępne na YT. Miód i orzeszki.

Podsumowując: Goście dostarczają swoje loginy na Last.fm (nieobecni głosu nie mają), gospodarz karmi nimi Last.fm + YouTube w odpowiednich interwałach. Mamy idealną sytuację gdzie wszyscy są jednakowo niezadowoleni. Nikt nie siedzi przy komputerze. Wszyscy siedzą przy whiskey.

Web2.0 zmniejsza poziom agresji i zwiększa spożycie alkoholu!

  1. trudne, ale piękne, polskie słowo
  2. dlaczego nie nazwano tego youlaster czy jakoś łebdwazerowo? No maszap to przecież!

81920 kropeczek w 256 kolorach

Nie będę próbował tłumaczyć czym była (czym jest teraz, nie wiem, nie uczestniczę w jej życiu od bardzo dawna) demoscena. Jedno jest pewne: demoscena grupowała ludzi, którzy nigdy nie uważali, że materiał ogranicza twórcę. Najlepszym przykładem byli graficy. Zanim każdy ściągnął swoją własną wersję Photoshopa zarejestrowaną na Jana Kowalskiego, zanim komputery zaczęły wyświetlać miliony kolorów w niesamowitych rozdzielczościach, świat miał do dyspozycji kilkaset piksli w X i Y.

Dziś to wszystko wygląda śmiesznie. Gdy przed chwilą udawałem się na polowanie za kilkoma grafikami sam zastanowiłem się, czy jest jak je pokazać. 320x256 to mniej, niż wyświetla mój telefon. Nawet ten głupi blogowy szablon ma aż 510px wolnego miejsca.

Może ktoś jednak weźmie sobie jedną czy drugą grafikę pod lupę i zerknie jak te kropeczki pięknie poukładane. To kiedyś było wyświetlane na pełnym ekranie mojego monitora podłączonego do Amigi. Dziś to tylko znaczki, trochę większe od ikon.

Oto kilka (nie mogłem znaleźć żadnego dobrego archiwum z pracami z tamtych lat) obrazków:

Cyclone:

ahne
pappa

cindy and
bert

hansel und
gretel

mobile

springtime
feelings

Madd i Mustafa:

fancy
trip

onyx
generation

underwater
flava

Mustafa:

mystic
inflence

you know
gejst

Rork:

czarownik

Zaac:

trogne

Żałuję, że nie udało mi się na szybko znaleźć więcej (kto by pomyślał — czasy Internetu) i nie mogę Wam pokazać jakiś prac Caro, ale co zrobić. Mam nadzieję, że nawet w 2008 potraficie docenić brak warstw, filtrów, malutką paletę kolorów i to, że ktoś miał nad tym wszystkim kontrolę.

I co Ty na to, Eri? ;-)


Mam nadzieję, że używa do tego BCC:

From: Steve Ballmer
Date: May 3, 2008 5:17:30 PM PDT
To: “Microsoft - All Employees (QBDG)”
Subject: Withdrawal of Offer to Acquire Yahoo!

Było bicie się w klatę, były okrzyki wojenne i potrząsanie szabelką. Polecam przeczytać e-mail Krzesłorzuta dostępny na TC. Zawiera on idealną porcję bulszitu — w sam raz na znieczulenie się przed poniedziałkiem.


Bądź Zen z ZenBe.com

ZenBe.com to nowy system webmailowy. Webmail zwykle pachnie nudą i naśladuje desktopowe aplikacje w sposób tak nieudony, że żal go używać. Pierwszym graczem na rynku, który zmienił podejście ludzi do pocztowego międzymordzia, był GMail. Tagi, wyszukiwarka (przecież to Google, prawda?), UI umaczane w AJAX-ie, integracja jabberowego konta. Na tle GM webmaile o otwartym kodzie wyglądają jak coś, co napisaliśmy z kuzynem po pijaku, w jeden wieczór.

Teraz będzie jeszcze ciężej dla otwartych aplikacji. ZenBe wziął wszystkie dobre rzeczy z GMaila i dodał od siebie dodatkową warstwę lakieru i funkcjonalności.

Nie kusi mnie zwykle wygląd aplikacji, ale to, co projektanci zrobili z interface ZenBe po prostu powala. Lekki, pachnący wiosną, przewidywalny interface, który śmiga. Każdy element pasuje. Dawno nie widziałem tak ładnie przygotowanej aplikacji webowej. Od loginu po ostatnią zakładkę utrzymuje ten sam klimat.

Funkcjonalnie? Poczta zachowuje się tak, jak powinna. Pisanie 1, odpowiadanie, tagowanie, nadawanie gwiazdek.

Kalendarz. Niesamowitym plusem jest tu filozofia ZenBe. “Wszystko w jednym oknie/tabie”. Powiecie, że przełączanie się na kalendarz w tabie to nie jest problem. Jest, kiedy nie trzymasz cały czas kalendarza. Wtedy trzeba poczekać, aż się  raczy załadować, sprawdzić coś i prawdopodobnie go zamknąć — skazując się na powtórzenie procedury.

Kalendarz funkcjonalnie jest zupełnie “kalendarzowy”. Importuje zewnętrzne kalendarze, ustawia nowe zdarzenia. W kalendarzu wiele nowego wymyślić chyba nie można. ;-)

Zakładka pliki — to jest dopiero łebskie. W zakładce tej możemy dzielić się dokumentami z innymi użytkownikami ZenBe 2 — możemy też w wygodny sposób przeglądać wszystkie pliki jakie otrzymaliśmy e-mailem. Koniec z przekopywaniem się przez INBOX w poszukiwaniu “tego pliku PDF co go dostałem w czwartek czy może w zeszłym miesiącu”. Zdecydowany plus za ten ficzer.

ZenPages. Jak to opisać? Kreator maszapów? ZenBe pozwala nam stworzyć stronę z różnymi kontrolkami np. “Dyskusja” i “Galeria Flickr ‘Gołe Panie’” i udostępnić ją innym, tworząc wydzielone miejsce do dyskusji dla dużych i małych onanistów z Twojej listy kontaktowej. Co możemy dodać do takiej strony?

  • Mapy
  • Maile
  • Galerie Flickra i Picassy
  • YouTubowe wideo
  • Linki
  • Pliki
  • Kawałki kalendarza
  • Logi z rozmów z Google Talka

Uff. Gdybyś chciał poplotkować o e-mailu, który dostałeś od szefa będącego obecnie pod palmami (a kalendarz mówi, że jest na szkoleniach), a którego Flickrowe konto pokazuje skąpo odziane tancerki hula — masz wreszcie technologiczną możliwość. Zaproś kolegów z pracy, żonę i dzieci szefa do wspólnego tworzenia contentu.

Jeszcze coś? Integraca z Facebookiem, mała-i-użyteczna lista TODO.

Aplikacja jest oczywiście w stanie beta — niestety beta dzięki durniom dwa zero nie znaczy już absolutnie nic. Czego mi brakuje? W GMailu są bardzo dobre skróty klawiszowe i rozszerzenia do Fx uprzyjemniające życie. Trudno oczekiwać żeby ZenBe dorobiło się własnego środowiska użytkowników w dwa dni.

Czekamy na więcej tak napisanych i zaprojektowanych aplikacji.

  1. czy ktoś może wreszcie uświadomić twórców klientów pocztowych żeby nie ustawiali kursora na górze odpowiadanej wiadomości — sugerując top-posting?
  2. co nie jest niczym niezwykłym

Przenośny, bez kompromisów

Jestem fanbojem. Fanbojem i neofitą w jednym — rubensowsko wyskamkowanym — pudle. Uwielbiam ThinkPady. Jak mam okazję wbić szpilę kolegom-fanom-Apple, to zawsze wbijam. 1

Oto reklamówka ThinkPada X300. Taka szpileczka. Oto trochę szczegółów o TP X300 z Gizmodo.

  1. Ale Wy i tak wiecie, że zasadniczo tylko dla żartów

Nie idź do kina (to szatan wysyła e-maile)

Hipotetyczna sytuacja: wrzucasz na Blipie informację, że masz więcej biletów i czy ktoś chce się wybrać na film. Zgłaszają się ludzie, idziecie i oglądacie.

Druga sytuacja: piszesz na blogu, że wykupiłeś bilety na Iron Mana i urządzasz specjalny przedpremierowy pokaz. Czytelnicy za marnego dolara mogą zamówić swój bilet. Wszystko wygląda ślicznie, do dnia, w którym dostajesz C&D od prawników Marvela.

Następnym razem gdy zaprosisz kogoś do kina (czy jesteś dystrybutorem filmu?), postawisz mu kolejkę (masz zezwolenie na handel alkoholem?), obiad (zaświadczenie z SANEPID-u?) pamiętaj, że komuś może się nie podobać to, że mu płacisz!

Idę do biura “podystrybuować” trochę wiedzy z współwięźniami, ale nie mówicie nikomu, jeszcze mnie jakaś encyklopedia pozwie — wiedza też jest wartością jednostanowiskową.


Numerowanie wierszy w MySQL-u

Stanąłem przed prostym problemem. Mam trzy tablice: jedna zawierała definicje galerii, druga informacje, ostatnia elementy galerii. Chciałem wyświetlić galerie dla informacji. Odnośniki musiały być ponumerowane. Czytając z tablicy pośredniczącej miałem tylko dwa klucze — galleryId i eventId. Postanowiłem sprawdzić, czy w MySQL-u można zastosować pewną prostą sztuczkę, która pozwoli mi uzyskać numery wierszy wypisanych z zapytania.

Poprzednio zapytanie wyglądało tak:

SELECT galleryId FROM galleryEvents WHERE eventId = 10;

Otrzymywałem: 3, 5 i 9. Wyświetlanie odnośników jako 3, 5 i 9 zamiast 1, 2 i 3 było głupie. Zmodyfikowałem więc zapytanie tak.

SET @rowCount = 0;

SELECT galleryId, @rowCount := @rowCount + 1 AS rowCount FROM galleryEvents WHERE eventId = 10;

Dzięki temu zapytanie wykonuje inkrementacje na wcześniej zainicjalizowanej zmiennej. Mała rzecz, a cieszy.


CSS dobry jest do wszystkiego

CSS — czytamy “cieses” — jest znaną przez wszystkich webmasterów technologią pozwalającą zmieniać kolory linków i ich dekorację. Bardziej szaleni designerzy próbują używać arkuszy stylów do separacji prezentacji od treści. Bardziej powaleni zrobili buźkę, która się do nie dawna nie wyświetlała na większości przeglądarek.

Nigdy nie wiedziałem o co chodzi, sam zrobiłem kilka rzeczy, które się nie wyświetlały.

Dziś wpadłem na gościa, którego twórcy CSS powinni ucałować lub nabić na pal. Za świetne i bezużyteczne użycie “cieses” — zbudowanie bohatera wszystkich leniwych alkoholików — Homera Simpsona na DIV-ach.


Hans Reiser uznany winnym

Hans Reiser, autor znanego systemu plików dla Linuksa, został uznany winnym w procesie o zabójstwo byłej żony, Niny Reiser. Proces był poszlakowy: nie ma świadków zbrodni, ciała, miejsca zbrodni. Kara przewidziana za morderstwo pierwszego stopnia to 25 lat do dożywocia.

Dokładniej o tym Wired.


Ubuntu 8.04 — jak oni kodują (na lodzie)

Przed chwilą rozległa się dobrze znana (użytkownikom Windowsa) melodyjka. Tim-dim-dim-DIM. Otworzyłem oczy i pomyślałem do siebie:

  1. Po słuchaniu metalu przed spaniem należy wyregulować poziom głośności z ‘szatan’ na ‘nagłośnienie biurowe’
  2. Czas wstać, skoro już o czymś pomyślałem i się nie spociłem
  3. Ubuntu 8.04 skończyło się ściągać, a µTorrent zamknął komputer

Nie mogę jeszcze zainstalować Ubuntu 8.04 na poważnie. Aktualizacja laptopa to bardzo poważny krok i z pewnością poczeka na długi weekend. Na szczęście odpaliłem jakiś czas temu komputer, który kiedyś zakupiłem do biura, podwójnym szczęściem jest, że posiada on system Windows — więc będę mógł spróbować jak zachowuje się nowy instalator Ubuntu.

Co jest takiego cudownego w nowym instalatorze? Podobno pozwala instalować Ubuntu z Windowsa w sposób bezpieczny dla neofitów. Plikopartycja, żadnych GRUB-ów i tym podobne. No to nie pozostaje mi nic innego, jak odpalić płyty.

Po zamontowaniu płyty ukazuje się nam proste menu wyboru (w naszym języku, plus za to) pozwalające nam odpalić LiveCD, zainstalować Ubuntu “wewnątrz” Windowsa (co przetestujemy) i skorzystać z dostępnych na sieci informacji o systemie.

Po wybraniu instalacji w systemie Windows pojawia się okno pozwalające wybrać podstawowe parametry instalacji. Docelową partycję, nazwę użytkownika, język, rozmiar plikopartycji i środowisko graficzne. Kolejny wielki plus za dobranie rozsądnych ustawień na start. W combo-boksie dostępne są tylko partycje z wystarczającą ilością miejsca na instalację, język i login pobierane są z systemu Windows. Można spokojnie zapaść na syndrom ‘Next’ i niczego nie zepsuć.

Na razie jestem pod wrażeniem. Czy wciśnięcie “Zainstaluj” nie popsuje tego listu miłosnego? Dowiedz się więcej wysyłając SMS-a z hasłem…

Kopiowanie danych trwało około trzech minut po czym instalator poprosił o wykonanie resetu celem wprowadzenia końcowych zmian. Pozwoliłem mu się zresetować. Po przejściu przez BIOS komputer wyświetlił boot-manager dostępny standardowo w Windowsie, z dodatkową opcją “Ubuntu” — wybrałem ją — po chwili przywitał mnie podkład i maleńkie okienko z paskiem postępu.

Więc to jednak nie był koniec. ;-) Po resecie Ubuntu rozpoczyna proces nieinteraktywnej instalacji. Partycjonuje dyski, instaluje pakiety, ściąga poprawki (bardzo dobre, zawsze startujesz z połatanego systemu) i słowniki/tłumaczenia dla Twojej wersji językowej. Całość zajęła około dwudziestu minut lub pół kawy w dużym kubku.

Oczywiście, pomyliłem się. GRUB jest. Więcej, teraz jest bootmanager Windowsa, który uruchamia GRUB-a, który wczytuje kernel. Myślałem, że będzie to jakoś inaczej rozwiązane, ale nie będę narzekał, póki działa.

Po zainstalowaniu system zresetował się, a ja znów kazałem mu wrócić do Ubuntu. Pierwszy zgrzyt splash wygląda jak PRL po LSD. Szary i małe kolorowe paski. No nic, zobaczymy. Dotarłem do GDM-a 1 — podałem nazwę użytkownika, hasło, zagrał sampel, ekran zrobił się czarny.

Analog? Digital? Analog? Digital? Analog? GDM!”

Eee. Co się stało. Kolejna próba, kolejny zwis. Próbuję przełączyć się na TTY 2 — nic z tego, efekt podobny do bootsplasha. Oczywście winne są sterowniki do grafiki, tylko nie bardzo wiem, co z tym fantem zrobić. Przełączam sesję na tryb awaryjny GNOME i o dziwo loguje się bez problemu. Właśnie zainstalowałem binarne sterowniki do ATI i dam się zresetwać systemowi. Za chwilę dalszy ciąg programu.

(Wstaw irytującą melyjkę jak na infolinii)

Splashowi się nie poprawiło. System ruszy poprawnie z binarnymi sterownikami do ATI. Jako miły dodatego automatycznie włączyła się kompozycja 3D z kilkoma niezbyt uciążliwymi efektami. 3

No, ale to nie miało być o Ubuntu, tylko o instalacji Ubuntu nowym instalatorem.

Plusy:

  • Bardzo dobrze zaprojektowany interface po stronie Windowsa
  • Automagiczna instalacja, która zajmuje kilkanaście minut
  • Działa.

Minusy:

  • Blanker podczas instalacji — możecie powiedzieć, że się czepiam, ale gdybym zobaczył czarny ekran podczas instalacji, to z pewnością skoczyłoby mi ciśnienie
  • Jeżeli nie potraficie przewidzieć ile potrwa operacja, nie podawajcie czasu zakończenia. Czułem się jak w świecie, gdzie obowiązuje jedna-standardowa-minuta-Microsoftu (trwa od 20 sekund do kilku dni)

Linuksa używam ponad siedem lat. Gdyby we wszystkich elementach interakcji z użytkownikiem przeszedł podobny rozwój, jak ma to miejsce w procesie instalacji, to dawno zdetronizowałby Windowsa. Na szczęście nie zdetronizował i jeszcze chwilę mogę pocieszyć się ostatnimi promieniami słoneczka elitaryzmu. Instaler taki jak ten to pełne zaćmienie słońca (patrzeć przez zadymioną szybkę)

  1. dla nieznających Ubuntu, to program zarządzający logowaniem się do systemu
  2. czyli na wirtualną konsolę
  3. bujanie i kostka są dla mnie uciążliwe

Obraz wart jest weekendu

Piotr Rogacki na naszej liście dyskusyjnej w wątku o pracy i odpoczynku: “Ilość pracy jaką się wykonuje jest całką (dla niewtajemniczonych czymś w stylu pola) funkcji poziomu kreatywności na osi czasu poświęconego na prace. Funkcja poziomu kreatywności jest wprost proporcjonalna do współczynnika satysfakcji i współczynnika aktywności oraz odwrotnie proporcjonalna do poziomu trudności wykonywanych czynności i ilości godzin poświęconych w tygodniu. Przy regularnym utrzymywaniu wysokiego poziomu funkcji kreatywności rośnie współczynnik aktywności i można do pewnego momentu zwiększać ilość godzin lub trudność. Jeśli funkcja poziomu kreatywności spadnie blisko zera ilość godzin nie zwiększa wykonanej pracy.”

Bardzo to ładna teoria. Mam dużo prostszą. Oś Y pokazuje poziom chęci do życia i ogólnej szczęśliwości.


Idąc nocą (lubię dysonans, bardzo, zwłaszcza)

Wracając z meczu Ligi Mistrzów — lekko zawiany — postanowiłem znaleźć wewnętrzne piękno tych strasznych zaułków, którymi przechadzają się ludzie z konkretnymi interesami do załatwienia. Idę więc. Idę dalej. Och! Omal nie wdepnąłem w ludzi rozciągniętych na chodniku.

Ludzie rozciągnięci na chodniku byli w kajdankach. Obok nich stali inni ludzie przebrani za ludzi, którzy leżeli w kajdankach. Bez wątpienia policyjna prowokacja mająca na celu ściągnąć z ulicy dilerów. Zatrzymałem się, popatrzyłem, a potem przeszedłem do budki — która o dziwo była nadal otwarta — i zamówiłem zapiekankę.

Ludzie w kajdankach przechodzili metamorfozy. Od gróźb do łkania. Od łkania do gróźb. Stałem obok nich i jadłem Zapiekankę XXL za sześć nowych polskich złotych i myślałem jak cholernie mało brakowało bym był nimi. Zjadłem zapiekankę, oni zostali zapakowani do samochodu.

Szedłem więc dalej.

Na przeciw mnie kuśtykała kobieta. Wyglądała na jakieś sześćset czy siedemset lat. Zatrzymała mnie machając mi przed oczami. “Czy może Pan sprzedać mi papierosa?” — poczęstowałem ją więc. Sięgnęła do paczki, ale ręce trzęsły się jej tak bardzo, że nie mogła dać rady. Wyciągnąłem więc jednego z i podałem jej. Podpaliłem. Zapytała znów, czy nie chcę za niego pieniędzy. Mogłem pozwolić jej zapłacić i odejść z tą resztą honoru, który ludzie trzymają jak zdjęcia z dzieciństwa na strychu. Podziękowałem. Jak cholernie łatwo byłoby mi się stać nią.

Doszedłem do przystanku nocnych autobusów. Z1, Z5, Z6, Z4. Wsiadłem, skasowałem bilet. Jestem porządnym, płacącym podatki obywatelem. Autobus jechał ulicami, a ja dalej słuchałem wesołej muzyki. Na klatce wstukałem kod do domofonu, dwie potęgi ósemek plus dwa i wbiegłem po schodach do ciepłego domu, z Internetem w powietrzu, kolacją w lodówce i wygodnymi kapciami.

Jak zajebiście ciężko było nie stać się nimi.