Béton brut

Hans Reiser uznany winnym

Hans Reiser, autor znanego systemu plików dla Linuksa, został uznany winnym w procesie o zabójstwo byłej żony, Niny Reiser. Proces był poszlakowy: nie ma świadków zbrodni, ciała, miejsca zbrodni. Kara przewidziana za morderstwo pierwszego stopnia to 25 lat do dożywocia.

Dokładniej o tym Wired.


Ubuntu 8.04 — jak oni kodują (na lodzie)

Przed chwilą rozległa się dobrze znana (użytkownikom Windowsa) melodyjka. Tim-dim-dim-DIM. Otworzyłem oczy i pomyślałem do siebie:

  1. Po słuchaniu metalu przed spaniem należy wyregulować poziom głośności z ‘szatan’ na ‘nagłośnienie biurowe’
  2. Czas wstać, skoro już o czymś pomyślałem i się nie spociłem
  3. Ubuntu 8.04 skończyło się ściągać, a µTorrent zamknął komputer

Nie mogę jeszcze zainstalować Ubuntu 8.04 na poważnie. Aktualizacja laptopa to bardzo poważny krok i z pewnością poczeka na długi weekend. Na szczęście odpaliłem jakiś czas temu komputer, który kiedyś zakupiłem do biura, podwójnym szczęściem jest, że posiada on system Windows — więc będę mógł spróbować jak zachowuje się nowy instalator Ubuntu.

Co jest takiego cudownego w nowym instalatorze? Podobno pozwala instalować Ubuntu z Windowsa w sposób bezpieczny dla neofitów. Plikopartycja, żadnych GRUB-ów i tym podobne. No to nie pozostaje mi nic innego, jak odpalić płyty.

Po zamontowaniu płyty ukazuje się nam proste menu wyboru (w naszym języku, plus za to) pozwalające nam odpalić LiveCD, zainstalować Ubuntu “wewnątrz” Windowsa (co przetestujemy) i skorzystać z dostępnych na sieci informacji o systemie.

Po wybraniu instalacji w systemie Windows pojawia się okno pozwalające wybrać podstawowe parametry instalacji. Docelową partycję, nazwę użytkownika, język, rozmiar plikopartycji i środowisko graficzne. Kolejny wielki plus za dobranie rozsądnych ustawień na start. W combo-boksie dostępne są tylko partycje z wystarczającą ilością miejsca na instalację, język i login pobierane są z systemu Windows. Można spokojnie zapaść na syndrom ‘Next’ i niczego nie zepsuć.

Na razie jestem pod wrażeniem. Czy wciśnięcie “Zainstaluj” nie popsuje tego listu miłosnego? Dowiedz się więcej wysyłając SMS-a z hasłem…

Kopiowanie danych trwało około trzech minut po czym instalator poprosił o wykonanie resetu celem wprowadzenia końcowych zmian. Pozwoliłem mu się zresetować. Po przejściu przez BIOS komputer wyświetlił boot-manager dostępny standardowo w Windowsie, z dodatkową opcją “Ubuntu” — wybrałem ją — po chwili przywitał mnie podkład i maleńkie okienko z paskiem postępu.

Więc to jednak nie był koniec. ;-) Po resecie Ubuntu rozpoczyna proces nieinteraktywnej instalacji. Partycjonuje dyski, instaluje pakiety, ściąga poprawki (bardzo dobre, zawsze startujesz z połatanego systemu) i słowniki/tłumaczenia dla Twojej wersji językowej. Całość zajęła około dwudziestu minut lub pół kawy w dużym kubku.

Oczywiście, pomyliłem się. GRUB jest. Więcej, teraz jest bootmanager Windowsa, który uruchamia GRUB-a, który wczytuje kernel. Myślałem, że będzie to jakoś inaczej rozwiązane, ale nie będę narzekał, póki działa.

Po zainstalowaniu system zresetował się, a ja znów kazałem mu wrócić do Ubuntu. Pierwszy zgrzyt splash wygląda jak PRL po LSD. Szary i małe kolorowe paski. No nic, zobaczymy. Dotarłem do GDM-a 1 — podałem nazwę użytkownika, hasło, zagrał sampel, ekran zrobił się czarny.

Analog? Digital? Analog? Digital? Analog? GDM!”

Eee. Co się stało. Kolejna próba, kolejny zwis. Próbuję przełączyć się na TTY 2 — nic z tego, efekt podobny do bootsplasha. Oczywście winne są sterowniki do grafiki, tylko nie bardzo wiem, co z tym fantem zrobić. Przełączam sesję na tryb awaryjny GNOME i o dziwo loguje się bez problemu. Właśnie zainstalowałem binarne sterowniki do ATI i dam się zresetwać systemowi. Za chwilę dalszy ciąg programu.

(Wstaw irytującą melyjkę jak na infolinii)

Splashowi się nie poprawiło. System ruszy poprawnie z binarnymi sterownikami do ATI. Jako miły dodatego automatycznie włączyła się kompozycja 3D z kilkoma niezbyt uciążliwymi efektami. 3

No, ale to nie miało być o Ubuntu, tylko o instalacji Ubuntu nowym instalatorem.

Plusy:

  • Bardzo dobrze zaprojektowany interface po stronie Windowsa
  • Automagiczna instalacja, która zajmuje kilkanaście minut
  • Działa.

Minusy:

  • Blanker podczas instalacji — możecie powiedzieć, że się czepiam, ale gdybym zobaczył czarny ekran podczas instalacji, to z pewnością skoczyłoby mi ciśnienie
  • Jeżeli nie potraficie przewidzieć ile potrwa operacja, nie podawajcie czasu zakończenia. Czułem się jak w świecie, gdzie obowiązuje jedna-standardowa-minuta-Microsoftu (trwa od 20 sekund do kilku dni)

Linuksa używam ponad siedem lat. Gdyby we wszystkich elementach interakcji z użytkownikiem przeszedł podobny rozwój, jak ma to miejsce w procesie instalacji, to dawno zdetronizowałby Windowsa. Na szczęście nie zdetronizował i jeszcze chwilę mogę pocieszyć się ostatnimi promieniami słoneczka elitaryzmu. Instaler taki jak ten to pełne zaćmienie słońca (patrzeć przez zadymioną szybkę)

  1. dla nieznających Ubuntu, to program zarządzający logowaniem się do systemu
  2. czyli na wirtualną konsolę
  3. bujanie i kostka są dla mnie uciążliwe

Obraz wart jest weekendu

Piotr Rogacki na naszej liście dyskusyjnej w wątku o pracy i odpoczynku: “Ilość pracy jaką się wykonuje jest całką (dla niewtajemniczonych czymś w stylu pola) funkcji poziomu kreatywności na osi czasu poświęconego na prace. Funkcja poziomu kreatywności jest wprost proporcjonalna do współczynnika satysfakcji i współczynnika aktywności oraz odwrotnie proporcjonalna do poziomu trudności wykonywanych czynności i ilości godzin poświęconych w tygodniu. Przy regularnym utrzymywaniu wysokiego poziomu funkcji kreatywności rośnie współczynnik aktywności i można do pewnego momentu zwiększać ilość godzin lub trudność. Jeśli funkcja poziomu kreatywności spadnie blisko zera ilość godzin nie zwiększa wykonanej pracy.”

Bardzo to ładna teoria. Mam dużo prostszą. Oś Y pokazuje poziom chęci do życia i ogólnej szczęśliwości.


Idąc nocą (lubię dysonans, bardzo, zwłaszcza)

Wracając z meczu Ligi Mistrzów — lekko zawiany — postanowiłem znaleźć wewnętrzne piękno tych strasznych zaułków, którymi przechadzają się ludzie z konkretnymi interesami do załatwienia. Idę więc. Idę dalej. Och! Omal nie wdepnąłem w ludzi rozciągniętych na chodniku.

Ludzie rozciągnięci na chodniku byli w kajdankach. Obok nich stali inni ludzie przebrani za ludzi, którzy leżeli w kajdankach. Bez wątpienia policyjna prowokacja mająca na celu ściągnąć z ulicy dilerów. Zatrzymałem się, popatrzyłem, a potem przeszedłem do budki — która o dziwo była nadal otwarta — i zamówiłem zapiekankę.

Ludzie w kajdankach przechodzili metamorfozy. Od gróźb do łkania. Od łkania do gróźb. Stałem obok nich i jadłem Zapiekankę XXL za sześć nowych polskich złotych i myślałem jak cholernie mało brakowało bym był nimi. Zjadłem zapiekankę, oni zostali zapakowani do samochodu.

Szedłem więc dalej.

Na przeciw mnie kuśtykała kobieta. Wyglądała na jakieś sześćset czy siedemset lat. Zatrzymała mnie machając mi przed oczami. “Czy może Pan sprzedać mi papierosa?” — poczęstowałem ją więc. Sięgnęła do paczki, ale ręce trzęsły się jej tak bardzo, że nie mogła dać rady. Wyciągnąłem więc jednego z i podałem jej. Podpaliłem. Zapytała znów, czy nie chcę za niego pieniędzy. Mogłem pozwolić jej zapłacić i odejść z tą resztą honoru, który ludzie trzymają jak zdjęcia z dzieciństwa na strychu. Podziękowałem. Jak cholernie łatwo byłoby mi się stać nią.

Doszedłem do przystanku nocnych autobusów. Z1, Z5, Z6, Z4. Wsiadłem, skasowałem bilet. Jestem porządnym, płacącym podatki obywatelem. Autobus jechał ulicami, a ja dalej słuchałem wesołej muzyki. Na klatce wstukałem kod do domofonu, dwie potęgi ósemek plus dwa i wbiegłem po schodach do ciepłego domu, z Internetem w powietrzu, kolacją w lodówce i wygodnymi kapciami.

Jak zajebiście ciężko było nie stać się nimi.


Nie jedź do Stanów (zwłaszcza z laptopem)

Kraj Wolności znów podkreślił swoją wyjątkową pozycję i odrębność. Sąd odrzucił apelację Michaela Arnolda, którego w 2005 zatrzymano na granicy i którego laptopa przeszukano, co skończyło się ujawnieniem pedofilskich fotek. Przeszukiwanie urządzeń takich jak laptop zostało uznane za tak samo legalne, jak przeszukanie walizki, oglądanie zdjęć, materiałów wideo i papierów, które możesz mieć w kieszeni podczas kontroli.

Kontrolujący Cię pracownik nie musi mieć powodu 1 do rozpoczęcia procedury przeszukiwania laptopa. Dlaczego mam problemy z taką procedurą?

Laptopy zawierają wiele danych. Tak wiele, że nawet ja — dość dobrze znający swój system — muszę chwile pomyśleć nad tym ile ciekawych rzeczy można na mnie zdobyć mając dostęp do mojego laptopa.

  1. Wszelkiej maści logi pozwalające na stwierdzenie gdzie byłem (IP przyznane z DHCP), czy oglądałem zdjęcia (montownie karty SD), czy logowałem się na laptopa z innego komputera
  2. Pocztę elektroniczną. Dużo poczty.
  3. Ciasteczka, logi przeglądarki, cache przeglądarki
  4. Moją pracę: kod różnych systemów
  5. Dane klientów: bzy danych, których używam w rozwojowych wersjach systemów
  6. Dokumenty, notatki, umowy, dane księgowe
  7. Hasła zapisane w menadżerze haseł

Ja wiem jak świetnym straszakiem są hasła ‘pomyślcie o dzieciach’ i ‘terroryzm!’, ale nie mogę zrozumieć jakim prawem — za jednym zamachem — szeregowy pracownik może zyskać legalnie dostęp do takiej ilości informacji.

O ile w przypadku zdjęć czy notatek w ‘analogowej’ formie przeszukujący ma małe szanse na spożytkowanie wszystkich informacji, to w przypadku danych cyfrowych — i możliwością kopiowania ich na granicy — dane można analizować na długo po tym, jak postawisz stopę w Stanach. Nawet jeśli nic na Ciebie nie znaleziono.

Zdarzały się też przypadki w których odprawianym osobom zatrzymywano laptopa do kontroli i obiecywano odesłać później. Kopiowano też zawartość iPodów. 2

Takie przepisy powoduj, że już nie tylko moja prywatność jest mocno zagrożona, zagrożone są także informacje mojej firmy i moich klientów. Ja nie będę miał problemu z zostawieniem danych w Polsce, użyciem SSL, mocnej kryptografii i zabezpieczeniem się na różne sposoby. Wiele technologicznie nieświadomych osób, podróżujących z danymi ważnymi dla mnie, może paść ofiarą “bezpieczeństwa narodowego”.

Decyzja sądu jest dostępna w tym dokumencie.

Piotr ‘VaGla’ Waglowski napisał notatkę o wzmożonej kontroli na granicach USA i protestach organizacji zajmujących się prawami człowieka.

  1. chyba, że jesteś czarny albo w chuście, wtedy ma powód od razu
  2. Co na to RIAA? Przecież to piractwo, tak przegrywać legalnie zakupioną muzykę w iTunes

Apple kupuje P.A. Semi

[![P.A. Semi](http://upload.wikimedia.org/wikipedia/en/thumb/b/b5/Pa_semi_logo_low_rez.jpg/202px-Pa_semi_logo_low_rez.jpg)](http://en.wikipedia.org/wiki/Image:Pa_semi_logo_low_rez.jpg)

Dopiero co przyzwyczaiłem się nie myśleć o procesorach PowerPC jako tych, które napędzają Maki, a Apple dokonało nowego ruchu — zakupiło firmę P.A. Semi. Dla ludzi żyjących w “normalnym świecie”, czyli tam gdzie x86 i Windows jest chlebem powszednim, nazwa zakupionej firmy jest zupełnie obca.

P.A Semi powstało w 2003 z inicjatywy Dana Dobberpuhla, pełniącego funkcję głównego inżyniera w firmie Digital Equipment. Jego “dziećmi” są procesory Alpha i StrongARM. Firma za cel postawiła sobie zaprojektowanie procesora z rodziny PowerPC, który nawiązałby do “tradycji” — dobrego stosunku wydajności do niskiego zużycia mocy.

Po co Apple taka firma? Z pewnością ich know-how w dziedzinie procesorów jest ważnym zasobem, na którym warto położyć ręce. Czy jest to ruch mający zapewnić nowym iTelefonom wydajniejsze procesory? Czyżby był to straszak na Intela? Może nowa platforma dla serwerów Apple? Samo Apple nie skomentowało zakupu zostawiając nam pole do spekulacji, które przecież tak bardzo lubimy.

Firma została sprzedana za 278 milionów dolarów, gotówką. P.S. Semi zatrudnia 150 pracowników.


Sezon 2008 uznaję za rozpoczęty

Po dość długim okresie bez treningów wznowiliśmy bieganie za futbolówką. Pogoda zaczyna się stabilizować, waga trzech zawodników biorących dziś udział w małej rozgrzewce przekroczyła 300Kg, skończyły się więc nam wymówki. Osoby zainteresowane pokopaniem piłki dla relaksu (jeden wymóg, musisz reprezentować poziom średnio-zaawansowany — grałeś gdzieś, kiedyś i w przeciwieństwie do piłkarzy z OE potrafisz zgasić piłkę i oddać strzał w światło bramki raz na dziesięć) proszone są o zgłaszanie się. Następne rozbieganie w czwartek.

Za miesiąc odważymy się zagrać jakiś mecz. (może, bardzo może)

Moi, w nowym stroju (wytrzyma dwadzieścia treningów maks, mam kupę kamorów pod bramką, co widać)


JavaScript (a raczej ECMAScript) po stronie serwera

JavaScript kojarzy nam się głównie z window.open, który był przez wielu uznawany za najlepszy sposób nawigacji po stronie w latach dziewięćdziesiątych, modyfikacji drzewa DOM na początku nowego milenium i XMLHttpRequest(); popularnie nazywanego WebDwaZero.

ECMAScript powoli zaczął spełniać rolę uniwersalnego języka skryptowego (pisanie kontrolek do rozmaitych dashboardów, skryptów we Flashu, jako klej między aplikacjami) — a dziś można go używać jako języka skryptowego odpalanego po stronie serwera.

Ale jak to, zapytacie?

Hakerzy — Ash Berlin i Tom Insam — napisali mały proof-of-concept, moduł JS dla serwera Apache. Oto kod(długość pozwala przeczytać go “do kawy”) i strona projektu z kawałkiem przykładowego kodu.

Czego to ludzie nie wymyślą, prawda? Karty perforowane po stronie serwera, nadchodzę!


Styl (jedni go mają, inni kupują)

Jednym z popularniejszych cytatów na Bashu jest następujące zdanie — “Chciałbym żeby klawisz F1 walił twórcę strony po pysku” 1 — skąd się bierze ta agresja skierowana w stronę autorów?

Może to te czcionki o oszałamiającym rozmiarze ośmiu pikseli, może używanie pikseli właśnie, a nie punktów drukarskich (coby się czcionki z DPI ekranu ruszały), lub ten wielki migający GIF z facetem dziabiącym się w oko śrubokrętem.

Opera “od zawsze” miała możliwość w miarę wygodnego definiowania własnych arkuszy stylów. Fx ma Stylish.

Stylish to wtyczka umożliwiająca łatwą i przyjemną zmianę wyglądu dowolnej strony. Dzięki katalogowi dostępnemu na UserStyles nie musimy nawet się wysilać i możemy zdać się na innych, którzy odwalą za nas czarną robotę. 2 Oczywiście, US zawiera gotowe style tylko do stron popularnych i bardzo popularnych. Żeby sprawdzić, czy dana strona ma gotowy szablon w katalogu, wystarczy kliknąć ikonę Stylish, która zwykle znajduje się w dolnym, prawym rogu okna Fx.

Jednym z moich ulubionych stylów jest minimalistyczna Wikipedia. W przypadku Wikipedii zwykle posługuje się URL-em jako jedynym interface: wikipedia.org/wiki/czego_szukam — dzięki nowemu stylowi dostaję jedną “czystą” kartkę z tym, czego szukałem. Czytam i zamykam. 3 Chcecie poprawić sposób wyświetlania komentarzy w Slashdocie? Może irytuje Was sidebar w Diggu? Trzy kliki i jesteśmy gotowi.

Wikipedia wyczyszczona
Stylish

Wikipedia, podejście minimalistyczne

Nie ma śledzi bez róży. I kolców. Pierwszym problemem jest sposób wykrywania stron, do których należy przyłożyć nasze poprawki. Odbywa się to przy pomocy “łapania” adresu. Problem z serwisami udostępnianymi przez molochy takie jak Google. Poprawki Google Readera są aplikowane przez google.com/reader podczas gdy ja notorycznie używam google.pl/reader. Oczywiście, można to w miarę prosto poprawić. Drugi problem jest dużo bardziej prozaiczny. Wiele z zamieszczonych gotowców nie ma dołączonych zrzutów ekranu, będziecie więc musieli klikać i oglądać.

  1. bardzo wolne tłumaczenie, nie chce mi się szukać konkretnego cytatu
  2. lenistwo + praca innych == efekt + radość
  3. Wszyscy wiemy do czego prowadzi klikanie po “See also” i kategoriach

Dzielenie przez zero

Wyobrażacie sobie spotkanie praworęcznych brunetów, pracujących na PC z procesorem AMD, mających na podkładzie dowolnego kota w biegu, zajmujących się zawodowo arkuszami Excela. Nie, to by było dziwne. Jaki jest więc najniższy denominator organizowania spotkań IT? Właśnie się dowiedziałem: binarny stan waginalny.

Po raz kolejny nie mogę się nadziwić zdolnościom separatystycznym kobiet. Są developerzy KDE, i kobiety-developerzy KDE. Są developerzy Ubuntu i kobiety-developerzy Ubuntu. Mają osobne listy dyskusyjne, osobne kanały IRC, a świat przyklaskuje temu jako rozsądnemu krokowi. Bo “w ten sposób budujemy kobietom miejsce w naszej społeczności”.

Halo? Budujemy kobietom? Mnie tam ciągle kobiety powtarzają, że są silne mądre i w ogóle, może niech sobie same zbudują — jak będą miały ochotę? Robienie czegokolwiek-woman nie integruje kobiet ze społecznością tylko zamyka je, potwierdzając stereotypy. Jeżeli ktoś chce być członkiem jakiejś społeczności, to powinien brać pod uwagę z jakich osób się ona składa. Zapisując się dziś na listę makeup-i-rajtuzy mogę oczekiwać, że któraś z uczestniczek zakwestionuje moje preferencje seksualne, ktoś się zaśmieje, ale przecież mam głos i mogę powiedzieć, że zapisałem się bo chcę dyskutować o makijażu i rajtuzach, a nie prowadzić gierki słowne. Dialog z ludźmi i ignorowanie trolli to droga do sukcesu. Drogą do sukcesu nie jest zakładanie makeup-i-rajtuzy-men celem dalszej dyskusji, ale w gronie, które się ze mnie “nie będzie śmiało”.

Dlaczego w ogóle o tym piszę? Otóż warszawskie “giczynki” postanowiły importować zwyczaj obiadków dla pracowniczek IT. Z tego co słyszałem Warszawa ma całkiem fajne spotkania branży. Nie można tego jakoś połączyć? Chyba nigdy nie zrozumiem tego płciowego elitaryzmu.

Takie forkowanie przypomina mi wizję Polski roztaczaną przez niektórych, gdzie nasz kraj jest jedyną wysepką rozsądku na morzu moralnej zgnilizny. Może czas dojść do wniosku, że inne kraje, choć nie idealne, mają swoje zalety.

Hasłem na dziś — luźno związanym z notką — jest: “Faceci do rodzenia, kobiety do stolarni, kołki w serce, administratorzy apt-get dist-upgrade” 1

  1. nowy lighttpd w stable Debiana

Bardzo ładnieście tu napisali — a to jest mój środkowy palec

Firma Monster Cable, słynąca z produkcji osprzętu dla audiodebili (wygrzewarki do kabli, kable po setki dolarów za sztukę, rynienki w których kładzie się kabelki, wykończonym złotem kabli zasilających wtykanych do kontaktu) wysłała list do innego producenta kabli — firm Blue Jeans. List zawierał dobrze nam znane stwierdzenia: łamiecie nasze patenty, nasze znaki towarowe, szkodzicie marce, pozwiemy was! (wstawić śmiech z dna piekła)

Kolejny przykład gdy mały jest popychany przez dużego. Nastąpił jeden problem. CEO Blue Jeans jest z zawodu prawnikiem i przygotował piękną odpowiedź, którą powinniście sobie przeczytać. Tak, jest długa. Dobra szkoła ucierania nosa ludziom, którzy myślą, że sama groźba starczy abyśmy się posikali ze strachu.

After graduating from the University of Pennsylvania Law School in 1985, I spent nineteen years in litigation practice, with a focus upon federal litigation involving large damages and complex issues. My first seven years were spent primarily on the defense side, where I developed an intense frustration with insurance carriers who would settle meritless claims for nuisance value when the better long-term view would have been to fight against vexatious litigation as a matter of principle. In plaintiffs’ practice, likewise, I was always a strong advocate of standing upon principle and taking cases all the way to judgment, even when substantial offers of settlement were on the table. I am “uncompromising” in the most literal sense of the word. If Monster Cable proceeds with litigation against me I will pursue the same merits-driven approach; I do not compromise with bullies and I would rather spend fifty thousand dollars on defense than give you a dollar of unmerited settlement funds. As for signing a licensing agreement for intellectual property which I have not infringed: that will not happen, under any circumstances, whether it makes economic sense or not.


Małe jest użyteczne (choć niezbyt piękne)

Perl to język w którym wszystko można napisać w jednej linii. Sam Perl ma trzy linie, z czego cztery to komentarz. 1 A w innych językach? Czy w innych językach można napisać coś w jednej linijce? Pewnie, że można. Można w jednej linijce, można z użyciem każdego dziwactwa w składni, które przepuszcza kompilator. W ogóle stwierdzam, że programiści lubią zawody w których da się pokazać jaki jesteś cwany. Oraz to, że możesz napisać kod wyglądający jak spacery pijanego kota po klawiaturze, który działa.

Nat Friedman (Mono, Novell.

Moim faworytem jest “znikopis”. Przy pomocy klawiszy 1, 2, 3 i 4 poruszamy kursorem, który rysuje linię składającą się ze znaków “X”. Kod? Proszę.

c=12322123;x=20;y=20;while read -sn1 p;do k=${c:(p-1)*2:2};let x+=$2;let y+=$((k%10-2));echo -en \\033[$y\;"$x"HX;done

Nam pozostaje mieć nadzieję, że programiści nie nadużywają tych zdolności w tworzeniu poważnego oprogramowania. 3

  1. Perl wykracza poza zwykłe ramy naszego wszechświata
  2. k/10-2
  3. ”Nadzieja jest matką głupich i swoich dzieci nie lubi”

Bolesny upadek z drabiny do wiaderka wody: żart, który nie jest śmieszny

W tym wymiarze i na tej planecie jest kilka pewników:

  1. Kromka spada zawsze posmarowaną stroną na brudną podłogę 2.

    Długość nosa pomaga kobiecie ocenić długość męskiego członka (a nacjonalistom poziom zażydzenia) 3.

    Wiedźmy pływają po wodzie razem z bardzo małymi kamieniami 4.

    Humor jest wyznacznikiem inteligencji

Skupmy się na punkcie czwartym. Ludzie zabawni wydają się inteligentniejsi. Człowiek, który ciągle suszy zęby i wywołuje ten sam efekt u ludzi dookoła, nie może być głupcem. Przecież żeby nas zadowolić potrzeba wysublimowanego i celnego żartu — Benny Hilla lub Jasia Fasoli. Nie śmiejemy się z byle czego. Nikt nie zdaje sobie sprawy jak wiele pracy wymaga bycie zabawnym.

Śmiesznym być to praca, jak każda inna. To godziny spędzone nad pustym edytorem i wewnętrzne dialogi: “Paris Hilton — Banan. Paris Hilton — Banan” z których wiele nie przełoży się na nic zabawnego. Zapamiętajcie sobie: w byciu zabawnym nie ma nic zabawnego! Ludziom się wydaje, że wystarczy napisać dowolną bzdurę, okrasić imionami, które komuś coś mówią i już jest żart.

Bywając czasem na występach komików muszę walczyć z wewnętrznym rozdarciem. Czy — niemrawo klaskając — zachęcać faceta z tacą pełną ciasta i czerwonym nosem do wytężonej pracy nad swoim żartem, który jest słaby, czy też powiedzieć mu, żeby rozważył karierę księgowego. Bo niby kim ja jestem, żeby niszczyć marzenia? No, tylko odbiorcą.

Boje się, że śmiech w blogosferze jest zaraźliwy. Podobnie jak AIDS można się nim zarazić przez stosunek analny z niepewnym partnerem.

22pieduring.jpg


Kwestionuj “autorytety”

autorytety.png


Nie ma brzydkich ‘digital environments’ tylko czasem ~/Desktop/ brak

Cierpię na bardzo groźną chorobę. Choroba ta w swoim terminalnym stadium każe mi pisać skrypty i zmieniać różne rzeczy w systemie. Większość z nich jest głupia i bezużyteczna, ale trafiają się perełki.

Wczoraj udało mi się skasować katalogu \~/Desktop/. Dla osób nie znających Linuksowej nomenklatury — zawartość tego katalogu jest wyświetlana jako pulpit w większości środowisk graficznych (XFce, GNOME, [KDE](http://en.wikipedia.org/wiki/KDEKDE”. Po ponownym zalogowaniu do systemu okazało się, że wszystkie pliki katalogu domowego wylądowały na pulpicie. Zorientowałem się wtedy, że zrobiłem jeden ‘rm -rf‘ za daleko i katalog Desktop wyleciał. Nie było mi go żal, bo przecież i tak nic nie trzymam na pulpicie. Stworzyłem go. Ponowne logowanie nie zmieniło mojej sytuacji.

To mnie zdziwiło. Sprawdziłem prawa do katalogu. Wszystko wydawało się OK. Dobrze, czas więc na zabawę z rzeczą, której nie znoszę pasjami w GNOMEgconf-editor. 1 Niestety, nie udało mi się znaleźć niczego, co by wyglądało na wpis odpowiedzialny za takie zachowanie 2 — moja frustracja na myśl o potencjalnej pracy przez jedną choćby godzinę z takim wizualnym śmietnikiem zaczynała wychodzić poza wykres. Zatrudniłem więc do pracy Google. Po dobrej chwili czytania ‘Just make Desktop folder again‘ — ‘It’s still the same!‘ znalazłem wreszcie jakąś rozsądnie wyglądającą podpowiedź na forum Fedory.

Aby przywrócić swój katalog dla pulpitowych śmieci należy przejść do katalogu \~/.config/, wyedytować plik users-dirs.dirs i zmienić wpis dla XGD_DESKTOP_DIR:

XDG_DESKTOP_DIR=”\$HOME/Desktop”

Pytania:

  1. Czemu oczywista operacja jaką jest skasowanie i przywrócenie folderu nie działa tak, jakby każdy zakładał?
  2. Jak rozumiem \~/Desktop/ jest standardem. Czy nie można — przy braku tego katalogu — robić fallback na \~ bez zapisywania jakichś plików konfiguracyjnych? Ta konfiguracja może sobie zostać, ale niech będzie trzecią instancją, nie pierwszą.
  3. Konsekwencja. Trochę rejestrów, trochę plików. Nie wiadomo skąd zacząć poszukiwania.

Błąd zgłoszony w Wyrzutni. Pulpit pusty.

zrzutekranu-2.png

  1. tak, to otwarty i dostępny ze źródłami system rejestrów. Meh
  2. jest ‘używaj_katalogu_domowego_jako_pulpitu’ ale wtedy nie było zaznaczone

2008.03.29 Bartosz i Iza piją wino w kościele

Warszawa, Plac Narutowicza. Godzina 17. Zimno, ale deszcz przestał padać. Kościół z zewnątrz wygląda jak forteca lub letni hotel Draculi. Nietoperze pod sufitem nie są pytaniem — są pewnością. W takiej oto scenerii nasi przyjaciele — Bartosz i Izabela postanowili zawrzeć związek małżeński.

Nie uczestniczyłem jeszcze w ślubie kościelnym, więc obserwowałem z wielką uwagą. Uroczystość okazała się być mszą z małym wyłomem dla poczęstowania młodej pary winem.

img_0480.jpg

Offtza pije wino, Iza przywykła

Mimo całego mojego cynizmu, niechęci do instytucji małżeństwa, nie potrafiłem się nie uśmiechać. To cholerna frajda móc oglądać bliskie osoby, których życie jest wysepką sensu oblaną oceanami bezsensu. Oglądaliśmy cały proces od ‘chodzenia’ po sobotni finał. I pewnie wielu z nas trochę zazdrości. Albo bardzo. W ten dobry sposób oczywiście.

Offtza, jesteś cholernym szczęściarzem. Iza, jesteś inkarnacją Matki Teresy na środkach uspokajających. :-)

Jak zwykle nie składam życzeń, bo życzenia spełniają się tym, którzy nad nimi pracują.

W imieniu młodej pary chciałbym podziękować wszystkim tym, którzy pofatygowali się z Łodzi na tę — trwającą ledwie godzinkę — ceremonię. Szczególne podziękowania za stworzenie (jak zwykle) atmosfery idą dla grupy zuo: Leafa, Gosi, Oli, Artiego, Metala, Pio, thunga, Toudiego i warszawskiej grupy wsparcia Shota i Marty. Obiecujemy, że na Wasz ślub też wpadniemy i będziemy robić głupie miny.

img_0525.jpg

Rozmazane w ruchu zuo pozdrawia: Pio, moi, metal, thung, Arti, (głowa Shota;), Toudie.


Klamka zapadła

Mac OS X
v10.5WikipediaMam już dość Linsuksa. Windows mnie nie przekonuje. Potrzebuję dobrego produktu, który zapewni mi POSIX-ową kompatybilność, pewność i bezpieczeństwo. Akcelerowany desktop, który nie wymaga zaklęć w linii poleceń. Coś szykownego, coś co zaimponuje klientom. Wybór był jeden. MacBook w wersji czarnej, tak, żeby pasował mi pod koszule.

Na początku nie mogłem się przyzwyczaić do wygody i szybkości z jaką przyszło mi pracować. Desktop jest nie tylko piękny, ale i funkcjonalny. Adium kosi Pidgina na miejscu, pakiet biurowy dostarczany przez Apple wbija w ziemie, a Keynote pozwoliło mi stworzyć zręby prezentacji, którą przygotowuje na następny Boatcamp.

Dzięki faktowi, że Mac OSX jest ‘od drugiej strony’ UNIX-em, mogę ze spokojem dalej używać ulubionych narzędzi. Może to efekt placebo, ale nawet Vim zdaje się udostępniać więcej możliwości. A może to tylko nowsza wersja niż ta, którą uruchamiam na swoim Debianie Potato. Programowanie w Ruby, Pythonie — błahostka.

Zachodzę w głowę czemu nie zrobiłem tego wcześniej. Teraz nie mam już problemów z siecią bezprzewodową, kościami 3D, dźwiękiem. Teraz wreszcie dostałem prawdziwego UNIX-a, który nie ssie!

Mak to wybór prawdziwego geeka.


Kopanie dziur, sztuk pięć, podłoże płaszczyste

Kupiłem sobie szpadel. Przywiozłem go do domu i wyciągnąłem z pudełka. Jak zwykle wszystkie zbędne duperele, które wypadły ze świeżo zakupionym nabytkiem, kopnąłem w kąt pokoju i udałem się przed dom.

Zawsze chciałem być archeologiem i udawać, że czegoś szukam, kasując comiesięczny czek — a w ostateczności zostać ekspertem na wyspie jakiegoś szaleńca, który sklonuje wielkie bakterie z odległej epoki. Będą (te bakterie) powodowały dwumiesięczny katar.

Na razie miałem szpadel i kopałem dziury. To były dziury na miarę moich możliwości — 20 centymetrów w dół, promień 10 centymetrów. Ale byłem z nich dumny. Sam je ‘wyszpadlowałem’. Postanowiłem chwilę odpocząć i przyjąłem pozycję znaną z propagandowych plakatów mówiących o bumelancie, narodzie i 701% normy. Nie minęła chwila a zjawił się — tak myślałem — mój pierwszy fan.

— Czy to Pan wykopał te dziury?

— Uhm — powiedziałem

— Tym szpadlem?

— Jak najbardziej, jak najbardziej.

— Ten szpadel to model Z30. Czy może pokazać mi Pan SEULA?

— Jakie, kurwa, SEULA?!

— Szpadel End User Licence Agreement, oczywiście. Kiedy otworzył Pan paczkę zgodził się Pan na warunki licencji, które mówią, że Szpadla Z30 nie możemy użyć na glebach gliniastych, do wykopów archeologicznych i dla więcej niż 5 dziur dziennie. Do kopania więcej niż pięciu dziur dziennie używam Z30 Ultimate, wykopy archeologiczne i inne działalności komercyjne zapewnia szpadel Z31 lub Z31 Ultimate, zależnie ile dziur chce Pan wykopać.

— Ale… czym one te szpadle różnią?!

— Licencją.

— Czyli fizycznie są takie same, ale posiadają różne — wirtualne — ograniczenia?

— Ograniczenia nie są wirtualne. Otwiera Pan pudełko i już. Zgadza się Pan. Poza tym jest jeszcze różnica w cenie. No i wszystkie dziury wykopane szpadlem Z30 stają się własnością firmy produkującej szpadle. Wiem to, bo jestem ich prawnikiem, a po wyjęciu szpadel wysyła pana koordynaty przez GPS, żebyśmy mogli sprawdzić ile Pan dziur nakopał.

— Nic z tego nie rozumiem. Kupiłem szpadel w markecie. Przecież nikt nie przegląda karteluszek dołączonych do narzędzi! Nikt mi nie powiedział, że nie mogę tego używać jak mi się podoba. Myślałem, że to mój szpadel. Że mogę się na nim podpierać, sprzedać go, kopać dziury, dłubać w nosie, używać w ramach wparcia strajkujących górników. Pan mi mówi, że szpadel to ja zasadniczo mam, ale właściwie wy nim rządzicie, a jak nie kupię takiego samego, ale z inną kartką w środku, to nawet dziury są wasze?

— Tak.

— Spieprzaj Pan natychmiast, bo zdzielę Pana tym przez łeb i wykopię dużo większą dziurę.

Tak właśnie działa EULA. Wiecie, to ta część przy instalowaniu aplikacji, którą Wy ‘I Agree’. Ostatnio wyszły dwa wspaniałe kwiatki z ukochanymi przez wielkie wytwórnie oprogramowania EULA-mi. Wpierw firma Apple zostawiła w przeglądarce Safari notkę, że można jej używać tylko na komputerach Apple. Oczywiście program jest do ściągnięcia dla komputera z systemem Windows. OSX też ma napisane, że jak go kupisz w sklepie, to masz prawo go używać tylko na Macu. Bardzo ciekawe. Ja bym go używał według woli 1 i firma Apple może iść się wypłakać komu chce. Potem Adobe odpalił dość cherlawy Photoshop Express. To serwis pozwalający na delikatną modyfikacje zdjęć i obrazków wgranych do PSE. EULA serwisu mówiła jednak, że Adobe otrzymuje niezbywalne prawo do sprzedawania, zmieniania i używania Waszych fotek jak im się tylko podoba. To bardzo uczciwe.

Błąd wytknięty korporacjom spowodował bardzo podobną odpowiedź z oby dwu stron. “Przepraszamy, tak nam to jakoś się wkleiło, tak być nie miało, zaraz naprawimy”.

No więc tak. Firmy z działem prawników nie miały czasu przeczytać własnych dokumentów, wypuściły je w takiej formie, która jest dość nieprzyjazna użytkownikowi i to jest zupełnie OK. Z drugiej strony dla Jana ‘I Agree’ Kowalskiego nie ma odpustu i on swoją EULA znać powinien.

Kali olać papier — dobrze. Olać papier Kaliego — źle.

I z ostatnich porywających niusów w świecie dosiadających wysokiego konia z podpisem ‘Tuz Moralności’ — firma Sony zostałaprzyłapana na warezowaniu oprogramowania na serwerach.

  1. ze świadomą utratą gwarancji

Połącz, utnij i podziel się: Omnisio

Przeglądając poranne RSS-y wpadłem na bardzo ciekawy projekt. Omnisio, bo tak go nazwano, pozwala na ciekawe zabawy z plikami udostępnianymi przez YouTube. Dzięki narzędziom zawartym w systemie możemy:

  • Budować własną playlistę
  • Tworzyć własny klip z wielu innych klipów, wybierając dowolne części z linii czasu (Klip A od 30 do 47 sekundy, Klip B od 20 do 22)
  • Dodawać komentarze w postaci chmurek (można zawiesić chmurkę “O WYRAZ! Co on robił przy tym golu?!” obok dowolnego obrońcy naszej reprezentacji w kopanej)
  • Budować prostą prezentacje, która będzie się wyświetlać z boku ekranu
  • Budować własne “menu” pozwalające poruszać się po projekcie
  • No i oczywiście używać efektu waszych prac na własnej stronie

Mam nadzieję, że niedługo zobaczymy wysyp ciekawych animacji współtworzonych przy użyciu tej aplikacji. Możliwości łączenia różnych filmów w jedno (że znów wrócę do piłki: straty bramki po stałych fragmentach gry i opis, co robiono źle — możesz zostać Ekspertem TVP siedząc w gaciach przed monitorem) i lepsze możliwości komentowania tego, co oglądamy, to niejako naturalne rozszerzenie funkcjonalności YouTube.

System obsługuje także Blip.tv i Google Video. Polecam zapoznanie się z wideo tutorialem zamieszczonym na stronie projektu


Blip backlog w łatwy i przyjemny sposób

Uzależniłem się od Blipa. Prawie wszystkie rozwiązania przygotowane przez autorów sąblip.png fajowe, męczy mnie tylko przeglądanie backloga, czyli komunikatów napisanych przez obserwowanych użytkowników (lub na obserwowane tagi). Jeżeli mnie pamięć nie myli Filip Tepper napisał jakiś dodatek pozwalający czytać archiwum, sam Blip ma też taką funkcjonalność —  niestety, rozwiązania te nie pasują mi zupełnie. Dużo klikania gdy spędziliśmy kilka godzin/dni z dala od komputera.

Na szczęście Blipa da się obserwować i używać przez Jabbera. Jeżeli macie konto na GMailu to jesteście już w posiadaniu własnego JID-a i możecie ustawić odpowiednie parametry w opcjach. Jabberowy serwer Google ma opcję, która powiadamia Was o wiadomościach, które zostały doręczone podczas nieobecności na komunikatorze, wysyłając e-mail.

Przed udaniem się na spoczynek, czy też idąc gdzieś na dłużej, proszę blipowego bota o dostarczanie mi wiadomości wysyłając komunikat ‘!wlacz’. Resztę załatwia Blip i GMail. Rano mogę sobie odpalić telefon i sprawdzić, czy były jakieś ważne/śmieszne/warte uwagi rzeczy.

backlog.png

Prawdopodobnie istnieją inne, sprytniejsze metody czytania backloga, ale ten absolutnie wpasowuje się w mój sposób używania sieci. Nie mówiąc już o tym, że dzięki ‘!wlacz’, ‘!wylacz’ można w łatwy sposób obserwować i komentować wydarzenia przy użyciu dowolnego klienta Jabbera na telefony komórkowe/PDA.