Archiwum | emil@fuse.pl && crypto

Piątki poprzedzają poniedziałki

Dopijam dopiero drugą kawę, a już musiałem ubrudzić ręce w kodzie. Niewybaczalne.

Wiecie jak idą dni w tygodniu: poniedziałek, wtorek, środa, prawie piątek, pół dnia, picie, kefir. W pół dzień ludzie mają wszystko głęboko w otworach swojego ciała. Wszyscy są w blokach startowych i czekają na sygnał do opuszczenia budynków biurowych żeby dać nura — głową wprost — w hedonizm i zakupy w markecie.

Niestety, przychodzą też poniedziałki.

W jedynym systemów, który piszę i którym administruję, mamy funkcje wymuszonej zmiany haseł. Co trzydzieści dni prosimy o nowe hasło i ku rozpaczy większości ludzi nie pozwalamy im ustawić już raz użytego. Nie wiem, czy to był wymóg, czy może mój sadystyczny wymysł: zgaduję jednak, że wszystkie hasła mają teraz dodane “0” za każdy miesiąc.

Większość użytkowników została poproszona o zmianę hasła w piątek. Ludzie nieobecni duchem mają problemy z wymyślaniem haseł, a są już kompletnie bezradni przy ich zapamiętywaniu. Ba, widok weekendu na horyzoncie powoduje, że nie chce im się nawet zapisać „nowego hasła” na przylepnej karteczce.

![pls, haslo](http://bronikowski.com/wp-content/uploads/2014/08/Untitled.png) ![pls, pls](http://bronikowski.com/wp-content/uploads/2014/08/Untitled2.png)

Sprawdziłem poprzednie miesiące i widzę pozytywną korelację pomiędzy zbliżającym się weekendem a narastającym hasłowym tumiwisizmem. Postanowiłem więc zaaplikować „poprawkę” która przesuwa wszystkie zmiany haseł na poniedziałki. Zobaczymy, czy uciszy to głosy strapionych.


Puchar Z

* * *

Zawodnik w niebieskich spodenkach potoczył się po murawie. Wyglądał na skończonego, jego kończyny były rozrzucone na boki, a z ust płynęła strużka gęstej śliny. Trybuny ucichły. Do sprawcy zajścia podbiegł sędzia. Po zapoznaniu się z przewinieniem sięgnął ręką do kieszonki: kara indywidualna.

Kiedy odgłosy strzału ucichły, trybuny wybuchły oklaskami. Arbiter nakazał gestem wniesienie noszy i usunięcie ciała z boiska.

Teraz przyjdzie im kończyć mecz w dziesiątkę, ale nie ma się co martwić, to dopiero pierwsza runda Pucharu Z.

Do piłki ustawionej na plamie posoki, która wyciekła z głowy wyeliminowanego zawodnika, doczłapał kapitan drużyny przeciwnej i niezgrabnie kopnął ją przed siebie wydając przy tym gardłowy „Yyyh”.

* * *

Historia zaczęła się od pierwszego ugryzienia. Podczas jednej z wielkich imprez piłkarskich zawodnik ugryzł swojego przeciwnika. Lekko komiczna sytuacja przerodziła się w tragedię, gdy ugryziony zawodnik wrócił ze swoją wyeliminowaną drużyną do kraju i zaczął gryźć innych w meczach lokalnej ligi.

„La Gazzetta dello Sporte” napisała jakiś bardzo klikalny nagłówek o tym, jak sportowcy odgryzają się swoim boiskowym adwersarzom. Nikt nie widział powodów do paniki.

Wszyscy spoważnieli, gdy podczas derbów Mediolanu, ustawiony przez bramkarza mur ruszył przed gwizdkiem w stronę wykonawcy rzutu wolnego i rozszarpał go na oczach widowni. Ludzie tratowali się próbując opuścić stadion, a na drugi dzień ultrasi obu klubów wypuścili wspólne oświadczenie, które można podsumować tak: „Nie zgadzamy się na takie barbarzyństwo na naszych boiskach!”.

Apel najlepiej uzbrojonych kibiców nie przeszedł bez echa.

* * *

Wieczorne wiadomości donosiły o kolejnych pogryzieniach, a obecni w studiu eksperci ekstrapolowali z dostępnych danych, że w tym tempie najwcześniej przed czwartkiem po południu nie pozostanie już nikt, kto posiada rozum i zdolność formowania zdań.

Tak, wtórowali spikerzy, jeżeli sytuacja się nie zmieni, nawet jedna czwarta populacji naszej planety może paść ofiarą „piłkarskiej plagi”.

Apokaliptyczni wizjonerzy zostali jednak szybko wybudzeni ze swojego snu o katastrofie. Zadziwiające jak łatwo pozbyć się kilku tysięcy potykających się o swoje nogi, niezorganizowanych, humanoidów. Czego nie załatwiły naloty dywanowe, dokończyła Matka Natura. Hordzie zamarzła krew w żyłach: dosłownie, nie ze strachu.

(Słyszano też, że kilku pisarzy porzuciło swoje popularne serie o zombie i przeskoczyło w techno-thrillery, każdemu kiedyś zawiesił się komputer i mógł sobie wyobrazić jak zawiesi się ich wiele, wszędzie. Masy pożeraczy ciał nie straszyły już czytelnika, nie po tym jak widział, co z małym batalionem oszalałych człekokształtnych może zrobić kilka czołgów i wanna napalmu.)

* * *

Pozostał jeden problem. W jednej momencie świat stracił swój najpopularniejszy sport. Wychowanie następnego pokolenia piłkarzy potrwa, a może będzie nawet niemożliwe — dzieci mało się garną do sportu, gdzie w poprzednim sezonie prócz poważnej kontuzji można się było nabawić zupełnie realnej śmierci przez rozszarpanie.

Na szczęście FIFA jest organizacją, która nie poddaje się łatwo. Do krajów ogarniętych futbolową suszą popłynęły listy, a stało w nich:

FIFA, która mówi nie tylko „nie” dla rasizmu, czy „nie” katarskich łapówek, nie powie też „nie” dla życiowo usuniętych. Proponujemy waszemu rządowi program rehabilitacyjno–rehumanizacyjny. Dajcie mi waszych zmęczonych, dajcie mi waszych głodnych, a przede wszystkich tych, którzy byli futbolistami w poprzednim, świadomym życiu.

Zwrócimy im godność, damy im szanse uczestnictwa w życiu społecznym, zarobimy trochę dolarów.

PS. Podpisaliśmy już kontrakt z PEPSI na serię reklam „PEPSI OŻYWIA”.

* * *

Przed pierwszym Pucharem Z musiano zmodyfikować nieco zasady. Ze względu na ograniczenia motoryczne nowych zawodników zmniejszono boiska i bramki. Nie ma nic żałośniejszego niż szybki kontratak, który trwa pięć minut.

Arbitrzy mieli też przykazane żeby dyktować spalone częściej, nawet jeśli nie podobało się to straży pożarnej, która co chwila musiała dogaszać za daleko wysuniętego napastnika.

Pułapki „ofsajdowe” zostały zaostrzone.

Dogrywki kończyły się nagłą śmiercią.

Sędziowie otrzymali kewlarowe stroje.

Wrócono do zapomnianej już architektury stadionów, gdzie płytę boiska odgradzała od widowni wysoka siatka. Tym razem służyła do powstrzymania tych z murawy do wtargnięcia na trybuny.

* * *

Większości widzów się podobało, gra nabrała kolorów, nawet jeśli dominował czerwony.

Polska się nie zakwalifikowała.


Pixel Heaven 2014

Timex
2048

Zacznijmy historię chwilę przed końcem naszej przygody.

Zmierzamy na zachód.

Ja, Ola prowadząca samochód pod wpływem 230ml paskudnej kawy z automatu na stacji benzynowej oraz dwa śpiące na tylnym siedzeniu, pijane cherubinki, tg i Metal.

Uciekamy autostradą przed świtem niedzielnego poranka. Jest trzecia pięćdziesiąt siedem.

* * *

Kiedy obudziłem się dwadzieścia dwie godziny wcześniej, wiedziałem, że będę w paskudnym nastroju. Na biurku stał kufel z niedopitym piwem, znak piątkowej przesady. Wykopałem ze śmieci mniejszą torbę, tę, której używam w sytuacjach, gdy potencjalnie może się pojawić potrzeba dłuższego spaceru. Czasem ucieczki. Wcisnałem do niego trzy notatniki, dwa pióra: jedno za 5,25 PLN, czerwone i w wisienki, którego używam. I drugie, markowe, które noszę tylko dlatego, że otrzymałem je w prezencie, pół talizman, pół wspomnienie innego życia. Nadaje się też jako pojemnik na zapasowy nabój z atramentem.

* * *

Przed budynkiem biura ochroniarz, który palił papierosa, przywitał mnie skinieniem głowy. Nikomu się nie melduję, gdy wchodzę lub wychodzę. Budzenie ochroniarza, który śpi w swojej budce przy dźwiękach ujadania bojowego jamnika, doprowadziło do niepisanego paktu między mną i obsługą budynku. Don’t ask, don’t tell.

Wyjazd na Pixel Heaven się opóźnił. To normalne, już nawet się nie złoszczę, że ludzie nie stawiają sobie bycia na czas za punkt honoru. Zahaczyliśmy jeszcze o moje mieszkanie, gdyż przejęty pakowaniem piór zapomniałem papierosów, a tkwiąc od miesięcy w stanie bankructwa, muszę być ostrożny z folgowaniem swoim nałogom.

Podróż minęła bez większych wydarzeń. Droga Łódź-Warszawa po nowozbudowanej autostradzie jest szybka i nudna jak dania w budach McDonalda. Jedynej rozrywki dostarczył nam teleportujący się Węgier, który przeciął nasze koordynaty czasoprzestrzenne, gdy zatrzymaliśmy się na siku. Madziar pojawił się na chodniku i natychmiast zaofiarował nam okazję – noże kuchenne za jedyne 200 PLN. Metal zaoferował 15 PLN, na co cena spadła do 150 PLN. Targu nie dobito, a sprzedawca, korzystając z naszej nieuwagi, zniknął. Podobno widziano go obok stojących nieopodal tirów.

Odlałem się w krzakach obok darmowej toalety, ponieważ JP100%!

Parking obok miejsca, w którym miała się odbyć impreza, był zatłoczony. Wiedzieliśmy, że trafiliśmy na miejsce, obserwując znaczne nasycenie warszawskich ulic modelem samca, lat 27-40, ubranego wyjściowo w modelu tiszert/dżins, ironiczny zarost fakultatywny.

Innymi słowy, my. Nasi ludzie na ulicach, dookoła. Mogliśmy poprawić średnią, ale Olka powiedziała, że idzie Gdzie Indziej. Nie wiem, czy Gdzie Indziej to popularny klub, ale nie pierwszy raz słyszałem o nim z ust niewiasty.

* * *

I jesteśmy. Dookoła ludzie i hałas. Bilety kupiliśmy w drodze, więc jest dychę taniej na łebka. Do standardowego „badża” otrzymaliśmy gazetki, ale swoją zgubiłem dosłownie w minutę, nawet nie wiem, jak tego dokonałem. Nie będzie więc w tym tekście jej recenzji, poza stwierdzeniem, że jest ekstremalnie zgubywalna.

Impreza ma też program. Są różne gry i konkursy, przemawiają rozmaici matuzalemowie mediów komputerowych, są zaplanowane koncerty. I mam pewność, że nie zobaczę niczego z części oficjalnej. Powinienem iść i to wszystko oglądać, przyjechałem w sumie pod pretekstem uprawiania dziennikarstwa internetowego.

Organizatorzy stają przed problemem wbudowanym w samo jądro imprezy, której tematem jest technologiczne retro: duża część „naturalnej” widowni rekrutuje się z okolic demosceny komputerowej, a demoscena komputerowa nie jest na serio zainteresowana starymi komputerami. Ba, kiedy nadszedł schyłek „starej” sceny, dominującym hasłem zlotów było „Bo scena to nie tylko komputer”.

Ktoś bardziej cyniczny mógłby to przetłumaczyć jako „jak się tu najebać”.

W samym akcie upijania się wśród starych znajomych nie ma niczego złego, gdyby nie to, że niektórzy starają się odgrzać wspomnienia nastoletniej konsumpcji: rzucania butelkami, łapania przypadkowych pań za tyłki, bluzgania na starsze osoby i robienia ogólnego chlewu. Wtedy od razu chcę wyjść z kina, ale jestem tchórzem i sam przechodzę w tryb „kim ja jestem, żeby zwracać uwagę elicie sceny”. Wzruszam ramionami i staram się nawigować z daleka od ludzi, którzy zerwali się z paska dorosłości.

A kiedy jestem już bardzo zmęczony, idę na spacer.

* * *

Rozkopany brzeg Wisły wyłożony był betonowymi płytami, których układ przypominał przegraną sesję Tetrisa. Usiedliśmy na jednej z nich, tej w kształcie „L”, która idealnie nadaje się do ukrycia kontrabandy piwnej, uzyskując widok na bawiącą się na brzegu młodzież i stadion piłkarski, w miarę nowy model z Euro 2012 w biało-czerwoną szachownicę.

Zabawne, że człowiek czasem musi przejechać kilkadziesiąt kilometrów, zapłacić po 40 PLN od łebka, żeby iść gdzieś na betonowe płyty i porozmawiać o życiu z kimś, do kogo spacerem z biura mógłby dojść w 20 minut, góra.

Może to efekt Stolicy? Obaj mamy tu swoje historie, zasypane już piaskiem i obsiane brukwią. „Pamiętasz, kiedy jeszcze było dobrze” — a on protestuje — „Przecież jest dobrze”. Nie musi mnie oszukiwać, nikt, kto pije Łomżę Miodową, nie może mieć dobrze.

* * *

Robię kolejne podejście do party place. Przechodzę szybko rzędami, rzucając okiem na rozstawiony sprzęt. Sekcję Amigową szybko pomijam – wszystko wiem, wszystko znam, a pewnie ¼ wystawionego sprzętu stała u mnie w biurze, żebyśmy mogli grać w SWOS-a.

Znajduję za to Commodore 128D, komputer, który do dziś jest dla mnie najpiękniejszą szybkoliczącą maszyną, jaką wypuszczono w świat. Samo C128[D] było klapą. To tak jak z drugim albumem kapeli, która zadebiutowała genialną płytą dopieszczaną przez lata. Zrobić ośmiobitowy komputer po Commodore 64 to ciężka sprawa.

128D to mój DeLorean. Nie tylko przenosi mnie w przeszłość, ale też trzeba być prawdziwym koneserem, żeby rozpoznać technologiczny łabędzi śpiew.

Nigdy nie siadam przy moim wymarzonym komputerze. Rzucam mu tylko przelotny uśmiech. Wymyśliłem sobie, że będę w niego klikał, kiedy już zdobędę własny. Drogą zakupu, wyłudzenia lub morderstwa. Dzięki temu mam po co żyć.

Commodore
128D

* * *

Jedną z tradycji demosceny jest wynajdywanie miejsc położonych niedaleko właściwej imprezy, nadawanie im marketingowo słusznych nazw i zajmowanie ich w celach konsumpcji i wandalizmu. W tym przypadku był to niedaleki murek ogrodzony od ulicy krzakami, nazywany Pixel Hell.

Szukałem znajomych, a znalazłem coś lepszego. Pośród małego zgromadzenia klęczał Jon Hare i podpisywał seryjnie podsuwane mu pudełka gier, które jego firma, Sensible Software, wyprodukowała w złotych latach Amigi. Ominąłem tłumek i przez murek podałem mu rękę, a kiedy on — przyzwyczajony do fanów — odwzajemnił mój uścisk, powiedziałem to, co zawsze chciałem mu powiedzieć.

— Zniszczyłeś mi życie, Jon.

Mój angielski przełączył się w tryb „praktycznie zrozumiały” i zacząłem tłumaczyć, jak bardzo pochłonęła mnie wyprodukowana przez niego gra. Ile czasu, energii i wagarów kosztowało mnie rozpracowanie strzałów z trzech czwartych boiska, które wyciągały mnie z meczowych tarapatów.

— Dobry byłeś w SWOS-a? – zapytał.

— Tak myślałem, przynajmniej do czasu, kiedy nie zagrałem z ludźmi spoza mojej dzielnicy.

— Nie martw się – odpowiedział – w zeszłym roku zaproszono mnie na turniej w Niemczech i przegrałem wszystkie mecze.

Ha ha, śmiejemy się jak starzy koledzy. Część mojego mózgu próbuje mi wytłumaczyć, jak surrealistyczna jest sytuacja, w której plotkuję sobie z ikoną gier komputerowych, a on opala mnie z fajek.

Czas na ostateczne uderzenie. Mówię więc, że skoro już jestem w tej komfortowej sytuacji, to mogę też zmazać jeden ze swoich grzechów. Przyznaję się więc, że pomogłem skrakować jedną z wersji SWOS-a. W mojej obronie stają otaczający nas słuchacze – tłumaczą zmiany w prawie autorskim, dysproporcje w dochodach, brak dostępu do oryginałów, ogólną nieświadomość konsumentów itd. Znów wszyscy się śmieją, grzechy zostały odpuszczone przez najwyższą instancję. Hare sięga po kolejnego papierosa z mojej paczki, nachyla się do mnie i mówi:

— Teraz jest mi trochę mniej przykro, że zniszczyłem ci życie.

* * *

Ruszam znów na spacer. Muszę ochłonąć. Niedaleko znajduje się jakiś niezasiedlony budynek biurowy, którego schody idealnie wprost pasują pod mój tyłek. Siadam więc, rozkoszując się ciszą. Pociągam elektrolity z butli, jestem stary i zmęczony.

Z przeciwnej strony nadchodzi jakaś osoba, która po tym, jak zauważyła mnie na schodach, zaczyna powoli skręcać. Ojej, czy znów będziemy musieli odtańczyć taniec „Poznajesz mnie?”. W tym tańcu nigdy nie znam kroków i nie poznaję wielu ludzi, z którymi spędziłem wiele czasu, lata temu. To krępujące.

Osoba jest obca, pyta, czy może się przysiąść. Pewnie, że może. Moje zasady poznawania nowych ludzi są proste: jedna osoba, dobrze; dwie osoby, ech; trzy osoby, chcę wyjść. Siedzimy sobie na tych schodach, patrząc na kończący się powoli dzień, i rozmawiamy o demach. Zaczyna się od „w moich czasach mieliśmy tylko kamień i sznurek, a zobacz, jakie efekty się robiło”, tezy, z którą niezupełnie się zgadzam, ale potem znajdujemy równowagę między szacunkiem do tradycji i nadzieją, którą niesie przyszłość.

Zapytałem, chyba nawet bardziej siebie, czy my, którzy mamy tendencje do utyskiwania na współczesność, zrobiliśmy cokolwiek w sprawie edukacji tych, którzy przyszli po nas. I czy w ogóle jest jakaś szansa na powołanie tradycji, skoro wszystko, co mamy, to raptem trzydzieści lat komputeryzacji.

Nie znajdując odpowiedzi, wracamy na imprezę.

* * *

Znów biegam między grupkami znajomych, wypijam trochę wódki w krzakach z Jonem, ale moje wkurwienie z poranka zaczyna powoli sączyć się do krwiobiegu. Wszyscy są radośni, lekko pijani, wdychają ciepłe powietrze letniego wieczoru i rozmawiają głośno, poklepując się po plecach i udach.

To nie miejsce dla ludzi, którzy wydali już wszystkie żetony społecznej integracji i nie są zatankowani etanolem.

Znajduję knajpę i pytam, czy mają zwykłą, czarną herbatę. Mają. Osiem polskich nowych złotych. Trudno, azyl zawsze słono kosztuje. Wbijam się w ławkę na końcu sali, wydłubuję notatnik i staram się zrobić szkic notatki, zamiast której napisałem to, co czytacie.

Nagle zza rogu wychyla się głowa znanego scenowca.

— Opi, ty pracujesz?

— Nie, nie. Próbuję notatkę zrobić. Twój brat przywiózł mnie tu z takim przykazem. – Mówiąc to, pokazuję mu gestem notatnik z rzędami krzywych zdań.

— Jak to, zapisujesz tak? Na papierze, długopisem?

— Piórem. – Unoszę w jego kierunku stalówkę czerwonego pióra w wisienki.

Przez jego twarz przewija się wyraz autentycznego obrzydzenia. Widząc ten grymas, przez chwilę tracę dar mowy, a kiedy go odzyskuję, jestem znów sam. Tylko ja, notatnik i jakieś chujowe techno, które pozwala kucharzom przeżyć wieczorny dyżur.

* * *

Kiedy wreszcie udało się nam zebrać do odjazdu, nasza grupa wprost promieniała szczęściem. Odskocznia, stare, dobre czasy. Rozumiałem ich, ale te pozytywne emocje jakoś się mi nie udzieliły. Fatalnie jest jechać na imprezę w podłym humorze i zepsuć sobie samemu frajdę.

W drodze powrotnej zatrzymaliśmy się na stacji. W dwóch podejściach zakupiłem kawę dla Oli i po hot-dogu dla powoli usypiających na tylnych siedzeniach przyjaciół.

Pan na kasie powiedział, że „będę panu winien trzy grosze”. Zgodziłem się i powiedziałem, że upomnę się, gdy będę następnym razem.

Pewnie za rok.

IMG_4622


Korekta: Bianka Kowalewska
Zdjęcia: Świnioklub Schizerstwa Polskiego

PS. A czy Ty wiesz, że jest coś takiego, jak BeSquare, gdzie nadaję retro muzyczkę? Zacznij słuchać już dziś!


Kto zna języki ten ma wyniki

Życie gracza w pionierskich czasach komputerów było ciężkie. Czasem wstawałem dwa dni wcześniej, żeby zacząć ładować grę z kasety. Szanse na sukces były znikome, ale i wiara wielka. Potem sprawy obrały lepszy obrót i na popularności zyskały dyskietki.

Dzięki dyskietkom gry nie wczytywały się dużo szybciej.

Często gęsto gra nie mieściła się na jednej dyskietce. Czasem na dziewięciu. Rekordzistą był Quake I, który w pirackiej wersji zajmował dziewięćdziesiąt osiem dyskietek DD. Wraz ze wzrostem ilości dyskietek malała szansa na ukończenie gry. Przelicznik szedł mniej więcej tak:

1 dyskietka — nie ma problemu, pograsz.

2 dyskietki — prawdopodobnie pograsz.

3 dyskietki — rozważ zwycięstwo w zakładach sportowych Lotto.

> 3 dyskietki — przynajmniej jedna będzie uszkodzona przez kolegę, usiądziesz na niej, zalejesz ją keczupem i w ogóle zapomnij.

Nie tylko jednak świat materialny stawał nam na drodze do rozkoszy bycia graczem. Były też problemy intelektualne. A czasem w koordynacji ręka/oko. Głównie jednak dyskietki i znajomość języków zwanych obcymi.

Kiedy połączyć te dwa problemy to dostajemy gatunek gier, który ukochałem, gry przygodowe.

Gry przygodowe były morderczym połączeniem gór dyskietek (element fizyczny: co się psuje) z narracją polegającą na popkulturowych żartach, idiomach i powiedzonkach, które rozumieją tylko i wyłącznie ludzie wychowani w anglosaskiej kulturze. Czyli nie my w 1991.

Gry przygodowe były jak czekoladowa marihuana, palisz ją i zaczynasz cierpieć z powodu „gastrofazy” — wtedy zdajesz sobie sprawę, że smakuje jak czekolada, więc palisz jeszcze.

Spędzałem godziny grając w „przygodówki”. Najwięcej zdrowia i serca pozostawiłem jednak na karaibskich wyspach, gdzie wcielałem się w rolę Guybrusha 1, młodego potencjalnego pirata odbywającego bezpłatny staż w branży. Twoim zadaniem jest: skradzenie skarbu, zakochanie się w Gubernator Marley, wykopanie skarbu, pokonanie mistrza miecza 2, kupienie statku, skompletowanie załogi, odbicie ukochanej z rąk zombie-voodoo-kompletnie-złego pirata LeChucka.

Monkey-Island-SE-Wallpaper

W skrócie.

Mimo to serce automatycznie podskakuje mi z radości, gdy słyszę muzykę, która rozbrzmiewa po wczytaniu gry (oryginał, cover Press Play On Tape i [Meets Metal](http://youtu.be/lEHIwxGA17Y.

Jeśli mnie pamięć nie myli to pierwsza część mieściła się na czterech dyskietkach, co znaczyło, że prędzej czy później utkniesz gdzieś w środku zagadki. O ile nie utkniesz podczas rozwiązywania samych zagadek. Co przytrafiało mi się częściej, niż powinno.

Oto moje dwa „ulubione” zacięcia, każde z nich zajęło przynajmniej miesiąc.

Otis i guma o smaku grogu

scummvm00580

Otisa poznajemy jako więźnia na Scabb Island. Siedzi za kratami, marudzi i strasznie wali mu z pyska. Mówi, że to kwestia więziennej diety, której głównym składnikiem są szczury. Wymyśliłem sobie, że muszę go uwolnić (albo wydudkałem: wydedukowałem dukając obcy język). Niestety, Otis prosił o jakiś plik, którego nie mogłem znaleźć nigdzie na wyspie. Próbowałem mu podarować wszystkie kartki, które znalazłem, ale on tylko opryskliwie pytał, co ma niby z tym zrobić.

Pisałem kiedyś o tym, że najgorzej jest się źle nauczyć? Pisałem. Skąd pochodziła moja cała znajomść języków obcych? Z kreskówek i programów. I wszyscy wiedzą, że słowo „file” znaczy plik.

Znaczy też pilnik.

A Otisa nie uwalnia się nawet tym pilnikiem, kompletne oszustwo.

Bar, metronom i hipnotyczne banany

Wyobraźcie sobie sytuację. Znajdujecie się nad brzegiem wodospadu, który z jakichś powodów wyposażony jest w kurek. Kurka nie da się przekręcić ręką ani niczym, co posiadasz obecnie w swoich n-wymiarowych kieszeniach. Chodziłem więc od jednego końca wyspy po drugi, żebrząc o narzędzia hydrauliczne. Nikt się nie przyznawał do posiadania owych.

Wreszcie ktoś z moich kolegów się zlitował i podpowiedział: Idziesz do baru, gdzie na pianinie gra małpa. Widzisz metronom wybijający rytm? Zasadź nań banana, którego znalazłeś wcześniej. Wzrok małpy podąży za bananem i w efekcie otrzymasz zahipnotyzowanego grajka. Schowaj go do kieszeni. Spokojnie, w przyszłości, grając w Simon The Sorcerer, schowasz drabinę do kapelusza, małpa w kieszeni to zero wyzwania.

Zanieś małpę nad brzeg wodospadu. Użyj małpy na kurku.

Hej, właśnie dowiedziałeś się, co to jest monkey wrench!

  1. taki dżołk, animowane pędzle na Amidze miały rozszerzenie .brush (ponieważ DOS i 8+3 saks, ha ha) i animacja przyszłego protagonisty nazywała się guy.brush
  2. na docinki, to materiał na osobną notkę prawie

Poważnie nie na żarty

Zając

Przez zielony las skacze sobie zajączek i podśpiewuje wesołą przyśpiewkę:

— Pojebane misie, pojebane misie.

Nagle przystaje w pół słowa. Zajączek zdaje sobie sprawę, że z nieznanych nauce powodów potrafi nie tylko myśleć abstrakcyjnie, ale posiadł też zdolności lingwistyczne. Wyciągnął przednią łapę i niezgrabnymi ruchami narysował na piasku kilka symboli.

Wyprostował się i spojrzał na swoje dzieło. W jego mózgu ułożyło się zdanie: „Nieźle przejebane!”. Podwójne przekleństwo.

Na polanę wkroczył miś, grzecznie odchrząknął i zapytał:

— Co mówiłeś zającu?

— Co to za różnica? Nie rozumiesz misiu, ktoś nam dał dar mowy i myśli tylko po to, abyśmy stali się marionetkami w jego rękach; narzędziami do opowiadania historii, puentą, wyrażeniem opinii autora.

— Hmm — zamyślił się miś — wszystko to, co mówisz, jest prawdą. Mimo to odpowiada mi moja rola antropomorficznej personifikacji bezmyślnej przemocy.

— Nieźle przejebane — pomyślał zajączek kiedy światło jego życia gasło w wyniku dekapitacji.

Majty

Do knajpy wchodzi Polak, Rusek i Niemiec. Zamawiają dwie wódki i trzy piwa. Siadają przy stole i zaczynają rozmawiać o swoich żonach, ponieważ komediowe historyjki do opowiadania muszą wspomagać heteronormatywną komórkę społeczeństwa, rodzinę.

Zaczyna Niemiec:

— Moja Stara, to ma taką wielką dupę, że jak siedzi na kanapie to najwyżej dwa jamniki mieszczą się jej po bokach.

Po czym podejmuje Rusek:

— Phi, moja Stara to jest dopiero…

Tu przerwał mu Polak:

— Słuchaj, nie uważasz, że to idiotyczne tak siedzieć i gadać o dupach? Powiedz lepiej co Wy, obywatele Rosyjscy, macie zamiar zrobić z erozją instytucji demokratycznych w Waszym kraju. Sytuacja na Krymie powoduje napięcia wśród europejskich koalicjantów, mimo obrazu jedności każdy kraj ma indywidualne cele i potrzeby: ekonomiczne i wizerunkowe. Coraz ciężej będzie nawigować pomiędzy geopolitycznymi interesami możnych. Chcemy Wam pomóc wyprowadzić Wasz region na prostą, zanim przyjdą Indio-Chiny i zjedzą naszą gospodarkę. I fakt, Twoja stara ma wielką dupę.


Czarnobyl

Każde pokolenie ma swoją muzykę, swoje kino, swój styl ubioru. Niektóre mają nawet własne katastrofy. Mam „przyjemność” być członkiem klubu, który z rozżaleniem wspomina ten dzień, w którym pani pielęgniarka karmiła nas płynem Lugola. Dzień awarii w elektrowni atomowej w Czarnobylu, najfajniejszej — bo futurystycznej — katastrofy ostatnich lat. Żadne tam powodzie, czy wybuchy trotylu. Radiacja, jak w komiksach.

Dziś Czarnobyl jest miejscem pielgrzymek ludzi, którzy chcą nacieszyć oko rozkładem. I nie potępiam tego. Człowiek żyjący w świecie, gdzie większość jego wyborów zawiera się między „serek z kulturami bakterii żeby się dobrze robiło kupę” czy „serek z mleka hipsterskiego ssaka” ma prawo chcieć zobaczyć jak będzie wyglądał świat kiedy to wszystko wreszcie pierdolnie.

„Bo pierdolnąć musi!” — myśli do siebie człowiek, jedząc kozi ser.

Zapraszam was na krótki wypad voyeurystyczny. 1 Nie musicie nawet przykładać oka do dziurki od klucza: dostarczamy wam porno–zniszczenie w ładnych plikach kropka jpg.

DSCN0200

DSCN0215

DSCN0235

DSCN0266

DSCN0300

DSCN0329

DSCN0425

DSCN0468

DSCN0478

DSCN0535

DSCN0542

DSCN0567

DSCN0477

DSCN0678

DSCN0723

DSCN0760

DSCN0788

konsola

zawory

misie

widok_na_las

karuzela

dalekopis

okno_na_swiat

ciezarowka

dokumenty

samochodziki

DSCN0199

Autorzy

Chciałbym podziękować autorom fotografii za udostępnienie mi ich na potrzeby tej notki. Autorami zdjęć są:

Lubisz rozpad? Możesz zerknąć na jeszcze jedną moją notkę o podobnym temacie.

  1. Nadal nie jestem pewien, że to jest wyraz.

Wszyscy powieszeni w galerii

Ostatnie dwa dni pomagałem w przygotowywaniu instalacji artystycznej potrzebnej mojej przyjaciółce do obrony pracy dyplomowej. Dziś miałem okazję nadziać się przemykające się po korytarzach gromadki profesorów, którym przypadło zadanie przepytania dyplomowych petentów z „co autor miał na myśli” i „ile sztuki w sztuce”. Zawsze zastanawia mnie, co można powiedzieć o kolekcji fotografii wykonanych szerokokątnym obiektywem.

Kiedy ktoś pyta mnie o motywy wyprodukowania kawałku tekstu lub zdjęcia zwykle wymieniam „fajne”: fajne kolory były, fajny pomysł miałem, było fajnie. Kiedy słucham studenta, odpowiadającego na pytanie o swoje dzieło mam wrażenie, że odpowiedź „zrobiłem, bo mi się podobało” jest praktycznie przyznaniem się do amatorstwa, a może nawet umysłowej cepelii. Jak to? A gdzie dramat ludzkości na przełomie wieku? Galopujący dysonans przecięty czarnym ostrzem monochromatycznej fotografii?

Aleksandra
Korszuń

Nie słucham nigdy zbyt długo, cierpię na schorzenie, które można opisać jako cyniczna empatia. Czuję wewnętrzne konwulsje słuchając umysłowego galopu artysty, to moja empatyczna część. Ta cyniczna widzi, że to taki teatr pozorów: pytania są tak samo bez sensu, jak i odpowiedzi. I znów przełączam się na empatię: czuję, że wszyscy robimy się tu w chuja.

Jestem sceptyczny co do procesu tworzenia, który sugeruje takie odpytywanie. Nikt nie myśli: wykonam pięćset, może sześćset kroków, a kiedy usiądę na ławce, to będzie spacer do parku. Przespacerowałem się w ramach protestu przeciwko zanikającej zieleni miejskiej, co łatwo odczytać z faktu, że siedzę w parku i palę fajkę.

Bez wątpienia wszystko ma swoją myśl założycielską. Nie jest to zwykle coś wybitnego, coś, co jest gotowe do podania wprost z mikrofali. Raczej kawałek pomysłu, który rzucasz na stół i okładasz swoim artystycznym narzędziem tak długo, aż przez przypadek lub w wyniku „skradzenia” dostateczniej ilości dobrych, już wykonanych, pomysłów masz coś swojego. Teraz możesz do tego dopisać mit i już masz sztukę, a nie hobby!

Przykładowo, moja poprzednia notka o pamięci. Emil staje w obliczu przemijającego życia, które jest odmierzane przez cyfrowe serwisy archiwizujące bezlitośnie jego porażki. A tak na serio: idąc do domu, zapisałem to „zdanie”.

Notatka z
Keep

Ktoś pomyśli, że jestem niesprawiedliwy wobec sztuki. To samo myślałem kiedyś na zajęciach z plastyki. To był tydzień, czy może miesiąc, pierwszych prób wyłożenia ekoświadomości młodym ludziom, którzy nie mogą dawać mniejszego faka. Praca miała mieć oczywiście temat związany ze zmianami w ekosytemie. Spędziłem dobre 40 minut, walcząc z najbardziej żałosnym zestawem farbek, które składały się głównie z kurzu i wody. Pracowałem uczciwie, a siedzący obok mnie przyjaciel gadał coś o masturbacji albo Terminatorze. Może o obu rzeczach naraz. Kiedy pani plastyczka rzuciła „proszę pokazać prace”, Marcin umoczył pędzel w czarnej farbie i w przeciągu dziesięciu sekund narysował słońce, razem z oczkami i buzią, która była wykrzywiona.

– To oddasz? – zapytałem.
– Jasne, wkurwione słońce – odpowiedział.

Stał za mną w kolejce do oceny. Trzymałem mój malunek, który ze względu na ilość wody, miał kształ blachy falistej i równie dobrze komunikował ekologiczne zagrożenia. Dostałem trzy plus. Podszedł Marcin i usłyszałem:

„Cóż za ekspresyjne dzieło, nie myślałem, że potrafisz patrzyć tak perspektywicznie, Marcinie. Ciemne słońce niszczy naszą planetę, niejako w geście zemsty! Piątka!”

Może noszę tę zadrę zbyt długo w sercu. Może sztuka to totalna bzdura.


Pamięć absosmutna

Im bardziej przyszłość staje się naszą teraźniejszością, tym mniej przeszłość zostaje w cieniu historii. Brzmi jak bełkot, prawda? To moja hipoteza, którą wydumałem, robiąc ostatnio porządki na dysku laptopa.

Emil sprzed 25 lat istnieje głównie w podaniach i na kilku zdjęciach uwieczniającego go jako uczestnika zdarzeń. Emil sprzed dziesięciu lat zostawił już lepiej widoczny odcisk. Kilka rzeczy, które budował, działają do dziś. Różne serwisy archiwizujące zawartość Internetu pozwalają wydłubać jakieś doskonale suche teksty.

Emil sprzed roku, około popołudnia, szedł sobie w kierunku Castoramy, witając pierwszy prawdziwie wiosenny dzień 2013. Mogę nie tylko sprawdzić jego „każdy krok”, ale nawet zerknąć na to, co widział.

![śniek](http://bronikowski.com/wp-content/uploads/2014/03/snow.png)

Wracając do sprzątania na dysku, ważyłem poszczególne foldery w Dropboksie. Katalog Camera Upload, którego chyba nigdy wcześniej nie otwierałem, ważył kilka giga. Zerknąłem do środka, wybrałem pierwsze zdjęcie z brzegu i zacząłem rytmicznie naciskać spację.

Impreza za imprezą, wyjazd za wyjazdem, przeprowadzki biura, spotkania i rozstania. Uwiecznione, poukładane, z metadanymi wskazującymi długości i szerokości geograficzne. Wiele rzeczy, których nie warto pamiętać, kilka, które wolałbym zapomnieć.

Nie tylko zdjęcia i mapy powodują, że mogę postawić znak równości między wczoraj a dwa lata temu. Każdy serwis internetowy buduje sobie awatar na moje podobieństwo i stara się, abym pamiętał.

„Cześć, jestem kolejnym śmieciowym e-mailem z LinkedIn. Chcesz się może zakumplować z tym gościem, co robiłeś biznes, który tak spektakularnie się wyjebał? Nie? Przypomnę Ci pojutrze!”.

„Możesz znać także: Była dziewczyna, chłopak byłej dziewczyny, uciążliwy kolega z dawnych lat, który ciągle stara się zaprosić cię na piwo, mimo że nie masz mu nic do powiedzenia”.

W dyskusji o prywatności pojawia się czasem opinia, że należałoby dać obywatelowi opcje do „bycia zapomnianym”. I jest to bardzo słuszna koncepcja, mogę sobie wyobrazić, jak wyglądałyby moje cyfrowe wspomnienia, gdyby przez całe moje nastoletnie życie każdy mógł strzelić mi fotkę, nagrać klip, a każda sprzeczka została zarchiwizowana w brzuszku Faceboga.

Nic nie stoi też na przeszkodzie, żebym wyłączył synchronizację zdjęć, żebym wyłączył usługi lokalizacyjne na telefonie, kasował z kontaktów ludzi, z którymi nie mam zamiaru się już stykać. Przynajmniej nic racjonalnego. Irracjonalny facet w mojej głowie mówi, że „w przyszłości się może przydać” i obaj wiemy, że to kłamstwo, ale na tyle dobre, że mogę w nie uwierzyć.

Idealnie zachowana historia zabija nostalgię. Pamiętasz, jak w przeszłości byłeś szczuplejszy, ładniejszy, pisałeś bardziej ambitny kod i mniej piłeś? No, fotografie i repozytorium kodu mówią co innego.

W rysunkach satyrycznych często używana jest postać, która otoczona armią butelek „pije, by zapomnieć”. Postuluję zmianę puenty: „Pije, bo pamięta.”


Krótki róg

drogaDlugaJest

Nosiłem się z zamiarem napisania wielkiego tekstu o piłce nożnej. Ilekroć wracałem do tego pomysłu, z notatnika przyglądały mi się litery, które układały się w wielkie „nie uda się raczej”. I raczej się nie udało. Nie umiem skompresować tej wiedzy – jakże zbytecznej – otwierając truizmem o popularności sportu wynikającej z niewielkiej ilości sprzętu potrzebnego do jego uprawiania (podpowiem: starczy piłka), wplatając w to opis holenderskiego futbolu totalnego, przecinając studium socjologicznym o stadionowym chuligaństwie, i kończąc – no, nawet w notatkach nie dobrnąłem do zakończenia.

Mogę jednak napisać o jednym.

Większość z nas zaczyna karierę piłkarską od aklamacji dowolnego placu, którego nachylenie nie przekracza „TIR by nie podjechał zimą”. Po aklamacji dzielicie się na dwie drużyny, a w tych drużynach na role. Jak wszyscy neofici padacie ofiarą narracji sukcesu. Aby uzyskać prawdopodobny skład takiego kolektywu należy policzyć uczestników, usunąć z tak uzyskanego zbioru jednego, a potem nazwać ich wszystkich napastnikami. Napastnik, szpica, snajper, dziesiątka. Każdy chce być dziesiątką, Messim, Pele, Ronaldo, twarzą z okładki, katem drużyny przeciwnej. Tą jedną osobą, którą wyjęliśmy poza nawias, jest bramkarz.

Bramkarza bardzo często rekrutuje się z nizin koleżeńskich. Ktoś za gruby, za brzydki, za chudy, ktoś, kto nie ma dobrych jeansów i jest raczej na doczepkę. Czasem, w sytuacji gdy wszyscy napastnicy-bramkostrzelcy zajmują zbliżoną pozycję w grupie wprowadzany jest system rotacyjny: co gol nowa ofiara.

Zostałem bramkarzem raczej w wyniku tego pierwszego. Miałem za to ukrytego asa w rękawie: zawsze chciałem być bramkarzem.

Chciałem być bramkarzem, bo nikt nie chciał być bramkarzem. Dla kogoś, kto unika konfliktów taka opcja wydaje się być manną z nieba. Byłoby jednak niesprawiedliwe, gdybym pominął wkład dziadka, który opowiadał mi o chłopakach z okolicy, którzy „stali na budzie”. O Młynarczyku, o Tomaszewskim. No i Genzo Wakabayashi.

Nie pamiętam szczególnie tych pierwszych meczy. Jestem pewien, że nie wiedziałem, co robię. Jednak robienie czegoś źle z olbrzymim uporem powoduje, że stajesz się lepszy. Po latach dochodzę do wniosku, że właśnie ten brak lęku przed kompromitacją w obliczu nowego był kiedyś moim zbawieniem.

Czym jest bycie bramkarzem? Najbrutalniej ujmując jesteś zawodnikiem, którego jedynym celem jest zablokowanie skórzanej kuli zanim przekroczy ona swoim całym obwodem linię narysowaną za prostokątem o wymiarach 7 metrów i 32 centymetry szerokości na 2 metry 44 centymetry wysokości. Musisz to robić zdecydowanie i starać się jak najmniej przy tym ucierpieć.

Jedno i drugie jest niemożliwe.

opi_hitBycie bramkarzem ma wbudowany fatalizm. Nie jest pytaniem, czy ktoś cię pokona, tylko kiedy. I jak wielka będzie przy tym twoja wina. Ten stary żart o saperze, który myli się tylko raz, zupełnie się nie przekłada. Podczas meczu możesz pomylić się nie raz, często katastrofalnie w skutkach. A im bardziej się mylisz, tym bardziej się wkurwiasz. A im bardziej się wkurwiasz, tym bardziej się dekoncentrujesz. I popełniasz kolejne błędy.

Nadchodzi jednak moment, kiedy to wszystko zaczyna nabierać sensu. Dla mnie tym momentem była pierwsza parada. Nie był to jakiś wybitnie mocny strzał i nie leciał daleko ode mnie. Pomyślałem do siebie „TERAZ!” i przewróciłem się w kierunku piłki z wyciągniętą ręką. Lecąc zamknąłem oczy. Piłka, jak to ma w zwyczaju, po napotkaniu ręki ubranej w najmodniejsze rękawiczki budowlane skradzione ojcu odbiła się i spokojnie wytoczyła na rzut rożny. Otrzepałem się i napotkałem wzrok kolegów z drużyny. Ktoś powiedział: Zrobiłeś to jak prawdziwy bramkarz!

Jak prawdziwy bramkarz!

Do dziś czuję, że to jedyny komplement składający się z słów „jesteś jak prawdziwy X”, który mogę przyjąć bez cynizmu. Wprowadziłem na nasze boisko Nową Jakość: bycie piłkołapem nie było już tylko zajęciem dla leszczy. Bycie bramkarzem znaczyło, że odbijasz piłkę w powietrzu!

Nigdy nie zaszedłem daleko w mojej sportowej karierze. Nie urosłem na tyle żeby być efektywny 1, nie byłem wystarczająco utalentowany, no i ostatecznie bitwę o mój czas wygrał komputer. Nigdy jednak nie zapomnę urywków meczy.

Kiedy wybiega na ciebie zawodnik przeciwnej drużyny, twoja obrona właśnie odkrywa, że to nie był najlepszy czas na dłubanie w nosie, a ty masz tylko te ułamki sekund na decyzję i piętnaście metrów kwadratowych obramowanej dziury do zakrycia. Więc biegniesz jak idiota, starając się wcisnąć pod buty napastnika tylko po to, żeby zobaczyć, jak unosi nogę do strzału. Piłka trafia cię jak pocisk i rykoszetem spada pod nogi drugiego z przeciwników, który podążył za atakiem. Pół pełznąc, pół idąc, na czworaka starasz się dopaść piłkę przed nim.

Zdeprymowany zawodnik, widząc nawiedzonego wariata pełznącego w stronę piłki, strzela z całych sił i chybia. Kładziesz się wtedy twarzą do ziemi i wdychając pełne płuca piasku myślisz do siebie: „kurwa, ale się udało”.

I chwile mniej chwalebne. Kiedy biegniesz po linii, mając w głowie potencjalną interwencję i nagle ktoś posyła piłkę w drugą stronę. Jesteś przegrany. Martwy. Prawdopodobnie strzelą ci też gola. Stanąłeś na „wykroku”, cały ciężar twojego ciała spoczywa na nodze, która nie jest teraz potrzebna do interwencji. Nigdy nie zdążysz na czas. Obserwujesz mijającą cię piłkę i łudzisz się, że jej adresat spieprzy tak jak ty. Ale nie. Strzela. Skurwysyn strzela piętką. Miał wystarczająco czasu, żeby się ogolić i zjeść obiad.

Najgorzej jednak dostać piłkę „za kołnierz”. Wybiegłeś przed pole bramkowe, chcąc przeciąć podanie, i nagle znajdujesz się w sytuacji, gdzie strzelec ma wystarczająco czasu, żeby posłać piłkę parabolą. Piłka minie cię w najwyższym punkcie i spadnie do bramki. I choćbyś nawet spektakularnie wybił się w powietrze, wyciągnął się jak struna i rozczapierzył palce, to piłka cię minie. Możesz też spróbować obrócić się i zacząć biec w kierunku gola, ale wygląda to komicznie i prawie nigdy nie działa.

Bycie bramkarzem jest jak bycie człowiekiem. Wszystkie twoje błędy zostaną wytknięte z nawiązką, wszystkie sukcesy będą uznane za „robiłeś, co do ciebie należy”, część porażek sprokurowali ci leniwi koledzy, a prawdziwa chwała przypada nielicznym.

Lepiej zostańcie napastnikami.

~~Tekst poszedł bez kurekty. Do tego nie działa mi połowa klawiszy i spędziłem część nocy czekając aż będę mógł napisać ‘t’ lub ‘h’. Frustrujące. Korektę przyjmuję drogą elektroniczną, a~~Korekta baj Kya + Shot. Za wszystkie przecinki i leterówki przepraszam z całego serca. Jeżeli lubicie historie z boiska to możecie rzucić okiem na inną notkę, Lato.

  1. choć mam o tym ciekawą anegdotę, którą może opowiem innym razem

Jedni pchają, inni ciągną

Rozważmy hipotetyczną sytuację: chcemy się napić z kolegą. Sytuacja ta jest hipotetyczna dla części z Was, dla innych to czwartek, 11:30. Mamy dwa scenariusze.

Scenariusz pierwszy

Wsiadasz w komunikację miejską, pokonujesz n przystanków. Wysiadasz. Wchodzisz na klatkę i łomocesz do drzwi. Kolega otwiera, a na pytanie o wspólne picie mówi, że jeszcze od wczoraj mu nie zeszło. Wracasz więc do domu, rzucasz palto i czekasz cały kwadrans. Zakładasz palto i wsiadasz w komunikację miejską. Wysiadasz, klatka, a kolega nadal to samo. Jaki debil.

Wracasz, wstawiasz wodę, zjadasz torebkę Sagi i wpijasz duszkiem wrzątek. Kierowca komunikacji miejskiej kiwa Ci głową i pyta, czy tam, gdzie zwykle. Tam. Tym razem nikt nie odpowiada. Jedziesz do szpitala na płukanie żołądka po herbacie Saga. Wsiadasz w komunikacje miejską, siedzący obok Syzyf kręci głową z dezaprobatą.

Dwa dni później kolega otwiera ci i zaprasza szerokim gestem. Wypijasz kolejkę i wsiadasz po kwadransie w komunikację miejską.

Scenariusz drugi

Wsiadasz w komunikację miejską, pokonujesz n przystanków. Wysiadasz. Wchodzisz na klatkę i łomocesz do drzwi. Kolega otwiera, a na pytanie o wspólne picie mówi, że jeszcze od wczoraj mu nie zeszło. Mówisz

– To weź zadzwoń jak ogarniesz, OK?
– Dobra

Kolega dzwoni i jedziesz się napić.

Pierwszy scenariusz ssał, nie tylko jako sposób na życie, ale także jako metodologia. W podobny sposób zachowuje się wiele aplikacji klienckich.

  1. Odczekaj interwał
  2. Sprawdź, czy jest nowa poczta
  3. Jest? Jeśli jest, zapisz. Nie? Idziesz na start, nie otrzymujesz \$200.

W drugi przypadku mówimy o Push. Pewnie zauważyliście, że Wasz mądrytelefon albo tablet piszczy niecierpliwie natychmiast po otrzymaniu wiadomości? To dlatego, że serwer po otrzymaniu informacji, które są dla konkretnego klienta informuje go o tym fakcie. Nie ma więc interwału pomiędzy przychodzącą wiadomością, a „świadomością” klienta o tym fakcie.

Gdybyście projektowali jakąś prostą aplikację, gdzie jest wyraźny podział między częścią serwującą dane, a klientem możecie wprowadzić proste modyfikacje, które pozwolą Wam uniknąć tej całej komunikacji publicznej via TCP/IP.

Serwer powinien móc zapisać ścieżkę „do oddzwonienia” dla konkretnego klienta. Kiedy pojawia się nowa informacja, serwer opakowuje nowe dane i przesyła je do klienta, który może natychmiast zareagować. Przykładowy dialog:

– Klient: Dzień dobry, to moje dane autoryzacyjne
– Serwer: OK, widzę. Czego?
– K: Jak pojawi się coś dla mnie to zapamiętaj, że masz to wysłać na http://bronikowski.com/flaszka/
S: Pamiętam. Idź już.

A potem:

– S: O, są nowe informacje o flaszkach, których wg dostępnych logów nie słałem do klienta. Gdzie to słać? A, tam.
– K: O, dane!

Notkę napisałem głównie żeby się zawstydzić, bo znów zaprojektowałem coś, co robi Pull. Jestem leniwym i durnym draniem, ale to już wiedzieliście.


16 do zajezdni

Wsiadam. Jedzie do domu. Przystanek przy białym kościele. Dwóch pijanych zrywa się do wyjścia. Trzeci siedzi. Próbują go przekonać, że jego dom jest geograficznie usytuowany w przeciwną stronę do ruchu tramwaju.

Negocjacje trwają. Po dwóch minutach wreszcie udaje się przekonać najbardziej zawianego, wysiadają a my ruszamy. Propsy dla motorniczego za cierpliwość.

Przystanek przy MNC. Tylimi drzwiami się gramoli się kolejna parka. Ten mniejszy szybciej, ten większy wolniej. Kiedy większy osiąga ostatni stopień grawitacja wygrywa i zaczyna wypadać przez drzwi, głową do tyłu.
Jego kompan łapie go za marynarę, a ja rzucam się ze środka tramwaju i wciągam go za rękę.

Uratowany ewidentnie uważa tę interwencję za zniewagę i chce się bić. Mówię, że nie mam czasu (wysiadam za dwa przystanki). Siedzący przede mną facet uśmiecha się i wymieniamy jakieś niezobowiązujące uwagi na temat przypierdolenia potylicą o przystanek.

Dobijam do mojego przystanku, razem ze mną wysiada rozmówca. Podchodzi do mnie, klepie mnie po plecach i mówi:

  • Masz refleks!
  • No, trochę mam.
  • Pewnie grałeś w ping-ponga.

A Ty (prze)siej: imapfilter

Co jest najlepszą rzeczą na świecie? Zgnieść swoich wrogów, zobaczyć ich u Twoich stóp i Inbox Zero. – Konan z księgowości

Uwielbiam e-maile. Czytać, ale przede wszystkim pisać. Dla poczty elektronicznej byłbym w stanie poświęcić wszystkie inne usługi.

Jakiś czas temu jechałem gdzieś pociągiem i wdałem się w konwersację o przedstawieniu teatralnym Terminator II, który używa wyimków ze sztuk Szekspira do opowiedzenia znanej wszystkim historii o gołym robocie w barze dla motocyklistów. Debatowałem z amerykańskim Koreańczykiem z Bostonu. Za każdym razem wyobrażałem sobie jak te dane zapieprzają po dnie Oceanu, te wszystkie EHLO i RCPT TO. Robię się niepoprawnie romantyczny wobec technologii, która zbliża ludzi i pozwala im się kłócić o trywialne popkulturowe rzeczy.

Do dziś mam w szpargałach swój pierwszy e-mail, który wysłałem do autora gry Fundation, Paula Burkey’a.

Ponieważ tak wysoko cenię sobie moją skrzynkę prowadzę nieustanną walkę o jej godność i cześć.

Ostatnio ostatecznie porzuciłem Gmaila jako operatora mojej prywatnej skrzynki 1. Zmiany w UI, a przede wszystkim zmiany w edytorze wiadomości nie pozwoliły mi zostać. To jak uczyć się całe życie kaligrafii i otrzymać kredkę świecową złamaną w ¾ długości i papier toaletowy do robienia notatek.

To zrodziło jeden problem: filtrowanie wiadomości.

Skrzynka u Googla rozwiązywała problem. Ustawiasz filtry i bez względu na sposób dostępu do e-maili (IMAP, czy też aplikacja) wszystko było „na miejscu”. Zwykłe konta pocztowe nie posiadają takiej funkcjonalności, a przy liczbie urządzeń na których czytam pocztę konfigurowanie wszystkich klientów byłoby robotą głupiego. Na szczęście rozwiązałem ten problem już jakiś czas temu: imapfilter to małe narzędzie napisane w Lua, które pozwala na „zdalne” filtrowanie kont pocztowych. Z małym, nerdowskim twistem.

Gdybym popatrzył w Wasze filtry to pewnie trafiłbym na większość w formacie:

„Jeżeli nadawcą jest X przesuń do Y”

To oczywiście sprawdza się doskonale dla ludzi, którzy nie biorą swojej poczty tak serio, jak ja. Na ten przykład przeczytane wiadomości zalegające w skrzynce są mi obrzydliwe. Tak samo jak wybieranie ich jak rodzynków z ciasta i zanoszenie do folderu z archiwum. I tu wchodzi nerdowski twist, plik konfiguracyjny imapfilter to po prostu kawałek kodu w Lua. To praktycznie taki DSL do filtrowania wiadomości.

current_year = os.date("%Y")
target_archives = "Archives." .. current_year
private.INBOX:select_all()
old = private.INBOX:is_seen() * private.INBOX:is_older(1)
old:move_messages(private[target_archives])

„Hej, znajdź mi wiadomości w Inboksie, które są przeczytane i starsze niż z dziś, rzuć je do Archives.2013 jeśli jest 2013, dzięki ziom.”

Czy macie święte soboty? Ja mam. W sobotę mam tylko jeden tryb, „pierdolę, nie robię”. Wskaźnik nieprzeczytanych e-maili spędza mi jednak sen z powiek. Na szczęście:

 day_of_week = os.date("%w")
 if day_of_week == 6 then
   gtfo = work.INBOX:is_unseen()
   gtfo:move_messages(work['GTFO'])
 end

Macie klienta, który pisze do Was na niewłaściwy adres? Jeżeli oba konta są zdefiniowane w konfiguracji możecie przesunąć e-mail pomiędzy skrzynkami. Jedyne ograniczenie cudów, których możecie dokonać ze swoją skrzynką to wasza wyobraźnia i znajomość Lua. Tak, to znaczy, że nie ma limitów. Wraz z pakietem imapfilter przychodzi konfiguracja, którą można bez problemu zaadaptować na swoje potrzeby. Jeżeli macie tak jak ja i spędzacie dużo czasu rozwiązując problemy, które nie istnieją poza waszymi głowami to macie zabawę, na przynajmniej jeden dzień. Jeżeli uważacie, że nie ma nic głupszego niż spalać godziny życia na budowanie systemów filtrowania poczty, które dałyby pierwszą erekcję panu Rube to potraktuj to jako krótką przygodę z Lua.

Dokąd stąd?

Strona projektu imapfilter Programming in Lua, książka do której zerkałem podczas dłubania Przykładowe konfiguracje: Prosta i trochę bardziej zawiła

  1. mam dwa adresy e-mail, jeden dla wszystkich, drugi dla bliższych osób

Widzę szuje więc szyfruję: encfs

Wróćmy na chwilę do szyfrowania. Pisałem niedawno 1 o kryptografii asymetrycznej i GPG. W artykule wspominałem jak kłopotliwym problemem w kryptografii jest system, który da się „odemknąć” znając tylko jeden sekret: hasło. Niestety, w normalnych okolicznościach zawsze dochodzi do zderzenia między ideami a rzeczywistością. Wyrazem tego ilorazu jest narzędzie, które chciałem dla Was pokrótce opisać.

encfs to krypto-pseudo-system-plików w przestrzeni użytkownika.

Rozwijając nieco to karkołomne zdanie, encfs umożliwia stworzenie wirtualnego napędu przez każdego użytkownika systemu, który nie został pobłogosławiony przez administratora systemu pełnymi prawami (nie jest w /etc/sudoers, nie zna hasła roota). Wszystkie pliki umieszczone w folderze zamontowanym przez encfs podlegają szyfrowaniu przy użyciu klucza, którym jest hasło ustawione przez użytkownika.

Praktycznie znaczy to tyle, że folder źródłowy zawiera pliki, których zawartość jest nie do odczytania dla osób postronnych 2.

Kiedy pierwszy raz trafiłem na to rozwiązanie pomyślałem, że będzie to praktyczne rozwiązanie pozwalające mi ukryć moje pliki wideo w których dinozaury pieprzą samochody 3 przed oczami postronnych osób, które trafią przypadkowo na mojego laptopa. Później zdałem sobie sprawę z jeszcze lepszego zastosowania: szyfrowanie danych w Dropboksie.

Dropbox używa szyfrowania danych, ale osobiście znajduję ich zabezpieczenie bezużytecznym: to oni mają klucze. Wiemy to z absolutną pewnością: gdyby nie mogli zerknąć do naszych danych nie mogliby też zbudować interfejsu webowego, gdzie mamy do nich dostęp. Bez względu na rodzaj stosowanej kryptografii Dropbox jest sejfem, który ma klucz pod wycieraczką.

Natura encfs daje nam idealne narzędzie, które możemy połączyć z Dropboksem i ukryć przynajmniej część informacji. Dodatkowym plusem jest fakt, że tak współdzielony katalog możemy bez problemu zamontować na drugim komputerze, a zmiany dokonane na nim propagują się idealnie.

encfs jest zwykle dostępny w repozytoriach Dobrych Dystrybucji. Może działa też na OS X via homebrew. Pewnie nie działa na Windowsie.

Po instalacji musimy się upewnić, że nasz użytkownik ma dostęp do grupy fuse. Możemy to sprawdzić w następujący sposób:

$  groups
emil cdrom floppy audio dip video plugdev netdev fuse scanner bluetooth

Teraz nie pozostaje nam nic innego jak stworzyć nasz szyfrowany system plików:

tmp $ encfs /tmp/zrodlo /tmp/szyfrowany_dysk 4
Katalog "/tmp/zrodlo/" nie istnieje. Utworzyć? (y,n) y
Katalog "/tmp/szyfrowany_dysk" nie istnieje. Utworzyć? (y,n) y
Tworzenie nowego zaszyfrowanego wolumenu.
Proszę wybrać jedną z pośród niżej podanych opcji:
 wprowadź "x" aby uruchomić tryb konfiguracji eksperta,
 wprowadź "p" aby wybrać preinstalowany tryb paranoiczny,
 jakikolwiek inny znak, lub pusta linia spowoduje wybranie trybu standardowego.
?> p

Wybrano konfiguracje paranoiczną.

Konfiguracja zakończona. Tworzony system plików
będzie miał następujące własności:
Algorytm szyfrujacy system plików: "ssl/aes", wersja 302
Kodowanie nazwy pliku: "nameio/block", wersja 3:0:1
Długość klucza: 256 bitów
Rozmiar bloku: 1024 bajtów, włącznie z 8 bajtami nagłówka MAC
Każdy plik zawiera 8-bajtowy nagłówek z unikatowymi danymi IV.
Filenames encoded using IV chaining mode.
File data IV is chained to filename IV.
File holes passed through to ciphertext.

[...]

Nowe hasło EncFS: 
Potwierdź hasło EncFS:

Wybrałem konfigurację paranoiczną i Wy też powinniście. Manualna konfiguracja jest dla ludzi, którzy nie mają nic lepszego do roboty. Wolumin jest już zamontowany i szyfruje. Wszystkie pliki przegrane do /tmp/szyfrowany_dysk zostają odtwarzane w swojej zaszyfrowanej formie w /tmp/zrodlo.

tmp $ cd /tmp/szyfrowany_dysk/
szyfrowany_dysk $ dmesg > dmesg.txt
szyfrowany_dysk $ ls -l dmesg.txt 
-rw-r--r-- 1 emil emil 54881 gru 15 21:24 dmesg.txt
szyfrowany_dysk $ cd /tmp/zrodlo/
zrodlo $ ls -l
razem 56
-rw-r--r-- 1 emil emil 55329 gru 15 21:24 ppfVDlRysmXqpOOqaolF2kF7

A jak spiąć to z Dropboksem?

$ encfs ~/Dropbox/myp0rn ~/Documents/VeryImportant

I ot, cała magia. Jesteście teraz w posiadaniu „bezpiecznego” folderu, który może podążać za Wami ze wszystkimi plikami, który nie pokazalibyście Waszym Matkom.

Ta notka miała być moim debiutem w świecie demonstracji audio-wizualnych. Niestety po raz kolejny stchórzyłem słysząc własny głos. Pozostał mi tylko nieprzycięty i niemy materiał na którym demonstruję wszystko, o czym pisałem wyżej.

Możecie pobrać plik źródłowy lub rzucić okiem na YouTube.

EDIT (2014-3-12): Niezależny audyt EncFS wskazuje kilka problemów z aplikacją.

  1. „niedawno” biorąc pod uwagę cykl wydawniczy tego internetowego czasopisma
  2. „nie jest” to oczywiste kłamstwo, zawsze mogą Wam połamać palce prosząc o hasło
  3. Wujek Dobra Rada: nie googlajcie
  4. zwróć uwagę, że ścieżki być absolutne

Kocpiskr

Działo się to w najlepszej z krain. Krainie, gdzie pomarańcze są wielkie jak głowy, a głowy obywateli też są większe, wypchane pomysłami. Niedaleko granicy, w przytulnym studio pełnym kreatywnego rozgardiaszu, wygodnych foteli i sieci bezprzewodowych o identyfikatorach tak pomysłowych, że od śmiechu bolała głowa, pomieszczenie biurowe podnajmował biedny właściciel firmy rozbiegowej. Nasz bohater nie miał na świecie nikogo – żadnego mentora, żadnego kapitalisty wysokiego ryzyka, nawet liczbę ludzi w jego sieciach społecznościowych można było policzyć na palcach jednej ręki.

Niezrażony tym budził się ze snu, by zapadać w sen na jawie, sen o przyszłych sukcesach jego platformy do sortowania grochu: Kocpiskr. Wiedział, że każdy, nawet najmniejszy krok przybliża go do celu, dlatego z pokorą przyjmował przeróżne prace, do których zmuszali go inni właściciele firm rozbiegowych. Właściciel studia zamykał go czasem na noc w budynku, by produkował slajdy do prezentacji dla innych rozbiegowych firm, w które zainwestował ciężko odziedziczone dolary. Siedział więc tak, załamywał ręce, bo musiał pracować z PowerPointem, a brzydził się używać plebejskiego systemu Windows i pisał, składał, podkręcał memetyczność, wklejając rozmaite zdjęcia kotów.

Nigdy nie otrzymał za to słowa podzięki, nikt nie zaoferował mu swojej wizytówki.

Nocami, gdy zbierało mu się na łzy, czytał notki na blogach innych rozbiegowców, a tytuły mamiły przyszłością: „Twój pierwszy milion klientów”, „Podnoszenie cen zwiększyło dochód”, „Jedyna droga to IaaPaaSoM” 1. Och, być jak oni, ci, którym się choć trochę udało!

Pewnego pięknego dnia gruchnęła wiadomość: władca lokalnego inkubatora innowacyjności organizuje wielki bal, na którym będzie można poznać przyszłego inwestora. Wszyscy z dostatecznie dużą listą e-mailową powinni stawić się na wezwanie. Zapanował straszny rozgardiasz: chętni rozbiegowicze wydzierali sobie z ręki o numer za małe koszulki, potłuczono kilka par okularów bez szkieł, bardziej zaskoczeni próbowali po cichu i w kącie zapuścić w ekspresowym tempie ironiczny zarost. Gdy wiadomość dotarła do autora Kocpiskr, który dziś dostał wyrok pracy w kuchni, jego serce zabiło szybciej. Teraz albo nigdy!

Kiedy nakrywał do stołu dla innych najemców studia, zatrzymał się na chwilę przy gospodarzu. Ten zmierzył go od stóp do głów i szczeknął: Tak?

Bo ja – zaczął stremowany – chciałem też iść na bal, ten w lokalnym inkubatorze. Wydrukowałem nawet wizytówki – wyciągnął zza pleców szare zawiniątko i trzymał je przed sobą jak tarczę – i chciałbym poznać kogoś, kto pomógłby mi w rozwiązaniu światowego problemu nieprzebranego grochu.

Wydech.

Właściciel ułożył twarz w grzeczny gryśmiech, grymas uśmiechu, który komunikuje, że następne słowa, jakie wypowie, nie będą ani zabawne, ani nawet uprzejme.

– Ho ho, ty? Ukaż no nam swoją stronę, na której lądują żądni rozwiązań klienci! Ile masz nazwisk na swojej liście do beta testów? Słyszeliście? – zwrócił się do niemrawo zbierającej się gromady – Gość chce iść z nami!

– Jako kto? Rozbiegowicze nie potrzebują takich ludzi jak ty. Prawda, że napisałeś Kocpiskr w PHP? Ma sens, chujowy projekt w chujowym języku! – ocenił lokalny ekspert od estetyki programowania – Czasem miną tygodnie zanim napiszę jedną linię kodu. Sztuki nie należy popędzać! Na ramieniu, oprócz syrenki i kotwicy, wytatuował sobie maksymę swojego życia: „Code is poetry”. I wszystko, co koduje, się mu rymuje. Największy jednak jest ambaras, by nazwa klas była tej samej wody, co nazwy metody.

I gdy ośmieszała go lewa strona stołu, prawa zanosiła się śmiechem. Tak samo po zmianie polaryzacji. Na końcu było coś o tym, że nigdy nie znajdzie kapitalisty wysokiego ryzyka, z którym mógłby podzielić się akcjami, ale on już nie słuchał, myślami był przy rozbiegowym samobójstwie, spokojnej pracy w biurze pośród plotek i romansów, gdzie największym problemem jest odwieczny katar przekazywany sobie między działami.

Kiedy zapadł zmierzch, budynek opustoszał. Przy jednym ze stołów świeciła się lampka, przy nim siedziała zmęczona postać, która przeciągała palcem po zostawionej przez resztę liście TODO. Na brzegu stołu stał otwarty laptop. Odpalony edytor, niedokończona linia w index.php błyszczała na czerwono. Niedomknięty nawias, brak średnika.

– Ach, gdybym mógł iść na bal – westchnął do siebie – zamknąłbym wszystkie nawiasy, ponaprawiał wcięcia, miałbym cel.

Nagle rozległ się dźwięk dzwonka. Potem drugi. I głośne przeklinanie. Bohater podszedł do drzwi, przyłożył ucho i – nie słysząc dalszych hałasów – uchylił lekko.

Na progu stał jakiś facet i przyglądał się uważnie podeszwie swojego buta. Stojąc w tej pozycji, uniósł głowę i powiedział z wyrzutem:

– Co się pan gapisz, w gówno wdepnąłem.

– Kim pan jest, jeśli wolno zapytać?

– Możesz mi mówić Dem. De jak Deus, E jak Ex, Em jak Machina. Agencja pracy bezpośredniej zatrudnia nas do, jakby to powiedzieć, przekładania zwrotnicy torów, po których toczą się losy bohaterów. Chyba. Przynajmniej to mam w umowie-zleceniu.

– Aha.

– No tak właśnie. I chciałbym Ci pomóc, oferując to, co mogę najlepszego.

– Czyli?

– Praktycznie nic. Inni mają w budżecie sportowe samochody z warzyw i wyszukane ciuchy, ja osobiście specjalizuję się w cynicznych monologach. Pozwolisz, że zacznę od razu, jest późny wieczór, człowiek chciałby się napić i nie myśleć o pracy.

Dem przestąpił próg i pociągnął młodego kodera za rękaw, usadził go na pierwszym fotelu, wyciągnął papierosa, zapalił i przez chwilę popatrzył pół metra nad głowę swojej ofiary, jakby rozważając, gdzie najpierw ma zatopić nóż szczególnie cynicznej uwagi.

– Po pierwsze myślicie, że wypadliście samemu Stwórcy spod ogona. Holy shit. Każdy z was, ty tu i oni tam, myślą, że świat na serio potrzebuje ich wkładu. Nie, nie myślicie; macie niezbitą pewność, że świat byłby dużo gorszym miejscem bez was. Ta pewność bije z was jak promienie gamma, niszcząc wszystko dookoła, a gdy zbieracie się do kupy, to eksplodujecie jak wielka bomba atomowa sloganów. Mitologię zmyślacie na bieżąco, czerpiąc z nieistniejących mitów lub dobrze zatuszowanych fałszerstw. Nawet nie jesteście tak utalentowani, jak o sobie myślicie. Zobacz, napisałeś pieprzony formularz. Używając przeglądarki, której byś nie stworzył, która działa na systemie, którego nie rozumiesz, który używa protokołów, których byś nie zaprojektował, używając sprzętu, który w ogóle wymyka się świadomości. Ciężko sobie wyobrazić większą bufonadę niż ludzi ślizgających się po powierzchni cudzych dokonań, ludzi mających przekonanie, że to oni tak naprawdę to wszystko domknęli. Postawili kropkę i podpisali się zamaszyście. Jak wojskowa parada dzieci z obdartymi galotami, trzymających swoje pistolety-patyki dumnie prężących piersi do orderów za bohaterskie czyny. Jak podwórkowe drużyny walczące na rynku transferowym, gdzie twardą walutą są kapsle. Że też wam łby nie jebną pod naporem zmyślonej wagi waszych dokonań.

Dem wzruszył ramionami, dając znak, że to koniec. Potem zaciągnął się szybko papierosem i dał znak dłonią, że jeszcze chwila.

– I wiesz co, ja nie wiem, po co ty tu w ogóle siedzisz? Kazali ci zostać? Przecież w oczach Stwórcy wszyscy jesteście równi, oscylujecie w okolicach zera. Idź, zabaw się, rozdaj wizytówki, poszalej. Nie potrzebujesz strojów, nie potrzebujesz zaproszeń, musisz być tylko arogancki. Ale pamiętaj! – Dem uniósł palec ku niebu – Wróć przed dwunastą!

– O dwunastej czar pryśnie?

– Nie, ktoś tak nieobyty nie da rady dłużej wśród zawodowych pijaków. Zapamiętaj moje słowa.

Za Demem zamknęły się drzwi. Dało się zza nich jeszcze usłyszeć ostatnie bluźnierstwo i odgłos szurania butem z podeszwą w gównie.

Taksówka zatrzymała się przed oświetlonym budynkiem. Dookoła przelewała się rzeka ludzi. Z boku stała kolejka do promocji – rejestracja w serwisie za darmową toksykologię krwi. Przez otwarte drzwi słychać było wrzawę. To podekscytowani, pijani ludzie handlowali pomysłami.

Wizytówki przemykały z rąk do rąk. Ludzie łączyli się w pary i przyciszonym głosem rozmawiali o niszowych rynkach będących w zasięgu ręki. Ktoś położył dłoń na ramieniu nowoprzybyłego.

– Kocham, kurwa, fasolę. Fasola, człowieku, to są konopie 2014!

– Przepraszam, chyba mnie pan z kimś pomylił, jestem autorem Kocpiskr, platformy do liczenia grochu. To moja wizytówka.

– Groch, fasola czy jebane mandarynki, detale. To wszystko są strąkowce.

– Są?

– Niech się o to martwi marketing! Tu chodzi o bycie pierwszym na rynku. Widzę w tobie przyszłość, mój chłopcze. Z kimś takim mogę nawet zatańczyć piwota.

– Zatańczyć piwota?

– Choćby i jutro. Cokolwiek. Groch nie idzie? Robimy jeb, ciach, zostawiamy backend, robimy frontend i uruchamiamy subskrypcję na cokolwiek.

– Jak to, na cokolwiek?

– Cokolwiek, rzuć jakiś okropny pomysł!

– Szklane pantofelki?

– Idealne! Zero przepuszczalności powietrza, wywrotka może się zakończyć przecięciem kilku żył, nie da się ich naprawić. A my je co?

– Co?

– A my je pakujemy w slogan: dla aktywnych i odważnych, robimy miesięczną subskrypcję i wartość dodaną, ubezpieczenie, którego można użyć u ortopedy. Win-kurwa-win!

– To bardzo dobry pomysł – ale co z liczeniem grochu? Chciałem się skupić na tym.

– Nie możesz się tak przywiązywać do jednego pomysłu, zrób MVP, niech, ja wiem, coś liczy. I dalej dobrniemy. O, zobacz, która to godzina. To co, po kolejeczce pod ten deal?

Ranek wdarł się przemocą do świata naszego bohatera. Najpierw zlokalizował się na mapie świata. Przy maksymalnym zbliżeniu były to krzaki. W rękach trzymał wizytówki. Rozpoczął powolną drogę do pozycji wyprostowanej i jeżeli można coś powiedzieć, to tyle, że poszło mu lepiej niż Australopitekowi. Rozejrzał się powoli. To będzie długa droga do domu.

Po tygodniu poszukiwań inwestorzy go odnaleźli. Linię szklanych pantofelków kupiło Yahoo!

Jeżeli podobał ci się ten kawałek tekstu możesz zbadać Dramat 2.0. I jeszcze praprzyczyna notki.

  1. Infrastructure as a Platform, as a Service, on Mobile

Automaty i empatia

Pisałem program magazynowy. Dziś też piszę i przypomniało mi się, że pisałem. Pomiędzy magazynem, farbiarnią i produkcją ginął materiał. Całe bele materiału. Kierownictwo chciało sobie ten problem jakoś poukładać i wymyślili, że może wgląd w obecne stany i nazwiska ludzi odpowiedzialnych za daną operację pozwoli im wyłowić, kto gubi te setki złotych. Przyjechałem z notatnikiem, zapisałem ich biznesowy „kejs”, przespacerowałem się po pomieszczeniach, powiedziałem, że wpadnę za dwa tygodnie z jakimś prototypem, żebyśmy mogli dalej.

Wpadłem, potem pojechałem. Minął miesiąc, drugi, trzeci i ostatecznie miałem coś, na czym można było przeprowadzić szkolenie. Pierwszy etap, magazyn surowców, mieliśmy gotowy do wdrożenia. Usiadłem w konferencyjnej, wymieniłem uprzejmości z dwoma szefami, zrobiłem im krótką demonstrację; podali kawę i słone paluszki, czekaliśmy na pracowników, których miałem szkolić.

Wreszcie pojawił się główny magazynier. Bardzo wysoki i szczupły, prawie tyczka obleczona w niebieskie ubranie robocze, ściskał w rękach kapelusz i nerwowo obracał go za rondo, jak klisza „chłop u jaśniepaństwa”.

Posadziłem go przed komputerem i zacząłem tłumaczyć koncepty: tu jest nawigacja, tu jest sesja, hasło i użytkownik, stany, „proszę się nie martwić, tu wspieramy transakcje” i kiedy tak mówiłem, moje samozadowolenie rosło. Gdy już unosiłem się balonem nad mahoniowym stołem, zobaczyłem, jak szkolony przeze mnie pracownik próbuje użyć myszki do przesunięcia wskaźnika. Zrozumiałem, że przez ostatnie pół godziny mogłem mówić w innym języku, uzyskując identyczny rezultat. Trochę wystraszony sytuacją, w jakiej się znalazłem, spróbowałem podejścia bezpośredniego: wskazywałem palcem elementy, opisując je, a potem mówiłem, co należy zrobić dalej. Szło okropnie.

Magazynier cofnął nagle krzesło, odwrócił się w kierunku stołu, zza którego moje wysiłki edukacyjne podziwiali szefowie i powiedział: „Panie prezesie, czterdzieści lat pracuję na magazynie, ja się tego nie nauczę. Proszę mnie zwolnić. Przepraszam, proszę mnie zwolnić. Do widzenia.” – wyszedł, zostawiając mnie zamrożonego z palcem uniesionym w kierunku monitora, na którym pewnie wskazywałem ważną ikonę. Po chwili jeden z prezesów, widząc moje totalne zagubienie, podszedł do mnie, poklepał mnie po ramieniu i powiedział, że nic się nie stało, że będzie ciężko i że zadzwoni, jak obgada sprawę z pracownikami.

Spotkaliśmy się jeszcze dwa razy, ale mimo zatrudnienia młodego pomocnika, który miał zdjąć z magazyniera obowiązek walki z techniką, projekt upadł. Tamtego dnia straciłem do niego wszelki zapał; pierwszy raz poczułem, że moje grzebanie w literkach ma realne przełożenie nie tylko na stan mojego konta, ale także na życie ludzi, których mogę nawet nigdy nie spotkać i jego jakość.

Innym razem pisałem wyszukiwarkę prostytutek. Śmiałem się z przyjaciółmi, że jak robię zrzut bazy, to mam jak w Matriksie: „brunetki, blondynki, rude”. Kolor włosów był jednym z parametrów wyszukiwania. Do dziś pamiętam spotkanie z klientami, którego elementem była ożywiona dyskusja, jak oznaczymy rozmiar piersi. Literkami, numerami? Ktoś rzucił, że „mieszczą się w dłoni” –­ nie śmiałem się, ale powiedziałem „ha ha”.

Tak sobie myślę: czy my, autorzy tych różnych gówienek, mamy w ogóle jakiś kod moralny? Gdzie jest nasze „po pierwsze nie szkodzić”? Czy powinienem pośrednio wspierać stręczycieli tylko dlatego, że jestem krok dalej i robię tylko zapytania SQL? Czy w micie programisty-kowboja, który sam jest sobie prawem, sądem, katem i debuggerem, jest miejsce na jakieś zawodowe rozterki? I nie mówię tu o osobach, które parają się pisaniem malware czy innego draństwa, mówię o „dobrych gościach”, którzy spokojnie piszą kod robiący komuś gorzej.

Ktoś pisze te filtry internetu, ktoś pisze kod budujący fantomowe profile na Facebooku, ktoś implementuje behawioralne pułapki w grach typu „pierwsza działka za darmo”.

Może nadszedł już czas (albo nadszedł tak dawno temu, że nawet taki gość jak ja zaczyna zauważać problem), żeby popytać wśród nas samych: „czego nie zakodujesz za pieniądze?” i zastanowić się nad popularnymi pozycjami? Mam przeczucie, że głoszenie moralności w softwareowym El Dorado nie spotka się z pozytywnym odzewem.

Zostaliśmy handlarzami broni, ale nie wyglądamy tak dobrze w garniturach.


1UP or STFU

tuscany

Kolejny gorący weekend.

Nie będzie dziś notki (bo dopiero w ¼ wklepana), nie będzie widea, nie będzie nawet listy artykułów do czytania, bo niczego nie czytałem w tym tygodniu. Nie zostawię was jednak samych sobie!

Weekendowe dni idealnie nadają się do spacerów po zacienionych parkach. Do towarzystwa może przygrywać wam muzyczka. Na ten przykład ze znanych gier.

1UP or STFU: na Spotify lub rdio.


Emil czyta #3

emil

Odcinek trzeci, spóźniony. Poszedłem z Bartkiem na długi, dwudziestokilometrowy spacer i zrobiłem sobie dziurę w nodze. Dziura boli mnie brakiem, a braku nie mogę zapełnić nawet mocnymi proszkami. Dlatego od razu przepraszam, że zdania będą poszarpane.

„Baer’s Odyssey: Meet the serial inventor who built the world’s first game console”

Słowo „innowacja” odmieniane jest przez wszystkich marketingowców. O! Innowacja! Kogo, czego nie ma? Innowacji. Jednym, tak jak bohaterowi artykułu, przychodzi ona łatwiej niż innym.

„We Are a Creative Agency Specializing in All Your Branding Needs.”

Agencja kreatywna „Syzyf” podejmie się każdego zadania.

„On Getting Drunk in Antarctica”

Co mogę dodać do tytułu, który mówi „O Chlaniu Na Antarktyce”? Na zdrowie i nie sikajcie na dworzu pod wiatr.

J.K. Rowling and the Chamber of Literary Fame”

Dobra wiadomość: jakość nie przekłada się na widownie, brakuje Ci głównie szczęścia. Zła wiadomość: brakuje Ci głównie szczęścia.

„Fuck the Super Game Boy”

Pięcioczęściowa seria artykułów o konsoli Super Game Boy. Od sprzętowo-programistycznych sztuczek pozwalających uzyskać więcej niż cztery kolory na ekranie po powód, dla którego należy go pieprzyć.

„Top Myths of Renaissance Martial Arts & Swords”

Bullshido, ale na miecze.

W następnym odcinku: wideo! 1 Próbuję od dwóch tygodni przełamać się i zostawić ścieżkę dźwiękową z moim głosem. No nie da się. W następnym następnym odcinku długi, dydaktyczny tekst o Chmurze. Wcześniej leki przeciwbólowe na bazie opiatów.

  1. wideo!!11omgwtf

Emil czyta #2

Witajcie w drugim, możliwe że ostatnim, odcinku „Emil czyta”. I od razu praktyczna porada: nie biegajcie z butelką piwa i tabletem w tej samej przegródce torby/plecaka. Nie wiem ile lat nieszczęść sprowadza stłuczony ekran, ale z pewnością nie ułatwił mi zebranie tej listy.

„Open Waters”, Simon Winchester

Esej o Oceanie. Oceanie jako kolebce życia, grobie statków, wielkim nieznanym.

„Alan Moore: the revolution will be croud-funded”, Scott Thil

Autor takich klasycznych komiksów jak „Watchmen” i „V for Vendetta” wierzy w moc sprawczą Kickstarterów i niezależność autorów.

„Nothing like this will be built again”, Charles Stross

Podróż w paszczę reaktora atomowego.

„The Animator”, Michael Slater

Fantastyczny esej o Dickensie, znawcy londyńskiej mgły i organizatorze związków zawodowych otwieraczy mięczaków.

„On Git’s shortcomings”, Peter Lundgren

Jaki jest Git każdy widzi. Z pozycji ludzi o filozofii podobnej do Linusa wygląda jak miliard dolarów. Inni będą kręcić nosami na niektóre rzeczy.

„If Films Were Reviewed Like Video Games”, Dennis Farrell

Najważniejsze, że frame-rate w ostatnim przeboju był stabilny, a aktorzy nigdy nie wychodzili z kadru.

„Historia niebieskiej tasiemki”, Michał Łaszczyk

Sport wyczynowy to 90% treningu, 10% szczęścia i jakieś 17% guseł, zaklęć i fatalnej voodoo medycyny.

„Prison Break”, Karrie Jacobs

Nie wiem nic o architekturze. No, może te kolumny i rozety. Nieforemna perła. Artykuł próbuje odpowiedzieć na pytanie, czy architekci powinni projektować więzienia. Zawsze fascynuje mnie, gdy ktoś na serio próbuje podjąć dyskusję o etykę zawodową. W tym świecie pytanie „czy powinniśmy?” wydaje się prawie nie na miejscu. Chyba, że uściślone „za ile?”.

„Your First Short Story Speaks”, Peter Kispert

Odradzam czytanie tego tekstu ludziom, którzy bawią się w pisanie.

„I Look Good in My Pork Pie Hat”, Ryan O’Neill

To są teksty dla których żyję. Nic nie wnoszące, trzy piąte zmyślone, teksty o kapeluszach.

Mods


Emil czyta #1

8165693058_b5fbe3aaf5_c
(cc) Sam Howitz

Bardzo ciężko jest być moim bliskim znajomym. Nie tylko dlatego, że zapraszany się nie stawiam, a nieproszony dzwonię do drzwi, trzymając torby foliowe pełne brzęczącej radości. Chodzi też o moje „dzielenie się linkami”. Nie ma dnia, żebym komuś nie podesłał odnośnika do jakiegoś tekstu. Większość osób przepytana ze znajomości treści przyznaje, że skasowała od razu i robi to od lat. Ci o miękkim sercu twierdzą, że odłożyli na później.

Jestem tym absolutnie niezrażony. Przez lata zmieniałem formy, słałem do przyjaciół poranne e-maile zawierające ciekawą prasówkę (wstawanie o piątej ma ten plus, że daje dużo czasu na spokojną lekturę), wieszałem je po społecznościówkach, drukowałem i zostawiałem w kiblu ludziom, którzy zostawili swoje telefony na biurkach i tym samym zostali skazani na lekturę naklejki na środku dezynfekującym. Kilka razy przeszło mi przez myśl zrobienie specjalnego blożka z linkami, ale potem zorientowałem się, że ktoś mógłby nazwać mnie „kuratorem treści w Internecie” i byłoby mi przykro, że upadłem tak nisko, nie ruszając się nawet z fotela.

Mniejszym złem będzie jedna notatka tygodniowo. Na weekend. Nie na „specjalnym blożku”, ale tu. Kilka odnośników. Krótki opis. Miałem więcej pisać, a taki półautomatyczny tekst pomoże mi w utrzymaniu rytmu.

Zaczynamy, Emil czytał, sezon pierwszy, epizod pierwszy, scena!

„Art of Translation”, Nabakov

http://www.newrepublic.com/article/113310/vladimir-nabokov-art-translation

Złe tłumaczenia bywają zabawne i zajmujące. Wszyscy wspominają legendy o Łaziku i krzatowych kaloszach. Najmniej rozbawieni wydają się autorzy, których dzieła przepuszczone są przez magiel kiepskich tłumaczeń. Nabakov poucza, grozi i wydaje się momentami okładać swoją twarz palmami. 1

„Drugs and the Meaning of Life”, Harris

http://www.samharris.org/blog/item/drugs-and-the-meaning-of-life

Czym są narkotyki, czym są odmienne stany świadomości. Jak o nich rozmawiamy, jak o nich myślimy. O mechanice i biochemii używania.

„Jim Patterson: Black Soviet Icons Lonely American Sojourn”

http://rianovosti.com/analysis/20130611/181603045/Jim-Patterson-Black-Soviet-Icons-Lonely-American-Sojourn.html

Kilka lat temu Microsoft wpakował się w jedną z setek wpadek „piarowskich”. Seria reklam (chyba) pakietu Office zamieszczona w polskich gazetach wycięła głowę czarnoskórego biznesmena, a na jego miejsce wstawiła łeb bardziej aryjski. Świat odebrał to jako rasizm, a ja w kuluarach tłumaczyłem zagranicznym znajomym, że w Polsce nadal pokazuje się czarnoskórych palcami i że są oni nowinką w każdym mniejszym mieście. To pragmatyczne działanie ze strony Microsoftu mówi więcej o nas, obywatelach, niż o zleceniodawcy zmiany reklamy.

Tytułowy Jim Patterson jest nie tylko czarnoskórym amerykańskim poetą, ale także dziecięcą gwiazdą rosyjskiego kina z lat 30-tych. Nie ma czego więcej dodawać.

„The Top F2P Monetization Tricks”, Ramin Shokrizade

http://www.gamasutra.com/blogs/RaminShokrizade/20130626/194933/The_Top_F2P_Monetization_Tricks.php

Model „free to play” (zwany przeze mnie „pierwsza działka darmo”) jest promowany wśród autorów aplikacji mobilnych jako ten, który przynosi największe korzyści finansowe. Gazety co i rusz dostarczają nowej, łamiącej serce historii o dziecku, które zakupiło wirtualnych rybek za tysiące dolarów. Autor analizuje najpopularniejsze metody wyciągania pieniędzy z niczego niespodziewających się graczy i naświetla problemy związane z takim podejściem.

„A few words on Doug Engelbart”, Bert Victor

http://worrydream.com/Engelbart/

Nazwisko Engelbart nie jest pewnie obce żadnemu z entuzjastów komputerów. Czy jego pomysły da się zamknąć w „wynalazca myszki komputerowej”?

  1. Specjalnie, redakcję prosimy o powstrzymanie się od poprawek

Czerwone śmierdzi zbukiem

Ostatnio dużo rozmyślam o szczęściu. To normalne: spragnieni chcą wody, głodni posiłku, a nieszczęśliwi się wygadać. Próbowałem wrócić do momentu, kiedy byłem świadomie szczęśliwy; bycie nieświadomie szczęśliwym, pijanym, zaćpanym, czy po prostu wsiąść do tramwaju pięć minut przed ulewą, jest łatwe.

Kiedy jesteś szczęśliwy, świadomie widzisz miejsce, w którym nie byłeś, a teraz jesteś. A kiedy już znów przestaniesz, bo świat jest kiepskim brokerem i zwykle przychodzi grać z parą dziewiątek, możesz zaznaczyć to miejsce, by móc wrócić do niego w noc, kiedy nie możesz zasnąć, a książka, którą czytasz, ma w pierwszym rozdziale śmierć księdza i nic nie wydaje się dość dobre.

Ostatnio dużo rozmyślam o szczęściu i próbuję destylować je tak, żeby móc zakupić odpowiednie składniki w markecie, a potem stanąć o odpowiedniej godzinie i w odpowiednim miejscu, powiedzieć „O! To tu”.

Najłatwiej jest znaleźć takie chwile w młodości, młodość jest zawsze w trybie samoczynnego rozgrzeszania. Każda zła historia zakończona „ale miałem wtedy naście lat” zyskuje status przypowiastki, ludowej mądrości, nauki, z którą można iść przez życie. Historia, o której pomyślałem, nie jest zła, jest zwyczajnie głupia. Jest szczeniacka i niewinna. I ma wyraźną zakładkę, na której mogę odczytać „świadomie szczęśliwy”.

Było wczesne lato, wakacje stały się już częścią naszej świadomości. Jeszcze coś zadawali, ale nikt już się nie martwił, poza tymi, którzy musieli poprawiać oceny. Byłem w tym podwójnie szczęśliwy, gdyż lekcji zwykle nie odrabiałem, a rok kończyłem z bardzo dobrym świadectwem. Pierwszy raz w życiu. Po szkole poszliśmy na rowery. Ja i sześć dziewczyn z naszej klasy. Tu mógłbym praktycznie skończyć, bo jako niezbyt popularny dzieciak, który bawił się w komputery i miał tylko jedną podkoszulkę z Van Dammem, nie mogłem trafić lepiej. Nawet teraz, gdy to piszę, wydaje mi się, że kłamię.

Prawa narracji są jednak nieubłagane i niedaleko lokalnego domu kultury, w którym puszczali nam pirackie wersje „Rybki zwanej Wandą” 1 i „Jurassic Park”, mojemu rowerowi odpadł pedał. Nic, co można naprawić. Chwilowo wstrzymany peleton koleżanek otoczył mnie, a ja myślałem tylko, jak wybrnąć z tej sytuacji, która za chwilę pozbawi mnie tej jedynej okazji na bycie zaakceptowanym nie tylko jako wartościowy bramkarz (numer dwa w szkole, ale tylko dlatego, że nie miałem serca prosić o strój i broniłem w rękawicach ochronnych dla budowlańców podkradanych Ojcu) i znawca asemblera 6502, ale jako kolega z którym można iść na rower.

Nie znajdując rozwiązania, zaciągnąłem rower w krzaki i z determinacją oświadczyłem, że mogę bez problemu biec obok. Zimą trenowałem zwykle lekkoatletykę, bo bronienie bramki na skamieniałej ziemi nie należało do przyjemności. Byłem pewny siebie. Po kilometrowym podjeździe rozpocząłem proces znany tylko fizjologom zajmującym się polskim sportem: oddychałem rękawami i marzyłem o możliwości szybkiego wyrzygania się w krzakach. Determinacja warta lepszego celu pchała mnie jednak do przodu. Kiedy dziewczyny wreszcie się zatrzymały, a ja doczłapałem na wpół martwy, podpierając się na wietrze, zebrałem nawet kilka komplementów. Pewnie coś w stylu „dobrze, że nie umarłeś”, ale mógłbym im potakiwać choćby i pół godziny. Tyle mniej więcej – zgadywałem – potrzeba, żebym mógł zrobić następny krok.

Podczas mojej (usprawiedliwionej) nieobecności wśród koleżanek narodziło się kilka pomysłów na dalszy ciąg dnia. Część chciała wracać na jakiś serial, jedna stwierdziła, że jest w sąsiedztwie swojej babci i złoży jej niezapowiedzianą wizytę. Ostatecznie na placu pozostałem ja i Julia, która stwierdziła, że pojedzie do Moniki po zeszyty do chemii. Monika mieszka rzut kamieniem ode mnie, zaproponowałem więc, że pobiegnę. Popatrzyła na mnie tymi swoimi oczami i powiedziała, że jest zbyt zmęczona, aby jechać taki kawał, ale możemy pojechać razem na jednym rowerze. Ach, ta cudowna Julia. Dlatego się w niej kochałem. Wszyscy się w niej kochali. Jechaliśmy więc, ja skoncentrowany na trasie, w stanie, który będę mógł nazwać dopiero w przyszłości, po pierwszych eksperymentach z narkotykami i ona, z czarnym warkoczem do pasa, opalona na oliwkowo, opowiadająca o jakiś zatargach z przyjaciółką.

Operacja „Zeszyt” przebiegła sprawnie, Monika, od której zawsze się odpisywało, przywykła do traktowania swoich zeszytów jako dobra publicznego. Julia wyszła przed bramę, gdzie czekałem, imaginując sobie, że ten dzień mógłby być lepszy tylko gdyby zza rogu wyskoczył na mnie trener seniorskiej drużyny ŁKS-u i powiedział, że podziwia mnie i chce, abym stanął między słupkami.

To było kilka zeszytów. Julia zapytała mnie, czy mam gdzie je przechować. Wzruszyłem ramionami. Po nieudanych próbach z kieszeniami szortów uniosła palec ku niebu w geście triumfu pomysłowości nad materią. Złapała za podkoszulkę, przytrzymała ją brodą i wsadziła zeszyty za szorty. Zapytała, czy jedziemy. Trawiłem jeszcze przez chwilę ostatnie dziesięć sekund. Wykreśliłem trenera ŁKS-u z listy życzeń na dziś. Przytaknąłem.

Jechaliśmy więc, odprawiając rytuał zgadywania, jakiego koloru będzie mijany ściek wielkiej fabryki farbującej ubrania. „Śmierdzi zbukiem” – powiedziałem – „Zbukiem śmierdzi czerwony”. Lata praktyki. Wreszcie zdobyłem się na odwagę, zwolniłem, żeby móc słyszeć dobrze odpowiedzi.

– No, tego. Czy Ty dziś nie założyłaś biustonosza?
– Co? A skąd wiesz?

Po chwili dostałem kuksańca i musieliśmy zatrzymać się, żeby się wyśmiać. Poprosiła, żebym nikomu nie mówił. Zgodziłem się. Dlatego teraz zapisuję to dla kilku tysięcy ludzi. Ale miałem wtedy naście lat.

  1. Aleśmy się zaśmiewali z motywu „Nie dotykaj jego kutasa”, wychowawczyni mniej