Béton brut

Kanał subskrybcji Napisz do mnie…

Etos Zróbtosamowca

Wychodzi mi na to, że cała moja kariera internetowego pisarczyka zamyka się w syzyfowym cyklu wpadania na doskonały pomysł i patrzeniu, jak ten pomysł toczy mi się na sam dół, na karty notatnika. Nawet teraz, pisząc o tym, nie piszę o czym miałem. A miałem pisać o Linuksie. Osiem lat temu myślałem, że miałbym doskonały tekst o mojej dziesięciolatce z tym systemem, potem przepuściłem piętnastoletnią rocznicę, bo myślałem, że szesnastoletnia będzie doskonała jako żart, bo to taka okrągła rocznica.

To było dwa lata temu i mogę Wam obiecać, że za dwa lata też nie napiszę na dwudziestą. Prawdopodobnie. Szczerze mówiąc nawet nie wiem, co można powiedzieć, zmiany w tych latach są tak daleko idące, że nie potrafiłbym ich wymienić. Te na gorsze łatwiej, bo człowiek współczesny żyje lepiej w trybie auto-wzburzenia. Jeśli nie mogę zebrać się na jakiś sensowny raport z tego, co było, może lepszym tekstem byłby moje zeznania: „czemu się skazałeś na taki los?”.

Kiedy zaczynałem z Linuksem, system ten miał przypiętą łatkę ziemi obiecanej dla smutnych, zbyt chudych, zbyt grubych, brodatych, cytujących religijnie programy komediowe, ateistów z twarzami naznaczonymi binarnie pryszczami, mieszkających w ciemnych norach, w których nocami popychają kijami od szczotki pakiety. Wpasowując się idealnie w ten stereotyp wiedziałem, że to miejsce, gdzie odnajdę — jeśli nie szczęście — zadowolenie.

To oczywiście żart. Trochę. Moją krótką przygodę z Windowsem (2001-2002) zakończyło uzależnienie się od radykalnej i bezwzględnej wolności do robienia tego, co mi się podoba. Automatyzacji. Zmieniania. Zestawiania ze sobą rzeczy, które osiągają masę krytyczną niszcząc system, oraz wiedza, że mogę go odbudować, jeśli tylko zrozumiem dlaczego eksplozja nastąpiła. Wiele z tego to tylko żonglerka piłami łańcuchowymi, gdzie widz podziwia bezużyteczną umiejętność i ma trochę nadzieję, że żongler złapie za którymś razem za ostrą część. Jest jednak druga strona, ktoś kto ma 12 pił będących jego źródłem utrzymania bardzo szybko uczy się, jak się je oliwi, ile trzeba wlać paliwa na jeden pokaz żeby było ekonomicznie i wreszcie, jak nie łapać za tę część, która przynosi natychmiastowy ból i odbiera zdolność liczenia do 10 bez ściągania butów.

Któregoś dnia, zaproszony na piwo przez sąsiadów którzy mieli jakieś tam znajomości z moją ówczesną dziewczyną, próbowałem im wytłumaczyć jak działa to całe otwarte oprogramowanie. Byli to bardzo grzeczni ludzie, jedyną rzeczą wychylającą się poza normę, było to że jeździli motorynką po mieszkaniu, więc słuchali uważnie i typowym dla gospodarzy zainteresowaniem, gdzie nie spoglądasz na zegarek. Wysnułem analogię: jest wielu autorów opowiadań oraz ktoś, kto zbiera je do kupy i wydaje antologię. Wydawało mi się, że to bardzo dobra analogia, bo nikt nie robi jednego i drugiego dla fortuny. Nie wiem, czy to kupili.

Bezcelowa anegdota, ale ukazuje co mnie zwabiło.

Komputer osobisty nazywa się tak dlatego, że mamy do niego fizyczny dostęp i przechowuje nasze prywatne dane. Ja posiadam komputer swojski, jak smak matczynej pomidorówki z ryżem. Robi to, co mu mówię. Chyba że popełniam błąd, ale za radykalną wolnością idzie też odpowiedzialność za czyny. Kiedy mówię mu „skacz!” pyta, „jak wysoko?”. Odpowiadam: 129, a on zapada się pod ziemię. 1

Postanowiłem o tym napisać, gdyż dziś, mimo zaaplikowania dopiero jednej kawy, ukazał mi się bóg wszystkich Zoś-Samoś i wyszeptał mi do ucha, „ha ha, niezły haks, ziom.”, więc opowiem, jak było.

Do czytania poczty używam Mutta, którego sloganem jest „wszystkie klienty poczty ociągają, Mutt mniej”, co jest prawdą. Ponieważ moje życie spędzam przybity do konsoli terminala, używam wraz z nią programu tmux, który pozwala na uruchamianie wielu aplikacji podczas jednej sesji i umieszczenia ich w tabach, tak ja Wy to robicie z kartami przeglądarki. Nieustannie, przez nieuwagę lub zwykłe zapomnienie, odpalam kilka kopii Mutta, co zwykle nie powoduje problemów, ale często psuje mi ciąg pracy, bo trafiam na złego. Linuks nie pyta, po co Ci 37 klientów pocztowych, widocznie masz taką potrzebę. Znów, radykalna wolność do bycia niekompetentnym. Kiedy o 9 rano doszedłem do trzeciego Mutta coś we mnie strzeliło i pomyślałem, „nie no, kurwa, to już jakieś żarty, zaraz się wścieknę i to naprawię!”.

Ponieważ musiałem wejść do biura postanowiłem przemyśleć problem człapiąc się ulicami. Dosłownie człapiąc, gdyż skręciłem nogę i trasa, która zajmuje mi normalnie nie więcej niż kwadrans teraz potrafi się przeciągnąć nawet do minut czterdziestu.

Przeczytałem dokumentację, drugą i zanim wypiłem pierwszą szklankę kawy w biurze, miałem rozwiązanie. Skrypt, który, jeśli wywołuję polecenie po raz drugi, nie odpala aplikacji kolejny raz, przełącza tab na ten, który ją zawiera. Zatarłem ręce i zaśmiałem się do siebie. Dwanaście pił łańcuchowych krążyło w powietrzu, bez widowni, a ja byłem zadowolony, że osiemnaście lat nie poszło na marne! Tylko w życiu osobistym, ale ono, oczywiście, nie przychodzi z kodem źródłowym, a Jahwe nie akceptuje patchy.

wideo usunięte bo mi gdzieś zginęło!

  1. ciężki żart

Buenos Aires

Podchodzi do mnie facet na skrzyżowaniu, rękę ma wyciągniętą i jasne jest, że oczekuje uścisku. Patrzy mi się prosto w oczy i kiedy wreszcie podaję mu dłoń, potrząsa nią energicznie, jakby spotkał przyjaciela, który przepadł w odmętach historii. Czyżbym znów padł ofiarą prosopagnosii, choroby, na którą z pewnością nie cierpię, a która często służy mi za wymówkę w takich właśnie sytuacjach? Pytam więc typa, czy się znamy, a jeśli tak, to gdzie się poznaliśmy.

— Cztery lata temu kupił Pan ode mnie uszczelkę.

— Kupiłem uszczelkę?

— Bez wątpienia.

Ta historia nigdy się nie wydarzyła - na ulicy miasta. Dzieje się non-stop w mojej skrzynce pocztowej, gdzie Firma Nieznana na przemian z Firmą Anonimową składają mi szczere życzenia z okazji naszej iluś-tam-letniej współpracy, która polegała na tym, że zakupiłem od nich jakiś drobiazg, albo, w ramach uprawiania startupowej rozwiązłości, założyłem konto, żeby zbadać, co niesie przyszłość.

Przyszłość przyniosła tylko e-maile o naszej przeszłości.

Wiadomo, że utrzymywanie kontaktu z klientem jest niezmiernie ważne. Niezmiernie fałszywie brzmi jednak list, który udaje, że świetnie się znamy i dzwonimy do siebie w niedzielne wieczory, by opowiedzieć o swoich smutkach, nadziei nadchodzącego tygodnia i kobietach, które kochamy. W dobie wtykania przyuczania mechanicznego i „sztucznej inteligencji” wydawałoby się, że sprofilowanie odbiorcy nie będzie wielkim problemem. A tu nie. Obcy ludzie wyciągają dłonie w geście powitania.

To nie jest jednak najgorsze. Rozumiem, że nie każdy, kto wynajmuje serwer za piątaka i internetowy sklep by przemo™, musi wychodzić mentalnie poza model ulotek wciskanych do skrzynki.

Kiedy rdio, serwis streamingowy (który już wyciągnął nogi) pojawił się na polskim rynku, założyłem konto, żeby „rzucić uchem” na ofertę. Przed bliższym zapoznaniem się powstrzymała mnie inercja i tarcie: na Spotify jest Lan, a Lan ma najlepsze listy odtwarzania. Przesłuchałem dwa utwory i zostawiłem, żeby sobie gniło.

Kilka tygodni później otrzymałem e-mail od rdio, że mój najukochańszy zespół, ten, którego dwa utwory przesłuchałem wcześniej, jest mi polecany.

Sytuacja powtórzyła się znów. I znów. Dwa odsłuchania spowodowały, że w oczach serwisu stałem się kompletnym fanem kapeli Maanam. Z pewnego punktu widzenia mieli rację: 100% odsłuchań.

Siedziałem w lesie i opowiadałem tę historię pijanemu przyjacielowi. Czwarta nad ranem, on już nie rozumie, a może ja nie potrafię tego opowiedzieć. Ptaki śpiewają, ognisko jeszcze pracuje nad poranną mgłą.

Tablet robi pik.

Maanam wydało singla.

Za kilka dni kolejny numer njuslettera do czytania. Można się zapisać.


We’re fine. We’re fine here now, thank you. How are you?

Star Wars było kamieniem węgielnym na którym wielu z nas zbudowało swoje dziwaczne kościoły, pełne zabobonów, zwyczajów i cytowania materiału źródłowego, aż do odpadnięcia uszu przypadkowego słuchacza.

Nie moim. Dużo większy wkład w moje przyszłe życie miały Tron i Wizard. Ten drugi miałem nawet kiedyś zrecenzować 1 ale ostatecznie się poddałem. Tron? Tron wiadomo. Programiści, programy.

To nie znaczy, że nie ma w moim sercu miejsca na Gwiezdne Wojny.

Moja historia z Skywalkerem jest trochę inna, jest naznaczona.

Był któryś rok, przypominając sobie jak wyglądała moja siostra, zgaduję, że jeszcze przed latami dziewięćdziesiątymi. Od kilku lat byliśmy szczęśliwymi posiadaczami odtwarzacza wideo, który Ojciec kupił gdzieś z zachodniego przemytu, w stanie, który dziś na Allegro opisuje się jako „nieprzetestowany”. Głowica była martwa. Na szczęście, nieznanymi dla mnie drogami, zapasowa głowica znalazła się we Wrocławiu.

Ojciec, zaraz po zatrzymaniu się na Wrocławiu Głównym, udał się do ZOO, gdzie zakupił nielegalnie głowicę od pana Gucwińskiego. Tu mógłbym skończyć opowiadanie, bo handel nielegalnym osprzętem elektronicznym w PRL-u to było coś. W zeszłym miesiącu kupiłem naklejki z USA i się zgubiły po drodze. Ach, gdzie ci przemytnicy zeszłych lat, cyberpank nic na was nie ma.

W każdym razie mamy wideo, a ja na imieniny dostałem własną kasetę; kasetę, którą mogłem kompletnie rządzić. Co jest na niej, co zostanie skasowane. Poezja.

Dostaję informację, że w weekend będzie w telewizji Bardzo Dobry Film. Był to też weekend w którym mieliśmy odwiedzić prababcię Annę w celu okołorodzinnym.

Ustawiłem więc timer, ponieważ technika zawsze była miękka w moich dłoniach i pojechałem z rodziną. Już zupełnym dodatkiem było to, że dużo starszy kuzyn zaprezentował mi tam Myszkę Miki zbierającą jajka, przenośną grę nieznanej mi firmy Game & Watch Nintendo.

Minął czas, Ojciec odpalił Syrenę i wróciliśmy do domu. Kaseta wystawała z paszczy odtwarzacza, tak jak to zaplanowałem.

Włożyłem ją i zacząłem oglądać.

Każdy wie, jak to idzie: Darth Absolutny Drań Vader, dwa zachodzące słońca, Wuj Obi, zespół z kantyny, Han strzela pierwszy, scena w zsypie na śmieci. Wszystko to opanowało mnie na przynajmniej rok. A gdy minął (a może więcej?), dostaję informację, że w weekend będzie w telewizji Bardzo Dobry Film. Był to też weekend w który mieliśmy odwiedzić prababcię Anię w celu okołorodzinnym.

Na rynku były już rosyjskie podróbki Game & Watch.

Nie byłem pewien, czy chcę skasować Gwiezdne Wojny. Znałem je na pamięć, ale to przecież nic nie znaczy. Ojciec namawiał. Mówił, że jest więcej dobrych filmów. Dałem się przekonać.

Kaseta była wysunięta, gdy wróciliśmy. Znak, że znów się udało. Pamiętam podniecenie na myśl, co przyniesie mi kolejny Dobry Film!

Zacząłem oglądać i z każdą minutą rosło moje rozczarowanie, złość i żal, po skasowanym hicie. Nagrałem Odyseję Kosmiczną 2001: film z pewnością wspaniały, ale kompletnie nie do zrozumienia dla umysłu prawdopodobnie-mniej-niż-dziesięciolatka. A końcowe sceny? Kompletny dadaizm.

Gdzie jest triumf dobra nad złem? Eksplozja? Ceremonia wręczania orderów? 2

Minęło już wiele lat, nowelkę przeczytałem przynajmniej kilka razy (pierwszy raz nie łącząc jej nawet z filmem, który wyparłem) ale nadal nie mogę wybaczyć Kubrickowi, że puścili go wtedy na Jedynce. I za każdym razem, gdy słucham kulturoznawców mówiących o przełomowym filmie science-fiction nie mogę nie skomentować w swojej głowie „że chuj tam, że sztuka, skasowałem przez to Gwiezdne Wojny, nic się nie działo, a potem stary facet jadł zupę”.

A jutro idę o północy zobaczyć premierę nowych Star Warsów, a gdy wrócę, zjem zupę, gdyż też jestem starym człowiekiem.

  1. zrobiłem nawet filmową plejlistę do czytania
  2. w fanowskiej wersji Chewie dostaje medal, jestem zadowolony

Humanum TERMINATED est

Diamenty potłuczonego szkła rozsypały się po ulicy. Za nimi podążyły drzazgi framugi i odgłos dudnienia. Dudnienie zbliżało się.

Przedwczoraj wszystko było w porządku. Przedwczoraj odpalaliśmy nasz wielki projekt. A dziś nasz wielki projekt położy nam kres.

Nikt już nie wie, czy utraciliśmy kontrolę, czy może programiści — jak zwykle — dostarczyli kod pełen dziur i nieprzetestowanych zakamarków. Bez względu na wagę swej pracy programiści nie mogą się nigdy wznieść nad swój zwykły poziom. Strona pizzerii, na której nie działa koszyk zamówień, i łódź podwodna, której włazy otwierają się automatycznie o 12:38, traktowane są z taką samą powagą. Obie sytuacje mogły być nawet spowodowane tym samym błędem.

Robot. Właściwie tylko lekko humanoidalny czołg – nikt nie miał w budżecie kasy na danie mu emocji, skomplikowanych wspomnień z czasów, zanim istniał, żeby miał konflikt wewnętrzny. Nie miał nawet twarzy, o ile nie liczyć reflektorów, miał rakiety, działa, gąsienice płaszczące wszystko bez dyskryminacji. Był to pragmatyczny robot: żadnych snów o owcach, za to doskonały układ celowniczy.

Wczoraj nic nie było w porządku. Wczoraj miasto skonsumował ogień. Szczątki obywateli zalepiały szczeliny między ogniwami gąsienicy. Na szczęście w swojej pracy robot był metodyczny i spopielał blok za blokiem, zgodnie z mapą topograficzną miasta.

Działka budowlana? Napalm. Działka z budynkiem? Napalm. Fabryka napalmu? To samo.

Biedne dzielnice, które trzymały się pazurami brzegów miasta, zostały już spopielone i teraz, powoli, padną parki. Padną butiki. Padną ławki stojące na czystym bruku. Spopieleją kawiarnie, czarnymi kałużami spłyną sklepy z winylowymi płytami.

Na szczęście nikt już nie stanie się gąsienicowym smarem. Mieszkancy wyciągnęli wnioski i pod osłoną nocy wynieśli się za granicę zasieków ustawionych przez połączone siły wojska i policji.

Dziś robot stoi w okolicach parku prowadzącego wprost do centrum. Nie pada żaden strzał, napalm jest letni, a brak drżenia gąsienic sugeruje zamarcie silników.

W sztabie dowodzenia konsternacja. Czy to pułapka? Czy jednak przepowieści z książek fantastyczno-naukowych się spełniły – gąsienice poznały smak ludzkiej krwi i teraz czekają na więcej?

Zapadła decyzja: zobaczymy, co się stanie. Przyszło jutro i nie stało się nic.

Ekipa złożona z żołnierzy i naukowców przesuwała się nieśmiało ulicami w kierunku zasłaniającego wschodzące słońce robota. Stanęli wreszcie w obecności niedawnego niszczyciela i dyskutowali, który z nich spróbuje dotrzeć do panelu kontrolnego, sprawdzić, co się stało, i ewentualnie przyłożyć rękę do utrwalenia tego stanu.

Drogą losowania wybrano ochotnika. Nieszczęśnik, uzbrojony w płaski śrubokręt, zaatakował.

Klapa ochronna nie stawiała wielkiego oporu, zresztą nie była kompletnie dokręcona: z czterech śrub trzymały tylko dwie. Ekran obudził się. Ochotnik złapał się za głowę i, nie montując ponownie osłony, zszedł do ciasno zbitej grupki kolegów.

Pomachał im, dając znaki, że nie ma zagrożenia, a kiedy zbliżył się na słyszalną odległość, powiedział:

— Mamy szczęście, że jesteśmy głupimy nierobami. Nasza głupota nas dziś uratowała. Robota można zaciągnąć do fabryki. No, jak będzie fabryka – spojrzał w kierunku spalonych części miasta – w przyszłości. Okazało się, że nie załadowaliśmy mu kompletu map, a gdy chciał to naprawić, pobierając aktualizację… bum! Sprawdzanie certyfikatów jest passé, prawda?

Naukowiec przestał mówić, machnął ręką z rezygnacją i oddał śrubokręt pierwszej napotkanej osobie, po czym poszedł w kierunku dowództwa.

Kiedy grupa dotarła do ekranu konsoli, dało się przeczytać:

Miejski dostęp do Internetu, proszę się zalogować.


Wyciek godny zaufania

Nieważne jak mówią, ważne, żeby mówili: to powiedzonko jest przykazaniem ludzi, którzy żyją ze sławy. Mam nierozsądne opinie o piosenkarzach, których muzyki nigdy nie słyszałem. To bardzo złe podejście, ale też zupełnie naturalne. W ogóle mnie zatem nie dziwi, że jednym z najważniejszych narzędzi w rękach nastolatka szukającego społecznej akceptacji w grupie jest udawanie niewiedzy o popularnych wydarzeniach i osobach.

Też nie czytałem Coelho, gdyż śmierdzi chujem.

Ludzie sławni żyją w symbiozie z tymi, którzy ich nienawidzą. Weźmy nastoletniego kanadyjskiego piosenkarza, który powiedział coś głupiego — mówienie głupich rzeczy jest wbudowane w nastoletniość. Ci, którzy go nie znoszą, mogą odczuwać przyjemność moralnej wyższości, natomiast jego fani mogą zewrzeć się jeszcze mocniej w oblężonej twierdzy, pozbyć się nieprawomyślnych ze swoich szeregów i, chwytając się za ręce, stawić opór.

Wszyscy wygrali.

Prawdziwy problem narodził się wraz z urzeczywistnieniem powiedzenia: „każdy ma w życiu swój kwadrans sławy”. Na własne życzenie lub organicznie, dzięki mediom społecznościowym.

Trzy miesiące temu w Internecie pojawiła się informacja o wycieku danych z serwisu randkowego reklamującego się jako idealne miejsce dla ludzi, którzy szukają przygód poza związkiem.

Nie czytałem nazbyt uważnie, bo wycieki danych w 2015 nie powinny dziwić nikogo, kto „robi w Internecie”. Pod sztandarem “move fast and break things” nie ma miejsca na bezpieczeństwo. Bezpieczeństwo danych jest nudne, żmudne i wymaga obecności ludzi, którzy poświęcą problemowi dodatkową uwagę. To wszystko kosztuje, a oprogramowanie zjada świat dlatego, że taniej zainstalować najpopularniejszy framework niż zbudować fabrykę. Włam do systemu to nie kwestia „czy”, ale „kiedy”.

Ktoś, kto podjął się zadania pozyskania informacji, ma cały wachlarz metod technicznych. Jednak może też zwyczajnie zaczaić się na parkingu, poczekać na najchudszego programistę, dać mu w ryj i uciec z laptopem, który z pewnością zawiera zrzut bazy.

Czasem trzeba naprawić problem na „prawdziwych danych” i taka baza się przydaje! W ten sposób usprawiedliwiam takie sytuacje przed sobą. Wy macie pewnie własne wymówki.

W każdym razie: dane wyciekły do Ciemnej Strony Internetu, a stamtąd, niemal tradycyjnie, do zainteresowanych programistów, którzy lubią dłubać w zwłokach cudzych projektów. Zawsze można zebrać kilka darmowych głasków na Hacker News za analizę metody składowania haseł. To dobrze, że próbujemy uczyć się na cudzych błędach.

Następnym punktem programu jest serwis, w którym można sprawdzić, czy twoje dane znajdują się w wycieku. Jakiś sprytny osobnik wyłuskuje identyfikowalną informację (tu: adres e-mail) i powiadamia cię, czy w zbiorach znajduje się wpis z nią skojarzony. Zazwyczaj jest to sygnał dla ciebie do zmiany haseł, obserwowania innych kont na okoliczność prób nieuprawnionego dostępu, ogólnie — do zachowania informatycznej higieny.

Zwykle taka przeszukiwarka danych z wycieku jest niezmiernie pożyteczną usługą, która zwalnia zwykłego użytkownika z konieczności przebycia szybkiego kursu poruszania się po Ciemnej Stronie Internetu, instalowania i konfiguracji bazy danych, importowania skradzionych informacji i potwierdzania obecności własnych danych. Tym razem było inaczej: serwis, do którego się włamano, miał własny ciężar moralny. Zdrada! Tematy blognotek pisały się same.

Minęły dni i w świat poszła kolejna analiza. Serwis okazał się nie tylko męską szatnią, dodatkowo duża część damskich kont wyglądała jak sztuczne twory. O samej analizie dowiedziałem się z Twittera dzięki linkowi, który wrzuciła Paulina. W ramach empatii z autorami kodu chciałem trochę ich bronić. Zacząłem tłumaczyć — spopularyzowaną przez twórców reddita — metodę urzeczywistniania serwisu za pomocą tworzenia sztucznego ruchu przez pracowników. Podczas rozruchu systemu, który jeszcze nie ma użytkowników, projekt wygląda na martwy dla odwiedzających. Budowniczy reddita pozakładali więc wiele kont, z których sami dodawali linki i komentowali, budując złudzenie istniejącej społeczności.

Jeżeli “growth hacking” jest moralny w serwisie z odnośnikami, jest też moralny w serwisie randkowym. Albo tak samo niemoralny.

Rozmawialiśmy głównie o płynnej granicy między tym, co kto pojmuje za zdradę. Czy zdrada jest zdradą tylko jeśli jest czynem aktywnym? Gdzie na tej skali aktywności znajduje się założenie konta na serwisie randkowym? Podczas tej wymiany zdań potknąłem się o prawdziwy temat tego tekstu. Żeby go lepiej przedstawić, posłużę się anegdotą.

Piotr Waglowski jest znanym autorem, który często-gęsto na łamach swojego serwisu opisuje problemy związane z prawem oraz informacją publiczną i dostępem do niej. Kilka lat temu zajął się sprawą policyjnego monitoringu 1. Podczas próby wyjaśnienia Piotr otrzymał anonimową kopertę zawierającą dowody, które popierały jego hipotezę. Nie pamiętam już, jakim kanałem się o tym dowiedziałem, ale byłem pod wrażeniem. Ktoś, komu po cichu daje się dowody, musi być człowiekiem zaufania publicznego. Zapytałem, kiedy ma zamiar udostępnić te informacje. Nie zamierzał. Kiedy spytałem dlaczego, powiedział mi, że nie ma jak ich zweryfikować i równie dobrze ktoś mógł mu zostawić wygodną dla niego narrację i na przykład próbować pozbyć się uciążliwego kolegi z pracy, umieszczając w tych materiałach jego nazwisko.

Do dziś pamiętam moje zdziwienie, że nigdy o tym nie pomyślałem! Być może Piotr jest paranoikiem węszącym spiski? A może ja jestem supernaiwniakiem i on doskonale wie, o czym mówi. Rachunek sumienia wskazał mi, że jednak to drugie.

Załóżmy — hipotetycznie — że wchodzę w posiadanie bazy danych serwisu zliludzie-zleczyny.com.pl (.com.pl, gdyż nic dobrego nie ma w com.pl). Buduję więc serwis, który pozwala zlokalizować użytkowników, i oddaję go w szpony Internetu. Dla żartu piszę jedno UPDATE, które zmienia imię i nazwisko posła partii politycznej na imię i nazwisko kolegi z ławki, który nie oddał mi kasety od 27 lat.

Teraz — nadal hipotetycznie — ciekawy współpracownik lub bliska mu osoba wklepuje jego adres e-mail. Dowiaduje się, że żyje ze złym człowiekiem.

Pewnie myślicie, że przecież można wytłumaczyć taką rzecz bliskiej osobie. Czyli brakuje Wam doświadczenia i empatii. Spróbujcie wytłumaczyć partnerowi obecność na serwisie randkowym zoptymalizowanym pod zdradę.

A teraz, kiedy już przegraliście z tą myślą, wytłumaczcie losowym osobom na mediach społecznościowych swoją obecność na serwisie, którego profil kładzie się cieniem na wasz charakter.

Kanadyjski piosenkarz z początku tekstu ma swoich spinmasterów i ludzi od PR, ma też fanów. Wy macie wielki chuj.

Dane pochodzące z włamów do systemów powinny być witane z większym sceptycyzmem, niż ma to miejsce do tej pory. Dodanie lub zmiana danych jest trywialna dla osoby zaznajomionej z tematem. Na końcu wszystkie dane są tekstem.

Przenieśmy się znów do krainy fantazji. Mój przyjaciel Piotr wychodzi z nudnego spotkania i zostawia laptop na stole. Mam kilka minut.

piotr@mak ~/.mozilla/firefox/msqq1vhj.default sqlite3 places.sqlite 
SQLite version 3.8.2 2013-12-06 14:53:30
Enter ".help" for instructions
Enter SQL statements terminated with a ";"
sqlite> 
INSERT INTO moz_places (
 url, 
 title, 
 rev_host, 
 visit_count
) VALUES (
  'http://strasznapornografia.com.pl/chaos',
  'pornografia tak straszna, że oko pęka',
  'http://strasznapornografia.com.pl', 
  '666'
);

Teraz czekam, aż Piotr wróci i podłączy się do rzutnika. Niedbale żartuję, że ogląda straszną pornografię, a gdy zaprzecza, proszę go, żeby zaczął wpisywać adres strony, która taką treść zawiera. Szok, horror! ODWIEDZA!

Integralność danych w systemach informatycznych często polega na zaufaniu i dostępie. Gdy bezpieczeństwo dostępu zostaje złamane — bez względu na to, czy to włam, czy tylko ja usiadłem w cudzym miejscu na dwie minuty — zaufanie do danych spada do zera.

Być może brzmię jak apologeta ludzi, którzy robią złe rzeczy i zostają przyłapani na gorącym uczynku. Moje hipotetyczne scenariusze nie mają umocowania w rzeczywistości, przedstawiam tylko techniczną możliwość ich wykonania.

Być może wszyscy obecni w bazie serwisu randkowego zapisali się do niego. Może profile kobiet były dodane przez autorów serwisu w niecnym celu. Jeśli przyłożycie mi do gardła brzytwę Ockhama, to się zgodzę, oczywiście.

Internet to zespół naczyń połączonych, a ciecz, która się w nich przelewa i stabilizuje, to głównie szambo.

Nie chcę jednak, żebyśmy porzucali zdrowy sceptycyzm tylko dlatego, że ktoś pozyskał dane. Nie mamy technicznej możliwości sprawdzenia ich wiarygodności, bo takie potwierdzenie musiałoby pochodzić od autora włamu, a to, czy wierzyć autorowi włamu, musicie rozważyć we własnym sercu.

Technologia wkradła się tak gwałtownie do życia ludzi, że w zbiorowej świadomości istnieje nadal jako coś, co ma znamiona magii. Kiedy ktoś słyszy, że dane pochodzą wprost z bazy danych, to brzmi jak najmocniejsze zapewnienie. Baza danych to kamień, na którym zbuduje swój kościół. Gdyby ludzie znali podbrzusze technologii, wiedzieliby, że to nie magia, a kuglarstwo. Podwójne dno w kapeluszu, znaczone karty i odwracające uwagę gesty.

Technologia jest amoralna, ale jej zastosowanie nie. Dlatego naszym obowiązkiem jako „ludzi od Worda i poziomu atramentu w drukarce” jest tłumaczenie nowej rzeczywistości, w której przyszło wszystkim żyć.

Coś, co mogło być kiedyś tematem na thriller technologiczny, dziś, w świecie w którym rządy podkładają sobie nieprzyjemne oprogramowanie, zaczyna być codziennością. Dlatego jestem za ograniczeniem zaufania elektronicznych artefaktów życia społecznego. Do pokonania tego progu rozwoju potrzebujemy więcej edukacji, lepszych narzędzi i pewnie lepszego społeczeństwa. Tymczasowym rozwiązaniem (wobec brak wcześniej wymienionych czytelników) jest rozwaga i sceptycyzm.

  1. mogę się mylić, że chodzi o tę konkretną sprawę, to było lata temu i nie jest kluczowe

Zbieractwo: Holes in your pocket

Zbieractwo wszelkiego rodzaju niesie ze sobą konekwencje. Do niedawna musieliśmy się borkykać z pułapkami zastawianymi na nas przez rzeczywistość: „gdzie to wszystko upchnąć?”.

Amator statków w butelce mógł ich zgromadzić tylko tyle, ile miał dostępnej przestrzeni. Kiedy odwiedzający znajomi muszą przesunąć pół marynarki wojennej żeby skorzystać z ubikacji, na horyzoncie pojawia się perspektywa interwencji. To wbudowany w zbieractwo hamulec, zaciągany przez bliskich lub administrację budynku.

Wszystko zmieniło się wraz z postępem technologii. Dzięki, technologio. Teraz zbieracz może kolekcjonować wszystkie animowane GIF-y z kotami, przepisy kulinarne i odnośniki jakie tylko przewiną się przez ekran. Eldorado dla fanów gromadzenia cyfrowego gruzu, gdzie nikt nie sądzi cię na podstawie katalogu „pobrane”.

Niby nic w tym zdrożnego, co komu szkodzi, że mam kilka gigabajtów instrukcji i schematów do C64 na zawsze uwięzionych w Dropboksie? Kiedyś je przeczytam, ręka na moim czarnym sercu.

Moje ulubione powiedzonko o prokrastynacji idzie tak: z prokrastynacją jest jak z masturbacją, frajda jest, ale na końcu nadchodzi czas na refleksję, sam się wyruchałeś. Co to ma wspólnego z e-chomikowaniem? To ta sama natychmiastowa gratyfikacja (odłożyłem ten artykuł o bardzo ważnym problemie programistycznym) wywodząca się z budowanie własnego obrazu człowieka, który czyta ważne rzeczy.

To odpowiednik magazynu opinii rzuconego na stolik w salonie, nie służy on do czytania, ale jako sygnifikator kulturowo-klasowy. Jego bracia i siostry z poprzednich tygodni są już wyściółką dla kuwety, w tym wygrywają ze zbieractwem postępowym, przydają się nawet w drugim obiegu.

Weźmy moją przyjaciółkę, Lan. Oboje uwielbiamy aplikację Pocket, pozwalającą na archiwizację napotkanych w sieci artykułów. Opcja przetwarzani ich w wersje pozbawione dekoracji i dostęp offline znacząco poprawiały moje samopoczucie w ostatnich latach, gdy dużą część czasu przebywałem pozbawiony dostępu do Internetu.

Pocket ma też wygodną opcję dzielenia się znaleziskami. Jedno kliknięcie i już cyfrowy odpowiednik statku w butelce pojawia się na ekranie ofiary. Używam go tak często, jak mogę.

Różnica między mną a Lan jest następująca: jestem pozbawiony skrupułów. Jeżeli patrzę na tekst drugi raz i nie mogę przebrnąć przez lead in to bezceremonialnie go kasuję. Ona je trzyma. Za każdym razem kiedy wysyłam kolejny tekst, odczuwam ukłucie wyrzutów sumienia. Znów dokładam się do jej nieszczęścia, kolejny tekst na wieki uwięziony i omijany, walczący o uwagę z setkami innych.

Zażartowałem kiedyś, że napiszę programik, który przyjdzie i wyrzuci jej wszystko, co jest stare. Nie można wierzyć osobom uzależnionym, potrzebny jest zewnętrzny arbiter. Arbiter powinien być arbitralny, pozbawiony emocji, więc najlepiej zaprogramowany.

Po raz kolejny technologia pozwoli mi rozwiązać problem stworzony przez technologię!

Minął tydzień, potem drugi. Aplikacji nie pisałem, gdyż jestem rzemieślnikiem programowania, a kto to widział żeby rzeźnik po powrocie do domu podcinał gardła dla zabawy. Kiedy wreszcie udało mi się zebrać, Lan powiedziała, że odmawia! No ładnie. Nie pozostaje mi nic innego jak zaofiarować go innym, potencjalnym ofiarom.

Holes in my pocket, kliknij, gdyż link.

Zasada funkcjonowania jest prosta. Autoryzujemy się, sprawdzam, czy są jakieś teksty, które są starsze niż 30 dni i oferuję archiwizację. Klik i poszły. Dodałem też możliwość cofnięcia tej procedury dla tych, co się poddali i chcą znów zboczyć ze słusznej ścieżki.

W ramach podkręcenia ironii w tekście o czyszczeniu kolejki Pocketa: używasz IFTTT i Pocket? Pozwól mi dołożyć się do chaosu.


Jeszcze prawie trzy kilometry, mam czas sobie to zapisać

Jest poniedziałek, więc wracam spacerem do domu. Przynajmniej ja to nazywam spacerem, dla innych perspektywa pijackiego marszu przez osiem kilometrów nazywa się inaczej, bardziej złowieszczo. Niestety, pochodzę z rodziny, gdzie miejską legendą jest kartka, którą mojej babci zostawił ojciec i wujek w wigilię wakacji:

„Mamo, poszliśmy nad morze.”

Przejść się nad morze jest ciężko, zwłaszcza z Łodzi, ale się przeszli. Kim bym był, gdybym dosiadał nocnego autobusu, kłaniał się automatom biletowym?

Zupełnie jednak nie o tym chciałem: idąc tak myślałem. Głównie nad pierdołami, ale jakoś tak z boku zaszła mnie myśl o ulicy Ogrodowej jako metaforze ostatnich 20-tu lat zmian ogólnie.

Ulica Ogrodowa w Łodzi była zawsze kłamstwem. Jedyną rzeczą, która miała jakikolwiek związek z ogrodami, były dwa — przylegające do siebie — cmentarze, gdzieś w jej środku.

Poza tym była to łódzka ulica do szpiku kości. Z jednej strony mocne kamienice, bramy pełne twardych ludzi, a głębiej, obsrane przez psy podwórka, duszne od dymu tanich papierosów palonych przez babcie-wrony, obsiadające krzywe ławki, które opowiadają jak im było lepiej za Stalina.

W jednej z takich bram napadli mnie kibice ŁKS-u. Co jest jedną z większych życiowych zagadek dla mnie: będąc kibicem tego klubu przez całą swoją stadionową karierę napadali mnie tylko ełkaesiacy.

Skopali mi plecak w którym niosłem twardy dysk. Kiedy kilka dni później udało mi się ich dopaść z grupą kolegów, w ramach akcji odwetowej, wytłumaczyli mi dlaczego:

„Na chuj nosisz po mieście koszulkę Amica (Wronki)?” 1

Polonistka miała rację, co do zagrożeń, które niesie ze sobą upadek czytelnictwa. Na koszulce było „Amiga”.

Po drugiej stronie ulicy stała fabryka. Wielka, zasłaniająca słońce mieszkańcom kamienic, zimna, martwa, zakurzona.

Fabryka kiedyś musiała coś produkować, ale ciężko było sobie wyobrazić, co można produkować mają do dyspozycji taką przestrzeń. Ile tam musiało wejść komputerów osobistych w dziewiętnastym wieku?

Dumając nad swoją przyszłością, siedząc w jednym ze szczytowych mieszkań kamienicy, gdzie mieliśmy swoją nerdowską melinę, nie mogliśmy pominąć fabryki. Co w przyszłości będzie z fabryką?

Wiadomo, w fabryce będą koncerty techno, gdzie kurz będzie strzelał spod butów rejwerów, jak na “No Good” The Prodigy. A po północy piętra będą przejmować pancerni gabbrzy i deptać deski ciężkimi buciorami.

To miało sens. Powiedziano nam, że będzie lepiej, a jak może być lepiej niż kilometry kwadratowe skaczących, szczęśliwych ludzi? Miało kompletny sens.

Teraz fabryka wreszcie żyje: klinkierowa cegła chroni hotelowych gości przed estetycznym dyskomfortem. Na dachu jest przeszklony basen, z którego okna-dna machają do spacerowiczów pływacy.

I to jest metafora, w tym sensie, że wszystko jest lepiej, jeśli mierzyć obiektywnie, ale zupełnie inaczej, niż sobie wyobrażałem.

Tak jakbym leżał rozciągnięty na podłodze, masują szczękę, kiedy po rozłożeniu planszy do gry w warcaby, drugi gracz wyciągnął figury szachowe, by zaraz po ich ustawieniu przywalić mi prosto w ryj: techniczny knockout.

Po prostu nikt nie wiedział w co gramy.

  1. taki klub piłkarski

3.5mm do nieba

W drodze do Olki postanowiłem zatrzymać się w jakiejś knajpie i wrzucić coś do wielkiego, pustego brzucha. Wybrałem lokal, wpakowałem się, złożyłem zamówienie i usiadłem.

Podkręciłem głośność słuchanego podcastu, a z plecaka wyciągnąłem laptopa żeby napisać Olce e-maila o potencjalnym spóźnieniu.

W polu mojego widzenia pojawiła się damska ręka, podniosłem głowę i zobaczyłem kelnerkę, która przyjmowała zamówienie. Przyniosła narzędzia kulinarne: nóż, widelec, talerz. Kiedy przesunąłem szybko rzeczy na bok i podziękowałem, nadal w słuchawkach, usłyszałem że Pani mówi coś do mnie.

Zsunąłem słuchawki.

— Przepraszam bardzo – powiedziała – czy mogę zobaczyć te słuchawki?

— Eeee… Tak? – ściągnąłem je i podałem pytającej dziewczynie, która podsunęła sobie krzesło do mojego stolika.

Przez chwilę przewracała je w dłoniach by po chwili wsadzić je na głowę.

— Proszę coś puścić.

O jeżu malinowy: coś puścić? Z moich list odgrywających? Co? Słowackie ska, japoński hip hop, polski dżez? Czyżbym padł ofiarą własnego gustu. 1 Będę się musiał wytłumaczyć czemu wokalista krzyczy do akompaniamentu trąbek?

Leciałem w dół listy utworów, a po osiągnięciu końca odbijałem się znów ku górze. W tym czasie komitet testowania moich słuchawek: sztuk jeden, czekał spokojnie.

Wreszcie wybrałem coś, co wydawało mi się mało krępujące i kliknąłem plej, patrząc w stół podczas gdy komisja testowała.

Co trzeba wiedzieć o tym spacerze, dla pokreślenia tego, co nastąpi za chwilę: wracałem ze spotkania, gdzie śpiewano peany na temat moich technologicznych zdolności. Jestem raczej skromnym człowiekiem, ale potok zapewnień o tym jak ważnym trybikiem w świecie e-maszyn jestem wreszcie przecisnął się do mojej świadomości.

Słuchawki wylądowały na stole, a pani uśmiechnęła się do mnie i powiedziała, że całkiem dobre. Ucieszyłem się, że ktoś docenia mój zakup, który wykonałem metodą „ile mogę wydać, bo poprzednie się urwały”.

I wtedy się zaczęło, ta bardzo przystojna, pewnie z 15 lat ode mnie młodsza, blondynka zaczęła wymieniać listę parametrów, które rozważa podczas zakupu następnych słuchawek.

Było o paśmie przenoszenia i o Ohmach, gdzie wtrąciłem jak kretyn, że „wiem, co to są Ohmy!” tylko po to by dogonić kompletnie uciekającą mi dyskusję o technologii, co było lekką nowością. Zwykle mogę przynajmniej kreatywnie udawać.

Kiedy usłyszałem o relacji głośności, rezystancji, potęgach dwójki, typach wyciszenia i trendach na rynku postanowiłem uznać się za kompletnie pokonanego i powtarzałem tylko: „Uhu”, „Ehe” i „Nie wiem, prze pani, ja tylko podkastów słucham…”

Kiedy werbalne lanie się skończyło, Pani jeszcze raz uśmiechnęła się do mnie i poszła do kuchni po mój obiad.

Patrzyłem się w pieczarkę na talerzu i myślałem, że przynajmniej ona wie jeszcze mniej niż ja o akustyce.

Ale tylko ja będę musiał z tym żyć.

I ją zjadłem.

  1. Hipster detected

Game Days 2015: tête-à-tête

IMG_8439_M

Ludzie

Pod koniec mojej rozmowy z jedym z gości naszego piętra pełnego starych komputerów zostałem zapytany, czy jestem może pracownikiem “CD-ACTION”. Pytanie nie było strzałem z biodra, po sali kręciło się kilka osób w ich koszulkach. Zaprzeczyłem, a wtedy dopytał mnie, czy w takim razie jestem jakąś „ważną indywiualnością”. Zaprzeczyłem ponownie, bo przecież nie jestem. Pan odszedł, a ja wróciłem do tańca między biurkami, na których spoczywały lata historii technologicznej. Tej znanej szerzej i tej kompletnie nieznanej.

Zanim pójdę dalej, muszę się do czegoś przyznać. Nie lubię ludzi. Znaczy ogólnie ludzi jako takich — tak, jestem nawet fanem ludzkości, ale gdy są dookoła mnie en masse, zaczynam robić się niespokojny. Rozmawianie z obcymi ludźmi zwykle wysyła mnie do piekła zdenerwowania: czy jestem zziajany? A jak powiem coś głupiego? Czy czuć ten ostatni papieros w moim oddechu, a może rozpiął mi się rozporek? Nieustająca karuzela wątpliwości aż do mdłości.

IMG_8378_M

Przypadłość ta powoduje, że jestem zwykle bezużyteczny jako organizator, sprzedawca siebie i swoich pomysłów oraz „człowiek warty zapamiętania”. Jeżeli ludzie mają personal brand, to ja jestem “TESCO VALUE”.

Kiedy kolejna fala gości opadła i wycofała się do innych pokojów, zdałem sobie sprawę, że wykonałem niesamowite postępy w byciu normalnym człowiekiem. Zaskoczony tym sukcesem postanowiłem głośno (ale we własnej głowie), że może nie jestem ważną osobistością zwykle, ale stojąc na tej pododze, wśród komputero-archeologicznych eksponatów, pełnię bardzo ważną funkcję: jestem klechą tego kościoła.

A ludzie, którzy do niego przychodzą, chcą się wyspowiadać i uzyskać odpuszczenie.

Przeszłość w naszej głowie to wyidealizowany obraz ludzi o przekłamanych charakterach oraz kaców, które nie były straszne, choć były. Nikt nie jest pewien, czy „tak rzeczywiście było”. A ja, jak każda religijna instytucja, dostarczam im pewności.

Tak, była taka gra. Tak, Amiga była najlepszym komputerem. Tak, C64 był najlepszym komputerem. Tak, gry wczytywały się tyle czasu. Nie, gry wczytywały się szybciej.

Niczym dickensowski duch świąt przeszłych pokazuję ludziom, jak wyglądał świat, zanim zdziczeli, dorośli.

No i rozgrzeszam.

Przestawiałem głowicę w magnetofonie. Kiedy grałem z kolegą, zawsze dawałem mu gorszy joystick. Do tej pory nie oddałem pożyczonej kopii tego a tego.

Pokuty nigdy nie są ciężkie, partyjka w Space Invaders, rundka w Cannabalt na C64. Za najcięższe występki karzę grą w Lotus Turbo Esprit III na Atari ST na dwóch graczy.

Pojawiają się czasem biskupi, którzy bez mojej interwencji zajmują miejsce przy komputerze i wprawnym ruchem uruchamiają swoją ulubioną grę, a po kilku rundkach wstają, potakują mi zza stołu i przechodzą dalej. Raz zawitał nawet papież — instalator i programista komputerów Odra. Ucałowałem jego token-ring.

IMG_8601_M

Gry

U mnie z grami jest tak, że wiem tylko jakie mi się podobają. Podobają mi się głównie te, które już znam i managery piłkarskie, choć do nich nie mam już cierpliwości.

Obserwując dziesiątki ludzi w różnym wieku, różnych płci i różnego, już nabytego, zainteresowania komputerami dokonałem destylacji własności i funkcji gry doskonałej.

Aby skoczyć, skocz

Żadna z często wybieranych gier nie posiadała części „uczącej”. Nauka zasad wynikała z gry. Pewna Pani po którymś kolejnym nabiciu się na miecz strażnika w Prince of Persia zrozumiała, że należy się uzbroić.

IMG_8404_M

Dwóch graczy, jedna konsola

W świecie, gdzie gry z trybem multiplayer drukują miliony dolarów wydawcom, świat zapomniał o tym, że można podłączyć więcej niż jeden kontroler i grać razem na jednym ekranie.

Kiedy ktoś z silnym rosyjskim akcentem powie Ci przez słuchawki, że sypia z Twoją matką odpowiesz najwyżej wzruszeniem ramionami. Kiedy ktoś siedzący obok Ciebie powie Ci to samo odczucie jest dużo intensywniejsze. Zwłaszcza, gdy grasz z Ojcem.

IMG_8414_M

Co świeci, co buczy, nie bawi, nie tłuczy

Space Invaders na ośmiobitowym Atari było jednym z hitów wystawy, tak wśród młodych jak i starych. Gra prezentuje się na zielonym monitorze Neptun jak produkt jelita obciążonego szpinakiem, a brzmi jak wypadek w którym udział brał TIR pełen tablic szkolnych uderzający w salon urody z dobrze zaopatrzonym działem sztucznych paznokci.

Nikt nie powiedział złego słowa o tym fakcie, wszyscy zajęli się eksterminacją najeźdźców.

IMG_8490_M

[Tu wkładam bezwstydnie reklamę właśnie powstającej książki o projektowaniu gier „Inżynieria Gier. Level design dla początkujących”.]

Podsumowując: trudna gra na dwóch graczy, w którą grasz z Tatą, wyglądająca jakkolwiek, którą przegrywasz non-stop dzięki krępującym wrzutom rodziciela.

Podziękowania

Chciałbym serdecznie podziękować „Muzeum Historii Komputerów i Informatyki” za zaproszenie nas do wzięcia udziału w Game Days, gościom za znoszenie mojego nagabywania do dania C64 szansy oraz Irze i Piotrowi Poterze oraz Tomaszowi Marcinkowskiemu za odtworzenie atmosfery kolonijnego pokoju: od picia alkoholu w łóżku po śmianie się z tego, że ktoś pierdzi pod kołdrą. Póki człowieka śmieszy pierd po 29h pracy skondensowanej w dwa dni póty jest nadzieja, że ten świat nie jest skazany na zagładę.

Zdjęcia: Ira Potera


Retroboat 2015: widok z okopu

Piotrek jest organizatorem. Ciężko jest żyć z organizatorami, ciągle coś wymyślają, a ich filtr samokrytyki bywa przykręcony w okolice zera. Nasza znajomość polega na tym, że on wymyśla, a ja mu skreślam. Jestem osobistą kotwicą hamującą jego transatlantyk, bo z mojej pozycji często widać, że na burcie napisano „Titanic”.

W zeszłym roku zasugerował, że moglibyśmy przejąć jedno z muzeów podczas corocznej imprezy kulturalnej. Potakiwałem, wiedząc, że przy takiej rozbiegówce pomysł rozmieni się na drobne, a te drobne wydamy na piwo.

Niestety, ku mojemu zdziwieniu, dzień po zamknięciu listy instytucji chcących uczestniczyć w wydarzeniu, Piotrek zerwał się z miejsca i zaczął organizować.

Między e-mailem do jednej łódzkiej firmy, odbieraniem banerów i gadżetów (mój faworyt to składany karmnik dla ptaków), e-mailem do drugiej firmy i logistyką wymęczoną jak my sami, okazało się, że jednej nocy mamy stanąć na trzecim piętrze Muzeum Włókiennictwa. Mamy odpalić te wszystkie wspaniałe komputery z naszej młodości, które tyle nam dały, których radością z obcowania chcieliśmy się podzielić. Ktoś miał też przynieść Atari.

Będąc cynikiem, a cynikiem nie stajesz się genetycznie, tylko przez doświadczenie, spodziewałem się że nasza praca zaowocuje liczbą gości policzalną na palcach wszystkich organizatorów.

Około 18:00, chwilę po podłączeniu ostatnich maszyn, muzeum szykowało się do otwarcia wrót. Ktoś poszedł sprawdzić sytuację i wrócił, obwieszczając, że dzicz stoi pod bramą, gotowa na realizację naszego statutowego założenia wystawy: „proszę dotykać eksponaty”.

Osiemset to była przesada. Obserwator pewnie nigdy nie był na imprezie masowej i liczył, używając takich pojęć, jak grupka, wiele, liczba Dunbara, ponad osiemset, nieprzeliczalne. Nie żeby jego dokładność cokolwiek zmieniła — do pustej sali wlał się tłum ludzi, którzy natychmiast zasiedli przed komputerami i domagali się żeby odpalić im dokładnie tę grę, której nie dali rady 25 lat temu. Poczułem się trochę jak poeta na wieczorku poetyckim, tylko z widownią złożoną z ludzi innych niż poeci i znajomi.

Ludzie

Tłum wijący się dookoła mojego sektora wypluwa w moim kierunku dwie kobiety prowadzone przez współorganizatora.

— Proszę pana, taka gra, facet w kapelusiku skakał przez czaszki…

Montezuma’s Revenge?

TAK!

— A taki samolocik, co leci do gó… — wtrąciła się druga.

River Raid?

— Wow — powiedziały obie.

Trzydzieści pięć lat marnowania życia wreszcie wypłaciło dywidendy w endorfinach.

Potem przy Amidze 1200 sadzam panią z córką i pytam małą, w co chciałaby zagrać. Pani mówi, żebym wybrał jakąś grę „dla dziewczynek”. Odpowiadam jej, że wszystkie gry są dla dziewczynek, i wkładam dyskietkę z Ruff’n’Tumble.

Sodarówna

* * *

Byłem zbyt zajęty, żeby znaleźć w tym rozgardiaszu spójną narrację. Mam tylko obrazki.

* * *

Ktoś zostawił na A3000 odpalony Mortal Kombat II. Siada do niego dwójka znajomych, jeden z nich w towarzystwie dziewczyny. Pojedynek za pojedynkiem, pojedynek za pojedynkiem. Dziewczyna kładzie głowę na blacie, a jej szare oczy powtarzają bezgłośnie w kierunku (prawdopodobnie) chłopaka: „Serio? Serio, serio?”.

Po jakimś czasie odchodzą, by wrócić po mniej niż godzinie. „Odpali nam pan Mortala?”. Odpalam i znów mam zero na karmicznym rachunku z płcią piękną, bo dziewczyna kładzie się na blacie, ale tym razem ja jestem ofiarą jej wzroku.

MKII

* * *

Obok stoi Mak. Odpaliłem na nim Quake’a, bo to zawsze pewny magnes. Karuzela na krześle trwa, a ja, kiedy tylko zauważę nową osobę, krzyczę, że „nie wasd, tylko strzałki, bo ktoś nie bindował”. Rozważam nawet przestawienie, ale jestem zbyt zajęty. W czwartej godzinie znajduję dziewczynkę, ma może siedem lat, która kręci kursorem dookoła ekranu.

Podchodzę, witam, mówię o strzałkach.

— Nie, nie. „w” się idzie. — dla potwierdzenia wciska „w”. — Boję się tylko zejść po tych schodach, bo jest ciemno.

Koryguję gammę.

* * *

Pani z wózkiem woła „czy ktoś chce zagrać z moim mężem w Sensible World of Soccer?”.

W mojej głowie przetłumaczyło się to na „Kto chce lanie od Emila”.

On mnie pyta, czy można grać na klawiszach. Odpowiadam, że na Amidze nie można, ale nie ma różnicy, bo nie jestem za dobry. Gramy FC Parma (ja) i Czerwone Diabły (on). Strzelam mu pierwszą bramkę w trzy sekundy po gwizdku. Potem następną. Cantona zmniejsza rozmiary porażki.

Bierze ode mnie wizytówkę żeby się kiedyś ustawić na granie.

* * *

Godzinę po rozpoczęciu wszystkiego rozlega się huk. Ira włączyła czajnik żeby zrobić nam kawy. Czajnik wyłączył bezpiecznik. Dziesięć minut biegania i wyginania rąk, pełzania pod ławkami, przerzucania przedłużaczy nad ozdobnymi, przeszklonymi drzwiami oddzielającymi nas od sztuki właściwej.

* * *

Coraz bliżej końca. Palę papierosa i rozmyślam, czy nie włączyć znów czajnika, sabotując swoją własną pracę. Macham jednak ręką i czołgam się w kierunku lobby. Drugimi drzwiami nadciąga Pan i Pani oraz gromadka dzieci.

Oni patrzą na mnie, ja na nich. Oni są zmęczeni, ja jestem zmęczony. Pada uwaga do stadka ludzkich szczeniaków: to ostatnie miejsce, najwyżej pierwsze piętro!

Odwracam się po pokonaniu kilku schodów i przemawiam:

— Proszę Państwa, zapraszam Państwa na trzecie piętro, gdzie są komputery!

Tłum dzieci zbił się w kupę a potem eksplodował w węża, którego wszystkie głowy krzyczały „Jeeee, komputery” kiedy wspinały się po schodach. Opiekunowie podążyli.

Nigdy więcej nie będę cierpiał sam tej nocy.

Konsole

* * *

Jest pierwsza ileśtam. Strzelają korki szampanów, rozmawiamy z dyrektorką muzeum. Jest zadowolona, jesteśmy zadowoleni. Pomagam trochę pakować, ale ledwie już stoję na nogach. Idę na pieszo do domu.

O drugiej siadam za biurkiem i otwieram piwo. Włączam Dragonball Z. Jestem zbyt zmęczony by zasnąć.

Tak samo o piątej.

Usypiam o wpół do szóstej. Wstaję o dziesiątej, nie mogę się ruszyć, ale mam jeszcze 365 dni żeby odpocząć.

Oranizatorzy

Za udział się wzięli(od lewej): moi, Krzysiek Chwałowski, Kamil “OSH”, Przemek Wrona, Tomasz “Alt_” Marcinkowski, Michał “mwb113”. Dół: Piotr & Ira Potera.

Częściowa kurekta: Kaja Zdjęcia: Ira Potera.


Złe słowa

Kiedyś usłyszałem cytat, oczywiście nie pamiętam czyj, o tym, że polscy pisarze mają przekichane z pisaniem o seksie. Mamy albo język rynsztokowy, albo język medyczny. Można też użyć kulawych porównań i namalować obraz kobiety dosiadającej jednookiego rumaka, ale trudno się nabrać na rozpustę, czytając jedną ręką. Druga zakrywa usta przed wybuchami śmiechu.

Podobnie ma się sprawa z przyganami, połajankami i przytykami. Możesz być częścią genitaliów lub wieść żywot medycznie skomplikowany. Kiedy przekrzykujemy się podczas dramatycznych rozmów o życiu, sztuce i sensie życia, adwersarz jest głównie chujem lub kretynem, do tego czyta autorów, którzy są w poszanowaniu tylko głupich pizd.

A to smutek jest i rozpacz. Dorobiliśmy się przecież więcej niż kilku słów, którymi można przywalić w wyżej wspomniane genitalia językiem. Oj, chyba się zapędziłem.

Oto wyimki z opisów zmyślonych wydarzeń stworzone przez wyimaginowanych autorów. Aby uchronić fantomowych pisarzy, zmieniliśmy im imiona na brak imion.

— W dzisiejszym wystąpieniu premier omówił nową ustawę o czystości języka polskiego. Ustawa ta mogła zostać napisana tylko przez kogoś, kto w głębi duszy jest chuliganem ciskającym kamieniami w wystawy kultury wysokiej. Tylko rzezimieszek wysokiego kalibru śmie podnieść rękę na wolnorynkowe prawo do „adresowania poprawek”, które to prawo wywalczyła sobie blogosfera technologiczna krwią, potem i lokowaniem reklam.

— Prawdziwą ozdobą ostatniego występu naszych piłkarzy była samobójcza bramka strzelona z animuszem przez obrońcę–niezgrabę. Jak prawdziwy szabrownik pola karnego skradł swojej własnej drużynie bramkę, która może nie odbierała nam szansy na zwycięstwo czy nawet remis, ale zwiększyła rozmiary porażki. Po meczu trener gości potwierdził, że zawodnik jest pacanem, ale o złotym sercu, które zostanie mu usunięte operacyjnie i sprzedane celem pokrycia roszczeń.

– Kanclerz Niemiec wyraziła ogromne zdziwienie, kiedy jeden z goszczących dyplomantów powiedział, że dzieci protestujące we Wrześni to były zwykłe huncwoty. Trzeba było się uczyć języków, Panie dyplomato, a tak wyszedł Pan na obwiesia i prostaka.

– W wywiadzie udzielonym gazecie znana autorka poezji śpiewanej dała upust swojej niechęci do nowego porządku świata w następujących słowach: „Młodzi ludzie to teraz tylko nicponie i ancymony. Słuchają afroamerykańskiej muzyki, robią hałas, jeżdżąc na zmotoryzowanych rowerach, czytają poezję tylko w Krytyce Politycznej, gagatki. Mówię im, żeby zaśpiewali mi o Bieszczadach, a jeden z drugim urwisem robią tylko miny i pokazują mi gangsterskie symbole na palcach. Jan Paweł II nie chodził po Bronksie.”

— Znany chwalipięta, gangster S., okazał się być skarżypytą, co jest strategią złą lub wręcz fatalną, jeśli człowiek otacza się rozrabiakami, łapserdakami i ludźmi, którzy lekko opacznie rozumieją moralność i są uzbrojeni. Na pogrzeb gagatka nie trzeba było długo czekać.


Przypowieść o otwartych okienkach

Kiedy Indianie chcieli więcej bawolego mięsa, zabijali dwa zwierzęta, zamiast szukać jednego wielkiego. Kiedy w świecie mikroprocesorów wojna megahercowa przygasała na dobre, bo osiągnięto już górną granicę miniaturyzacji, a przyśpieszanie cykli zegara powodowało już tylko efekt cieplny, projektanci sięgneli po asa w rękawie: zwiększono liczbę rdzeni.

Siedziałem na fotelu i rozmawiałem z przyjacielem. W jego pokoju przewalają się góry starych komputerów. Amigi, Commodore’y, Apple jeszcze sprzed ery powrotu Jobsa, a nawet takie wydane chwilę przed jego przepędzeniem. W takim otoczeniu myśli naturalnie zwracają się ku technologicznej przeszłości. Oczywiście ludzie zapatrzeni wstecz, jak my, gloryfikują rzeczy zaszłe i patrzą ze sceptycyzmem na rozwiązania nowe. Tak też dobrneliśmy do tematu „Commodore 64 był gotowy do pracy w sekundę po włączeniu, a mój Mac bootuje się minutę lub dwie”. To jedna z tych dyskusji, że kiedyś Pink Floyd, a teraz tylko biali raperzy znad Wisły — pełna kłamstw, przymykania oka i wybielania przeszłości.

Padło pytanie: mam cztery rdzenie, a mój komputer nie działa cztery razy szybciej, jaki jest sens?

Moje wytłumaczenie było pokrętne, potrzebowałem nawet kartki, żeby narysować kilka strzałek wskazujących prostokąty.

W świecie technologii rzadko rzeczy dodają się jak w matematyce. Indianie wybrali dwa bizony, ale zabicie dwóch bizonów wymaga lepszej organizacji, narzędzi, no i odrobiny szczęścia. Tak samo jest z rdzeniami.

Do wyjaśnienia sytuacji użyjemy mojej podstawowej broni — analogii. Analogie są jak ryby w beczce, stłoczone, niedługo skończy im się tlen i jeszcze ktoś próbuje je zastrzelić z niewiadomego powodu. Moja będzie idealnie niedokładna i podniesie ciśnienie oraz włosy ludziom, którzy odebrali edukację w programowaniu.

Wyobraźmy sobie Urząd. Każdy z czytelników może sobie wybrać dowolny, na myśl o którym cierpnie mu skóra. Urząd ma kolejkę petentów i okienka, w których są obsługiwani.

Na początek mamy kolejkę ludzi z podaniami i jedno otwarte okienko. Petent podchodzi, wyjaśnia sprawę i otrzymuje pieczątkę. Im pracownik okienka lepiej obeznany ze sprawami Urzędu, tym szybciej topnieje kolejka.

Proste.

Po kilku godzinach otwiera się drugie okienko. Ludzie przechodzą więc do tego, które akurat jest wolne. Jaki będzie czas obsługi kolejki? Krótszy o połowę? Tak, ale w sytuacji, kiedy obaj pracownicy Urzędu posiadają tę samą wiedzę. Jeżeli drugie okienko jest obstawione przez praktykanta, który musi skonsultować sprawę co któregoś klienta z literą prawa, przynajmniej jeden z czekających utknie w okienku.

A co się dzieje, jeśli wykładnia prawa nie jest jasna i pracownik drugiego okienka musi co pewien czas zasięgnąć języka u swojego kompetentnego kolegi z okienka pierwszego? Wtedy mamy dwie osoby tupiące nogą. Przy odpowiednio wysokim współczynniku nieszczęścia klientów otwarcie drugiego okienka może dać odwrotne rezultaty, niż pryncypał Urzędu miał na myśli, podejmując decyzje o dołożeniu drugiego rdzenia… czy też pracownika.

Analogia druga.

Oto pudełko puzzli. Ma 2048 elementów. To ładna, okrągła liczba. Układasz je więc i kończysz w n-czas + tyle, ile zajęło Ci dopasowanie tych cholernych kawałków nieba.

Oto drugie pudełko, które zawiera tyle samo elementów. Tym razem masz jeszcze trzech gości, którzy postanowili pomóc Ci w układaniu, ale są strasznymi introwertykami i każdy chce układać w swoim kącie. Na środku leżą wysypane części, a co jakiś czas każdy bierze kilka i próbuje je dopasować do swojego kawałka.

Bez wątpienia zdarzy się, że ktoś podbierze element potrzebny w Twojej części układanki. Jeśli zauważy szybko, że nie ma gdzie wstawić głowy ptaka, zapyta głośno o osobę, która potrzebuje tego właśnie kawałka. Cztery osoby przerwą układanie i po naradzie ptasi dziób trafi w odpowiednie ręce. Kiedy wszyscy skończą, trzeba jeszcze zebrać się razem i dopasować Wasze mniejsze części w całość. Niech bogowie Was chronią, jeśli ktoś spędził zbyt wiele czasu w ubikacji i jest teraz opóźnionu w stosunku do reszty. Trzy czwarte układanki to zero układanki. Czekacie więc, aż maruder Was dogoni.

Chyba że macie gorszy pomysł i dzielicie się pozostałymi kawałkami, próbując mu pomóc. Teraz spowolniliście spowolnienie.

I co z tego?

Tak jak dziewięć kobiet nie urodzi dziecka w miesiąc, tak większa liczba dostępnych rdzeni w Waszym systemie nie będzie magicznie oznaczać przewagi. Wiele problemów w programowaniu stawia solidny opór przed rozbiciem na kawałki, którymi można zająć się indywidualnie i potem zestawić w całość. Już kilka razy w swojej programistycznej karierze próbowałem zmierzyć się z takimi problemami. Zwykle osiągam tylko zwiększoną komplikację i prawie zerową korzyść w szybkości przetwarzania. Może to mówi więcej o moim talencie programistycznym niż o samym problemie, ale nawet bardziej utalentowani ludzie, patrząc na używane zazwyczaj przeze mnie narzędzia, podchodzą do sprawy z pewną rezerwą, a czasem nawet niechęcią.

Czy dobrze jest mieć więcej niż jeden rdzeń? Oczywiście. Nawet najbardziej idiotyczne, jednowątkowe programy zyskają na tym, że te mniej idiotyczne nie muszą się z nimi dzielić czasem. Jednak jak już powinniśmy byli nauczyć się z historii, magia liczb, które wyciągają z kapelusza czarodzieje-marketingowcy, nie zawsze idzie w parze z tym, co możemy osiągnąć.

— Proszę kupić nasz nowy samochód: ma siedem kół, trzy kierownice i zero drzwi, ale kompensuje to bardzo obszerny szyberdach!


Niesamowita Łaska

Kilkanaście lat po tym, gdy Amiga (a dokładniej Commodore) wyzionęła ducha, nad jej zrobaczałym truchłem pojawiła się wataha hien. Darmowy obiad.

Najbardziej zatwardziałych fanów platformy (a wtedy wszyscy, którzy przy niej zostali, byli zatwardziali co najmniej w diament) mamiono obietnicami technologicznych sukcesów, powrotu do glorii i chwały, odrodzenia i zajęcia należnego nam miejsca w poczcie świata technologii.

Świętym Graalem mającym zapewnić nieśmiertelność Amidze była nowa platforma sprzętowa. Niestety, lata odpływu talentu spowodowały, że najdziwniejsze propozycje otrzymywały od społeczności pieczęć aprobaty. Jedną z takich propozycji była płyta główna, którą zademonstrowano nam w postaci diagramu narysowanego w programie malarskim. Bardziej sceptyczni fani drapali się w swoje długie brody i wątpili, czy autorzy trzymali choć raz lutownicę w ręku.

Wzbudzonej nadziei nie da się jednak łatwo zgasić i „nowa płyta” została przyjęta jako kolejny krok na drodze powrotu do łask.

Mijały miesiące, potem lata, a płyty jak nie było, tak nie było.

Aż do pewnego poranka, gdy na popularnej w światku stronie pojawiła się nowinka: oto płyta. I rzeczywiście, zdjęcie przedstawiało płytę główną komputera. Na pierwszy rzut oka wszystko było na miejscu, procesor, sloty pamięci, PCI. Kilka osób wypomniało mi moje podśmiechujki z wcześniejszego „projektu w Deluxe Paintcie”.

Wtedy w wątku pojawił się Bernd Mayer, jeden z moich ulubionych hakerów. Powiedział autorom, że założy się z nimi — nie pamiętam już, o co – że ta płyta nigdy nie zadziała. Po kilku godzinach słownych przepychanek zadał ostateczny cios. Padło pytanie o parę szczegółów: taktowanie tego i owego. Po uzyskaniu odpowiedzi Mayer zniknął na chwilę i wrócił z liczbami.

„Biorąc pod uwagę wartości, które mi podaliście, rozmiar płyty i rozłożenie komponentów (dokładniej: trasa pamięć/procesor), znając też prędkość prądu w przewodniku, oceniam, że ten komputer nie zadziała. O ile nie złamaliście praw fizyki”.

Myśleć o komputerze jako o maszynie istniejącej w fizycznym świecie? Ze wszystkimi ograniczeniami i wymaganiami, które ten świat rodzi? To było coś dla mnie nowego.

Płyta nigdy nie pojawiła się na rynku. Historia została ze mną na zawsze jako przypominajka o tym, że komputery to nie tylko ta część, która się zawiesza i traci dane. To także ta część, którą się kopie.

Gdybym znał wtedy lepiej historię komputerów, wiedziałbym, gdzie takie ujęcie sprawy ma swoje korzenie. Grace Hopper, matematyczka, programistka i kontradmirał marynarki wojennej Stanów Zjednoczonych 1, podczas swoich wystąpień często demonstrowała, jak wygląda nanosekunda.

* * *

Nanosekunda to stopa miedzianego kabla.

cloud_2011_12_2011_readwriteweb_trivia_chall-grace-hopper

Grace zaczynała podobnie jak niektórzy z nas: od niezaspokojonej ciekawości. Gdyby zrobić ankietę, jestem niemal pewien, że wielu czytelników (jeśli nie większość) opowiedziałoby podobną anegdotę.

Kilkuletnia Grace rozbiera budzik, żeby sprawdzić, jak on działa. Próba złożenia go z powrotem kończy się porażką, wiadomo więc, jaki jest następny krok. Zebrać pozostałe sześć budzików w rodzinnym domu i próbować do skutku.

Kiedy zostaje przyłapana na gorącym uczynku przez matkę, dostaje ultimatum: tylko jeden budzik.

Mary, jej matka, wiedziała z pierwszej ręki o świecie, w którym zabierają ci ostatni budzik. Miłośniczka matematyki w młodym wieku, po lekcjach z geometrii nigdy nie dostała szansy na rozwinięcie talentu. W XIX wieku wiele rzeczy uznawano za nieodpowiednie: związki międzyrasowe, brak widelców do sałatek i kobiety uczące się matematyki. Na szczęście w 2014 r. przeskoczyliśmy już problem widelców.

Córka Mary miała więcej szczęścia. W 1924 r. weszła na ścieżkę wyższej edukacji na uniwersytecie Vassar na kierunku matematyczno-fizycznym, a zakończyła ją, broniąc doktoratu na uniwersytecie Yale w 1934 r.

Kiedy Japończycy zaatakowali Pearl Harbor, Grace, jak wiele osób powodowanych patriotycznym obowiązkiem, próbowała się zaciągnąć. Niestety dla niej, a szczęśliwie dla informatyki, odmówiono jej ze względu na warunki fizyczne i wiek. Potem dzięki jej niezłomności charakteru została przyjęta i skierowana do programu naukowego na uniwersytecie Harvarda.

Przydzielono ją do zespołu pracującego nad komputerem Mark I. Dało nam to dwa historyczne wydarzenia: Grace została pierwszą programistką (we współczesnym tego słowa znaczeniu) oraz narodziła się anegdota o robalach w oprogramowaniu.

Jak wspominałem, komputery są obiektami fizycznymi i można je doprowadzić do błędnego funkcjonowania, nie tylko pisząc dziadowsko kod. Aby przetestować tę hipotezę, wystarczy wbić nóż w urządzenie, którego używacie do czytania tego tekstu. Zauważycie, że po zadaniu ciosu komputer liczy mniej sprawnie.

W świecie komputerów lat 50., komputerów, które zajmowały całe pokoje i reprezentowały stan przy pomocy fizycznych elementów, o błąd było dużo łatwiej. Kiedy więc Mark I nabawił się problemów z liczeniem, Grace spisała notatkę z procesu odpluskwiania. W przekaźniku 70, panel F, znaleziono ćmę (ćma załączona).

h96566k

Hopper była nie tylko programistką. Stworzyła także język programowania FLOW-MATIC, który umożliwiał tworzenie kodu przy użyciu języka angielskiego 2. Język ten był protoplastą COBOL-a, pierwszego uniwersalnego języka programowania przeznaczonego dla biznesu i wojska.

Jednak zanim COBOL stał się faktem, Grace pracowała nad pierwszym kompilatorem. I tak pomiędzy 1950 r., kiedy jej koledzy wyrażali sceptycyzm, a 1954 r., kiedy firma zaczęła oferować kompilator dla FLOW-MATIC, słowo stawało się ciałem.

Przez późniejsze lata swojej kariery Grace skakała między marynarką a firmami prywatnymi. Ostateczna — wymuszona — emerytura wojskowa nastąpiła w 1986 r., ale Hopper nie porzuciła pracy aż do śmierci w wieku lat 85, w 1992 r.

* * *

Dlaczego Grace Hopper jest ważna?

Kiedy już obierzemy ją ze wszystkich zasług dla świata technologii, ze stopni wojskowych, z nagród naukowych i branżowych — nazbierała tego w życiu więcej, niż wypada jednej dobrze wychowanej osobie, która nie chce zawstydzać otoczenia — pozostanie nam mała, krucha babcia paląca Lucky Strike bez filtra. Ta zasuszona pani w okularach w rogowej oprawie kopała tyłki jako edukator i redaktor magazynu „Chips Ahoy”.

Wydaje się, że Niesamowita Grace 3

Nie wiem czemu, pewnie to przez zmęczenie, ale nasuwa mi się porównanie z Indianą Jonesem. Indy był archeologiem, ale jeśli ci się to nie podoba, był też rozrabiaką strzelającym z bicza. Jeśli to nie pobudza twojego zainteresowania, był też diabelsko przystojny. A kiedy sytuacja była beznadziejna, to przyleciał uratować Skywalkera… Może mi się już miesza.

Indy był jak sześcian ze złota: gdzie go nie obrócisz, tam zysk. Pani Hooper też taka była, tylko że naprawdę, a Jones tylko na celuloidzie.

  1. Chciałbym podziękować Michałowi Brennkowi za pomoc z rozgryzieniem stopni wojskowych.
  2. Podobno demonstracja francuskojęzycznej wersji FLOW-MATIC zakończyła się wykopaniem Grace za drzwi przez jej ówczesnego przełożonego za takie jawne bluźnierstwo
  3. Amazing Grace, pseudonim pochodzący od tytułu popularnego chrześcijańskiego hymnu. Tu „jedyne słuszne” wykonanie przez Wootena była zbudowana z nieskończenie podzielnego humanizmu: po przekrojeniu jednej dobrej rzeczy powstawały dwie, równie dobre.

Musisz być kimś

![ojej](https://fuse.pl/beton/wp-content/uploads/2014/09/ojej.png)

Jeśli zdolność do odczuwania wątpliwości jest miarą inteligencji, to jestem bardzo inteligentnym typem. Raz do roku muszę wykonać jakiś piruet wokół własnych idei, sprawdzić, czy to co uważam za słuszne jest nadal słuszne, czy tylko przyzwyczaiłem się do myśli, że jest.

W tym sensie jestem jak puenta peerelowskiego dowcipu: „Mam swoje poglądy, ale się z nimi zupełnie nie zgadzam”.

Na początku wakacji spędziłem kilka godzin w towarzystwie Leszka Tarkowskiego, który zawodowo zajmuje się tłumaczeniem meandrów programowania pracownikom różnych firm okołotechnologicznych. Nasza rozmowa kręciła się wokół różnych tematów (kobiety, wino, śpiew), ale najdłużej utknęliśmy właśnie na edukacji informatycznej, a dokładniej na tym, jak ciężki to kawałek chleba.

Programowanie to wielowarstwowy problem, który przypomina lalkę-Matrioszkę. Kiedy wyciągasz pincetą absurdalnie małą lalkę rejestrów okazuje się, że w środku żyją jeszcze mniejsze, te które są opisane „dostęp do pamięci” czy „utylizacja pamięci podręcznej procesora”. Na dodatek niektóre rozkładają się też na boki, tworząc lalki identycznych rozmiarów, ale inaczej pomalowane i te też mają swoje mniejsze odpowiedniki w środku.

Prawdziwą sztuką jest wybrać tylko te rzeczy, które są ważne. Jak to mówimy: „wybrać najlepsze narzędzia do pracy, którą masz zamiar wykonać”. Problem z tą metaforą jest taki, że nie odzwierciedla ona stanu rzeczywistego. Kiedy mamy upiłować rurkę to bierzemy do ręki piłę i piłujemy. Piła piłuje. W ekstremalnych przypadkach jest instrumentem w kapeli podwórkowej, ale ogólnie piłuje. Najlepsze narzędzie do pracy. A jak chcę przetworzyć kawałek pliku tekstowego, to co jest lepsze: Perl, Ruby czy Python? Znam przynajmniej dwie osoby, które powiedzą, że C. Mój przyjaciel, który administruje, powie że wszystko da się zrobić potokami i Awkiem. Wszystkie te odpowiedzi są poprawne i wszystkie rodzą kolejne problemy: wyrażenia regularne, unicode w Pythonie 2.x, absolutnie wszystko w temacie ciągów znaków w C.

Zróbcie eksperyment: spróbujcie wyobrazić sobie jak wytłumaczyć procedurę wczytania pliku, pobrania któregoś wyrazu i wyświetlenia go na ekranie, ale użyjcie do tego swojej wiedzy na temat tego, co się może spieprzyć i co może być potrzebne żeby na serio mieć świadomość, co się dzieje?

Co to jest plik? Czy plik da się odczytać? Otworzyć go jako ‘r’ czy ‘rb’? Czy nie jest za duży żeby go wczytać naraz? W Pythonie użyć file czy context managera with? Obsługiwać stdin?

Jestem pewien, że możecie bez zastanowienia rozwlec ten problem jeszcze bardziej.

Oczywiście jest to dzielenie włosa na czworo, jak większość debat o programowaniu. Rodzi to jednak pytanie w mojej głowie: kiedy mówimy o „uczeniu mas programowania” to gdzie tak naprawdę chcemy się zatrzymać? Mamy uczyć programowania, konkretnego języka programowania czy przekazać ogólną wiedzę, która pozwoli uczniom wybrać to, co im się podoba?

Dla mnie idealną sytuacją byłoby przekazywanie wiedzy ogólnej. Niestety, aby zamienić wiedzę ogólną na zdolność programowania potrzebna jest odrobina pasji i uporu.

Powszechną naukę programowania sprzedaje się czasem jako wymóg teraźniejszości (i przyszłości), porównuje się ją do nauki czytania i pisania, podwalin reszty edukacji. I to bardzo słuszna koncepcja, poza kontekstem.

Kiedy uczono nas pisać i czytać nikt nie mówił nam, że to po to abyśmy mogli napisać bestsellery. Często gęsto nauka programowania odbywa się w kontekście „bycia nowym Cukiergórą, zrobienia aplikacji, wspierania nowej ekonomii”. Może to naiwne z mojej strony, ale zawsze widziałem podstawową edukację jako coś odłączonego od czynnika ekonomicznego. Możemy posadzić wszystkich w ławkach i wyłożyć im „Hello, World” w dowolnej ilości języków programowania, a i tak większość uczniów odpisze zadanie domowe, tak jak Ty i Ty odpisywaliście zadania z chemii i biologii. Oczywiście mieliście w klasie „olimpijczyków” matematyki, fizyki i języka obcego, mieliście też pewnie kogoś, kto klikał komputery — zgaduję, że to Wy — i może część z nich zamieniła swoją pasję w zawód.

I żebym nie był źle zrozumiany: każdy powinien posiadać wiedzę technologiczną i każdy, kto chce, powinien móc odebrać edukację, która pozwoli mu zostać programistką lub programistą. Nie każdy zostanie i nie powinno się próbować sprzedawać dziedziny nauki jako lewar do podnoszenia PKB.

Edukacja powinna służyć ludziom, a nie politykom, którzy akurat wymyślili budowanie Krzemowej Doliny w Twoim mieście.

Kiedy słyszę czasem, że „współczesny dziennikarz powinien potrafić napisać sobie bota, który śledzi wydarzenia na Twitterze” to zaczynam sobie wyobrażać, że autor takiej propozycji nie bardzo wie, co powinien robić dziennikarz. Jeżeli dziennikarz będzie miał świadomość, że dane są udostępniane przy pomocy API i że można coś zautomatyzować to będzie bardzo dobrze. Wtedy dzwoni się po ten procent ludzi, którzy zdecydowali się zostać programistami i oni szast-prast wypluwają jakiś kawałek kodu. Wtedy mamy kompetentnego dziennikarza i kompetentnego programistę tworzącego wartość dodaną. W idealnym świecie cyber-haker-futurystów byłoby dwóch słabych dziennikarzy, którzy czytają Twittera.

Jest mi bardzo ciężko wytłumaczyć moją wizję cyfrowej edukacji. Spędziłem całe (bez żartów) życie ryjąc — ryjem naprzód — norę w górze wiedzy informatycznej. I po tych trzydziestu latach nadal czuję, że jakiś facet produkujący komputery zaworowe w latach sześćdziesiątych mógłby mnie złapać za wszarz, złamać na kolanie jak strzelbę, wsadzić mi w tyłek kapiszony i naciskając moszną wystrzelić z nozdrzy. Shit’s hard.

Może mówię z pozycji kogoś, kto w swojej głowie uchodzi za sprytnego drania, który „własnymi rencami, wszystko”, ale na serio nie widzę opcji żeby Ci sami ludzie, którzy zapisują dokumenty Worda na pulpit nagle odnaleźli w swoim sercu chęć do napisania drugiego Instagrama.

Naszym celem (jeżeli mogę się włączyć w szereg ludzi, którym nauka leży na sercu) powinno być stworzenie środowiska w którym ludzie chętni są mile widziani, co nie zawsze było naszą mocną stroną. Dlatego ważne jest otwarte oprogramowanie, dlatego ważna jest dokumentacja i przykłady, dlatego trzeba robić „pracę u podstaw”.

Jesteśmy obecnie świadkami technologicznej gorączki złota: wszyscy wiedzą, że jest złoto do wzięcia, słyszeli o ludziach, którzy ledwie postawili nogę na działce górniczej, a już potknęli się o fortunę. Nikt już nie pamięta, że podczas gorączki złota najlepiej było sprzedawać sprzęt górniczy.

Programowanie jest często jak praca w dziewiętnastowiecznej kopalni: brud, pot, kiepska dieta, kilka osób i kilka osłów. Jeżeli już chcesz być w tej kopalni to upewnij się, że nie jesteś osłem.

* * *

Mówiąc o: Szóstego grudnia, roku bieżącego, w mieście Łodzi odbędzie się pierwsza edycja Django Girls, gdzie będę szatniarzem/sprzątaczem. Szczegóły można uzyskać od Marty lub Justyny.


Retro już było

Wszystko, co było stare, będzie nowym. Retro wróciło, skarbie. I pewnie wraca tak co chwilę, ale jest zauważane tylko przez kolejne pokolenia trzydziestokilkulatków, którzy nagle odkrywają, że ich młodość uśmiecha się do nich z mediów i banerów reklam, że pląsa na wybiegach mody.

Nie jest to jednak zrządzenie dobrego losu, że ktoś znów kręci Nastoletnie Zmutowane Ninja Rycerze. Stoi za tym rzecz prozaiczna, motor napędowy wszystkiego — pieniądze.

Trzydziestokilkulatkowie mają wolne środki finansowe, które można wymienić na neonowe hula-hoop lub flanelową koszulę od znanego projektanta. W społeczeństwie kapitalistycznym rynek natychmiast znajdzie sposób na dostarczenie odpowiednich produktów, a nawet zbudowanie słusznego, marketingowego przekazu pozwalającego kupującym uciszyć wątpliwości, czy ktoś aby nie sprzedaje im ich własnej młodości wprost z butiku.

Świat technologiczny, wyglądający z zewnątrz jak rakieta z napisem „lecę w przyszłość bardzo szybko”, też ma swoje retro. Jest to jednak retro o innym kolorze. Nie bez znaczenia pozostaje, że ludzie mają muzykę na winylowych płytach i zegarki starsze od najbardziej prymitywnych maszyn napędzanych mikroprocesorami.

Daje to bardzo mały margines błędu. Istnieją ludzie pragnący podłączyć specjalnie spreparowany joystick do telewizora i pograć w gry na Atari 2600. Nieco mniej jest takich, którzy chcieliby wpisywać sekwencję bootowania Altaira za pomocą przełączników na głównym panelu. Ludzi, którzy chcieliby mieć komputer z lat 60., jest pewnie zupełnie niewielu, a wyłączając muzealników i wariatów, ich liczba oscyluje wokół zera.

Retro jest emocjonalnie powiązane z autentycznością. I dla wielu produktów będących w strefie wpływów autentyczność ta jest osiągalna. Nie straciliśmy możliwości szycia flanelowych koszul. Wtryskarki nadal mogą wypluć okrąg w pstrokatych kolorach. Nikt nie chce wspominać swoich grungowych lat w lnianej koszuli zdobionej czarno-czerwoną szachownicą. 1

Technologiczne zabawy w przeszłość są skomplikowane. Z jednej strony mamy entuzjastów zbierających artefakty i walczących ze stosem wiecznie piętrzących się problemów. Z drugiej są ludzie, którzy chcieliby tylko zerknąć, jak to było.

![s](https://fuse.pl/beton/wp-content/uploads/2014/09/s.jpg)

Tych pierwszych podziwiam, ale im współczuję. Drugich rozumiem, bo sam wolę być hedonistycznym retronautą: skupić się na własnej radości.

Dlaczego w świecie krzemu tak trudno uzyskać autentyczność „w warunkach domowych”? Najlepiej ująć to następująco: w dupach nam się poprzewracało.

Kiedy autor gry chce nawiązać do ośmiobitowych lat chwały, dziś jego dzieła nie ograniczy sprzęt, na którym owo dzieło będzie konsumowane. Grafik może narysować postać przy pomocy „dużych pikseli”, ale nadal będzie ich więcej niż 320x200. Nie będzie też chciał rwać sobie włosów z głowy, próbując zmieścić się w szesnastu
kolorach, z których połowa wygląda jak coś, co umarło w męczarniach.

Programista nie musi gdybać nad liczbą „duszków” na ekranie, wolną pamięcią i czasem dostępu do danych na nośniku.

Nie jest to przytyk. To konsekwencja.

Może autentyczność jest wartością przecenioną i retro należy traktować tylko jako estetyczny wybór, który zachowuje sedno rzeczy udawanej? Kwarcowy zegarek kieszonkowy i ośmiobitowa gra, której instalator zajmuje kilka gigabajtów, mogą wywołać grymas u purysty, ale przecież nadal jesteśmy w stanie ustalić, która jest godzina i ile czasu spędziliśmy, grając w platformówkę o smaku i zapachu nieodróżnialnym od tych z Nintendo.

Czytałem ostatnio książkę — Gwiezdne Wojny napisane jak szekspirowska sztuka. Ani to autentyczne Gwiezdne Wojny, ani Szekspir. Ni pies, ni wydra, podobny do świdra.

To był eksperyment, choć może zbyt łatwy do zakwalifikowania w kategorii „skok na kasę”, jak te wszystkie książki znajdujące się w domenie publicznej, do których jakiś typ dodaje ”…and zombies”. Z drugiej strony ”Krzyżacy and zombies” brzmią nieźle.

Połączenie estetyki, o której myślimy „wielkie dzieło”, i Gwiezdnych Wojen, które dla wielu było pierwszym spotkaniem z monomitem.

Cieszmy się z naszych podrabianych wspomnień. Coraz wyraźniej widzę nadchodzący czas nowej fali: low poly. Już nie piksele wielkości pięści, a obiekty składające się z kilku ścian, bez nich lub z niewielką ich liczbą, cieniowane. Użytkownicy oryginalnej PlayStation dobijają do finansowej niezależności, rynek musi karmić spragnionych.

![low poly](https://fuse.pl/beton/wp-content/uploads/2014/09/w6ZG2zo.jpg)

Kiedy nasze retro odejdzie w przeszłość, będziemy przynajmniej mogli mówić, że było lepsze niż to nowe retro, które dopiero przyjdzie.

  1. Osobiście byłem fanem niebiesko-czarnych, a gardziłem zielono-czarnymi

Piątki poprzedzają poniedziałki

Dopijam dopiero drugą kawę, a już musiałem ubrudzić ręce w kodzie. Niewybaczalne.

Wiecie jak idą dni w tygodniu: poniedziałek, wtorek, środa, prawie piątek, pół dnia, picie, kefir. W pół dzień ludzie mają wszystko głęboko w otworach swojego ciała. Wszyscy są w blokach startowych i czekają na sygnał do opuszczenia budynków biurowych żeby dać nura — głową wprost — w hedonizm i zakupy w markecie.

Niestety, przychodzą też poniedziałki.

W jedynym systemów, który piszę i którym administruję, mamy funkcje wymuszonej zmiany haseł. Co trzydzieści dni prosimy o nowe hasło i ku rozpaczy większości ludzi nie pozwalamy im ustawić już raz użytego. Nie wiem, czy to był wymóg, czy może mój sadystyczny wymysł: zgaduję jednak, że wszystkie hasła mają teraz dodane “0” za każdy miesiąc.

Większość użytkowników została poproszona o zmianę hasła w piątek. Ludzie nieobecni duchem mają problemy z wymyślaniem haseł, a są już kompletnie bezradni przy ich zapamiętywaniu. Ba, widok weekendu na horyzoncie powoduje, że nie chce im się nawet zapisać „nowego hasła” na przylepnej karteczce.

![pls, haslo](https://fuse.pl/beton/wp-content/uploads/2014/08/Untitled.png) ![pls, pls](https://fuse.pl/beton/wp-content/uploads/2014/08/Untitled2.png)

Sprawdziłem poprzednie miesiące i widzę pozytywną korelację pomiędzy zbliżającym się weekendem a narastającym hasłowym tumiwisizmem. Postanowiłem więc zaaplikować „poprawkę” która przesuwa wszystkie zmiany haseł na poniedziałki. Zobaczymy, czy uciszy to głosy strapionych.


Puchar Z

* * *

Zawodnik w niebieskich spodenkach potoczył się po murawie. Wyglądał na skończonego, jego kończyny były rozrzucone na boki, a z ust płynęła strużka gęstej śliny. Trybuny ucichły. Do sprawcy zajścia podbiegł sędzia. Po zapoznaniu się z przewinieniem sięgnął ręką do kieszonki: kara indywidualna.

Kiedy odgłosy strzału ucichły, trybuny wybuchły oklaskami. Arbiter nakazał gestem wniesienie noszy i usunięcie ciała z boiska.

Teraz przyjdzie im kończyć mecz w dziesiątkę, ale nie ma się co martwić, to dopiero pierwsza runda Pucharu Z.

Do piłki ustawionej na plamie posoki, która wyciekła z głowy wyeliminowanego zawodnika, doczłapał kapitan drużyny przeciwnej i niezgrabnie kopnął ją przed siebie wydając przy tym gardłowy „Yyyh”.

* * *

Historia zaczęła się od pierwszego ugryzienia. Podczas jednej z wielkich imprez piłkarskich zawodnik ugryzł swojego przeciwnika. Lekko komiczna sytuacja przerodziła się w tragedię, gdy ugryziony zawodnik wrócił ze swoją wyeliminowaną drużyną do kraju i zaczął gryźć innych w meczach lokalnej ligi.

„La Gazzetta dello Sporte” napisała jakiś bardzo klikalny nagłówek o tym, jak sportowcy odgryzają się swoim boiskowym adwersarzom. Nikt nie widział powodów do paniki.

Wszyscy spoważnieli, gdy podczas derbów Mediolanu, ustawiony przez bramkarza mur ruszył przed gwizdkiem w stronę wykonawcy rzutu wolnego i rozszarpał go na oczach widowni. Ludzie tratowali się próbując opuścić stadion, a na drugi dzień ultrasi obu klubów wypuścili wspólne oświadczenie, które można podsumować tak: „Nie zgadzamy się na takie barbarzyństwo na naszych boiskach!”.

Apel najlepiej uzbrojonych kibiców nie przeszedł bez echa.

* * *

Wieczorne wiadomości donosiły o kolejnych pogryzieniach, a obecni w studiu eksperci ekstrapolowali z dostępnych danych, że w tym tempie najwcześniej przed czwartkiem po południu nie pozostanie już nikt, kto posiada rozum i zdolność formowania zdań.

Tak, wtórowali spikerzy, jeżeli sytuacja się nie zmieni, nawet jedna czwarta populacji naszej planety może paść ofiarą „piłkarskiej plagi”.

Apokaliptyczni wizjonerzy zostali jednak szybko wybudzeni ze swojego snu o katastrofie. Zadziwiające jak łatwo pozbyć się kilku tysięcy potykających się o swoje nogi, niezorganizowanych, humanoidów. Czego nie załatwiły naloty dywanowe, dokończyła Matka Natura. Hordzie zamarzła krew w żyłach: dosłownie, nie ze strachu.

(Słyszano też, że kilku pisarzy porzuciło swoje popularne serie o zombie i przeskoczyło w techno-thrillery, każdemu kiedyś zawiesił się komputer i mógł sobie wyobrazić jak zawiesi się ich wiele, wszędzie. Masy pożeraczy ciał nie straszyły już czytelnika, nie po tym jak widział, co z małym batalionem oszalałych człekokształtnych może zrobić kilka czołgów i wanna napalmu.)

* * *

Pozostał jeden problem. W jednej momencie świat stracił swój najpopularniejszy sport. Wychowanie następnego pokolenia piłkarzy potrwa, a może będzie nawet niemożliwe — dzieci mało się garną do sportu, gdzie w poprzednim sezonie prócz poważnej kontuzji można się było nabawić zupełnie realnej śmierci przez rozszarpanie.

Na szczęście FIFA jest organizacją, która nie poddaje się łatwo. Do krajów ogarniętych futbolową suszą popłynęły listy, a stało w nich:

FIFA, która mówi nie tylko „nie” dla rasizmu, czy „nie” katarskich łapówek, nie powie też „nie” dla życiowo usuniętych. Proponujemy waszemu rządowi program rehabilitacyjno–rehumanizacyjny. Dajcie mi waszych zmęczonych, dajcie mi waszych głodnych, a przede wszystkich tych, którzy byli futbolistami w poprzednim, świadomym życiu.

Zwrócimy im godność, damy im szanse uczestnictwa w życiu społecznym, zarobimy trochę dolarów.

PS. Podpisaliśmy już kontrakt z PEPSI na serię reklam „PEPSI OŻYWIA”.

* * *

Przed pierwszym Pucharem Z musiano zmodyfikować nieco zasady. Ze względu na ograniczenia motoryczne nowych zawodników zmniejszono boiska i bramki. Nie ma nic żałośniejszego niż szybki kontratak, który trwa pięć minut.

Arbitrzy mieli też przykazane żeby dyktować spalone częściej, nawet jeśli nie podobało się to straży pożarnej, która co chwila musiała dogaszać za daleko wysuniętego napastnika.

Pułapki „ofsajdowe” zostały zaostrzone.

Dogrywki kończyły się nagłą śmiercią.

Sędziowie otrzymali kewlarowe stroje.

Wrócono do zapomnianej już architektury stadionów, gdzie płytę boiska odgradzała od widowni wysoka siatka. Tym razem służyła do powstrzymania tych z murawy do wtargnięcia na trybuny.

* * *

Większości widzów się podobało, gra nabrała kolorów, nawet jeśli dominował czerwony.

Polska się nie zakwalifikowała.


Pixel Heaven 2014

Timex
2048

Zacznijmy historię chwilę przed końcem naszej przygody.

Zmierzamy na zachód.

Ja, Ola prowadząca samochód pod wpływem 230ml paskudnej kawy z automatu na stacji benzynowej oraz dwa śpiące na tylnym siedzeniu, pijane cherubinki, tg i Metal.

Uciekamy autostradą przed świtem niedzielnego poranka. Jest trzecia pięćdziesiąt siedem.

* * *

Kiedy obudziłem się dwadzieścia dwie godziny wcześniej, wiedziałem, że będę w paskudnym nastroju. Na biurku stał kufel z niedopitym piwem, znak piątkowej przesady. Wykopałem ze śmieci mniejszą torbę, tę, której używam w sytuacjach, gdy potencjalnie może się pojawić potrzeba dłuższego spaceru. Czasem ucieczki. Wcisnałem do niego trzy notatniki, dwa pióra: jedno za 5,25 PLN, czerwone i w wisienki, którego używam. I drugie, markowe, które noszę tylko dlatego, że otrzymałem je w prezencie, pół talizman, pół wspomnienie innego życia. Nadaje się też jako pojemnik na zapasowy nabój z atramentem.

* * *

Przed budynkiem biura ochroniarz, który palił papierosa, przywitał mnie skinieniem głowy. Nikomu się nie melduję, gdy wchodzę lub wychodzę. Budzenie ochroniarza, który śpi w swojej budce przy dźwiękach ujadania bojowego jamnika, doprowadziło do niepisanego paktu między mną i obsługą budynku. Don’t ask, don’t tell.

Wyjazd na Pixel Heaven się opóźnił. To normalne, już nawet się nie złoszczę, że ludzie nie stawiają sobie bycia na czas za punkt honoru. Zahaczyliśmy jeszcze o moje mieszkanie, gdyż przejęty pakowaniem piór zapomniałem papierosów, a tkwiąc od miesięcy w stanie bankructwa, muszę być ostrożny z folgowaniem swoim nałogom.

Podróż minęła bez większych wydarzeń. Droga Łódź-Warszawa po nowozbudowanej autostradzie jest szybka i nudna jak dania w budach McDonalda. Jedynej rozrywki dostarczył nam teleportujący się Węgier, który przeciął nasze koordynaty czasoprzestrzenne, gdy zatrzymaliśmy się na siku. Madziar pojawił się na chodniku i natychmiast zaofiarował nam okazję – noże kuchenne za jedyne 200 PLN. Metal zaoferował 15 PLN, na co cena spadła do 150 PLN. Targu nie dobito, a sprzedawca, korzystając z naszej nieuwagi, zniknął. Podobno widziano go obok stojących nieopodal tirów.

Odlałem się w krzakach obok darmowej toalety, ponieważ JP100%!

Parking obok miejsca, w którym miała się odbyć impreza, był zatłoczony. Wiedzieliśmy, że trafiliśmy na miejsce, obserwując znaczne nasycenie warszawskich ulic modelem samca, lat 27-40, ubranego wyjściowo w modelu tiszert/dżins, ironiczny zarost fakultatywny.

Innymi słowy, my. Nasi ludzie na ulicach, dookoła. Mogliśmy poprawić średnią, ale Olka powiedziała, że idzie Gdzie Indziej. Nie wiem, czy Gdzie Indziej to popularny klub, ale nie pierwszy raz słyszałem o nim z ust niewiasty.

* * *

I jesteśmy. Dookoła ludzie i hałas. Bilety kupiliśmy w drodze, więc jest dychę taniej na łebka. Do standardowego „badża” otrzymaliśmy gazetki, ale swoją zgubiłem dosłownie w minutę, nawet nie wiem, jak tego dokonałem. Nie będzie więc w tym tekście jej recenzji, poza stwierdzeniem, że jest ekstremalnie zgubywalna.

Impreza ma też program. Są różne gry i konkursy, przemawiają rozmaici matuzalemowie mediów komputerowych, są zaplanowane koncerty. I mam pewność, że nie zobaczę niczego z części oficjalnej. Powinienem iść i to wszystko oglądać, przyjechałem w sumie pod pretekstem uprawiania dziennikarstwa internetowego.

Organizatorzy stają przed problemem wbudowanym w samo jądro imprezy, której tematem jest technologiczne retro: duża część „naturalnej” widowni rekrutuje się z okolic demosceny komputerowej, a demoscena komputerowa nie jest na serio zainteresowana starymi komputerami. Ba, kiedy nadszedł schyłek „starej” sceny, dominującym hasłem zlotów było „Bo scena to nie tylko komputer”.

Ktoś bardziej cyniczny mógłby to przetłumaczyć jako „jak się tu najebać”.

W samym akcie upijania się wśród starych znajomych nie ma niczego złego, gdyby nie to, że niektórzy starają się odgrzać wspomnienia nastoletniej konsumpcji: rzucania butelkami, łapania przypadkowych pań za tyłki, bluzgania na starsze osoby i robienia ogólnego chlewu. Wtedy od razu chcę wyjść z kina, ale jestem tchórzem i sam przechodzę w tryb „kim ja jestem, żeby zwracać uwagę elicie sceny”. Wzruszam ramionami i staram się nawigować z daleka od ludzi, którzy zerwali się z paska dorosłości.

A kiedy jestem już bardzo zmęczony, idę na spacer.

* * *

Rozkopany brzeg Wisły wyłożony był betonowymi płytami, których układ przypominał przegraną sesję Tetrisa. Usiedliśmy na jednej z nich, tej w kształcie „L”, która idealnie nadaje się do ukrycia kontrabandy piwnej, uzyskując widok na bawiącą się na brzegu młodzież i stadion piłkarski, w miarę nowy model z Euro 2012 w biało-czerwoną szachownicę.

Zabawne, że człowiek czasem musi przejechać kilkadziesiąt kilometrów, zapłacić po 40 PLN od łebka, żeby iść gdzieś na betonowe płyty i porozmawiać o życiu z kimś, do kogo spacerem z biura mógłby dojść w 20 minut, góra.

Może to efekt Stolicy? Obaj mamy tu swoje historie, zasypane już piaskiem i obsiane brukwią. „Pamiętasz, kiedy jeszcze było dobrze” — a on protestuje — „Przecież jest dobrze”. Nie musi mnie oszukiwać, nikt, kto pije Łomżę Miodową, nie może mieć dobrze.

* * *

Robię kolejne podejście do party place. Przechodzę szybko rzędami, rzucając okiem na rozstawiony sprzęt. Sekcję Amigową szybko pomijam – wszystko wiem, wszystko znam, a pewnie ¼ wystawionego sprzętu stała u mnie w biurze, żebyśmy mogli grać w SWOS-a.

Znajduję za to Commodore 128D, komputer, który do dziś jest dla mnie najpiękniejszą szybkoliczącą maszyną, jaką wypuszczono w świat. Samo C128[D] było klapą. To tak jak z drugim albumem kapeli, która zadebiutowała genialną płytą dopieszczaną przez lata. Zrobić ośmiobitowy komputer po Commodore 64 to ciężka sprawa.

128D to mój DeLorean. Nie tylko przenosi mnie w przeszłość, ale też trzeba być prawdziwym koneserem, żeby rozpoznać technologiczny łabędzi śpiew.

Nigdy nie siadam przy moim wymarzonym komputerze. Rzucam mu tylko przelotny uśmiech. Wymyśliłem sobie, że będę w niego klikał, kiedy już zdobędę własny. Drogą zakupu, wyłudzenia lub morderstwa. Dzięki temu mam po co żyć.

Commodore
128D

* * *

Jedną z tradycji demosceny jest wynajdywanie miejsc położonych niedaleko właściwej imprezy, nadawanie im marketingowo słusznych nazw i zajmowanie ich w celach konsumpcji i wandalizmu. W tym przypadku był to niedaleki murek ogrodzony od ulicy krzakami, nazywany Pixel Hell.

Szukałem znajomych, a znalazłem coś lepszego. Pośród małego zgromadzenia klęczał Jon Hare i podpisywał seryjnie podsuwane mu pudełka gier, które jego firma, Sensible Software, wyprodukowała w złotych latach Amigi. Ominąłem tłumek i przez murek podałem mu rękę, a kiedy on — przyzwyczajony do fanów — odwzajemnił mój uścisk, powiedziałem to, co zawsze chciałem mu powiedzieć.

— Zniszczyłeś mi życie, Jon.

Mój angielski przełączył się w tryb „praktycznie zrozumiały” i zacząłem tłumaczyć, jak bardzo pochłonęła mnie wyprodukowana przez niego gra. Ile czasu, energii i wagarów kosztowało mnie rozpracowanie strzałów z trzech czwartych boiska, które wyciągały mnie z meczowych tarapatów.

— Dobry byłeś w SWOS-a? – zapytał.

— Tak myślałem, przynajmniej do czasu, kiedy nie zagrałem z ludźmi spoza mojej dzielnicy.

— Nie martw się – odpowiedział – w zeszłym roku zaproszono mnie na turniej w Niemczech i przegrałem wszystkie mecze.

Ha ha, śmiejemy się jak starzy koledzy. Część mojego mózgu próbuje mi wytłumaczyć, jak surrealistyczna jest sytuacja, w której plotkuję sobie z ikoną gier komputerowych, a on opala mnie z fajek.

Czas na ostateczne uderzenie. Mówię więc, że skoro już jestem w tej komfortowej sytuacji, to mogę też zmazać jeden ze swoich grzechów. Przyznaję się więc, że pomogłem skrakować jedną z wersji SWOS-a. W mojej obronie stają otaczający nas słuchacze – tłumaczą zmiany w prawie autorskim, dysproporcje w dochodach, brak dostępu do oryginałów, ogólną nieświadomość konsumentów itd. Znów wszyscy się śmieją, grzechy zostały odpuszczone przez najwyższą instancję. Hare sięga po kolejnego papierosa z mojej paczki, nachyla się do mnie i mówi:

— Teraz jest mi trochę mniej przykro, że zniszczyłem ci życie.

* * *

Ruszam znów na spacer. Muszę ochłonąć. Niedaleko znajduje się jakiś niezasiedlony budynek biurowy, którego schody idealnie wprost pasują pod mój tyłek. Siadam więc, rozkoszując się ciszą. Pociągam elektrolity z butli, jestem stary i zmęczony.

Z przeciwnej strony nadchodzi jakaś osoba, która po tym, jak zauważyła mnie na schodach, zaczyna powoli skręcać. Ojej, czy znów będziemy musieli odtańczyć taniec „Poznajesz mnie?”. W tym tańcu nigdy nie znam kroków i nie poznaję wielu ludzi, z którymi spędziłem wiele czasu, lata temu. To krępujące.

Osoba jest obca, pyta, czy może się przysiąść. Pewnie, że może. Moje zasady poznawania nowych ludzi są proste: jedna osoba, dobrze; dwie osoby, ech; trzy osoby, chcę wyjść. Siedzimy sobie na tych schodach, patrząc na kończący się powoli dzień, i rozmawiamy o demach. Zaczyna się od „w moich czasach mieliśmy tylko kamień i sznurek, a zobacz, jakie efekty się robiło”, tezy, z którą niezupełnie się zgadzam, ale potem znajdujemy równowagę między szacunkiem do tradycji i nadzieją, którą niesie przyszłość.

Zapytałem, chyba nawet bardziej siebie, czy my, którzy mamy tendencje do utyskiwania na współczesność, zrobiliśmy cokolwiek w sprawie edukacji tych, którzy przyszli po nas. I czy w ogóle jest jakaś szansa na powołanie tradycji, skoro wszystko, co mamy, to raptem trzydzieści lat komputeryzacji.

Nie znajdując odpowiedzi, wracamy na imprezę.

* * *

Znów biegam między grupkami znajomych, wypijam trochę wódki w krzakach z Jonem, ale moje wkurwienie z poranka zaczyna powoli sączyć się do krwiobiegu. Wszyscy są radośni, lekko pijani, wdychają ciepłe powietrze letniego wieczoru i rozmawiają głośno, poklepując się po plecach i udach.

To nie miejsce dla ludzi, którzy wydali już wszystkie żetony społecznej integracji i nie są zatankowani etanolem.

Znajduję knajpę i pytam, czy mają zwykłą, czarną herbatę. Mają. Osiem polskich nowych złotych. Trudno, azyl zawsze słono kosztuje. Wbijam się w ławkę na końcu sali, wydłubuję notatnik i staram się zrobić szkic notatki, zamiast której napisałem to, co czytacie.

Nagle zza rogu wychyla się głowa znanego scenowca.

— Opi, ty pracujesz?

— Nie, nie. Próbuję notatkę zrobić. Twój brat przywiózł mnie tu z takim przykazem. – Mówiąc to, pokazuję mu gestem notatnik z rzędami krzywych zdań.

— Jak to, zapisujesz tak? Na papierze, długopisem?

— Piórem. – Unoszę w jego kierunku stalówkę czerwonego pióra w wisienki.

Przez jego twarz przewija się wyraz autentycznego obrzydzenia. Widząc ten grymas, przez chwilę tracę dar mowy, a kiedy go odzyskuję, jestem znów sam. Tylko ja, notatnik i jakieś chujowe techno, które pozwala kucharzom przeżyć wieczorny dyżur.

* * *

Kiedy wreszcie udało się nam zebrać do odjazdu, nasza grupa wprost promieniała szczęściem. Odskocznia, stare, dobre czasy. Rozumiałem ich, ale te pozytywne emocje jakoś się mi nie udzieliły. Fatalnie jest jechać na imprezę w podłym humorze i zepsuć sobie samemu frajdę.

W drodze powrotnej zatrzymaliśmy się na stacji. W dwóch podejściach zakupiłem kawę dla Oli i po hot-dogu dla powoli usypiających na tylnych siedzeniach przyjaciół.

Pan na kasie powiedział, że „będę panu winien trzy grosze”. Zgodziłem się i powiedziałem, że upomnę się, gdy będę następnym razem.

Pewnie za rok.

IMG_4622


Korekta: Bianka Kowalewska
Zdjęcia: Świnioklub Schizerstwa Polskiego

PS. A czy Ty wiesz, że jest coś takiego, jak BeSquare, gdzie nadaję retro muzyczkę? Zacznij słuchać już dziś!


Kto zna języki ten ma wyniki

Życie gracza w pionierskich czasach komputerów było ciężkie. Czasem wstawałem dwa dni wcześniej, żeby zacząć ładować grę z kasety. Szanse na sukces były znikome, ale i wiara wielka. Potem sprawy obrały lepszy obrót i na popularności zyskały dyskietki.

Dzięki dyskietkom gry nie wczytywały się dużo szybciej.

Często gęsto gra nie mieściła się na jednej dyskietce. Czasem na dziewięciu. Rekordzistą był Quake I, który w pirackiej wersji zajmował dziewięćdziesiąt osiem dyskietek DD. Wraz ze wzrostem ilości dyskietek malała szansa na ukończenie gry. Przelicznik szedł mniej więcej tak:

1 dyskietka — nie ma problemu, pograsz.

2 dyskietki — prawdopodobnie pograsz.

3 dyskietki — rozważ zwycięstwo w zakładach sportowych Lotto.

> 3 dyskietki — przynajmniej jedna będzie uszkodzona przez kolegę, usiądziesz na niej, zalejesz ją keczupem i w ogóle zapomnij.

Nie tylko jednak świat materialny stawał nam na drodze do rozkoszy bycia graczem. Były też problemy intelektualne. A czasem w koordynacji ręka/oko. Głównie jednak dyskietki i znajomość języków zwanych obcymi.

Kiedy połączyć te dwa problemy to dostajemy gatunek gier, który ukochałem, gry przygodowe.

Gry przygodowe były morderczym połączeniem gór dyskietek (element fizyczny: co się psuje) z narracją polegającą na popkulturowych żartach, idiomach i powiedzonkach, które rozumieją tylko i wyłącznie ludzie wychowani w anglosaskiej kulturze. Czyli nie my w 1991.

Gry przygodowe były jak czekoladowa marihuana, palisz ją i zaczynasz cierpieć z powodu „gastrofazy” — wtedy zdajesz sobie sprawę, że smakuje jak czekolada, więc palisz jeszcze.

Spędzałem godziny grając w „przygodówki”. Najwięcej zdrowia i serca pozostawiłem jednak na karaibskich wyspach, gdzie wcielałem się w rolę Guybrusha 1, młodego potencjalnego pirata odbywającego bezpłatny staż w branży. Twoim zadaniem jest: skradzenie skarbu, zakochanie się w Gubernator Marley, wykopanie skarbu, pokonanie mistrza miecza 2, kupienie statku, skompletowanie załogi, odbicie ukochanej z rąk zombie-voodoo-kompletnie-złego pirata LeChucka.

Monkey-Island-SE-Wallpaper

W skrócie.

Mimo to serce automatycznie podskakuje mi z radości, gdy słyszę muzykę, która rozbrzmiewa po wczytaniu gry (oryginał, cover Press Play On Tape i [Meets Metal](http://youtu.be/lEHIwxGA17Y.

Jeśli mnie pamięć nie myli to pierwsza część mieściła się na czterech dyskietkach, co znaczyło, że prędzej czy później utkniesz gdzieś w środku zagadki. O ile nie utkniesz podczas rozwiązywania samych zagadek. Co przytrafiało mi się częściej, niż powinno.

Oto moje dwa „ulubione” zacięcia, każde z nich zajęło przynajmniej miesiąc.

Otis i guma o smaku grogu

scummvm00580

Otisa poznajemy jako więźnia na Scabb Island. Siedzi za kratami, marudzi i strasznie wali mu z pyska. Mówi, że to kwestia więziennej diety, której głównym składnikiem są szczury. Wymyśliłem sobie, że muszę go uwolnić (albo wydudkałem: wydedukowałem dukając obcy język). Niestety, Otis prosił o jakiś plik, którego nie mogłem znaleźć nigdzie na wyspie. Próbowałem mu podarować wszystkie kartki, które znalazłem, ale on tylko opryskliwie pytał, co ma niby z tym zrobić.

Pisałem kiedyś o tym, że najgorzej jest się źle nauczyć? Pisałem. Skąd pochodziła moja cała znajomść języków obcych? Z kreskówek i programów. I wszyscy wiedzą, że słowo „file” znaczy plik.

Znaczy też pilnik.

A Otisa nie uwalnia się nawet tym pilnikiem, kompletne oszustwo.

Bar, metronom i hipnotyczne banany

Wyobraźcie sobie sytuację. Znajdujecie się nad brzegiem wodospadu, który z jakichś powodów wyposażony jest w kurek. Kurka nie da się przekręcić ręką ani niczym, co posiadasz obecnie w swoich n-wymiarowych kieszeniach. Chodziłem więc od jednego końca wyspy po drugi, żebrząc o narzędzia hydrauliczne. Nikt się nie przyznawał do posiadania owych.

Wreszcie ktoś z moich kolegów się zlitował i podpowiedział: Idziesz do baru, gdzie na pianinie gra małpa. Widzisz metronom wybijający rytm? Zasadź nań banana, którego znalazłeś wcześniej. Wzrok małpy podąży za bananem i w efekcie otrzymasz zahipnotyzowanego grajka. Schowaj go do kieszeni. Spokojnie, w przyszłości, grając w Simon The Sorcerer, schowasz drabinę do kapelusza, małpa w kieszeni to zero wyzwania.

Zanieś małpę nad brzeg wodospadu. Użyj małpy na kurku.

Hej, właśnie dowiedziałeś się, co to jest monkey wrench!

  1. taki dżołk, animowane pędzle na Amidze miały rozszerzenie .brush (ponieważ DOS i 8+3 saks, ha ha) i animacja przyszłego protagonisty nazywała się guy.brush
  2. na docinki, to materiał na osobną notkę prawie

Poważnie nie na żarty

Zając

Przez zielony las skacze sobie zajączek i podśpiewuje wesołą przyśpiewkę:

— Pojebane misie, pojebane misie.

Nagle przystaje w pół słowa. Zajączek zdaje sobie sprawę, że z nieznanych nauce powodów potrafi nie tylko myśleć abstrakcyjnie, ale posiadł też zdolności lingwistyczne. Wyciągnął przednią łapę i niezgrabnymi ruchami narysował na piasku kilka symboli.

Wyprostował się i spojrzał na swoje dzieło. W jego mózgu ułożyło się zdanie: „Nieźle przejebane!”. Podwójne przekleństwo.

Na polanę wkroczył miś, grzecznie odchrząknął i zapytał:

— Co mówiłeś zającu?

— Co to za różnica? Nie rozumiesz misiu, ktoś nam dał dar mowy i myśli tylko po to, abyśmy stali się marionetkami w jego rękach; narzędziami do opowiadania historii, puentą, wyrażeniem opinii autora.

— Hmm — zamyślił się miś — wszystko to, co mówisz, jest prawdą. Mimo to odpowiada mi moja rola antropomorficznej personifikacji bezmyślnej przemocy.

— Nieźle przejebane — pomyślał zajączek kiedy światło jego życia gasło w wyniku dekapitacji.

Majty

Do knajpy wchodzi Polak, Rusek i Niemiec. Zamawiają dwie wódki i trzy piwa. Siadają przy stole i zaczynają rozmawiać o swoich żonach, ponieważ komediowe historyjki do opowiadania muszą wspomagać heteronormatywną komórkę społeczeństwa, rodzinę.

Zaczyna Niemiec:

— Moja Stara, to ma taką wielką dupę, że jak siedzi na kanapie to najwyżej dwa jamniki mieszczą się jej po bokach.

Po czym podejmuje Rusek:

— Phi, moja Stara to jest dopiero…

Tu przerwał mu Polak:

— Słuchaj, nie uważasz, że to idiotyczne tak siedzieć i gadać o dupach? Powiedz lepiej co Wy, obywatele Rosyjscy, macie zamiar zrobić z erozją instytucji demokratycznych w Waszym kraju. Sytuacja na Krymie powoduje napięcia wśród europejskich koalicjantów, mimo obrazu jedności każdy kraj ma indywidualne cele i potrzeby: ekonomiczne i wizerunkowe. Coraz ciężej będzie nawigować pomiędzy geopolitycznymi interesami możnych. Chcemy Wam pomóc wyprowadzić Wasz region na prostą, zanim przyjdą Indio-Chiny i zjedzą naszą gospodarkę. I fakt, Twoja stara ma wielką dupę.


Czarnobyl

Każde pokolenie ma swoją muzykę, swoje kino, swój styl ubioru. Niektóre mają nawet własne katastrofy. Mam „przyjemność” być członkiem klubu, który z rozżaleniem wspomina ten dzień, w którym pani pielęgniarka karmiła nas płynem Lugola. Dzień awarii w elektrowni atomowej w Czarnobylu, najfajniejszej — bo futurystycznej — katastrofy ostatnich lat. Żadne tam powodzie, czy wybuchy trotylu. Radiacja, jak w komiksach.

Dziś Czarnobyl jest miejscem pielgrzymek ludzi, którzy chcą nacieszyć oko rozkładem. I nie potępiam tego. Człowiek żyjący w świecie, gdzie większość jego wyborów zawiera się między „serek z kulturami bakterii żeby się dobrze robiło kupę” czy „serek z mleka hipsterskiego ssaka” ma prawo chcieć zobaczyć jak będzie wyglądał świat kiedy to wszystko wreszcie pierdolnie.

„Bo pierdolnąć musi!” — myśli do siebie człowiek, jedząc kozi ser.

Zapraszam was na krótki wypad voyeurystyczny. 1 Nie musicie nawet przykładać oka do dziurki od klucza: dostarczamy wam porno–zniszczenie w ładnych plikach kropka jpg.

DSCN0200

DSCN0215

DSCN0235

DSCN0266

DSCN0300

DSCN0329

DSCN0425

DSCN0468

DSCN0478

DSCN0535

DSCN0542

DSCN0567

DSCN0477

DSCN0678

DSCN0723

DSCN0760

DSCN0788

konsola

zawory

misie

widok_na_las

karuzela

dalekopis

okno_na_swiat

ciezarowka

dokumenty

samochodziki

DSCN0199

Autorzy

Chciałbym podziękować autorom fotografii za udostępnienie mi ich na potrzeby tej notki. Autorami zdjęć są:

Lubisz rozpad? Możesz zerknąć na jeszcze jedną moją notkę o podobnym temacie.

  1. Nadal nie jestem pewien, że to jest wyraz.

Wszyscy powieszeni w galerii

Ostatnie dwa dni pomagałem w przygotowywaniu instalacji artystycznej potrzebnej mojej przyjaciółce do obrony pracy dyplomowej. Dziś miałem okazję nadziać się przemykające się po korytarzach gromadki profesorów, którym przypadło zadanie przepytania dyplomowych petentów z „co autor miał na myśli” i „ile sztuki w sztuce”. Zawsze zastanawia mnie, co można powiedzieć o kolekcji fotografii wykonanych szerokokątnym obiektywem.

Kiedy ktoś pyta mnie o motywy wyprodukowania kawałku tekstu lub zdjęcia zwykle wymieniam „fajne”: fajne kolory były, fajny pomysł miałem, było fajnie. Kiedy słucham studenta, odpowiadającego na pytanie o swoje dzieło mam wrażenie, że odpowiedź „zrobiłem, bo mi się podobało” jest praktycznie przyznaniem się do amatorstwa, a może nawet umysłowej cepelii. Jak to? A gdzie dramat ludzkości na przełomie wieku? Galopujący dysonans przecięty czarnym ostrzem monochromatycznej fotografii?

Aleksandra
Korszuń

Nie słucham nigdy zbyt długo, cierpię na schorzenie, które można opisać jako cyniczna empatia. Czuję wewnętrzne konwulsje słuchając umysłowego galopu artysty, to moja empatyczna część. Ta cyniczna widzi, że to taki teatr pozorów: pytania są tak samo bez sensu, jak i odpowiedzi. I znów przełączam się na empatię: czuję, że wszyscy robimy się tu w chuja.

Jestem sceptyczny co do procesu tworzenia, który sugeruje takie odpytywanie. Nikt nie myśli: wykonam pięćset, może sześćset kroków, a kiedy usiądę na ławce, to będzie spacer do parku. Przespacerowałem się w ramach protestu przeciwko zanikającej zieleni miejskiej, co łatwo odczytać z faktu, że siedzę w parku i palę fajkę.

Bez wątpienia wszystko ma swoją myśl założycielską. Nie jest to zwykle coś wybitnego, coś, co jest gotowe do podania wprost z mikrofali. Raczej kawałek pomysłu, który rzucasz na stół i okładasz swoim artystycznym narzędziem tak długo, aż przez przypadek lub w wyniku „skradzenia” dostateczniej ilości dobrych, już wykonanych, pomysłów masz coś swojego. Teraz możesz do tego dopisać mit i już masz sztukę, a nie hobby!

Przykładowo, moja poprzednia notka o pamięci. Emil staje w obliczu przemijającego życia, które jest odmierzane przez cyfrowe serwisy archiwizujące bezlitośnie jego porażki. A tak na serio: idąc do domu, zapisałem to „zdanie”.

Notatka z
Keep

Ktoś pomyśli, że jestem niesprawiedliwy wobec sztuki. To samo myślałem kiedyś na zajęciach z plastyki. To był tydzień, czy może miesiąc, pierwszych prób wyłożenia ekoświadomości młodym ludziom, którzy nie mogą dawać mniejszego faka. Praca miała mieć oczywiście temat związany ze zmianami w ekosytemie. Spędziłem dobre 40 minut, walcząc z najbardziej żałosnym zestawem farbek, które składały się głównie z kurzu i wody. Pracowałem uczciwie, a siedzący obok mnie przyjaciel gadał coś o masturbacji albo Terminatorze. Może o obu rzeczach naraz. Kiedy pani plastyczka rzuciła „proszę pokazać prace”, Marcin umoczył pędzel w czarnej farbie i w przeciągu dziesięciu sekund narysował słońce, razem z oczkami i buzią, która była wykrzywiona.

– To oddasz? – zapytałem.
– Jasne, wkurwione słońce – odpowiedział.

Stał za mną w kolejce do oceny. Trzymałem mój malunek, który ze względu na ilość wody, miał kształ blachy falistej i równie dobrze komunikował ekologiczne zagrożenia. Dostałem trzy plus. Podszedł Marcin i usłyszałem:

„Cóż za ekspresyjne dzieło, nie myślałem, że potrafisz patrzyć tak perspektywicznie, Marcinie. Ciemne słońce niszczy naszą planetę, niejako w geście zemsty! Piątka!”

Może noszę tę zadrę zbyt długo w sercu. Może sztuka to totalna bzdura.


Pamięć absosmutna

Im bardziej przyszłość staje się naszą teraźniejszością, tym mniej przeszłość zostaje w cieniu historii. Brzmi jak bełkot, prawda? To moja hipoteza, którą wydumałem, robiąc ostatnio porządki na dysku laptopa.

Emil sprzed 25 lat istnieje głównie w podaniach i na kilku zdjęciach uwieczniającego go jako uczestnika zdarzeń. Emil sprzed dziesięciu lat zostawił już lepiej widoczny odcisk. Kilka rzeczy, które budował, działają do dziś. Różne serwisy archiwizujące zawartość Internetu pozwalają wydłubać jakieś doskonale suche teksty.

Emil sprzed roku, około popołudnia, szedł sobie w kierunku Castoramy, witając pierwszy prawdziwie wiosenny dzień 2013. Mogę nie tylko sprawdzić jego „każdy krok”, ale nawet zerknąć na to, co widział.

![śniek](https://fuse.pl/beton/wp-content/uploads/2014/03/snow.png)

Wracając do sprzątania na dysku, ważyłem poszczególne foldery w Dropboksie. Katalog Camera Upload, którego chyba nigdy wcześniej nie otwierałem, ważył kilka giga. Zerknąłem do środka, wybrałem pierwsze zdjęcie z brzegu i zacząłem rytmicznie naciskać spację.

Impreza za imprezą, wyjazd za wyjazdem, przeprowadzki biura, spotkania i rozstania. Uwiecznione, poukładane, z metadanymi wskazującymi długości i szerokości geograficzne. Wiele rzeczy, których nie warto pamiętać, kilka, które wolałbym zapomnieć.

Nie tylko zdjęcia i mapy powodują, że mogę postawić znak równości między wczoraj a dwa lata temu. Każdy serwis internetowy buduje sobie awatar na moje podobieństwo i stara się, abym pamiętał.

„Cześć, jestem kolejnym śmieciowym e-mailem z LinkedIn. Chcesz się może zakumplować z tym gościem, co robiłeś biznes, który tak spektakularnie się wyjebał? Nie? Przypomnę Ci pojutrze!”.

„Możesz znać także: Była dziewczyna, chłopak byłej dziewczyny, uciążliwy kolega z dawnych lat, który ciągle stara się zaprosić cię na piwo, mimo że nie masz mu nic do powiedzenia”.

W dyskusji o prywatności pojawia się czasem opinia, że należałoby dać obywatelowi opcje do „bycia zapomnianym”. I jest to bardzo słuszna koncepcja, mogę sobie wyobrazić, jak wyglądałyby moje cyfrowe wspomnienia, gdyby przez całe moje nastoletnie życie każdy mógł strzelić mi fotkę, nagrać klip, a każda sprzeczka została zarchiwizowana w brzuszku Faceboga.

Nic nie stoi też na przeszkodzie, żebym wyłączył synchronizację zdjęć, żebym wyłączył usługi lokalizacyjne na telefonie, kasował z kontaktów ludzi, z którymi nie mam zamiaru się już stykać. Przynajmniej nic racjonalnego. Irracjonalny facet w mojej głowie mówi, że „w przyszłości się może przydać” i obaj wiemy, że to kłamstwo, ale na tyle dobre, że mogę w nie uwierzyć.

Idealnie zachowana historia zabija nostalgię. Pamiętasz, jak w przeszłości byłeś szczuplejszy, ładniejszy, pisałeś bardziej ambitny kod i mniej piłeś? No, fotografie i repozytorium kodu mówią co innego.

W rysunkach satyrycznych często używana jest postać, która otoczona armią butelek „pije, by zapomnieć”. Postuluję zmianę puenty: „Pije, bo pamięta.”


Krótki róg

drogaDlugaJest

Nosiłem się z zamiarem napisania wielkiego tekstu o piłce nożnej. Ilekroć wracałem do tego pomysłu, z notatnika przyglądały mi się litery, które układały się w wielkie „nie uda się raczej”. I raczej się nie udało. Nie umiem skompresować tej wiedzy – jakże zbytecznej – otwierając truizmem o popularności sportu wynikającej z niewielkiej ilości sprzętu potrzebnego do jego uprawiania (podpowiem: starczy piłka), wplatając w to opis holenderskiego futbolu totalnego, przecinając studium socjologicznym o stadionowym chuligaństwie, i kończąc – no, nawet w notatkach nie dobrnąłem do zakończenia.

Mogę jednak napisać o jednym.

Większość z nas zaczyna karierę piłkarską od aklamacji dowolnego placu, którego nachylenie nie przekracza „TIR by nie podjechał zimą”. Po aklamacji dzielicie się na dwie drużyny, a w tych drużynach na role. Jak wszyscy neofici padacie ofiarą narracji sukcesu. Aby uzyskać prawdopodobny skład takiego kolektywu należy policzyć uczestników, usunąć z tak uzyskanego zbioru jednego, a potem nazwać ich wszystkich napastnikami. Napastnik, szpica, snajper, dziesiątka. Każdy chce być dziesiątką, Messim, Pele, Ronaldo, twarzą z okładki, katem drużyny przeciwnej. Tą jedną osobą, którą wyjęliśmy poza nawias, jest bramkarz.

Bramkarza bardzo często rekrutuje się z nizin koleżeńskich. Ktoś za gruby, za brzydki, za chudy, ktoś, kto nie ma dobrych jeansów i jest raczej na doczepkę. Czasem, w sytuacji gdy wszyscy napastnicy-bramkostrzelcy zajmują zbliżoną pozycję w grupie wprowadzany jest system rotacyjny: co gol nowa ofiara.

Zostałem bramkarzem raczej w wyniku tego pierwszego. Miałem za to ukrytego asa w rękawie: zawsze chciałem być bramkarzem.

Chciałem być bramkarzem, bo nikt nie chciał być bramkarzem. Dla kogoś, kto unika konfliktów taka opcja wydaje się być manną z nieba. Byłoby jednak niesprawiedliwe, gdybym pominął wkład dziadka, który opowiadał mi o chłopakach z okolicy, którzy „stali na budzie”. O Młynarczyku, o Tomaszewskim. No i Genzo Wakabayashi.

Nie pamiętam szczególnie tych pierwszych meczy. Jestem pewien, że nie wiedziałem, co robię. Jednak robienie czegoś źle z olbrzymim uporem powoduje, że stajesz się lepszy. Po latach dochodzę do wniosku, że właśnie ten brak lęku przed kompromitacją w obliczu nowego był kiedyś moim zbawieniem.

Czym jest bycie bramkarzem? Najbrutalniej ujmując jesteś zawodnikiem, którego jedynym celem jest zablokowanie skórzanej kuli zanim przekroczy ona swoim całym obwodem linię narysowaną za prostokątem o wymiarach 7 metrów i 32 centymetry szerokości na 2 metry 44 centymetry wysokości. Musisz to robić zdecydowanie i starać się jak najmniej przy tym ucierpieć.

Jedno i drugie jest niemożliwe.

opi_hitBycie bramkarzem ma wbudowany fatalizm. Nie jest pytaniem, czy ktoś cię pokona, tylko kiedy. I jak wielka będzie przy tym twoja wina. Ten stary żart o saperze, który myli się tylko raz, zupełnie się nie przekłada. Podczas meczu możesz pomylić się nie raz, często katastrofalnie w skutkach. A im bardziej się mylisz, tym bardziej się wkurwiasz. A im bardziej się wkurwiasz, tym bardziej się dekoncentrujesz. I popełniasz kolejne błędy.

Nadchodzi jednak moment, kiedy to wszystko zaczyna nabierać sensu. Dla mnie tym momentem była pierwsza parada. Nie był to jakiś wybitnie mocny strzał i nie leciał daleko ode mnie. Pomyślałem do siebie „TERAZ!” i przewróciłem się w kierunku piłki z wyciągniętą ręką. Lecąc zamknąłem oczy. Piłka, jak to ma w zwyczaju, po napotkaniu ręki ubranej w najmodniejsze rękawiczki budowlane skradzione ojcu odbiła się i spokojnie wytoczyła na rzut rożny. Otrzepałem się i napotkałem wzrok kolegów z drużyny. Ktoś powiedział: Zrobiłeś to jak prawdziwy bramkarz!

Jak prawdziwy bramkarz!

Do dziś czuję, że to jedyny komplement składający się z słów „jesteś jak prawdziwy X”, który mogę przyjąć bez cynizmu. Wprowadziłem na nasze boisko Nową Jakość: bycie piłkołapem nie było już tylko zajęciem dla leszczy. Bycie bramkarzem znaczyło, że odbijasz piłkę w powietrzu!

Nigdy nie zaszedłem daleko w mojej sportowej karierze. Nie urosłem na tyle żeby być efektywny 1, nie byłem wystarczająco utalentowany, no i ostatecznie bitwę o mój czas wygrał komputer. Nigdy jednak nie zapomnę urywków meczy.

Kiedy wybiega na ciebie zawodnik przeciwnej drużyny, twoja obrona właśnie odkrywa, że to nie był najlepszy czas na dłubanie w nosie, a ty masz tylko te ułamki sekund na decyzję i piętnaście metrów kwadratowych obramowanej dziury do zakrycia. Więc biegniesz jak idiota, starając się wcisnąć pod buty napastnika tylko po to, żeby zobaczyć, jak unosi nogę do strzału. Piłka trafia cię jak pocisk i rykoszetem spada pod nogi drugiego z przeciwników, który podążył za atakiem. Pół pełznąc, pół idąc, na czworaka starasz się dopaść piłkę przed nim.

Zdeprymowany zawodnik, widząc nawiedzonego wariata pełznącego w stronę piłki, strzela z całych sił i chybia. Kładziesz się wtedy twarzą do ziemi i wdychając pełne płuca piasku myślisz do siebie: „kurwa, ale się udało”.

I chwile mniej chwalebne. Kiedy biegniesz po linii, mając w głowie potencjalną interwencję i nagle ktoś posyła piłkę w drugą stronę. Jesteś przegrany. Martwy. Prawdopodobnie strzelą ci też gola. Stanąłeś na „wykroku”, cały ciężar twojego ciała spoczywa na nodze, która nie jest teraz potrzebna do interwencji. Nigdy nie zdążysz na czas. Obserwujesz mijającą cię piłkę i łudzisz się, że jej adresat spieprzy tak jak ty. Ale nie. Strzela. Skurwysyn strzela piętką. Miał wystarczająco czasu, żeby się ogolić i zjeść obiad.

Najgorzej jednak dostać piłkę „za kołnierz”. Wybiegłeś przed pole bramkowe, chcąc przeciąć podanie, i nagle znajdujesz się w sytuacji, gdzie strzelec ma wystarczająco czasu, żeby posłać piłkę parabolą. Piłka minie cię w najwyższym punkcie i spadnie do bramki. I choćbyś nawet spektakularnie wybił się w powietrze, wyciągnął się jak struna i rozczapierzył palce, to piłka cię minie. Możesz też spróbować obrócić się i zacząć biec w kierunku gola, ale wygląda to komicznie i prawie nigdy nie działa.

Bycie bramkarzem jest jak bycie człowiekiem. Wszystkie twoje błędy zostaną wytknięte z nawiązką, wszystkie sukcesy będą uznane za „robiłeś, co do ciebie należy”, część porażek sprokurowali ci leniwi koledzy, a prawdziwa chwała przypada nielicznym.

Lepiej zostańcie napastnikami.

~~Tekst poszedł bez kurekty. Do tego nie działa mi połowa klawiszy i spędziłem część nocy czekając aż będę mógł napisać ‘t’ lub ‘h’. Frustrujące. Korektę przyjmuję drogą elektroniczną, a~~Korekta baj Kya + Shot. Za wszystkie przecinki i leterówki przepraszam z całego serca. Jeżeli lubicie historie z boiska to możecie rzucić okiem na inną notkę, Lato.

  1. choć mam o tym ciekawą anegdotę, którą może opowiem innym razem

Jedni pchają, inni ciągną

Rozważmy hipotetyczną sytuację: chcemy się napić z kolegą. Sytuacja ta jest hipotetyczna dla części z Was, dla innych to czwartek, 11:30. Mamy dwa scenariusze.

Scenariusz pierwszy

Wsiadasz w komunikację miejską, pokonujesz n przystanków. Wysiadasz. Wchodzisz na klatkę i łomocesz do drzwi. Kolega otwiera, a na pytanie o wspólne picie mówi, że jeszcze od wczoraj mu nie zeszło. Wracasz więc do domu, rzucasz palto i czekasz cały kwadrans. Zakładasz palto i wsiadasz w komunikację miejską. Wysiadasz, klatka, a kolega nadal to samo. Jaki debil.

Wracasz, wstawiasz wodę, zjadasz torebkę Sagi i wpijasz duszkiem wrzątek. Kierowca komunikacji miejskiej kiwa Ci głową i pyta, czy tam, gdzie zwykle. Tam. Tym razem nikt nie odpowiada. Jedziesz do szpitala na płukanie żołądka po herbacie Saga. Wsiadasz w komunikacje miejską, siedzący obok Syzyf kręci głową z dezaprobatą.

Dwa dni później kolega otwiera ci i zaprasza szerokim gestem. Wypijasz kolejkę i wsiadasz po kwadransie w komunikację miejską.

Scenariusz drugi

Wsiadasz w komunikację miejską, pokonujesz n przystanków. Wysiadasz. Wchodzisz na klatkę i łomocesz do drzwi. Kolega otwiera, a na pytanie o wspólne picie mówi, że jeszcze od wczoraj mu nie zeszło. Mówisz

– To weź zadzwoń jak ogarniesz, OK?
– Dobra

Kolega dzwoni i jedziesz się napić.

Pierwszy scenariusz ssał, nie tylko jako sposób na życie, ale także jako metodologia. W podobny sposób zachowuje się wiele aplikacji klienckich.

  1. Odczekaj interwał
  2. Sprawdź, czy jest nowa poczta
  3. Jest? Jeśli jest, zapisz. Nie? Idziesz na start, nie otrzymujesz \$200.

W drugi przypadku mówimy o Push. Pewnie zauważyliście, że Wasz mądrytelefon albo tablet piszczy niecierpliwie natychmiast po otrzymaniu wiadomości? To dlatego, że serwer po otrzymaniu informacji, które są dla konkretnego klienta informuje go o tym fakcie. Nie ma więc interwału pomiędzy przychodzącą wiadomością, a „świadomością” klienta o tym fakcie.

Gdybyście projektowali jakąś prostą aplikację, gdzie jest wyraźny podział między częścią serwującą dane, a klientem możecie wprowadzić proste modyfikacje, które pozwolą Wam uniknąć tej całej komunikacji publicznej via TCP/IP.

Serwer powinien móc zapisać ścieżkę „do oddzwonienia” dla konkretnego klienta. Kiedy pojawia się nowa informacja, serwer opakowuje nowe dane i przesyła je do klienta, który może natychmiast zareagować. Przykładowy dialog:

– Klient: Dzień dobry, to moje dane autoryzacyjne
– Serwer: OK, widzę. Czego?
– K: Jak pojawi się coś dla mnie to zapamiętaj, że masz to wysłać na http://bronikowski.com/flaszka/
S: Pamiętam. Idź już.

A potem:

– S: O, są nowe informacje o flaszkach, których wg dostępnych logów nie słałem do klienta. Gdzie to słać? A, tam.
– K: O, dane!

Notkę napisałem głównie żeby się zawstydzić, bo znów zaprojektowałem coś, co robi Pull. Jestem leniwym i durnym draniem, ale to już wiedzieliście.


16 do zajezdni

Wsiadam. Jedzie do domu. Przystanek przy białym kościele. Dwóch pijanych zrywa się do wyjścia. Trzeci siedzi. Próbują go przekonać, że jego dom jest geograficznie usytuowany w przeciwną stronę do ruchu tramwaju.

Negocjacje trwają. Po dwóch minutach wreszcie udaje się przekonać najbardziej zawianego, wysiadają a my ruszamy. Propsy dla motorniczego za cierpliwość.

Przystanek przy MNC. Tylimi drzwiami się gramoli się kolejna parka. Ten mniejszy szybciej, ten większy wolniej. Kiedy większy osiąga ostatni stopień grawitacja wygrywa i zaczyna wypadać przez drzwi, głową do tyłu.
Jego kompan łapie go za marynarę, a ja rzucam się ze środka tramwaju i wciągam go za rękę.

Uratowany ewidentnie uważa tę interwencję za zniewagę i chce się bić. Mówię, że nie mam czasu (wysiadam za dwa przystanki). Siedzący przede mną facet uśmiecha się i wymieniamy jakieś niezobowiązujące uwagi na temat przypierdolenia potylicą o przystanek.

Dobijam do mojego przystanku, razem ze mną wysiada rozmówca. Podchodzi do mnie, klepie mnie po plecach i mówi:

  • Masz refleks!
  • No, trochę mam.
  • Pewnie grałeś w ping-ponga.

A Ty (prze)siej: imapfilter

Co jest najlepszą rzeczą na świecie? Zgnieść swoich wrogów, zobaczyć ich u Twoich stóp i Inbox Zero. – Konan z księgowości

Uwielbiam e-maile. Czytać, ale przede wszystkim pisać. Dla poczty elektronicznej byłbym w stanie poświęcić wszystkie inne usługi.

Jakiś czas temu jechałem gdzieś pociągiem i wdałem się w konwersację o przedstawieniu teatralnym Terminator II, który używa wyimków ze sztuk Szekspira do opowiedzenia znanej wszystkim historii o gołym robocie w barze dla motocyklistów. Debatowałem z amerykańskim Koreańczykiem z Bostonu. Za każdym razem wyobrażałem sobie jak te dane zapieprzają po dnie Oceanu, te wszystkie EHLO i RCPT TO. Robię się niepoprawnie romantyczny wobec technologii, która zbliża ludzi i pozwala im się kłócić o trywialne popkulturowe rzeczy.

Do dziś mam w szpargałach swój pierwszy e-mail, który wysłałem do autora gry Fundation, Paula Burkey’a.

Ponieważ tak wysoko cenię sobie moją skrzynkę prowadzę nieustanną walkę o jej godność i cześć.

Ostatnio ostatecznie porzuciłem Gmaila jako operatora mojej prywatnej skrzynki 1. Zmiany w UI, a przede wszystkim zmiany w edytorze wiadomości nie pozwoliły mi zostać. To jak uczyć się całe życie kaligrafii i otrzymać kredkę świecową złamaną w ¾ długości i papier toaletowy do robienia notatek.

To zrodziło jeden problem: filtrowanie wiadomości.

Skrzynka u Googla rozwiązywała problem. Ustawiasz filtry i bez względu na sposób dostępu do e-maili (IMAP, czy też aplikacja) wszystko było „na miejscu”. Zwykłe konta pocztowe nie posiadają takiej funkcjonalności, a przy liczbie urządzeń na których czytam pocztę konfigurowanie wszystkich klientów byłoby robotą głupiego. Na szczęście rozwiązałem ten problem już jakiś czas temu: imapfilter to małe narzędzie napisane w Lua, które pozwala na „zdalne” filtrowanie kont pocztowych. Z małym, nerdowskim twistem.

Gdybym popatrzył w Wasze filtry to pewnie trafiłbym na większość w formacie:

„Jeżeli nadawcą jest X przesuń do Y”

To oczywiście sprawdza się doskonale dla ludzi, którzy nie biorą swojej poczty tak serio, jak ja. Na ten przykład przeczytane wiadomości zalegające w skrzynce są mi obrzydliwe. Tak samo jak wybieranie ich jak rodzynków z ciasta i zanoszenie do folderu z archiwum. I tu wchodzi nerdowski twist, plik konfiguracyjny imapfilter to po prostu kawałek kodu w Lua. To praktycznie taki DSL do filtrowania wiadomości.

current_year = os.date("%Y")
target_archives = "Archives." .. current_year
private.INBOX:select_all()
old = private.INBOX:is_seen() * private.INBOX:is_older(1)
old:move_messages(private[target_archives])

„Hej, znajdź mi wiadomości w Inboksie, które są przeczytane i starsze niż z dziś, rzuć je do Archives.2013 jeśli jest 2013, dzięki ziom.”

Czy macie święte soboty? Ja mam. W sobotę mam tylko jeden tryb, „pierdolę, nie robię”. Wskaźnik nieprzeczytanych e-maili spędza mi jednak sen z powiek. Na szczęście:

 day_of_week = os.date("%w")
 if day_of_week == 6 then
   gtfo = work.INBOX:is_unseen()
   gtfo:move_messages(work['GTFO'])
 end

Macie klienta, który pisze do Was na niewłaściwy adres? Jeżeli oba konta są zdefiniowane w konfiguracji możecie przesunąć e-mail pomiędzy skrzynkami. Jedyne ograniczenie cudów, których możecie dokonać ze swoją skrzynką to wasza wyobraźnia i znajomość Lua. Tak, to znaczy, że nie ma limitów. Wraz z pakietem imapfilter przychodzi konfiguracja, którą można bez problemu zaadaptować na swoje potrzeby. Jeżeli macie tak jak ja i spędzacie dużo czasu rozwiązując problemy, które nie istnieją poza waszymi głowami to macie zabawę, na przynajmniej jeden dzień. Jeżeli uważacie, że nie ma nic głupszego niż spalać godziny życia na budowanie systemów filtrowania poczty, które dałyby pierwszą erekcję panu Rube to potraktuj to jako krótką przygodę z Lua.

Dokąd stąd?

Strona projektu imapfilter Programming in Lua, książka do której zerkałem podczas dłubania Przykładowe konfiguracje: Prosta i trochę bardziej zawiła

  1. mam dwa adresy e-mail, jeden dla wszystkich, drugi dla bliższych osób

Widzę szuje więc szyfruję: encfs

Wróćmy na chwilę do szyfrowania. Pisałem niedawno 1 o kryptografii asymetrycznej i GPG. W artykule wspominałem jak kłopotliwym problemem w kryptografii jest system, który da się „odemknąć” znając tylko jeden sekret: hasło. Niestety, w normalnych okolicznościach zawsze dochodzi do zderzenia między ideami a rzeczywistością. Wyrazem tego ilorazu jest narzędzie, które chciałem dla Was pokrótce opisać.

encfs to krypto-pseudo-system-plików w przestrzeni użytkownika.

Rozwijając nieco to karkołomne zdanie, encfs umożliwia stworzenie wirtualnego napędu przez każdego użytkownika systemu, który nie został pobłogosławiony przez administratora systemu pełnymi prawami (nie jest w /etc/sudoers, nie zna hasła roota). Wszystkie pliki umieszczone w folderze zamontowanym przez encfs podlegają szyfrowaniu przy użyciu klucza, którym jest hasło ustawione przez użytkownika.

Praktycznie znaczy to tyle, że folder źródłowy zawiera pliki, których zawartość jest nie do odczytania dla osób postronnych 2.

Kiedy pierwszy raz trafiłem na to rozwiązanie pomyślałem, że będzie to praktyczne rozwiązanie pozwalające mi ukryć moje pliki wideo w których dinozaury pieprzą samochody 3 przed oczami postronnych osób, które trafią przypadkowo na mojego laptopa. Później zdałem sobie sprawę z jeszcze lepszego zastosowania: szyfrowanie danych w Dropboksie.

Dropbox używa szyfrowania danych, ale osobiście znajduję ich zabezpieczenie bezużytecznym: to oni mają klucze. Wiemy to z absolutną pewnością: gdyby nie mogli zerknąć do naszych danych nie mogliby też zbudować interfejsu webowego, gdzie mamy do nich dostęp. Bez względu na rodzaj stosowanej kryptografii Dropbox jest sejfem, który ma klucz pod wycieraczką.

Natura encfs daje nam idealne narzędzie, które możemy połączyć z Dropboksem i ukryć przynajmniej część informacji. Dodatkowym plusem jest fakt, że tak współdzielony katalog możemy bez problemu zamontować na drugim komputerze, a zmiany dokonane na nim propagują się idealnie.

encfs jest zwykle dostępny w repozytoriach Dobrych Dystrybucji. Może działa też na OS X via homebrew. Pewnie nie działa na Windowsie.

Po instalacji musimy się upewnić, że nasz użytkownik ma dostęp do grupy fuse. Możemy to sprawdzić w następujący sposób:

$  groups
emil cdrom floppy audio dip video plugdev netdev fuse scanner bluetooth

Teraz nie pozostaje nam nic innego jak stworzyć nasz szyfrowany system plików:

tmp $ encfs /tmp/zrodlo /tmp/szyfrowany_dysk [ref]zwróć uwagę, że ścieżki być absolutne[/ref]
Katalog "/tmp/zrodlo/" nie istnieje. Utworzyć? (y,n) y
Katalog "/tmp/szyfrowany_dysk" nie istnieje. Utworzyć? (y,n) y
Tworzenie nowego zaszyfrowanego wolumenu.
Proszę wybrać jedną z pośród niżej podanych opcji:
 wprowadź "x" aby uruchomić tryb konfiguracji eksperta,
 wprowadź "p" aby wybrać preinstalowany tryb paranoiczny,
 jakikolwiek inny znak, lub pusta linia spowoduje wybranie trybu standardowego.
?> p

Wybrano konfiguracje paranoiczną.

Konfiguracja zakończona. Tworzony system plików
będzie miał następujące własności:
Algorytm szyfrujacy system plików: "ssl/aes", wersja 302
Kodowanie nazwy pliku: "nameio/block", wersja 3:0:1
Długość klucza: 256 bitów
Rozmiar bloku: 1024 bajtów, włącznie z 8 bajtami nagłówka MAC
Każdy plik zawiera 8-bajtowy nagłówek z unikatowymi danymi IV.
Filenames encoded using IV chaining mode.
File data IV is chained to filename IV.
File holes passed through to ciphertext.

[...]

Nowe hasło EncFS: 
Potwierdź hasło EncFS:

Wybrałem konfigurację paranoiczną i Wy też powinniście. Manualna konfiguracja jest dla ludzi, którzy nie mają nic lepszego do roboty. Wolumin jest już zamontowany i szyfruje. Wszystkie pliki przegrane do /tmp/szyfrowany_dysk zostają odtwarzane w swojej zaszyfrowanej formie w /tmp/zrodlo.

tmp $ cd /tmp/szyfrowany_dysk/
szyfrowany_dysk $ dmesg > dmesg.txt
szyfrowany_dysk $ ls -l dmesg.txt 
-rw-r--r-- 1 emil emil 54881 gru 15 21:24 dmesg.txt
szyfrowany_dysk $ cd /tmp/zrodlo/
zrodlo $ ls -l
razem 56
-rw-r--r-- 1 emil emil 55329 gru 15 21:24 ppfVDlRysmXqpOOqaolF2kF7

A jak spiąć to z Dropboksem?

$ encfs ~/Dropbox/myp0rn ~/Documents/VeryImportant

I ot, cała magia. Jesteście teraz w posiadaniu „bezpiecznego” folderu, który może podążać za Wami ze wszystkimi plikami, który nie pokazalibyście Waszym Matkom.

Ta notka miała być moim debiutem w świecie demonstracji audio-wizualnych. Niestety po raz kolejny stchórzyłem słysząc własny głos. Pozostał mi tylko nieprzycięty i niemy materiał na którym demonstruję wszystko, o czym pisałem wyżej.

Możecie pobrać plik źródłowy lub rzucić okiem na YouTube.

EDIT (2014-3-12): Niezależny audyt EncFS wskazuje kilka problemów z aplikacją.

  1. „niedawno” biorąc pod uwagę cykl wydawniczy tego internetowego czasopisma
  2. „nie jest” to oczywiste kłamstwo, zawsze mogą Wam połamać palce prosząc o hasło
  3. Wujek Dobra Rada: nie googlajcie

Kocpiskr

Działo się to w najlepszej z krain. Krainie, gdzie pomarańcze są wielkie jak głowy, a głowy obywateli też są większe, wypchane pomysłami. Niedaleko granicy, w przytulnym studio pełnym kreatywnego rozgardiaszu, wygodnych foteli i sieci bezprzewodowych o identyfikatorach tak pomysłowych, że od śmiechu bolała głowa, pomieszczenie biurowe podnajmował biedny właściciel firmy rozbiegowej. Nasz bohater nie miał na świecie nikogo – żadnego mentora, żadnego kapitalisty wysokiego ryzyka, nawet liczbę ludzi w jego sieciach społecznościowych można było policzyć na palcach jednej ręki.

Niezrażony tym budził się ze snu, by zapadać w sen na jawie, sen o przyszłych sukcesach jego platformy do sortowania grochu: Kocpiskr. Wiedział, że każdy, nawet najmniejszy krok przybliża go do celu, dlatego z pokorą przyjmował przeróżne prace, do których zmuszali go inni właściciele firm rozbiegowych. Właściciel studia zamykał go czasem na noc w budynku, by produkował slajdy do prezentacji dla innych rozbiegowych firm, w które zainwestował ciężko odziedziczone dolary. Siedział więc tak, załamywał ręce, bo musiał pracować z PowerPointem, a brzydził się używać plebejskiego systemu Windows i pisał, składał, podkręcał memetyczność, wklejając rozmaite zdjęcia kotów.

Nigdy nie otrzymał za to słowa podzięki, nikt nie zaoferował mu swojej wizytówki.

Nocami, gdy zbierało mu się na łzy, czytał notki na blogach innych rozbiegowców, a tytuły mamiły przyszłością: „Twój pierwszy milion klientów”, „Podnoszenie cen zwiększyło dochód”, „Jedyna droga to IaaPaaSoM” 1. Och, być jak oni, ci, którym się choć trochę udało!

Pewnego pięknego dnia gruchnęła wiadomość: władca lokalnego inkubatora innowacyjności organizuje wielki bal, na którym będzie można poznać przyszłego inwestora. Wszyscy z dostatecznie dużą listą e-mailową powinni stawić się na wezwanie. Zapanował straszny rozgardiasz: chętni rozbiegowicze wydzierali sobie z ręki o numer za małe koszulki, potłuczono kilka par okularów bez szkieł, bardziej zaskoczeni próbowali po cichu i w kącie zapuścić w ekspresowym tempie ironiczny zarost. Gdy wiadomość dotarła do autora Kocpiskr, który dziś dostał wyrok pracy w kuchni, jego serce zabiło szybciej. Teraz albo nigdy!

Kiedy nakrywał do stołu dla innych najemców studia, zatrzymał się na chwilę przy gospodarzu. Ten zmierzył go od stóp do głów i szczeknął: Tak?

Bo ja – zaczął stremowany – chciałem też iść na bal, ten w lokalnym inkubatorze. Wydrukowałem nawet wizytówki – wyciągnął zza pleców szare zawiniątko i trzymał je przed sobą jak tarczę – i chciałbym poznać kogoś, kto pomógłby mi w rozwiązaniu światowego problemu nieprzebranego grochu.

Wydech.

Właściciel ułożył twarz w grzeczny gryśmiech, grymas uśmiechu, który komunikuje, że następne słowa, jakie wypowie, nie będą ani zabawne, ani nawet uprzejme.

– Ho ho, ty? Ukaż no nam swoją stronę, na której lądują żądni rozwiązań klienci! Ile masz nazwisk na swojej liście do beta testów? Słyszeliście? – zwrócił się do niemrawo zbierającej się gromady – Gość chce iść z nami!

– Jako kto? Rozbiegowicze nie potrzebują takich ludzi jak ty. Prawda, że napisałeś Kocpiskr w PHP? Ma sens, chujowy projekt w chujowym języku! – ocenił lokalny ekspert od estetyki programowania – Czasem miną tygodnie zanim napiszę jedną linię kodu. Sztuki nie należy popędzać! Na ramieniu, oprócz syrenki i kotwicy, wytatuował sobie maksymę swojego życia: „Code is poetry”. I wszystko, co koduje, się mu rymuje. Największy jednak jest ambaras, by nazwa klas była tej samej wody, co nazwy metody.

I gdy ośmieszała go lewa strona stołu, prawa zanosiła się śmiechem. Tak samo po zmianie polaryzacji. Na końcu było coś o tym, że nigdy nie znajdzie kapitalisty wysokiego ryzyka, z którym mógłby podzielić się akcjami, ale on już nie słuchał, myślami był przy rozbiegowym samobójstwie, spokojnej pracy w biurze pośród plotek i romansów, gdzie największym problemem jest odwieczny katar przekazywany sobie między działami.

Kiedy zapadł zmierzch, budynek opustoszał. Przy jednym ze stołów świeciła się lampka, przy nim siedziała zmęczona postać, która przeciągała palcem po zostawionej przez resztę liście TODO. Na brzegu stołu stał otwarty laptop. Odpalony edytor, niedokończona linia w index.php błyszczała na czerwono. Niedomknięty nawias, brak średnika.

– Ach, gdybym mógł iść na bal – westchnął do siebie – zamknąłbym wszystkie nawiasy, ponaprawiał wcięcia, miałbym cel.

Nagle rozległ się dźwięk dzwonka. Potem drugi. I głośne przeklinanie. Bohater podszedł do drzwi, przyłożył ucho i – nie słysząc dalszych hałasów – uchylił lekko.

Na progu stał jakiś facet i przyglądał się uważnie podeszwie swojego buta. Stojąc w tej pozycji, uniósł głowę i powiedział z wyrzutem:

– Co się pan gapisz, w gówno wdepnąłem.

– Kim pan jest, jeśli wolno zapytać?

– Możesz mi mówić Dem. De jak Deus, E jak Ex, Em jak Machina. Agencja pracy bezpośredniej zatrudnia nas do, jakby to powiedzieć, przekładania zwrotnicy torów, po których toczą się losy bohaterów. Chyba. Przynajmniej to mam w umowie-zleceniu.

– Aha.

– No tak właśnie. I chciałbym Ci pomóc, oferując to, co mogę najlepszego.

– Czyli?

– Praktycznie nic. Inni mają w budżecie sportowe samochody z warzyw i wyszukane ciuchy, ja osobiście specjalizuję się w cynicznych monologach. Pozwolisz, że zacznę od razu, jest późny wieczór, człowiek chciałby się napić i nie myśleć o pracy.

Dem przestąpił próg i pociągnął młodego kodera za rękaw, usadził go na pierwszym fotelu, wyciągnął papierosa, zapalił i przez chwilę popatrzył pół metra nad głowę swojej ofiary, jakby rozważając, gdzie najpierw ma zatopić nóż szczególnie cynicznej uwagi.

– Po pierwsze myślicie, że wypadliście samemu Stwórcy spod ogona. Holy shit. Każdy z was, ty tu i oni tam, myślą, że świat na serio potrzebuje ich wkładu. Nie, nie myślicie; macie niezbitą pewność, że świat byłby dużo gorszym miejscem bez was. Ta pewność bije z was jak promienie gamma, niszcząc wszystko dookoła, a gdy zbieracie się do kupy, to eksplodujecie jak wielka bomba atomowa sloganów. Mitologię zmyślacie na bieżąco, czerpiąc z nieistniejących mitów lub dobrze zatuszowanych fałszerstw. Nawet nie jesteście tak utalentowani, jak o sobie myślicie. Zobacz, napisałeś pieprzony formularz. Używając przeglądarki, której byś nie stworzył, która działa na systemie, którego nie rozumiesz, który używa protokołów, których byś nie zaprojektował, używając sprzętu, który w ogóle wymyka się świadomości. Ciężko sobie wyobrazić większą bufonadę niż ludzi ślizgających się po powierzchni cudzych dokonań, ludzi mających przekonanie, że to oni tak naprawdę to wszystko domknęli. Postawili kropkę i podpisali się zamaszyście. Jak wojskowa parada dzieci z obdartymi galotami, trzymających swoje pistolety-patyki dumnie prężących piersi do orderów za bohaterskie czyny. Jak podwórkowe drużyny walczące na rynku transferowym, gdzie twardą walutą są kapsle. Że też wam łby nie jebną pod naporem zmyślonej wagi waszych dokonań.

Dem wzruszył ramionami, dając znak, że to koniec. Potem zaciągnął się szybko papierosem i dał znak dłonią, że jeszcze chwila.

– I wiesz co, ja nie wiem, po co ty tu w ogóle siedzisz? Kazali ci zostać? Przecież w oczach Stwórcy wszyscy jesteście równi, oscylujecie w okolicach zera. Idź, zabaw się, rozdaj wizytówki, poszalej. Nie potrzebujesz strojów, nie potrzebujesz zaproszeń, musisz być tylko arogancki. Ale pamiętaj! – Dem uniósł palec ku niebu – Wróć przed dwunastą!

– O dwunastej czar pryśnie?

– Nie, ktoś tak nieobyty nie da rady dłużej wśród zawodowych pijaków. Zapamiętaj moje słowa.

Za Demem zamknęły się drzwi. Dało się zza nich jeszcze usłyszeć ostatnie bluźnierstwo i odgłos szurania butem z podeszwą w gównie.

Taksówka zatrzymała się przed oświetlonym budynkiem. Dookoła przelewała się rzeka ludzi. Z boku stała kolejka do promocji – rejestracja w serwisie za darmową toksykologię krwi. Przez otwarte drzwi słychać było wrzawę. To podekscytowani, pijani ludzie handlowali pomysłami.

Wizytówki przemykały z rąk do rąk. Ludzie łączyli się w pary i przyciszonym głosem rozmawiali o niszowych rynkach będących w zasięgu ręki. Ktoś położył dłoń na ramieniu nowoprzybyłego.

– Kocham, kurwa, fasolę. Fasola, człowieku, to są konopie 2014!

– Przepraszam, chyba mnie pan z kimś pomylił, jestem autorem Kocpiskr, platformy do liczenia grochu. To moja wizytówka.

– Groch, fasola czy jebane mandarynki, detale. To wszystko są strąkowce.

– Są?

– Niech się o to martwi marketing! Tu chodzi o bycie pierwszym na rynku. Widzę w tobie przyszłość, mój chłopcze. Z kimś takim mogę nawet zatańczyć piwota.

– Zatańczyć piwota?

– Choćby i jutro. Cokolwiek. Groch nie idzie? Robimy jeb, ciach, zostawiamy backend, robimy frontend i uruchamiamy subskrypcję na cokolwiek.

– Jak to, na cokolwiek?

– Cokolwiek, rzuć jakiś okropny pomysł!

– Szklane pantofelki?

– Idealne! Zero przepuszczalności powietrza, wywrotka może się zakończyć przecięciem kilku żył, nie da się ich naprawić. A my je co?

– Co?

– A my je pakujemy w slogan: dla aktywnych i odważnych, robimy miesięczną subskrypcję i wartość dodaną, ubezpieczenie, którego można użyć u ortopedy. Win-kurwa-win!

– To bardzo dobry pomysł – ale co z liczeniem grochu? Chciałem się skupić na tym.

– Nie możesz się tak przywiązywać do jednego pomysłu, zrób MVP, niech, ja wiem, coś liczy. I dalej dobrniemy. O, zobacz, która to godzina. To co, po kolejeczce pod ten deal?

Ranek wdarł się przemocą do świata naszego bohatera. Najpierw zlokalizował się na mapie świata. Przy maksymalnym zbliżeniu były to krzaki. W rękach trzymał wizytówki. Rozpoczął powolną drogę do pozycji wyprostowanej i jeżeli można coś powiedzieć, to tyle, że poszło mu lepiej niż Australopitekowi. Rozejrzał się powoli. To będzie długa droga do domu.

Po tygodniu poszukiwań inwestorzy go odnaleźli. Linię szklanych pantofelków kupiło Yahoo!

Jeżeli podobał ci się ten kawałek tekstu możesz zbadać Dramat 2.0. I jeszcze praprzyczyna notki.

  1. Infrastructure as a Platform, as a Service, on Mobile

Automaty i empatia

Pisałem program magazynowy. Dziś też piszę i przypomniało mi się, że pisałem. Pomiędzy magazynem, farbiarnią i produkcją ginął materiał. Całe bele materiału. Kierownictwo chciało sobie ten problem jakoś poukładać i wymyślili, że może wgląd w obecne stany i nazwiska ludzi odpowiedzialnych za daną operację pozwoli im wyłowić, kto gubi te setki złotych. Przyjechałem z notatnikiem, zapisałem ich biznesowy „kejs”, przespacerowałem się po pomieszczeniach, powiedziałem, że wpadnę za dwa tygodnie z jakimś prototypem, żebyśmy mogli dalej.

Wpadłem, potem pojechałem. Minął miesiąc, drugi, trzeci i ostatecznie miałem coś, na czym można było przeprowadzić szkolenie. Pierwszy etap, magazyn surowców, mieliśmy gotowy do wdrożenia. Usiadłem w konferencyjnej, wymieniłem uprzejmości z dwoma szefami, zrobiłem im krótką demonstrację; podali kawę i słone paluszki, czekaliśmy na pracowników, których miałem szkolić.

Wreszcie pojawił się główny magazynier. Bardzo wysoki i szczupły, prawie tyczka obleczona w niebieskie ubranie robocze, ściskał w rękach kapelusz i nerwowo obracał go za rondo, jak klisza „chłop u jaśniepaństwa”.

Posadziłem go przed komputerem i zacząłem tłumaczyć koncepty: tu jest nawigacja, tu jest sesja, hasło i użytkownik, stany, „proszę się nie martwić, tu wspieramy transakcje” i kiedy tak mówiłem, moje samozadowolenie rosło. Gdy już unosiłem się balonem nad mahoniowym stołem, zobaczyłem, jak szkolony przeze mnie pracownik próbuje użyć myszki do przesunięcia wskaźnika. Zrozumiałem, że przez ostatnie pół godziny mogłem mówić w innym języku, uzyskując identyczny rezultat. Trochę wystraszony sytuacją, w jakiej się znalazłem, spróbowałem podejścia bezpośredniego: wskazywałem palcem elementy, opisując je, a potem mówiłem, co należy zrobić dalej. Szło okropnie.

Magazynier cofnął nagle krzesło, odwrócił się w kierunku stołu, zza którego moje wysiłki edukacyjne podziwiali szefowie i powiedział: „Panie prezesie, czterdzieści lat pracuję na magazynie, ja się tego nie nauczę. Proszę mnie zwolnić. Przepraszam, proszę mnie zwolnić. Do widzenia.” – wyszedł, zostawiając mnie zamrożonego z palcem uniesionym w kierunku monitora, na którym pewnie wskazywałem ważną ikonę. Po chwili jeden z prezesów, widząc moje totalne zagubienie, podszedł do mnie, poklepał mnie po ramieniu i powiedział, że nic się nie stało, że będzie ciężko i że zadzwoni, jak obgada sprawę z pracownikami.

Spotkaliśmy się jeszcze dwa razy, ale mimo zatrudnienia młodego pomocnika, który miał zdjąć z magazyniera obowiązek walki z techniką, projekt upadł. Tamtego dnia straciłem do niego wszelki zapał; pierwszy raz poczułem, że moje grzebanie w literkach ma realne przełożenie nie tylko na stan mojego konta, ale także na życie ludzi, których mogę nawet nigdy nie spotkać i jego jakość.

Innym razem pisałem wyszukiwarkę prostytutek. Śmiałem się z przyjaciółmi, że jak robię zrzut bazy, to mam jak w Matriksie: „brunetki, blondynki, rude”. Kolor włosów był jednym z parametrów wyszukiwania. Do dziś pamiętam spotkanie z klientami, którego elementem była ożywiona dyskusja, jak oznaczymy rozmiar piersi. Literkami, numerami? Ktoś rzucił, że „mieszczą się w dłoni” –­ nie śmiałem się, ale powiedziałem „ha ha”.

Tak sobie myślę: czy my, autorzy tych różnych gówienek, mamy w ogóle jakiś kod moralny? Gdzie jest nasze „po pierwsze nie szkodzić”? Czy powinienem pośrednio wspierać stręczycieli tylko dlatego, że jestem krok dalej i robię tylko zapytania SQL? Czy w micie programisty-kowboja, który sam jest sobie prawem, sądem, katem i debuggerem, jest miejsce na jakieś zawodowe rozterki? I nie mówię tu o osobach, które parają się pisaniem malware czy innego draństwa, mówię o „dobrych gościach”, którzy spokojnie piszą kod robiący komuś gorzej.

Ktoś pisze te filtry internetu, ktoś pisze kod budujący fantomowe profile na Facebooku, ktoś implementuje behawioralne pułapki w grach typu „pierwsza działka za darmo”.

Może nadszedł już czas (albo nadszedł tak dawno temu, że nawet taki gość jak ja zaczyna zauważać problem), żeby popytać wśród nas samych: „czego nie zakodujesz za pieniądze?” i zastanowić się nad popularnymi pozycjami? Mam przeczucie, że głoszenie moralności w softwareowym El Dorado nie spotka się z pozytywnym odzewem.

Zostaliśmy handlarzami broni, ale nie wyglądamy tak dobrze w garniturach.