Béton brut

Listopad w Poznaniu

Jeżeli wszystko pójdzie zgodnie z planem to dużą część listpoada spędzę w Poznaniu lansując się na rozmaitych spędach blogosferowo-linuksowo-startupowych. Notatka “Polskie webdwazero konferencją stoi” napisana przez Tomka Staniaka 1 to jednak sto procent cukru w cukrze. Gdzie (prawdopodobnie) będzie mnie można złapać?

  • Trzeciego, o 15, w Starym Browarze odbędzie się Tuba. Na spędzie zorganizowanym przez Mediafun głównym tematem będzie zarabianie na blagowaniu. Będąc wielkim przeciwnikiem reklam na blagach jadę tam posłuchać co ma do powiedzenia strona rechłamowo-piajrowa.
  • Ósmego, w jeszcze nie ustalonym miejscu odbędzie się release party Ubuntu 8.10 organizowane przez Tomasza ‘zen’ Napierałę. Podobno ma być luźno i przyjemnie. Z planowanych pogadanek zapowiedział się Kostas ‘CoSTa’ Brzeziński, który opowie “Dlaczego Ubuntu ssie kule” i ja w krótkim wystąpieniu “Dlaczego użyszkodnicy Maka, tacy jak CoSTa, nie powinni mówić co ssie w Linuksie” (dobra, zmyśliłem ten temat, trochę wiem, a bardziej nie wiem o czym będę mówił)
  • Dwudziestego, na terenie MTP odbędzie się Democamp. Formuła będzie troszkę inna niż ta z wakacyjnej edycji. Kiełbaski i kulki zastąpiono VC i startupami, które będą mogły powiedzieć jak bardzo są zajebiste i dlaczego to właśnie im należy się kasa, za którą można zatrudnić rudą sekretarkę i azjatycką programistkę. Zostałem zaproszony przez Netguru do bycia komentatorem części nieoficjalnej, nadal jednak waham się czy na serio mam coś do dodania w sprawach łebdwazero, którymi specjalnie nie żyję. Zobaczymy. Tak czy siak będę obecny.

Jeżeli ktoś z Łodzi ma zamiar wybrać się też na jedną z tych konferencji (chłopcy-boatcampowcy?) to możemy się spróbować jakoś ustawić celem organizacji wyjazdu.

  1. przepraszam

Gruba Pani śpiewa

Nie było to królestwo, które można obdarować przymiotnikami “największe”, “najbogatsze” czy nawet “najszczęśliwsze”. Jedno z tych przez które jedzie się karocą i nie zapamiętuje nazwy. Targ, pola, wiejskie lepianki, zamek przegrywający walkę z bluszczem, karczma.

Jedynym wyróżnikiem był brak króla. Zgadzam się: w takim razie to nie było królestwo, a anarchosyndykalistyczna komuna, w której ludzie doszli do wniosku, że są dostatecznie sprawni w uciskaniu się nawzajem i nie potrzebują centralnego komitetu niedoli. Poprzednio urzędujący król oddalił się ze swoich komnat ze stałym przyśpieszeniem 9,80665 m/s^2^ w kierunku fosy po tym, jak kolejny z jego pomysłów okazał się być katastrofą tak tragiczną w skutkach, że aż ocierała się o geniusz.

Trzeba Wam wiedzieć, że Bąbeliusz I był kimś, kogo dziś nazywamy odważnym reformatorem (media) lub niebezpiecznym szaleńcem (ulica). Własnoręcznie przegonił on nadwornego alchemika. Pomysł zamiany metali nieszlachetnych w złoto wydawał się zbyt trywialny i mało rewolucyjny. Dużo lepszym pomysłem było odebranie wszystkim chłopom wszelkiego bydlęcia, zgromadzenie go w wielkiej zagrodzie i wypożyczanie go im. Ale nie ich własnych krów czy kóz, tylko tych, które obecnie były dostępne — drogą losowania. Kilku mleczarzy wyraziło zaniepokojenie technicznymi problemami w dojeniu kur, które losowali zbyt często, ale nie było to nic, czego dobra chłosta nie mogła naprawić.

Bez króla ludzie zaczęli się dorabiać. Urząd Miar i Wag przestał sprawdzać, czy tona zboża nie waży siedemset kilogramów. Stare mleko nazwano serem, stary ser mięsem, mięso bronią biologiczną. Lokalna wiedźma opychała niesamowicie skuteczne leki na gorączkę — za jedyną sztukę złota można było zakupić trochę cukru z barwnikiem, położyć się do łóżka, a za trzy do czterech dni gorączka odchodziła w cudowny i niezbadany sposób.

Bogacili się więc ludzie cudzym nieszczęściem, jak to ma miejsce w świecie bajek (bo w rzeczywistym ludzie bogacą się dzięki połączeniu ciężkiej pracy i talentu, musicie o tym pamiętać) aż doszli do wniosku, że choć życie zasobne, to nudne. Zebrali się więc któregoś dnia, by znaleźć jakieś rozwiązanie.

Spośród gminu wybrano najbardziej komicznych, najlepiej mówiących, najładniej śpiewających. Otrzymali oni pieniądze ofiarowane przez zamożnych obywateli i przykazano im wnieść trochę radości w szarą codzienność. Nie trzeba było długo czekać na efekty.

Już pierwszego dnia jeden z mieszczan, posiadający trochę zdolności malarskich, rozstawił sztalugi i obwieszczał, że namaluje każdego kota, którego się do niego przyniesie. Potem pozbiera obrazy, podpisze je i powiesi je na głównym rynku. Ileż było z tym zabawy. Potem przyszedł skrzypek, któremu wystarczało jaką skoczną melodię ludową się lubi, a on naprędce grał podobne melodie, aż kurz unosił się spod potupujących do taktu nóg.

Wieczorami w karczmie na stole stawali biesiadnicy i opowiadali co też nowego wymyślono. Mecenasom się to i podobało, więc stawiali heroldom kolejną kolejkę. Tak nakręciła się spirala w której upojenie alkoholem konkurowało z upojeniem faktem, że jest się słuchanym. Kochani przez jednych, znienawidzeni przez innych Prorocy Lepszej Zabawy uwierzyli w swoją moc.

Kręciło się to tak, kręciło. (choć delikatnie odbiło się na pracy wieśniaków. Kto chce kopać ziemniaki podczas gdy ktoś, gdzieś pisze niesamowity żart i opowie go przy kufelku czegoś pienistego?)

Niestety, nawet bajkowe idylle nie trwają wiecznie. Król z sąsiedniego państwa stwierdził, że dwa królestwa dalej jest zdecydowanie za dużo ludzi z piegami i postanowił zaprowadzić tam demokracje. Wprowadzanie demokracji i rozrzucanie obornika to dwie najbardziej nieestetyczne rzeczy na świecie, stało się więc nasze królestwo drogą przez które przeszły wojska niosąc ze sobą to, co zawsze niesie banda pijanych facetów będących jedną nogą w grobie: gwałty, podpalenia i zabory mienia, które mieści się w garnku. Astronomiczną chwilę później przyszło mu się stać teatrem działań wojennych. Zadziwiające jak bardzo piegowaci obstawali przy swoim prawie do dermatologicznej skazy i jak mocno wyrażali swoją niechęć ku demokracji.

Zawierucha opadła, ludzie wstali i otrzepali się z kurzu. Nachodziła zima. Nie było domów, nie było zapasów, nie było zwierząt. Zapowiadał się okres w którym trzeba będzie się zabrać do roboty i czekać wiosny. Pierwszy zauważył to malarz. Odkąd koty stały się głównym daniem niedzielnego obiadu nikt nie chciał przynosić ich i portretować je w komicznych pozach. No ilu z Was ma zabawny malunek ze schabowym wtłoczonym między ziemniaki? Mecenas pytany o drobną zaliczkę odpowiedział, że ma resztki pieniędzy, a je inwestuje w kopalnie węgla, bo w zimę to będzie potrzebne jak nic innego. Po czasie zniknął chłop opowiadający zabawne anegdoty, skrzypek napalił instrumentem podczas pierwszych chłodów i najął się jako pomywacz w karczmie. Heroldzi Lepszej Zabawy, zmieszani brakiem Lepszej Zabawy, próbowali opowiadać o pogodzie i grabiach, ale na pogodzie i grabiach znał się każdy, zostali więc zapomniani równie szybko, jak wyniesiono ich na pozycję komentatorów rzeczywistości.

Bajek nie ma bez morału.

Jedzenie i picie za pieniądze VC musi być fajnie, ale jak jeszcze nie wymyśliłeś jak zarabiać na umilaniu ludziom życia, to będzie Ci dużo ciężej podczas kryzysu w którym powracamy do podstaw piramidy potrzeb: ciepło, dach nad głową i papu. Konto premium na serwisie z fotkami może poczekać.


Because I can?

I can” jest jedną z najlepszych odpowiedzi na pytanie często zadawane ludziom marnującym czas na instalowanie NetBSD na tosterach lub piszących język, którego składnia opiera się na białych znakach. “Why?” 1

Za chwilę rozpocznie się mecz w którym Athletico Madrit zmierzy się z FC Liverpool. Szykuje się dobre widowisko.

Na podłodze stoi stary serwer Fuse. Zainstalowałem na nim OpenSuSE żeby poduczyć się administracji nieznaną mi dystrybucją. Bardzo fajna dystrybucja to jest. No dobra, ale może zrobię z nią coś fajnego skoro skończyłem już szkodować?

O, niech mi streamuje dzisiejszy mecz tak żebym mógł go oglądać na N800.

Trzydzieści minut później mogę oglądać dwa mecze na raz. Jeden na monitorze, drugi na zabaweczce, która stoi obok.

Być “white and nerdy” — bezcenne.

  1. dla kasy, nie? ;-) 

Lista osobista [podcastów]

Rafał Nowak poprosił mnie wczoraj, abym mu podesłał listę podcastów, (w poprzedniej notce przyznałem się do neofickiej fascynacji słuchowiskami internetowymi) których słucham. Skoro mam zrobić listę, to równie dobrze mogę umieścić ją i tu.

Słuchasz

BBC World Service: Global News

Próbował ktoś kiedyś czytać polskie portale? Gówno straszne. Dostaję bolesnego zaparcia ilekroć moje oczy spotkają się z odnośnikami do wiadomości na Onecie czy Gazecie. Global News to podcast wydawany dwa razy dziennie i zawierający najciekawsze wiadomości serwowane przez BBC w przeciągu dnia. Bez sportu. Przeciętny odcinek trwa 30 minut. Mało mówią o Polsce. Czyli same zalety.

RSS

Anime World Order

Nazwa jasno wskazuje o czym jest ten podcast. Oczywiście: o cyckach. W godzinnej audycji posłuchamy o nowościach ze świata komiksu, filmu i gier, które chciwi importerzy przywożą z kraju kwitnącej wiśni. Prowadzący wiedzą o czym mówią, czasem losowy ‘fuck’ tu i tam, więc Twoje angielskojęzyczne dziecko nie powinno tego słuchać. Przesłuchanie jednego epizodu zajmuje zwykle godzinę. Częstotliwość ukazywania się epizodów zależy tylko i wyłącznie od widzimisię i chcemisię autorów.

RSS

The Sceptics’ Guide To Universe

Zaczynasz dzień od horoskopu? Leczysz się  homeopatycznie? Twoja prywatna wróżka łączy zamiejscowe rozmowy do zaświatów? Jezus jeździł na T-Reksie? Mała grupka sceptyków zrzeszonych w “New England Skeptical Society” dyskutuje o najnowszych trendach w pracy szarlatanów.

Dodatkowo w każdym odcinku między prowadzącymi urządza się konkurs “Nauka czy bzdura”. Jedna z osób opisuje trzy wydarzenia ze świata nauki, a słuchający muszą odgadnąć, które z nich jest kłamstwem. Dobra godzinna zabawa. Wydaje mi się, że nowy epizod pokazuje się co tydzień.

RSS

Skeptoid

Drugi podcast zajmujący się rzeczami związanymi z nauką i krytycznym myśleniem. W przeciwieństwie do “Sceptyków przewodnika po wszechświecie” to produkcja jednoosobowa, krótsza (kwadrans, czasem troszkę dłużej) i pozbawiona ploteczek i żartów.

RSS

Windows Weekly

Waaa? Co? Taki gościu, co ma Maczka i Linuksa w domu, słucha Windows Weekly? No, słucham. Cały świat Microsoftu jest dla mnie jedną wielką tajemnicą, a dzięki zabawnym dialogom Paula Thurotta i Leo Laporte mogę wiedzieć mniej więcej co się dzieje. Podcast nie trzyma się w ogóle “linii programowej” i plącze się pomiędzy literaturą, sportem, nerdowskim życiem i wyśmiewaniem się z fanbojów Apple. Czyli między wszystkim, co mi miłe.

RSS

Widzisz, słuchasz

Totally Rad Show

Świetnie wykonany wideo podcast. Trzech gości przedziera się przez świat książek, komiksów, filmów, gier i wszystkiego, co można uznać za ciekawe. Pokazują popkulturę z tej lepszej strony. Możecie nie wierzyć, że popkultura ją ma — też nie wierzyłem. Godzina dobrej zabawy.

Duży Xvid RSS oraz Mały Xvid RSS

Cranky Geeks

Okropny wypadek. Dookoła leżą ciała ofiar. Straszna masakra, a Ty nie możesz odwrócić wzroku. Wiesz, że nie wypada, ale przecież to taka piękna katastrofa. Dlatego oglądam Cranky Geeks. Prowadzący, John Dvorak, jest znanym komentatorem świata IT. Jego zdolności przewidywania wydarzeń w branży są legendarne. Każdy byłby skuteczniejszy rzucając kostką podczas pisania artykułów.

30 minut, raz na dziesięć zaproszą fajnych gości.

MPEG4 RSS oraz h.264 RSS

1Up Show

Gry, gry, gry, gry. Tu na serio nie ma o czym pisać. :-)

RSS

Brok3n Pixel

Bierzemy stare gry, które nawet w momencie wydania były dziwne, sadzamy kilku gości z piwem przed monitorem, dajemy im pada i nagrywamy ich pijackie wybuchy radości. Przepis prosty i skuteczny. Coś jak Angry Nintendo Nerdna kilku graczy.

(W temacie ANN, trochę dobrej klasyki: Power Glow, Back to the Future, [Bible Games](http://www.youtube.com/watch?v=LkNvQYiM6bw[/ref]

RSS

Życzę Państwu miłego odbioru.


Opowiedz mi bajkę (cyfrowo lub z winylu)

Zacznijmy historią. Dawno temu, w czasach gdy dinozaury zamieniły się już w paliwo, a Lech Wałęsa nadal szykował się do skoku przez płot, jedną z popularniejszych rozrywek wśród dzieci w moim wieku było słuchanie bajek z winylowych płyt.

Kochałem każdą bajkę w mojej kolekcji. Znałem na pamięć każdą piosenkę i żart. Niektóre zawierały ponadczasowe prawdy. Weźmy bajkę o znudzonych zwierzętach w lesie, które w ramach walki z nudą budują sobie boisko piłkarskie. Jest czyn społeczny, jest praca w pocie czoła. Po skończonej pracy pierwszy mecz, który nasi leśni przyjaciele przegrywają z kretesem. Wtedy to Słoń, najmądrzejsze bydle w stadzie (no, może nie był taki mądry skoro mieszkał w lesie? Choć w PRL-u mógł dostać po prostu taki kwaterunek) wygłosił kwestię: “To nie wszystko mieć boisko i trybuny mieć, nie wszystko”. Trzeba do tego trenować!

Miałem też “Piotrusia Pana”. Kto może nie kochać małego anarchisty na haju z wróżkowego pyłu? No i biły się o niego dwie dziewczyny! (Wtedy wydawało mi się dziwne, kilka lat później fantastyczne, dziś mocno nierealne) W każdym razie słuchałem tej płyty dość często i cieszyłem się z każdej chwili w której mogłem obcować z historią.

Było niedzielne popołudnie. Ojciec gdzieś wyszedł, a Matka sprzątała. Leżałem na łóżku ciesząc się kolejną ucieczką Kapitana Haka. Bajka się kończyła, już prawie wstawałem by podnieść igłę. Matka właśnie przechodziła w okolicy ciągając za sobą odkurzacz (ach, te pojedynki, kto kogo zagłuszy) i trąciła adapter.

Igła podskoczyła i opadła. Usiadłem sztywno, moje oczy zamieniły się w 50 złotowe monety (monety o wartości 50 złoty [wyglądały tak](http://www.numizmaty.com.pl/produkty2/274.jpg[/ref] — Kapitan Hak zginął w brzuchu krokodyla, który wcześniej odjął mu rękę. Ale jak to! Znam tę bajkę! To się nigdy nie zdarzyło. Co się dzieje? Dwa lata słuchania i nigdy tego tu nie było? Szok porównywalny z pierwszym kontaktem z biurokracją. Po bliższej inspekcji płyty odkryłem rysę. Rysę, która przez dwa lata podbijała igłę na chwilę przed zakończeniem historii. Rysę, która sprytnie umiejscowiła się w miejscu, gdzie przygrywał muzyczny przerywnik dzięki czemu nigdy nie miałem podejrzeń, że jestem ograbiany z epilogu.

Mody wracają. Osobiście czekam na powrót flanelowych koszul, których mam niezły zapas z lat dziewięćdziesiątych. Póki to nie nastąpi muszę się zadowolić nowo odkrytą pasją: podcastami. Co rano zbieram nowe epizody gadających głów, które umilają mi  kawę analizą, żartem i wiadomościami. A bajki? Bajki też są!

Projekt LibriVox jest tym dla książek audio, czym Projekt Gutenberg jest dla książek. To kolekcja klasycznych tekstów czytanych przez wolontariuszy. Czego tu nie ma! Samo wybieranie rzeczy, których chciałbym posłuchać zajęło mi dobry kwadrans. Na początek ściągnąłem “Alicję w krainie czarów” Lewisa. Mimo, że każdy rozdział czytany jest przez inną osobę, jakość okazała się doskonała i mogłem sobie przypomnieć najbardziej psychodeliczną bajkę mojego dzieciństwa podczas spaceru.

Zaprawdę powiadam Wam, są jeszcze w Internecie projekty, które nie koncentrują się na produkcji fotek kotków ze “śmiesznymi” podpisami. Wartości tego serwisu nie da się przecenić: mamy nie tylko dostęp do wielu perełek literatury, ale dodatkowo możemy podszkolić nasze zdolności językowe. Uczycie się rosyjskiego, francuskiego czy hiszpańskiego? No to zakładajcie słuchawki i słuchajcie.

Serwis przekroczył niedawno magiczną granicę — wysłuchanie całego materiału tam zgromadzonego zajmie Wam 365 dni.

Jutro poniedziałek. Droga do pracy w deszczu i zgrzytanie zębami przy pierwszym kontakcie z firmową pocztą. Umil sobie drogę do dobrą literacką pozycją. Ile można męczyć nowy singiel Britney?


Kiedy robisz wielkie oczy

Jest poniedziałek. Jest mokro. Trzeba iść do pracy. W pracy trzeba męczyć bazy danych i liczyć różne rzeczy. Do dupy taki zawód, gdyby ktoś znalazł jakiś sposób żeby móc przeglądać rysunki Azjatek w szkolnych strojach i mówić, że się pracuje.

Czekamy na “Porn guide to Java” i “Haiku guide to wireless networking”.


Plotki o śmierci Dżobsa są mocno przesadzone. Jeszcze.

Używając ostatnich ciepłych dni w tym roku spacerowałem po parku jedząc loda (ananasowy, dwie kulki). Nagle z ławki poderwał się jakiś facet i wymachując mi przed twarzą pokazywał żebym zdjął słuchawki. Zdjąłem. “Niech Pan tego nie je! Do lodów od wczoraj sypią arszenik, ale nikt tego Panu nie powie, bo to spisek. Więc informuję”. Popatrzyłem krytycznie na loda, upuściłem go na ziemię i z całej siły rozdeptałem glanem.

Rozejrzałem się po parku. Dzieci, zakochani i staruszkowie. Wszyscy w niebezpieczeństwie. Pobiegłem więc krzywymi chodnikami i bez słowa wytrącałem im popołudniowy deser. Robiąc to wykrzykiwałem informacje o niebezpieczeństwie. Część osób dołączyła do mojej krucjaty. Kiedy zakończyliśmy oczyszczanie parku pobiegliśmy ulicami Łodzi niosąc nowinę i ratując istnienia.

Policja wyłapała nas po godzinie. Przesłuchiwany powiedziałem, że to skandal i wszystkiemu winni są wariaci przesiadający po parkach, który zatruwają umysły rozsądnych obywateli, takich jak ja.

Brzmi idiotycznie? To zmieńmy bohaterów.

Anonimowy autor tekstu, powołując się na anonimowe źródło napisał, że Jego Dżobsowatość miała zawał. Ludzie złapali się za głowy, potem za portfele i ruszyli sprzedawać akcje Apple. Nie od dziś wiadomo, że po śmierci użytkownikom odbierze się wszystkie ich makowe laptopy, desktopy, iPody i iPhony, ułoży się z nich kurhan pod którym spocznie ciało lidera. Kogo winią ludzie? Czytując różne teksty opisujące to wydarzenie widzę, że ogół przychyla się do obarczenia winą “dziennikarstwa obywatelskiego”, które w przeciwieństwie do “dziennikarstwa profesjonalnego” nie ma standardów, opiera się na plotkach i w ogóle żyje tylko dla odsłon i wpływów z reklam. Pisząc to zdanie sam omal nie zszedłem na serce od nagłego skoku sarkazmu w krwiobiegu.

Ludzie z chęcią pozbędą się odpowiedzialności za własną głupotę jeśli jest tylko jakiś wygodny kozioł ofiarny. Taki bez twarzy i osobowości. Amatorskie pisarczyki, terroryści i czarni.

Głupiec szybko rozstanie się ze swoimi pieniędzmi.

Ciekawi mnie jak zareagowali na to więksi udziałowcy Apple. Ktoś tam chyba powinien pomyśleć, czy na serio opłaca im się eksponowanie swojego star-CEO, tak jak ma to teraz miejsce. Ludzie wierzą, że Jobs osobiście czyta wszystkie diffy kodu, który piszą jego pracownicy, oczami fantazji widzą go, jak spędza godziny w laboratorium i poszukuje genialnych rozwiązań, które ostatecznie wykończą konkurencję. Mity są dobre, zwłaszcza te, które ukazują oddanego i łebskiego szefa dzięki któremu wszystko dookoła ma sens.

Jeżeli ludzie wierzą, że Jobs jest jednoosobową armią, to potrafią wykonać prostą operację matematyczną i stwierdzić, że Apple - Jobs = 0. Czy posiadacze majątków zaklętych w papierki APPL wierzą, że Stefan jest nieśmiertelny? I nigdy nie powie im “Pierdolę, nie robię”, spakuje kilka koszul i pojedzie robić pomocniczy wokal w soundsystemie z Kingston?

Jedna plotka starczyła by jakiś człek wzbogacił się na [shorcie](http://en.wikipedia.org/wiki/Short_(finance[/ref] (dolary przeciwko orzechom, że SEC przetrzepie transakcje z tego okresu i ktoś się będzie tłumaczył) — mordując znany cytat — “prawda nas uwali”.

(Zupełnie z boku, pisząc to oglądałem co tam w RSS piszczy i trafiłem na notkę Pana Makowskiego. To już nie pierwszy raz “zawodowi dziennikarze” używają tekstów napisanych przez bloggerów i nie fatygują się z ukłonami w kierunku autorów. Blogger między pisaniem tekstów wyciska tylko pryszcze, redaktor Polityki musi mieć na bułkę z masłem i paliwo do rakiety na czterech kołach. Priorytety.)


Gdy czas nie płynie — idę na stację. Stoję tam i udaję, że na kogoś czekam”

A gdy i to nie pomaga, wracam do domu. Bardzo, bardzo wolno.”

Jaki jest najlepszy termin przydatności do spożycia dla przyjaźni? Czy marzenia młodych ludzi są warte realizacji? Wojna za dwie godziny, czy zagłada świata w tej chwili.

Nie umiem pisać o książkach, filmach i muzyce. Dużo przymiotników, mało faktów. Więc powiem tylko tyle 雲のむこう、約束の場所 (ang. Beyond the Clouds, The Promised Place) to jedno z najlepszych anime, jakie widziałem w tym roku. Historia, wizualny orgazm i dziewięćdziesiąt minut cichych retrospekcji.


Piątek

Słaby tydzień. Seria słabych tygodni układająca się w dwa miesiące.

Pracownicy. Ludzie, z którymi pracujesz. Ci wszyscy spece od różnych rzeczy: kamieniarze i designerzy damskich torebek dla facetów. Jeżu, jak oni się opierdzielają i ciągle robią Cię w konia. Symulują pracę póki nad nimi stoisz. Gdy tylko się odwracasz priorytety sortują się natychmiast. Przyłapany na olewce pokręci głową i powie “pracuję przecież” kadrując fotki, które zaraz wrzuci na Naszą Klasę.

Klienci. “Jeszcze tylko jedna zmiana”, “Faktura nie doszła” oraz “Trzeba było zadzwonić, bo dokument na biruku nie obliguje nas do niczego. A skoro już rozmawiamy, to mamy taką poprawkę”.

Specyfikacje. Odwrotność dowcipów. Dowcipy są krótkie, mają puentę i są zabawne. Specyfikacje są długie, zmieniają się jak kalejdoskop, a na końcu są ignorowane.

Komputery. Serwery. Gadżety. Śmierdzą kałem i psują się.

Kawa. Skończyła się, nie mogę mieć więcej kawy, bo Klienci.

Alkohol. Jak kawa, a do tego przestał mi smakować.

Sądy. Szósty rok tą samą sprawę. Pół setki świadków i dowody. Potem uchybienie proceduralne i od początku ze zmianą składu sędziowskiego. “Co Pan nam może powiedzieć nowego w tej sprawie?” — zapytano mnie — “Nowego nic i mam nadzieję, że jeszcze pamiętam stare”.

Banki. Proszę udowodnić, że nie potrzebuje Pan kredytu żebyśmy mogli dać Panu kredyt.

Ruby na szynach, Python w klatce, PHP on crack, IDE w Javie, PLD na serwerze, Apache ze szkła. Osiemdziesiąt procent strat na routerze, dziewięćdziesiąt procent utraty chęci.

Kobiety. Próbujesz się z taką jedną umówić, miesiąc czy tam kwartał. Pół roku nawet? Bez zobowiązań, może zamienić słowo z kimś, kto nie zacznie spotkania od wymieniania nowych, fajnych bibliotek i tego, co przeczytał na blogu innego programisty. Wczoraj dostałeś SMS-a “O, Twój Ojciec przyjechał”. Patrzysz zdezorientowany na zegarek — jest 21:00. Nawet nie próbujesz się zastanowić jak to jest, że Twój Ojciec wpada do niej późnym wieczorem, a ty przebierasz czcionki (pismo odręczne, kapitaliki) w formacie TTF2.

Epicki FAIL jest epicki.

Za tydzień też jest przyszły tydzień.


Są mądrością narodów

Baba z wozu, koniom lżej” 1 mruknął do siebie wycierając zakrwawiony nóż o róg swojej flanelowej koszuli. Rozejrzał się ostrożnie i wyszedł z zaułka.

Tego samego dnia tańczył z kobietami o wątpliwej cnocie, zataczając się i bełkocąc, wlewając sobie co i rusz nową porcję smakującego anyżkiem alkoholu. Głód jest najlepszym kucharzem. Nie było w nim obawy, nie było w nim żalu, bo głodny kija się nie boi. Hulaj dusza, piekła nie ma.

Przyjechali na sygnale wezwani przez jednego z mieszkańców pobliskiego budynku. Byli źli, byli na nocnej zmianie, wyrwano ich przed pierwszą kawą. Ominęli tłum gapiów i popatrzyli na ludzkiego manekina z rozrzuconymi kończynami i brązoworudymi śladami na ubraniu. “Patrz” — powiedział pierwszy — “Góra urodziła mysz”. Bo trup w tym mieście policjantów dawno przestał ruszać. Przed pierwszą kawą taki zakuty człowiek nie wychyla strzałki na mierniku sprawiedliwości dalej, niż przejście na czerwonym świetle.

Drugi z policjantów przyklęknął obok ofiary i zaklął jak szewc. “Przyjdzie nam szukać igły w stogu siana” — pomyślał do siebie. Nikt nie jest bardziej głuchy i ślepy niż ludzie mieszkający w tej okolicy. Każdy ma swoje alibi i wie, że brudy pierze się w domu.

Kto rano wstaje, temu Pan Bóg daje. Jemu dał kaca i świadomość. Jedno i drugie było wyjątkowo bolesne — pocił się więc i drżał myśląc, że ucieczka jest zawsze haniebna, ale czasem zbawienna. Umarłego płaczem nie wskrzesi, wstał więc i ruszył ku drzwiom używając ściany jak psa przewodnika.

Z deszczu pod rynnę, z nory na słońce.

Mijały dni. Spędził je upijając się jak świnia, bo dobrego i karczma nie zepsuje, a złego i kościół nie naprawi. Co się odwlecze to nie uciecze. Któregoś dnia wpadł na policyjny patrol.

Czasy były inne i nikt nie wierzył, że sprawiedliwość bez dobroci okrucieństwem jest. Starotestamentowo oko za oko, sznur za nóż. Dzisiaj żyjesz, jutro gnijesz.

Urodził się – ochrzcili, podrósł – ożenili, umarł – pochowali i na grobie napisali, że był błazen.

  1. przysłowia zajumane z Wikiquote, dziękujemy