Béton brut

Rysiek wali chmurę i ma dobrą nawijkę

Wszystkie Ryski to porządne chłopy.

Richarda Stallmana przedstawiać nie trzeba — to ten facet, co zrobił wielki hałas, bo napisał sobie sterownik do drukarki. Skupił wokół siebie inne osoby i wspólnymi siłami napisali kompilator, którym ten sterownik do drukarki można skompilować. Ostatecznie wszyscy żyli długo i szczęśliwie, a na wizytówkach napisali sobie GNU Not UNIX.

Stallman udzielił wczoraj wywiadu, w którym przywalił całemu sektorowi SaaS, opluł usługi sieciowe (zaraz jadę ze szmatą powycierać dookoła jamajka.fuse.pl) i wskazał jedyną drogę. Pozwolę zacytować sobie za Webhosting:

„Nie powinieneś korzystać z aplikacji sieciowych, ponieważ tracisz kontrolę. Jest to równie złe jak korzystanie z własnościowego, zamkniętego oprogramowania. Zajmij się swoją pracą na swoim komputerze przy wykorzystaniu programów, które szanują twoją wolność. Jeśli używasz własnościowego oprogramowania lub cudzego serwera WWW, jesteś bezbronny. Jesteś marionetką w rękach tych, którzy stworzyli to oprogramowanie”

Z głowami kościołów się nie dyskutuje. Nie mam co robić, a kawa stygnie. Awienc. O tym, co robi Rysiek z antylopami nie dowiedziałbym się gdyby w połowie (czy może pod koniec? Detale) lat dziewięćdziesiątych gdyby Ami nie wpuścił mnie na serwer abyss.lodz.pdi.net, a potem Rekin na supersonic.plukwa.net. Dzięki tym komputerom — cudzym, zaznaczę — naumiałem się UNIX-ów na tyle, by móc przygarnąć ISO z Debian.org i robić co Stallman przykazał: zająłem się pracą na swoim komputerze przy wykorzystaniu programów, które szanują moją wolność (szkoda, że kilka nie szanowało mojego czasu wieszając się i śmierdząc).

Złamałem przykazania. Używałem cudzych komputerów. Jeden serwował i odbierał ode mnie pocztę, inny znów wyświetlał moją stronę. Nadciągnęła rewolucja serwisów sieciowych i nagle mam jakiegoś GMaila, Google Calendar, Google Reader, Remember The Milk, a nawet dostęp do banku przez Internet. Teraz siedzę i analizuję, gdzie leży zło. Każdy z wyżej wymienionych serwisów pozwala mi na dowolny dostęp moich danych przez całkiem nieźle opisane formaty plików i protokoły. IMAP, SMTP, POP3, CSV, iCal, vCard, PDF. Nie mam kodów źródłowych, aplikacje nie stoją na moich serwerach — mimo to — czuję się panem i władcą moich danych (prócz banku, który usilnie nie chce mi dopisać dwóch zer).

Praca z zamkniętymi serwisami jest bezproblemowa póki Twoje dane da się ‘wynieść’. Jeżeli dane, które otrzymałeś z zamkniętego serwisu, nie są możliwe do przetworzenia na Twoim komputerze (bo nie masz aplikacji lub aplikacja o podobnej funkcjonalności nie ma możliwości importu danych w takim formacie) to zawsze możesz zacząć pisać otwarty kod lub patcha! Prawda, prawda?

Można mi zarzucić głupotę, bo przecież nie o takich serwisach mówił Stallman. Więc o jakich? Portalu randkowym? Blipie? Facebooku? Flakerze? Backup konta randkowego? Czy też ściany na twarzoksiążce? Wszystkie ‘poważne’ serwisy przetwarzające dane o jakimś znaczeniu mają opcję dostępu do danych zgromadzonych przez użytkownika. Serwisy rozrywkowe? W teatrze i kinie siadam na dupie i oglądam co mi miga przed oczami. Nie żądam wydania mi scenariusza i odegrania sceny balkonowej w kuchni — między koszem na śmieci a zlewem.

Odnoszę więc wrażenie, że szacowny autor uprawia zigływidłyzm, wprost idealnie pasujący na pierwszą stronę Onetu czy innej Wybiórczej.

Rzecz druga: dlaczego Stallman legitymizuje spik marketodiów? Cloud Computing to typowe określenie, którego używamy by sprzedać to samo gówno w nowym opakowaniu. Masz bazę danych i jakieś proste API? Chmura. Twój Apache lub lighttpd ma moduł do WebDAV-a? Chmura. Chmura. Chmura 2.0 — już niedługo. Ktoś, kto siedzi w branży tyle czasu i widział już jak bańki nadymają się i pękają pod własnym ciężarem powinien wiedzieć lepiej.

Wkładu Richarda w rozwój komputerów nie da się pominąć. Nie powinno się też pomijać, że z łebskiego programisty i lidera mamy teraz trolla i populistę. Tak, populistę — tylko populista może dawać proste rozwiązania problemów, które dla większości świata nie istnieją. Czy mój Ojciec ma mieć własny serwer pocztowy w domu, czy starczy jak zostanie w rodzinie? Babcia może oglądać zdjęcia wnuczki na Flickrze, czy mam czekać, aż zdecydują się wydać wszystkie literki, które to napędzają?

Męczy mnie koszerność. Zadziwiające jak wielu miłośników wolności zgrzyta zębami, gdy używam swojej wolności by robić coś innego, niż sobie umyślili.


Było blisko, cholernie blisko!

możesz się też przetestować na frajerstwo pobierając oryginał z “Czerskiego Składnicy Internetowego Zdziwienia


imgtopdf

Każda wymówka jest dobra. Postanowiłem kuknąć w Pythona żeby zobaczyć, co tam się zmieniło od 2005, kiedy to ostatni raz miałem okazję napisać sobie małego toola do monitorowania połączeń między routerami. Miałem już rozwiązanie, szukałem problemu.

Męczę się z seriami obrazków. Mam kilka ładnych komiksów, które cholernie ciężko się przegląda i przegrywa (na przykład na N800), postanowiłem więc zagonić Pythona do generowania jednego, grubego PDF-a, który pozwoli mi robić zakładki i wygodnie czytać na dowolnym urządzeniu.

Spędziłem pół godziny przełączając się między Safari i Vimem. Ostatecznie wyszło coś takiego.

import dircache
import Image
import ImageFilter
from reportlab.pdfgen.canvas import Canvas
from reportlab.lib.pagesizes import A3
from reportlab.lib.pagesizes import A4
import os, sys
from stat import *

class PDFStack:
        def __init__(self,filename):
                self.filename = filename
                self.pdf = Canvas(filename, pagesize = A4)
                # debug
                print filename
        def addToStack(self,file):
                #debug
                mode = os.stat(file)[ST_MODE]
                if S_ISDIR(mode):
                        print "I haz directory"
                        tree = ITree(file,self)
                print "Adding...",file
                try:
                        im = Image.open(file)
                        #im.filter(ImageFilter.BLUR)
                        #im.resize([2338,1654]) #A3 pi*drzwi
                        #im.resize([595,841]) #A4 pi*drzwi
                        #im.resize([200,300]);
                        #im.save('/tmp/'+file, "PNG")
                        self.pdf.drawImage(file,0,0,570,841) #hardoking, fuck yeah
                        self.pdf.showPage()
                except IOError:
                        print "Meh, ", file, " is not an image file"

class ITree:
        def __init__(self, dirname, stack):
                dirlist = dircache.listdir(dirname)
                for item in dirlist:
                        stack.addToStack(dirname +"/"+ item)

stack = PDFStack('/tmp/output.pdf')
tree = ITree('.',stack)
stack.pdf.save()

Wymagania to chyba Python 2.5 (działa ten dostarczony z OS X), Python Imaging Library 1.1.6 i ReportLab 2.2. Oczywiście, zero parametrów, więc jak komuś się chce, to może sobie dopisać obsługę argv. ;-) Mi już się nie chce, uzyskałem swojego PDF-a i mogę się uwalić, poczytać.

Cały kod potencjalnie ssie: choćby rekurencja, którą dopisałem jak przypomniałem sobie o podziale i rozmiary obrazków zakodowane na stałe. Ważne, że weekendowy projekt mam zaliczony i dopisuję sobie dwa i pół nerdpunkta do dzienniczka.


N800 + OS2008 w obrazkach

Chyba wszyscy widzieli już zdjęcia i filmiki demonstrujące piękno iPhone. Googlając nie natrafiłem jeszcze na jakiś ładny zestaw obrazków z N800, postanowiłem więc zebrać kilka ze swojej zabawki. Miłego oglądania.

Tak N800 wygląda po włączeniu. Górny, prawy róg zajmują tray (czy też “tacka systemowa”) — applet do Bluetootha, Jabber, jasność ekranu, głośność, stan baterii. Po lewej stronie znajduje się menu skrótów do sieci (glob), operacje na kontaktach/poczcie/rozmowach via IM i telefonii IP, oraz “start menu” z aplikacjami. Centralną część ekranu zajmuje desktop z dwoma appletami: zegarkiem i odpalaczką do często używanych aplikacji.

Wbudowany klient pocztowy nie należy do najlepszych rzeczy pod słońcem, dlatego też zdecydowałem się używać Syphleed Claws.

D’uh. Terminal? ;-)

Aplikacje webowe do Wielkiego Gie biegają bez problemu (Google Readera używam w wersji dla iPhone, działa dużo lepiej niż standardowy widok)

Polske łebdwazero też żre. Idealne do obserwowania tagu #lm.

Och, jak ja żałuję, że ta aplikacja jest taka prymitywna. Tak, to narzędzie do robienia sobie szkiców. Odstresowuje wprost idealnie. :-)

YouTube można oglądać na wiele sposóbów — byłem za leniwy żeby robić zrzut z Canoli.

Komiksy, ebooki, PDF-y i tak dalej. Nie zrobiłem zrzutu playera do mediów, bo oczywiście tool do robienia shotów nie umie cyknąć overlaya, a ja nie mam serca szukać gdzie można przestawić rysowanie na X11. Musicie mi wierzyć na słowo. ;-)

Co jednych kosztuje tysiąc dolków inni mogą zainstalować za darmo. ;-)


raban pot. «głośna awantura; też: rozgłos wokół jakiejś sprawy»


Smak własnego lekarstwa

Ci, którzy nie śledzą wyborczej wojny u naszego nowego Wielkiego Brata, powinni na początek dostać małą dawkę informacji. Kandydatów na Króla Mocarstwa jest dwóch: czarny, medialny i wygadany Obama, reprezentujący Demokratów (taka partia jak Republikańska, ale lubią aborcję i pedałów), drugi obóz reprezentuje McCain, biały staruszek, który utracił kontakt z rzeczywistością ok. roku 2000, więc jest idealnym kandydatem neokonserwatystów, słynny z kilku cytatów o bombardowaniu i e-mailach. Reprezentuje Republikanów (taka partia, jak Demokraci, ale nie lubią aborcji i pedałów (z niewiadomej przyczyny wielu koneserów kakaowego oczka wielokrotnie zasiadało w Partii Republikańskiej i groziło piąstkami swojej społeczności — widać przyciągają biczowników[/ref].

To były głowy, a teraz chwilkę o nerkach, czy wiceprezydentach. Obama wybrał białego faceta, który wygląda dobrze w garniturze — McCain chciał go załatwić i za jednym zamachem uszczuplić pulę wyborców, którzy przeszli do obozu Baracka po tym jak załatwił panią Clinton w partyjnych wyborach. Głosujący, a raczej głosujące, można zebrać w grupie i otagować ją “damy głos na posiadaczkę waginy”. McCain wymyślił więc panią Sarę Palin. Na początku komentarze przypominały mi moje pytania do częściej odwiedzających stadion  Łódzkiego KS-u podczas zmiany piłkarzy: “Kto zmienił kogo? Rany, co to za ludzie? Co? Skąd? Jeżu!”

[caption id=”attachment_469” align=”aligncenter” width=”320” caption=”Sarah Palin”]Sarah
Palin[/caption]

Internet eksplodował. Nawet śledząc dość uważnie, co się dzieje po drugiej stronie sadzawki, nie jestem w stanie wyliczyć, co tam wyciągnięto na biedną gubernator Alaski. Od fantastycznego fiskalizmu, przez bycie kreacjonalistką (eufemizm słowa ‘debil’, wiara, że ziemia ma 6000 lat, a ludzie zapierdzielali po glebie razem z tymi wielkimi padalcami z trylogii Jurassic Park), edycję strony Wiki w Wikipedii na godziny przed ogłoszeniem nominacji (fakt, że zrobił to ktoś inny), po opinię, że edukacja seksualna jest złem strasznym, a najlepszym środkiem zapobiegawczym jest abstynencja — i późniejsze ujawnienie, że Duch Święty nie był sprawcą ciąży jej siedemnastoletniej córki.

Najnowszą zabawką zwyrodniałych internautów jest zestaw e-mail z skrzynki pocztowej potencjalnej VP. Jak to się stało, zapytacie? Otóż przykład idzie z góry. Biały dom od kilku lat usilnie poszukuje backupów e-maili. Przyszła amba i zjadła te wszystkie niewygodne listy, które trzeba by ujawnić. Sara, nie dysponująca budżetem jaki posiada Biały Dom na zakup wadliwych, psujących się w idealnych momentach dysków, wpadła na pomysł tańszy, a równie diaboliczny. Konto pocztowe na Yahoo! — tak, to sprytny plan.

Odzyskiwanie “zagubionego” hasła w Yahoo! wymaga odpowiedzi na dwa pytania — Palin powiesiła poprzeczkę bardzo wysoko — kulawy krasnolud zahaczyłby o nią kolanem. Pierwsze pytanie dotyczyło kodu pocztowego pod którym mieszka posiadaczka konta, a drugie, szkoły do której chodziła. Dane absolutnie nie do zdobycia.

Tak, będzie puenta. W tym, albo w następnym paragrafie. Nie, nie jest moim celem naśmiewanie się z głupoty potencjalnej VP. Nie jestem obywatelem USA i moje pomruki z kraju wasalskiego nie są nawet warte ruchu powietrza. W tej całej akcji Internet vs Palin najbardziej ciekawiły mnie opinie polityków.

Gdy wypłynęła sprawa ciąży córki, która nie miała jeszcze okazji stanąć przed Bogiem i wytłumaczyć się z potencjalnej miłości do ojca jej dziecka przez przyjęcie klątwy “póki śmierć Was nie rozdzieli”, politycy powiedzieli, że to jej prywatna sprawa i wara od tego publice. Hola, hola! Wiem, jak się jedzie na wysokim koniu podpisanym Moralność, to zjebać się z niego boli — zwłaszcza, gdy część wyborców kocha Wartości — ale nie róbcie z ludzi idiotów, m’key? To, że ludzie uważają embriona w łonie córki pani gubernator za sprawę ważną, jest wynikiem tego, że ciągle zajmujecie się cudzymi embrionami w Senacie. Wyjdziecie ludziom z sypialni, to będziecie mogli płakać.

No i e-maile. Wiedziałem, że e-maile będą fantastycznie skomentowane. Wypowiedzieli się nawet moi ulubieni telewizyjni kretyni zasiadający w FOX TV. Oczekałem wodospadu słów o nielegalności, prywatności, poufności, hakerach, złu i komuchach. Dostałem to, plus dokładkę, plus deser i dwie żelki. Komentatorzy nawet nie mrugnęli mówiąc do szklanego oka. Ludzie wyrażający żal z powodu takiego gwałtu na Palin podnosili łapki podczas głosowania nad retroaktywnością działań operatorów telefonicznych. Poczta elektroniczna, ruch w sieci i rozmowy telefoniczne były podsłuchiwane przez operatorów na zlecenie NSA. Bez nakazu, zgody, powodu. Gdy sprawa wypłynęła, senatorowie związali zasadę lex retro non agit i usprawiedliwili wcześniejsze naruszenia prawa. Ot tak. Dziś ogłaszamy, że wczoraj nielegalne było chodzić po Piotrkowskiej i wszystkich zamykamy. My Cię nielegalnie podsłuchiwać, gut. Podsłuchiwać nielegalnie nas, not gut.

Rząd od młodego hakera, który załatwił konto na Yahoo!, różni się tym, że jeden może swoje przestępstwo uchwałą zamienić w działanie “dla dobra obywateli”.

Cholernie lubię oglądać ludzi konsumujących własne lekarstwa. Gdy wołający o sprawiedliwość otrzymują sprawiedliwość. Gdy Ci, którzy chcą wiedzieć o wszystkich, stają się przedmiotem publicznej debaty. Gdy konował, który umie leczyć tylko pijawką i amputacją, dostaje po przegubach.


Gorliwa katoliczka

damy coś lekkiego, bo na tym blogu to na zmianę programowanie albo halucynacje.

Włoska modelka Raffella Fico, lat 20, postanowiła dać się bzyknąć za milion euro. Jak sama zapewnia jest dziewicą, bo “nigdy nie miała chłopaka, jest oddaną katoliczką i dzień w dzień modli się do Ojca Pio”. Taka stara anegdota się mnie przypomniała, przypisywana Churchillowi.

Zaproponował on (ten Churchill) pewnej Pani milion funtów za numerek — Pani na początku, zapewne dla zasady, skrzywiła się by ostatecznie się zgodzić. Churchill dopytał wtedy, czy pięćdziesiąt funtów starczy — Pani się bardzo obruszyła i zawołała — “Za kogo mnie Pan ma?!”. Staruszek odpowiedział: “Kim Pani jest już ustaliliśmy. Teraz się tylko targujemy.”

Pozostają dwa pytania: jaki frajer zapłaci milion euro za amatorkę i ile kosztuje drugi numerek?


Morduj wszystkich (łącznie z dziećmi) w OS X

Zamykanie: abuse mlaskania wskaźnikiem kulkowym 1

W OS X kilka rzeczy zachowuje się inaczej. Niektóre są wprost genialne, inne znów wchodzą w drogę komuś wychowanemu na innych systemach operacyjnych. Pierwsze na co wpada początkujący użytkownik to zamykanie programów. Ludzie nawykli, że gadget zamykania okna powoduje w większości przypadków wyłączenie programu i zwolnienie dostępnej pamięci.

System Apple chowa oczywiście okno, zamyka projekty związane z aplikacją, ale zostawia kopię programu w pamięci. Coś, czego na początku się nie spodziewamy. Nowicjusz podczas sesji z systemem łatwo może doprowadzić do sytuacji, w której pamięć jest zajęta przez dużą liczbę aplikacji, które zamknął. A przynajmniej myślał, że zamknął.

Programy, pod którymi znajduje się kropka, znajdują się obecnie w pamięci mimo, że możemy ich nie używać.

Oczywiście, wiedziałem o tym przed zakupem Maka i staram się ubijać bezużyteczne programy. Niestety, sesja w pracy powoduje, że muszę ręcznie ubić ok. 7 programów. Strasznie irytujące, zwłaszcza, że należę do ludzi, którzy bardzo ale to bardzo nie lubią sięgać po myszkę i biegać kursorem po ekranie.

/bin/bash i co dalej?

Postanowiłem napisać sobie skrypt w Bashu, który pozabija mi programy, które standardowo “zaśmiecają” mi Dock. Sam skrypt jest trywialny i wygląda mniej więcej tak.

#/bin/bash

software=( Preview TextEdit VLC filezilla iTunes )

for name in ${software[@]}

do

        killall $name >/dev/null

done

W pierwszej linii definiujemy shell, który wykona skrypt. Potem robimy listę aplikacji, które chcę zabić za jednym podejściem, następnie kręcimy się po tej liście w pętli (lans łord of de dej: iterujemy) i każdy program z listy jest ubijany przez killall. Z konsoli oczywiście działało. Postanowiłem, że większy sens będzie jeśli podepnę całość przez klawisz skrótu.

Spróbowałem preferencji klawiatury i trafiłem na pierwszy zgrzyt. Nie da się zdefiniować skrótu, który odpali skrypt. Utknąłem. Nie zostało nic innego jak instant-mac-help czyli blipowy tag #mac — i oczywiście, jak zwykle, otrzymałem satysfakcjonującą odpowiedź.

AppleScript

AppleScript to język podobny do REXX-a. Wiem, że Wam nic to nie mówi, bo nie mieliście Amigi. Skrótowo: aplikacje dostarczają specjalnych interfaceów do których AppleScript potrafi się odezwać i pobrać informacje. Dzięki kilkulinijkowym skryptom możemy spiąć programy, które normalnie ze sobą nie rozmawiają. Przykładowo prosimy AddressBook.app żeby podała wszystkie wpisy z adresem e-mail w domenie @wp.pl, dane te przekazujemy do interface programu do składu grafiki i mamy automat do generacji listy lamerów.

(W AS możemy pisać też proste aplikacje z UI, ale to nie jest tematem notki, zainteresowani mogą udać się na strony [opisujące AppleScript](http://www.apple.com/applescript/

Dodatkową zaletą AS jest to, że możemy bez problemu podpiąć taki program pod skrót. Popatrzyłem w dokumentacje i znalazłem sposób na odpalenie skryptu Basha z AS właśnie. Wystarczy odpalić “Edytor Skryptów” i wpisać proste polecenie:

set fileInfo to do shell script "cd ~/opt/; ./clean.sh"

Następnie, co kluczowe dla całego procesu, zapisać skrypt jako aplikację.

Dalej jest już z górki, w preferencjach klawiatury wybieramy “Skróty klawiszowe”, “+”, z “Wszystkie programy” zmieniamy na “Inne” i wybieramy przygotowany program w AS. Definiujemy klawisz skrótu. Od tej pory nasz skrypt-morderca powinien wypełniać swoje zadanie i uwolnić mnie od zamykania Preview.app, który nie wiedzieć czemu ciągle mnie irytuje. ;-)

Dzięki

Dzięki dla Grześka i Mariuszowi za linki i szybkie porady. :-)

  1. Kto nie wie o co kaman, ten nigdy nie czytał tłumaczeń Jana Bieleckiego

To nie ma bardzo sensu, zwłaszcza pod koniec

Choroba powoduje, że nie mogę się skoncentrować. Skaczę między jedną myślą, a drugą podczas gdy trzecia już dawno podstawiła nogę pierwszej i prowadzi w peletonie bezmyślności. Po napisaniu tak skomplikowanego zdania patrzyłem się na ekran z rozdziawioną gębą i trzymałem przycisk shift, co mi się czasem zdarza. Na szczęście już mi przeszło.

Porządkowałem dziś pocztę 1 i przeczytałem kilka e-maili, które leżały sobie otagowane jako ważne und inspirujące. Chodziło głównie o postacie z komiksów. Jak powstają, dokąd idą, co lubią, czemu się zadają z innymi postaciami? Tworzenie charakterów dla papierowych ludków to nie jest łatwe zajęcie. Uśmiercanie jest trochę prostsze, dlatego też ostatnimi czasy — kulturalnie — skłaniam się ku filmom takim jak “Machine Girl“, gdzie nie oczekujesz już niczego poza prostym językiem buta, pięści i zaostrzonego kawałka stali. Czy potrafiłbym stworzyć postać, w którą czytelnik mógłby uwierzyć? Biorę więc do ręki kilka książek, tych, co mówimy o nich “ulubione” i kartkuje.

Ach, wiem, że ten gość pali cygara. Ten się boi tego, ona jest zwykłą dziwką o złotym kolczyku w brodawce. Są dla mnie jak znajomi z NK — wiem jak wyglądają, może nawet z kim dzielą łóżko. Postanowiłem, że też spróbuję. Mam już wszystkie składniki, tylko za cholerę nie znam proporcji — ile ukraść ze znanych mi osób, tak żeby nie wiedzieli co na serio o nich myślę? Czy ujawnić mój — wyssany z mlekiem matki —  antysemityzm i ogólną niechęć do pedalstwa tworząc pejsatego miłośnika analu, który będzie postacią jakiej nie można polubić?

Wpuścić ich w środowisko, które znam, czy może kłamać o gromadzie ludzi, których środowisko i obrządki? I jak w ogóle nie zrobić z tego satyry. No bo jesteście bogiem tych postaci. Nie chcecie zrobić z nich krańcowych idiotów i pyszałków, a na końcu ich zabić i powiedzieć im, że nigdy ich nie lubiliście? Ilekroć próbuję coś zbudować, to widzę murzyna nadającego na antenie RM lub islamski oddział Greenpeace’u, który kocha wszystkie bydlaki, ale wykonuje zbiorowe egzekucje na bekonie, gdy znajduje się on jeszcze w stanie samobieżnie różowym.

Zanim postawiłem pierwszą kreskę w notatniku postanowiłem, że poszukam sobie jeszcze jakiś głupich postaci wykreowanych za niezłe pieniądze żebym mógł czuć się lepiej jeśli zaliczę porażkę. Poklikałem “w internet” i po chwili puknąłem się w czoło — no jasne, tylko on!

na mnie, jestem tak wyluzowany. Bawią mnie własne pierdy i opowiadam dowcipy o blondynkach, paląc je raz na pięć. Zamiast reklamować produkt, próbuję ośmieszyć konkurencje. Większość rzeczy, które mówię to półprawdy — czyli całe kłamstwa. Podczas gdy ten gościu w garniturze sączy whiskey z innymi wartościowymi członkami społeczeństwa, ja piję piwo “Książ” i nagrywam “artystyczne filmy” webcamem.

Jak zaliczę jakąś dupę to przybijam sobie piątki w kawodajni z innymi posiadaczami życia w białym plastiku.

Hi, I’m a Fuck.

Jak rany, strasznie mnie rzuca jak widzę tego gnoja i  te “reklamy”.

Wiem już, że można wykreować postacie słabe, bo liczy się tylko wyrazistość. Zawikłane postacie == źle. Charaktery, w których możemy odnaleźć swoją codzienną chujowiznę == bardzo dobrze. Introwertyczne przemyślenia człowieka pod ścianą == źle. Proste prawdy mówione podniesionym głosem == bardzo dobrze.

Dobrze, wiem już co mam robić przez następny tydzień. Tylko wystawię sobie fakturę za stracony czas na konsultacje ze sobą.

  1. INBOX 0 trzyma się u mnie dobrze

Opanujemy cały świat, yo!

Kupując kolejną butelkę piwa Porter z browaru Żywiec mój wzrok przykuła naklejka na drzwiach jednej z wielu Żabek znajdujących się na terenie mojego miasta. 1

  1. Łódź