Béton brut

Ska

(Nie wiem czemu nigdy nie blogowałem o czymś, co jest tak ważne w moim życiu)

Not everybody can do the twist, but everybody can do the Ska

Czym jest Ska? Gdybym miał odpowiedzieć jednym zdaniem napisałbym, że to gatunek muzyki, który narodził się na Jamajce w latach pięćdziesiątych. Na szczęście nie muszę posługiwać się aż takim skrótem i mogę pozwolić sobie na opisanie tej wspaniałej muzyki.

Pierwsze nagrania Ska powstały w legendarnym Studio One znajdującym się w Kingston. Po chwili taneczna gorączka zawładnęła jamajskimi soundsystami — karaibska wyspa miała swój pierwszy muzyczny styl. U korzeni gatunku leży czarne rytmy: calipso, blues, jazz oraz R&B.

Skąd nazwa? Jedną z teorii mówi, że nazwa wzięła się od dzwięku gitary — znaku firmowego — który brzmi właśnie jak ‘ska-ska-ska’. Prócz gitary rytmicznej w standardowym instrumentarium zespołów grających znajduje się sekcja dęta (trąbka, saksofon, puzon), perskusja, gitara prowadząca, bas, a rzadziej organy ([Hammond](http://en.wikipedia.org/wiki/Hammond_organ, harmonijka ustna, skrzypce i inne instrumenty perkusyjne (kongo).

Czas mijał, nadeszły lata sześćdziesiąte. Wielka Brytania przeżywała falę imigracyjną — młodzi Jamajczycy szukali lepszego życia, zabierając ze sobą rodziny i muzykę.

Media: Gun of Navarone, African Roots Dub, In the Mood For Ska.

2 Tone

Lata sześćdziesiąte kojarzą nam się dość łatwo. Hippisi, narkotyki, The Doors, Woodstock, wolna miłość i pokój. Dziś może nam się to wydawać nieprawdopodobne, ale byli młodzi ludzie, którym nie odpowiadał brud, tumiwisizm i hedonizm niezrozerwalnie związany z ruchem hippisowskim. Nosili krótkie włosy, koszule, szelki, delikatnie przykrótkie jeansy spod których widać było ciężkie buty, kapelusze porkpie. Pierwsi jamajską kulturę, muzykę i styl ubioru zaadoptowali skinheadzi.

piątki i soboty pracująca młodzież tańczyła do upadłego przy dźwiękach Ska, które wymieszało się z punk rockiem, dając życie drugiej fali. Główną wytwórnią wydającą jamajską muzkę było 2 Tone Records. Dwa kolory, jak kolory ludzi na parkiecie. Ska połączyło czarnych i białych w zabawie. Od tego czasu symbolem gatunku jest czarno-biała szachownica. 1 Wiem, że gdy napiszę o czarnych skinheadach, to pewnie mi nie uwierzycie, ale tak — skinheadzi byli czarni.

Skinheadzi wyznawali proste zasady: żadnej polityki, duma z tego, kim jesteś, piwo, muzyka i piłka nożna. Większość ludzi nazywających się dziś skinheadami nie ma nic wspólnego z oryginalnym ruchem. Gdyby powiedzieć im, że pierwi skini byli czarni mogliby zejść na zawał. Wróćmy jednak do muzyki.

Media: Sally Brown, Skinhead, A Message To You, Rudie, Our House, One Step Benoyd, Guns of Brixton, Rudie Can’t Fail.

Szybciej, więcej, głośniej

W latach osiemdziesiątych Ska przeskoczyło znów ocean by zainspirować amerykańskich muzyków. Tak narodziła się trzecia fala jamajskiego uderzenia. Trochę słodsza, trochę prostrza, głośniejsza. Jednym słowem: amerykańska. W trzeciej fali subtelne brzmienie Ska zdominował punk rock, dlatego też często o mówimy o ska punku czy ska core. Amerykanie nie przejęli też specjalnie kultury rudeboys.

Media: Oi To the World, Monkey Man, She Has a Girlfriend Now, I Wasn’t Going To Call You Anyway, Last Night, Spam, Come On Eileen.

Świat?

Każda z trzech fal podmywała świat. Mocniej lub lżej, w bardziej jazzowym lub punkowym wydaniu. Każdy z krajów ma swojego reprezentanta nurtu, że wymienię choćby: St-Petersburg Ska Jazz Review ([Too Good To Be True](http://youtube.com/watch?v=v3dpG0Ty0wQ z Rosji, The Busters ([Ruder Than Rude](http://youtube.com/watch?v=yEE5aFoZnYM, Ska-P ([Sexo y Religion](http://youtube.com/watch?v=hB9xcmu9GtU z Hiszpanii, Polemic ([Do Ska](http://youtube.com/watch?v=_SQPIAg04qM ze Słowacji, The Sketchers ([Secretary](http://youtube.com/watch?v=oQ4_OUZJKZw z Holandii, Tokio Ska Paradise Orchestra ([Skaravan](http://youtube.com/watch?v=SsjBv6aZHL0 i Ore Ska Band ([Tsumesaki](http://www.dailymotion.com/relevance/search/ore%2Bska/video/x256y1_ore-ska-band-tsumesaki_music. Taką listę mógłby ciągnąć bardzo długo. Dam Wam się jednak pobawić wyszukiwarką YouTube i odkryć coś na własną rękę. (można mnie podpytywać na Blipie;-)

Kto ty jesteś? Polak mały. Słuchasz Ska? No, dzień cały

Polacy nie gęsi i swoje Ska mają. Pierwsza płyta z tymi jamajskimi dźwiękami została nagrana przez… no, zgadnijcie? Ja też nie mogłem uwierzyć — Alibabki. Stało się to w 1964 roku. O ile muzyka mi się zgadzała, to nigdy nie mogłem zrozumieć, kto pisał im teksty. “Wash Wash Wash Jamaica Ska” brzmi niesamowicie zabawnie. “Echo Ska” jest już dużo lepsza, bajdziej swingująca no i ma tekst. ;-) Wszyscy wiemy jak wyglądała przez lata Polska. Ska funkcjonowało więc poza krwioobiegiem kultury. W tle grały sobie różne zespoły posługujące się tą stylistyką, czy nawet wprost odwołujące się do rytmów od których rudeboy’om podskakują kapelusze, ale na nowo do świadomości ludzi (a raczej do podświadomości, bo jak dziś komuś o tym opowiadam, to patrzy na mnie jak na wariata (to jak z czarnymi skinami był Big Cyc.

Big Cyc? Z czym?!

Makumba-Makumba-Makumba-ska!

Tak, tak. To była głupawa piosenka, którą wszyscy nucili i przy której wszyscy się bawili. W jednym z wywiadów Skiba powiedział, że chciał zagrać na nosie naszym “skinheadom” i nagrać muzykę o czarnym studencie używając muzyki, o której czarnych korzeniach dawno udało im się zapomnieć. Jeżeli chcecie posłuchać Cycowych interpretacji gatunku, to polecam zapoznać się z płytą “Wszyscy święci”, którą to Big Cyc nagrał po powrocie z USA, gdzie nasiąkneli strasznie gatunkiem (w tamtych czasach nawet na koncertach występowali w koszulkach zespołów Ska z USA, m.in. The Toasters). Za każdym razem gdy zaczynają grać na koncertach cover starego jamajskiego przeboju “Rudie Getting Married” — “Rudy się żeni” — nie potrafię się powstrzymać od uśmechu.

No, ale Big Cyc nie jest “reprezentantem gatunku” i pewnie wiele osób krzywo się na mnie popatrzy, ze to, że ich w ogóle wymieniłem.

Kto gra Ska w Polsce? W 2000 roku na to pytanie potrafiłbym wymienić kilka kapel. Dziś scena odmieniła się na tyle, że nie nadążam kupować płyt, a ludzie kwitują moje zdziwienie stwierdzeniem — “Jeszcze nie słyszałeś? Pfft”.

Głównym propagatorem gatunku (oraz innych, leżących obok, takich jak street punk, Oi!, rockabilly, psychobilly) w Polsce jest wydawnictwo JimmyJazz Records (pozdrawiam!), które prócz wydawania i nagrywania płyt początkujących i już dojrzałych zespołów wydaje gazetkę Garaż, w której obok tekstów o naszej ulubionej muzyce znajdziemy płytkę z nowościami, które niedługo pojawią się w ofercie. Gazetkę można bez problemu nabyć lub przejrzeć w Empiku.

Oto moja prywatna lista polskich zespołów, które warto przesłuchać: Vespa (To Miasto), Skampararas ([Za Reggae i Ska](http://youtube.com/watch?v=3nLSudWxwzA, Skankan ([Człowieku, Człowieku](http://youtube.com/watch?v=7JlaQm2YDTI, The Konopians ([Ska](http://youtube.com/watch?v=nwlBZVLXnxM, Skapoint ([Pressure Drop](http://youtube.com/watch?v=zbR5IpNdkwc, Cała Góra Barwników ([24 godziny](http://youtube.com/watch?v=Op8NEX_bCiM, Koniec Świata ([Atomowe Czarne Chmury](http://youtube.com/watch?v=znyLwAGRYOw, Bibi Ribozon & Banditos ([Swingujące Banany](http://youtube.com/watch?v=T684USFnz_Y, Ziggie Piggie ([Rudie Rudyboy](http://youtube.com/watch?v=RMlzhOjZ5TA, Horrorshow ([Jesteśmy z Sosnowca](http://youtube.com/watch?v=WIVkbQSWM44.

Wiele rockowo-punkowych kapel sięga do podobnych brzmień (Pidżama Porno - Ezoteryczny Poznań, T.Love - SOS Ska, Blade Loki - Psy i koty

Szybko podsumowując…

nie myślałem, że pisanie o Ska przyjdzie mi z taką trudnością. Mam nadzieję, że YouTubeowe linki pozwolą choć trochę zapoznać się z gatunkiem. Jamajska muzyka naładowana jest radością, uderzeniem które nie pozwala usiedzieć na miejscu, bije w rytmie serca i pozwala mi przeżyć kolejny dzień bez zabijania masy debili. Muzyka jest życiem, przeżyj je radośnie — słuchaj Ska!

  1. którą podjebali emo-gnoje

Pokaż mi Twojego ThinkPada, a powiem Ci kim jesteś!

Trzy ThinkPady, trzy historie odciśnięte na pokrywach LCD. Który z nich może być mój? 1 Nagród nie wyślemy pocztą.

  1. Jeden jest az-a, drugi nozbiego. ;-)

Piwo korzenne, duchy i pięć minut z Guybrushem

Jestem fanem, nie — fanatykiem — serii przygód niezbyt udanego pirata 1 Guybrusha Threepwooda. “Secret of the Monkey Island” oraz “Secret of the Monkey Island 2: LeChuck’s Revenge” ukończyłem jeszcze w czasach, gdy nie musiałem się golić. Nadal z wielką przyjemnością odpalam sobie ScummVM i klikam po znajomych miejscach, czytam te same dowcipy i nadal się z nich śmieję.

Ba, po tylu latach nadal odkrywam rzeczy, które wcześniej przeleciały mi nad głową.

Wczoraj w nocy stwierdziłem, że chyba coś mi uciekło. No i oczywiście przypomniałem sobie o “Curse of Monkey Island” — części na którą się zawsze śliniłem, a w którą nigdy nie dane było mi zagrać, bo byłem wtedy jeszcze amigowcem. 2 Szybkie wyszukiwanie w Allegro i już idzie do mnie paczuszka z pudełkiem pełnym czarów LucasArtu. Nie mogąc się doczekać postanowiłem pooglądać jak wygląda gameplay w “Klątwie”. Wygląda bosko.

Na końcu znalazłem coś, co mnie rozbiło: pięciominutową animację pokazującą historię z pierwszej części gry. Samo mięso, sam śmiech. Każdy, kto zna tę grę musi to zobaczyć. Nie ma wymówek.

Nie zapraszajcie mnie w weekend na imprezy. Będę na Małpiej Wyspie. :-D

  1. to taki Rincewind siedmiu mórz
  2. Buuu! Hiss!

Democamp, 24-25.06.2008

W dniach 24 i 25 czerwca, w Szczyrku, odbyła się konferencja Democamp, na której miałem przyjemność gościć. Sama impreza była wręcz przepełniona wydarzeniami i wprost nie mogę nie napisać kilku słów raportu.

Swoją podróż na imprezę rozpocząłem w poniedziałek, tak żeby mieć czas pozwiedzać zanim zacznie się część oficjalna. Na moje szczęście na miejscu byli też już organizatorzy (Adam, Kuba, Paulina, Wiktor) i mogłem pozwiedzać lokalne knajpy w doborowym towarzystwie. W ramach sportowego współzawodnictwa rozegraliśmy turniej w trambambulę i ping-ponga. Tak minął dzień zero.

Dzień pierwszy to śniadanie, moje pierwsze podejście pod górę 1 no i ostatecznie wybiła godzina, w której rozpoczęto serię prezentacji. Zanim jednak oddano mikrofon prelegentom mieliśmy okazję wysłuchać krótkich wystąpień organizatorów nowych spotkań *camp: krakowskiego Krakspotu, olszytńskiego Olcampu i jeśli mnie pamięć nie myli, przedstawiciela Szczecina. Niestety, moja pamięć uległa tutaj jakiemuś uszkodzeniu i nie mogę zdradzić detali, ani czy w ogóle ta sprawa miała miejsce.

Serię prezentacji rozpoczął Dominik Koza, razem z pomagającym mu (występującym jednocześnie w roli kamerzysty) z doskoku Maciejem Budzichem. Tematem był Kodeks Blogerów – rzecz mocno aktualna zważywszy na coraz większe zainteresowanie firm reklamowaniem swoich produktów i usłuch przy użyciu „nowych mediów”. Dominik opowiedział pokrótce historię powstania samego Kodeksu, oraz to, które dziedziny z życia blogera ma on regulować. Chodzi głównie o etykę w pisaniu o produktach, stosunek marketerów do blogerów (padło wiele przykładów – tak od prezentujących jak i z sali), a całość przesłania podsumował Maciej używając trzech prostych do zrozumienia słów „Nie kłam, kurwa”.

Zaczęliśmy od miękkiego prawa — „etyki” — potem mikrofon przejęli Marcin Błaszyk i Tomek Olech, prawnicy z Kancelarii Prawnej Renata Urowska i Wspólnicy i zabrali się za tłumaczenie nam o ochronie danych osobowych w sieci. Prezentacja bardzo zajmująca, pełna ważnych informacji dla każdego, kto ma bazę danych pełną e-maili i adresów IP. Dostało się trochę nam – programistom – za pewne olewactwo gdy chodzi o pracę z danymi osobowymi, dostało się trochę twórcom prawa, którzy bezrefleksyjnie implementują dyrektywy Unii Europejskiej, tworząc przepisy kłopotliwe, zbyt wymagające, lub nie chroniące rzeczy naprawdę ważnych. 2 Pytań o różne niuanse prawa było więcej niż czasu, a ich zakres szerszy niż prezentacja, dopisałem więc za przyzwoleniem Adama na tabliczce z planowanymi sesjami unconference „Marudzić prawnikom”. Zarówno Tomek jak i Marcin dawali się przepytywać żądnym wiedzy (i pewnie skąpym;) uczestnikom Democampu w kuluarach.

Potem „wystąpiłem” ja.

Po mnie na scenę wskoczył Kuba Filipowski z wykładem o Enterprise 2.0, czyli co korpo może zabrać z tego całego webdwazerowego grajdołka. Czy warto sprzedawać aplikację SaaS, która wygląda jak Facebook lub Nasza Klasa? Kto potrzebuje audytów ISO i czy w ogóle.

Kuba oddał mirofon Michałowi Śliwińskiemu, autorowi aplikacji Nozbe wspomagającej zarządzanie czasem i projektami. Tę prezentację powinien zobaczyć każdy programista, który ma o marketingu takie pojęcie, jak ja. Na przykładzie własnego projektu (i trochę zahaczając o niejakiego Piotra M.) Michał opisał co warto zrobić, by zaistnieć ze swoim projektem, czy i jak warto się chwalić, jak „spamować” użytkowników, żeby byli chętni wydać te kilka dolarów na konto premium. Mnie najbardziej poruszyło proste stwierdzenie, które padło pod koniec wystąpienia — „Kochajcie swoją aplikację”. Takie proste, a jednak trudne, prawda? Bo jak już ją kochacie, to będziecie potrafili powiedzieć użytkownikom, jakie płyną zyski z jej używania, no i będziecie się w stanie nią szczerze chwalić.

Ze sceny powiało lekkim wiaterkiem niosącym przyszłość – to Michał Małyszko wprowadzał nas w problemy, technologie i potencjalne możliwość wiążące się z mobilną telewizją, oraz obecny stan wdrożeń w Polsce. Prezentacja wywołała automatycznie dyskusję wśród słuchających — „Czy Internet nie zastąpi telewizji”, „WiFi czy kabel, a może stara infrastruktura?” — dlatego też temat trafił na tablicę z tematami dla sesji unconference.

Ostatnią prezentacje przeprowadził Tomek Kolinko, jeden z programistów projektu szuku.pl – Szuku to wyszukiwarka ludzi, posługująca się danymi zgromadzonymi w sieci (rozmaite rejestry, aplikacje społecznościowe), która pozwala nam zweryfikować naszą randkę, partnera w biznesie i poszukać ewentualnych brudów na nielubianego blogera. Niestety, zgodnie z prawami rządzącymi prezentacjami, systemu nie udało się zademonstrować na rzutniku. Tomek, niezrażony tym faktem, przeprowadził dodatkową prezentację pokazującą jak mogą wyglądać narodziny i życie polskiego startupu, skąd brać programistów pracujących za orzeszki ziemne i czego im nie mówić. Odpowiedział też na męczące wielu pytanie, ile ważą książki, które kosztowały tysiąc nowych polskich złotych.

Bym był zapomniał! Maciej Żłobiński na początku opowiedział nam jak się powinno siedzieć na fotelu. Nigdy nie myślałem, że to taka sztuka. Po wysłuchaniu instrukcji wszyscy zaczęli się kręcić na wcześniej wygodnych krzesełkach. Potęga wiedzy!

Prezentacja Tomka zamknęła część oficjalną i ludzie rozpoczęli przygotowania do ogniska. Na początek wytargaliśmy z lodówki sto piw, które zasponsorowała nam firma Dominika – Insignia. Było już piwo, zaczynało się palić ognisko, na papierowych tackach czekało kombo ogórek-kaszanka-kiełbaska-smalec-chlebek, więc ludzie przystąpili do konsumpcji. Czym dłużej trwała konsumpcja tym bardziej zacieśniały się stosunki między uczestnikami, co dało się łatwo zaboserwować przyglądając się dowolnemu stołowi i licząc wybuchy śmiechu na minutę, oraz dzieląc to przez odgłos ‘psst’, który wydawały z siebie puszki. Bez wątpienia świetny sposób na integracje *campowego środowiska. 3

Na dzień drugi zaplanowano dwie strategie spędzenia poranka. Grupa mniej integrująca się na ognisku 4 wybrała się zdobywać góry, podczas gdy inni pływali w basenie, lub najzwyczajniej w świecie odsypiali. Gdy już wszyscy znaleźli się znów w obrębie hotelu rozpoczęto sesję unconference. Najwięcej okrzyków i gestów dobywało się z grupy omawiającej startupy w kontekście naszego kraju. Bałem się podejść, więc wybrałem bardziej spokojną sesję o telewizji mobilnej. Niestety, byłem tak spóźniony 5, że udało mi się właściwie wysłuchać tylko wniosków końcowych.

Nastał czas obiadu i turnieju gry w prowadzonego przez Macieja Żłobińskiego. Na turniej nie dotarłem, gdyż zostałem brutalnie porzucony przez Eri i jej chłopaka. Prawdopodobnie bali się przegrać i wymknęli się z pokoju nie niepokojąc mnie. ;-)

Podsumowując: impreza udana pod każdym względem i aż żal, że trwała tylko dwa dni. Prócz ciekawych (i mojej;) prezentacji, można było stanąć twarzą w twarz z wieloma osobami znanymi nam wcześniej tylko z sieci i zapytać, czemu nie obserwują nas na Blipie. Mogę tylko pragnąć, aby następna impreza w takiej formie odbyła się jak najszybciej.

No i podziękowania dla organizatorów: Netguru, PTI, sponsora piwa — Insignia oraz sponsora generalnego — bank WBK.

Zdjęcia użyte w notce wykonał Krzysztof Kowalczyk, pamięć odświeżała mi Paulina via Blip i Koza swoją notką o Democampie.

PS. Udało mi się też wczołgać na drugą górę. Niestety, złą trasą, co kosztowało mnie sporo energii i nadużywania wyrazów powszechnie uznawanych za szewskie.

  1. w górach nigdy nie byłem, więc chciałem sprawdzić co takiego jest w tym wspinaniu się po stromych ścieżkach
  2. Uwaga, to moja interpretacja ;-)
  3. Padło kilka rzeczy wartych opatentowania, jak gorset na rzepy (c) Koza i wszystko mówiące pytanie zadawane pojawiającym się przy stoliku ludziom — „Gitara czy bas?”
  4. lub z silniejszym systemem trawiennym
  5. czynnik ogniska

Dlaczego nie mówimy w branży brzydkich wyrazów i co z tego dla nas wynika? [czyli o czym nie słyszeliście, gdy mówiłem]

Moje wystąpienie na Democampie było fatalne, pełne zacinek i nie przekazało absoltunie nic. W zamyśle była to szybka pogadanka o komunikacji problemów w firmie. Poniżej jest notatka, którą mniej lub bardziej miałem się inspirować. Jak wyszło, wiadomo.

Zamysł oryginalny:

Chcę Wam dziś opowiedzieć o pewnej rzeczy, którą zauważyłem pracując przez te kilka lat z różnymi ludźmi. Jest kilka zwrotów, które są w branży związanej z IT uważane za wulgaryzmy. Wypowiedzenie ich powoduje omdlenia programistów, spojrzenia pełne niesmaku rzucane przez administratorów i płacz działu marketingu. Mleko kiśnie, pakiety zaczynają płynąć pod prąd, serwery rzucają kernel panic. Możecie sobie wyobrazić.

Zanim wymówię jeden z tych zwrotów chciałbym rzucić trochę światła na społeczność ludzi używających komputerów w celach twórczych. Wielu z postronnych obserwatorów uważa, że żyją oni tylko po to, by zarabiać, by kupować nowe gadżety i komputery i że są napędzani przez kofeinę.  Po części mają oni racje, ale zapominają o największej sile stojącej za każdym z twórców. O ego. Ego każdego twórcy jest parokrotnie większe niż on sam, a gdyby terroryści mogli się o nie rozbijać samolotami, to prawdopodobnie nigdy nie zabrakłoby im celów. Kto napisze najbardziej łebski algorytm, zrobi design tak minimalistyczny, że obraz „Biały niedźwiedź jedzący krówki podczas zamieci śnieżnej” będzie się wydawał zatłoczony. Ja. Ja. Moje ego.

Więc jaki jest ten wulgarny zwrot? Proszę ludzi o słabym sercu o zakrycie uszu – to „nie wiem”. Pewnie – powiecie – co w tym strasznego? To zwrot powodujący drżenie kolan każdego egomaniaka. Scenka rodzajowa: pytacie nowo przyjętego pracownika o kwestie optymalizacji zapytań w kontekście operacji na łańcuchach. Jego oczy zaczynają swoją wędrówkę od pięciozłotówki po zakrętki od słoików. Powoli mówi „Uhm”. Pytasz go, czy może to zrobić. „Uhm”. No to wszystko jest super, ty możesz zająć się innymi superważnymi sprawami jak blagosferowa wojna o ogień podczas gdy on będzie kodował. Problem leży w tym, że on tak na serio to nie wie, ani co do niego powiedziałeś, ani jak się do tego zabrać. Ale pracując w środowisku gdzie miłość własna jest tak ważna, prędzej umrze niż powie „nie wiem”.

Co z tego wynika? „Nie wiem” powoduje wymierne straty dla firmy. Nieme „nie wiem” to zawalony termin, bo przecież nikt nie przyzna się, że nie wie jak mierzyć dostępność zasobów. „Nie wiem”, którego zabrakło, to późniejszy refactoring projektu, dużo kosztowniejszy i stresujący, niż pisanie czegoś, ze świadomością niewiedzy.

Dlaczego tak się dzieje? Sami budujemy takie środowisko. W zespole, czym więcej warstw biurokracji-działów-kierowników, tym więcej ludzi czuje brak zaufania do kolegi z pracy. Przyznać się do niewiedzy to jak narysować sobie tarczę strzelniczą w dowolnym regionie konfliktu. Przykład idzie też z góry. Samo kierownictwo nie potrafi się przyznać do żadnego złego kroku, czemu więc programiści mają czuć się zmuszeni do uczciwości?

W zespole, w którym panuje zaufanie, dużo łatwiej jest powiedzieć nie wiem. Płaska struktura i ogólna znajomość tematu przez większość ludzi pomaga. Gdy u mnie w biurze pada słowo „nie wiem”, to zbieramy się i wymieniamy rozwiązaniami, albo ktoś obeznany podsunie gotowe rozwiązanie. Gdy ktoś mówi, że czegoś nie wie, to można go zapytać, czy spróbuje zerknąć w problem i powiedzieć, czy da radę go rozwiązać.

Oduczymy się mówienia białych kłamstw w stylu „nie widzę problemu w tym podejściu” — co czytamy jako — „nie wiem jaki problem to rozwiązuje, ale wygląda OK”. Trochę uczciwości w stosunku do innych i do siebie. Czy to, co powiedziałem ma w ogóle sens. Ja nie wiem.

Wykonanie:

Umm. Ee. \<spalony dowcip>. Dziękuję.


Democamp, część zero: podróż

Czym różni się pociąg relacji Łódź → Bielsko-biała od statku? Na statku mamy lepsze widoki, pociąg mocniej kołysze. Na całe szczęście prawie całą drogę mam zasięg iPlusa i mogę sobie klikać pracę i czytać RSS-y.

Czasem myślę nad dołożeniem jeszcze jednej baterii zamiast napędu DVD. Nie pamiętam, kiedy coś z nim zrobiłem (zbieranie kurzu się nie liczy), a 8h biegać bez kabelka musi być fajnie. Nie żebym marudził na 4h które teraz dostaje od mojego ThinkPada.

No nic, minąłem Częstochowę, czas zacząć się zastanawiać jak rozpoznać BB Centralny i co powiedzieć panu od PKS-u (‘Democamp - rachciachciach - dobry - człowieku - silwuple‘ — może zadziałać, nie każdy ma jednak charakter Niani Ogg)


Szczyrk, ognisko i IT [Democamp 2008]

Ostatnie dni czerwca przyniosą nam dwa warte odnotowania wydarzenia: Polacy niepłacący ZUS-u rozpoczną wakacje, Polacy płacący ZUS będą mieli okazje osłodzić sobie ten fakt (tygodniowe wakacje i comiesięczny ZUS) wybierając się do Szczyrku.

Grupa odpowiedzialna za organizację poznańskiego Barcampu zapragnęła  aktywności na świeżym powietrzu i ogniska, wpadli więc na pomysł przygotowania takiego spotkania, które realizuje wyżej wymienione cele, gdzieś w piękniejszych rejonach Polski, dorzucenia paru gadających głów i nazwania tego *camp.

  • Panie kierowniku, czy mogę jechać na tę konferencję? Ma wszystkie słowa kluczowe, nawet łebdwazero. Bardzo tanio, pięćdziesiąt polskich nowych złotych. Zawsze Pan mówi, że stawiamy na aktywnych, szukających wiedzy pracowników!”

  • Dobrze, proszę jechać. Po konferencji proszę zdać krótkie sprawozdanie na firmową listę dyskusyjną.”

(Aaa… aalle… jak się ppisze ‘pijjacka czka… czka… czkawka?)

masz naiwnego kierownika lub po prostu robisz tak niewiele, że nikt nie zauważy Twojego dwudniowego zniknięcia, to pakuj się i jedź na Democamp. Odbędzie się on 24-25 czerwca, prócz oczywistych atrakcji, tj. słuchanie wykładów, jedzenie, sen, ognisko i spacer, będzie można spróbować swoich sił w turnieju Pétanque. Nie, nie wiem, co to jest. Tak, mam zamiar spróbować. 1

Na koniec chciałbym ostrzec, że na prośbę Adama Zygadlewicza mam też coś powiedzieć do mikrofonu. 2 Na razie jeszcze za bardzo nie wiem o czym, ale pewnie o komunikacji i brzydkich wyrazach.

  1. Prawdopodobnie zabiorę też strój bramkarski, jak ktoś chce pobawić się w “Polacy przegrywają Euro2008, to ja jestem jak najbardziej za
  2. Z Dobrze Poinformowanych Źródeł wiem, że sensowni mówcy się wykruszyli, a jak się nie ma co się lubi…

Blip: prywatne wiadomości i odwiedziający

Po Blipaferze 1

Przed chwilą wróciłem do domu i zauważyłem ikonkę, której nie było gdy wychodziłem z biura. Jej zastosowanie jest oczywiste: pozwala zaznaczyć, że wiadomość którą wyślemy, będzie widoczna tylko dla nas i odbiorcy.

Brakuje mi tylko opcji w ustawieniach pozwalającej zdefiniować domyślne zachowanie. W tej chwili wszystkie wiadomości wychodzą jako prywatne i musimy je ustawić jako publiczne. Oczywiście dla użytkowników klawiatury/komunikatorów dodano odpowiedni tag — >> — dzięki niemu nasza wiadomość od razu staje się prywatna.

Z dodatkowych zmian: poprawiono obsługę tagów ([więcej na Bliplogu](http://www.bliplog.pl/tagi-poprawione/115 oraz wprowadzono podgląd ludzi odwiedzających kokpit. Bez wątpienia to kolejny ficzer-szpiegula, który wywoła piekło (przepraszam, #blipafera.ę) — na szczęście można go już teraz wyłączyć i podglądać te wszystkie piękne kobiety bez zostawiania śladów.

  1. Blipscan, Nieblipowy blip o Twitterze, Jest na Blipa “zlecenie” zespół Blipa obiecał dokonać zmian pozwalających użytkownikom na prywatne kierowane wiadomości. Do tej pory wiadomości przesyłane między użytkownikami mogły być obserwowane do pewnego momentu przez kokpit, a później pobrane via API.

Szczęście jako parametr RLIKE

Ktoś potrafi zdefiniować szczęście? Wikipedia mówi, że szczęście to:

Szczęście jest pozytywną emocją, spowodowaną doświadczeniami ocenianymi przez podmiot jako pozytywne. Psychologia wydziela w pojęciu szczęście rozbawienie i zadowolenie.

Cholernie ciężko wyczuć takie szczęście w stringu. Możemy próbować budować sieci neuronowe, posiłkować się zdobyczami nauk związanych z AI, ale nadal nie potrafimy stwierdzić, czy “Ja pierdolę!” to zawołanie rozpaczy, czy skrajnej radości.

sieci pomagamy sobie uśmieszkami. Jest to jeden ze sposobów wykrywania nerdów — jeżeli ktoś przekrzywia głowę żeby się uśmiechnąć, to jest na najprostszej drodze do kliniki uzależnień. Wczoraj umyśliłem sobie, że przekuję tę wiedzę w coś zabawnego. Tak powstał isBlipHappy(); — barometr nastrojów użytkowników Blipa.

Więc jeszcze raz: klik-klik isBlipHappy(); — jak widać, stereotyp narzekającego Polaka upadł. ;-)

PS. Logo jest fatalne, bo mi grafik uciekł zanim zdążyłem przekazać mu te ekscytującą (darmową) pracę. Nie dostałem pozwolenia na użycie loga Blipa, gdyż czynnik decyzyjny jest chwilowo offline. Jeżeli czynniki decyzyjne są niezadowolone, natychmiast dokonam podmianki.


A jednak się kręci

Wydano nowego Firefoksa. Twitter pada na pysk. Blogerzy przerzucają się z krawaciarzami o to, czy impreza była koszerna, czy kanapa (po 30K PLN za sztukę) dość wygodna i co z tego wynka. Kupiłem trzy płyty, dwie muzyczne i jedną grę. Płyty nie chciały zaskoczyć w komputerze coby ich nie piracić, a gra, którą aktywuje się przez sieć nie daje się aktywować. Bo klucz jest użyty. Nie ma z kim o tym porozmawiać. Kupujcie oryginały, zabawa dla całej rodziny.

Polacy odpadli z Euro. Odpadli koncertowo, pokazują nonkonformistyczne podejście do dyscypliny, którą uprawiają. Mogą wystąpić w reklamach środków zabijających smród potu, bo prawie nik się nie zmęczył na tyle, by cuchnąć.

Dolar leci na łeb, Thunderbird nie obsługuje lokalnych skrzynek pocztowych, mam wezwanie z Urzędu Skarbowego, na imprezie ogolono mnie na łyso. AmigaOS nadal nie jest najpopularniejszym systemem na świecie. Fotografia umiera. Pornografia trzyma się dobrze. Fajki drożeją, ale już prawie nie palę (wrzućmy to na kupkę tragedii), Orange wystawia faktury, nie chcąc przyjmować ode mnie rozliczeń za połączenia z ludźmi, których mam szczerze dość.

Większość projektów, na które się cieszę, nie wychodzi poza fazę “Mam taki pomysł”, wszystkie projekty, których nie znoszę są w fazie “czemu to jeszcze nie gotowe”. Skończyły się worki na śmieci i płyn do kąpieli — “O zapachu szyszek”. Mój nowy LCD ma już dwa piksele świecące na niebiesko. Kupiłem Maka i chyba zaczynam rozglądać się za facetami.

Świat jest pełen rzeczy. Mało kto jednak zauważa, jak bezsensowne są te nasze małe wojny prowadzone z cieknącym kranem, otyłością, odsetkami od kredytu i setkami na stole. Machamy tak łapami przez sześćdziesiąt lat i zakopują Nas w małym, drewnianym pudełku, a ZUS — jak szeryf z taniego westernu — wypłaca za naszą głowę cztery tysiące nowych polskich złotych dla zabójców, którymi tak często okazują się najbliźsi.

Łazimy, kupujemy, wydalamy, kopulujemy, znikamy, a świat kręci się dalej.

Tak wygląda Wensu na tle Słońca.

Wasz jutrzejszy commit, design i muzyka nie doskoczy nawet do kolan zajebistości Wszechświata. Trzeba się nauczyć z tym żyć.