Béton brut

Dość walk na imprezie; równe szanse na dance

Nasze imprezy przebiegają według ustalonego planu. Jednym z żelaznych punktów jest walka o dostęp do komputera podłączonego do projektora celem przeforsowania własnych gustów muzycznych lub wyświetlanych klipów na YT. Czas mija, używki są konsumowane i coraz częściej w dialogach znajdują się takie zdania:

  • Jeszcze jedno! Prrrroszę!”
  • Puść mnie, puść mnie — właśnie sobie przypomniałem zajebisty kawałek, co chciałem Wam go dać do przesłuchania!”
  • Ty \<inwektywa>, ile jeszcze będziesz siedział przy komputerze na imprezie?!”
  • O nie, znów \<gatunek muzyczny>!”

Dziś trafiłem na link, który może nie rozwiąże problemów z tym kto kontroluje odgrywanie, ale odciągnie go od komputera (co pozwoli innym przejąć po czasie władze). Jest to maszap 1 YouTube i Last.fm. Wchodzimy na stronę projektu Last.fm + YouTube 2 i wpisujemy login do swojego profilu. System przeleci po Twojej liście odtwarzanych rzeczy i przygotuje odpowiednie teledyski dostępne na YT. Miód i orzeszki.

Podsumowując: Goście dostarczają swoje loginy na Last.fm (nieobecni głosu nie mają), gospodarz karmi nimi Last.fm + YouTube w odpowiednich interwałach. Mamy idealną sytuację gdzie wszyscy są jednakowo niezadowoleni. Nikt nie siedzi przy komputerze. Wszyscy siedzą przy whiskey.

Web2.0 zmniejsza poziom agresji i zwiększa spożycie alkoholu!

  1. trudne, ale piękne, polskie słowo
  2. dlaczego nie nazwano tego youlaster czy jakoś łebdwazerowo? No maszap to przecież!

81920 kropeczek w 256 kolorach

Nie będę próbował tłumaczyć czym była (czym jest teraz, nie wiem, nie uczestniczę w jej życiu od bardzo dawna) demoscena. Jedno jest pewne: demoscena grupowała ludzi, którzy nigdy nie uważali, że materiał ogranicza twórcę. Najlepszym przykładem byli graficy. Zanim każdy ściągnął swoją własną wersję Photoshopa zarejestrowaną na Jana Kowalskiego, zanim komputery zaczęły wyświetlać miliony kolorów w niesamowitych rozdzielczościach, świat miał do dyspozycji kilkaset piksli w X i Y.

Dziś to wszystko wygląda śmiesznie. Gdy przed chwilą udawałem się na polowanie za kilkoma grafikami sam zastanowiłem się, czy jest jak je pokazać. 320x256 to mniej, niż wyświetla mój telefon. Nawet ten głupi blogowy szablon ma aż 510px wolnego miejsca.

Może ktoś jednak weźmie sobie jedną czy drugą grafikę pod lupę i zerknie jak te kropeczki pięknie poukładane. To kiedyś było wyświetlane na pełnym ekranie mojego monitora podłączonego do Amigi. Dziś to tylko znaczki, trochę większe od ikon.

Oto kilka (nie mogłem znaleźć żadnego dobrego archiwum z pracami z tamtych lat) obrazków:

Cyclone:

ahne
pappa

cindy and
bert

hansel und
gretel

mobile

springtime
feelings

Madd i Mustafa:

fancy
trip

onyx
generation

underwater
flava

Mustafa:

mystic
inflence

you know
gejst

Rork:

czarownik

Zaac:

trogne

Żałuję, że nie udało mi się na szybko znaleźć więcej (kto by pomyślał — czasy Internetu) i nie mogę Wam pokazać jakiś prac Caro, ale co zrobić. Mam nadzieję, że nawet w 2008 potraficie docenić brak warstw, filtrów, malutką paletę kolorów i to, że ktoś miał nad tym wszystkim kontrolę.

I co Ty na to, Eri? ;-)


Mam nadzieję, że używa do tego BCC:

From: Steve Ballmer
Date: May 3, 2008 5:17:30 PM PDT
To: “Microsoft - All Employees (QBDG)”
Subject: Withdrawal of Offer to Acquire Yahoo!

Było bicie się w klatę, były okrzyki wojenne i potrząsanie szabelką. Polecam przeczytać e-mail Krzesłorzuta dostępny na TC. Zawiera on idealną porcję bulszitu — w sam raz na znieczulenie się przed poniedziałkiem.


Bądź Zen z ZenBe.com

ZenBe.com to nowy system webmailowy. Webmail zwykle pachnie nudą i naśladuje desktopowe aplikacje w sposób tak nieudony, że żal go używać. Pierwszym graczem na rynku, który zmienił podejście ludzi do pocztowego międzymordzia, był GMail. Tagi, wyszukiwarka (przecież to Google, prawda?), UI umaczane w AJAX-ie, integracja jabberowego konta. Na tle GM webmaile o otwartym kodzie wyglądają jak coś, co napisaliśmy z kuzynem po pijaku, w jeden wieczór.

Teraz będzie jeszcze ciężej dla otwartych aplikacji. ZenBe wziął wszystkie dobre rzeczy z GMaila i dodał od siebie dodatkową warstwę lakieru i funkcjonalności.

Nie kusi mnie zwykle wygląd aplikacji, ale to, co projektanci zrobili z interface ZenBe po prostu powala. Lekki, pachnący wiosną, przewidywalny interface, który śmiga. Każdy element pasuje. Dawno nie widziałem tak ładnie przygotowanej aplikacji webowej. Od loginu po ostatnią zakładkę utrzymuje ten sam klimat.

Funkcjonalnie? Poczta zachowuje się tak, jak powinna. Pisanie 1, odpowiadanie, tagowanie, nadawanie gwiazdek.

Kalendarz. Niesamowitym plusem jest tu filozofia ZenBe. “Wszystko w jednym oknie/tabie”. Powiecie, że przełączanie się na kalendarz w tabie to nie jest problem. Jest, kiedy nie trzymasz cały czas kalendarza. Wtedy trzeba poczekać, aż się  raczy załadować, sprawdzić coś i prawdopodobnie go zamknąć — skazując się na powtórzenie procedury.

Kalendarz funkcjonalnie jest zupełnie “kalendarzowy”. Importuje zewnętrzne kalendarze, ustawia nowe zdarzenia. W kalendarzu wiele nowego wymyślić chyba nie można. ;-)

Zakładka pliki — to jest dopiero łebskie. W zakładce tej możemy dzielić się dokumentami z innymi użytkownikami ZenBe 2 — możemy też w wygodny sposób przeglądać wszystkie pliki jakie otrzymaliśmy e-mailem. Koniec z przekopywaniem się przez INBOX w poszukiwaniu “tego pliku PDF co go dostałem w czwartek czy może w zeszłym miesiącu”. Zdecydowany plus za ten ficzer.

ZenPages. Jak to opisać? Kreator maszapów? ZenBe pozwala nam stworzyć stronę z różnymi kontrolkami np. “Dyskusja” i “Galeria Flickr ‘Gołe Panie’” i udostępnić ją innym, tworząc wydzielone miejsce do dyskusji dla dużych i małych onanistów z Twojej listy kontaktowej. Co możemy dodać do takiej strony?

  • Mapy
  • Maile
  • Galerie Flickra i Picassy
  • YouTubowe wideo
  • Linki
  • Pliki
  • Kawałki kalendarza
  • Logi z rozmów z Google Talka

Uff. Gdybyś chciał poplotkować o e-mailu, który dostałeś od szefa będącego obecnie pod palmami (a kalendarz mówi, że jest na szkoleniach), a którego Flickrowe konto pokazuje skąpo odziane tancerki hula — masz wreszcie technologiczną możliwość. Zaproś kolegów z pracy, żonę i dzieci szefa do wspólnego tworzenia contentu.

Jeszcze coś? Integraca z Facebookiem, mała-i-użyteczna lista TODO.

Aplikacja jest oczywiście w stanie beta — niestety beta dzięki durniom dwa zero nie znaczy już absolutnie nic. Czego mi brakuje? W GMailu są bardzo dobre skróty klawiszowe i rozszerzenia do Fx uprzyjemniające życie. Trudno oczekiwać żeby ZenBe dorobiło się własnego środowiska użytkowników w dwa dni.

Czekamy na więcej tak napisanych i zaprojektowanych aplikacji.

  1. czy ktoś może wreszcie uświadomić twórców klientów pocztowych żeby nie ustawiali kursora na górze odpowiadanej wiadomości — sugerując top-posting?
  2. co nie jest niczym niezwykłym

Przenośny, bez kompromisów

Jestem fanbojem. Fanbojem i neofitą w jednym — rubensowsko wyskamkowanym — pudle. Uwielbiam ThinkPady. Jak mam okazję wbić szpilę kolegom-fanom-Apple, to zawsze wbijam. 1

Oto reklamówka ThinkPada X300. Taka szpileczka. Oto trochę szczegółów o TP X300 z Gizmodo.

  1. Ale Wy i tak wiecie, że zasadniczo tylko dla żartów

Nie idź do kina (to szatan wysyła e-maile)

Hipotetyczna sytuacja: wrzucasz na Blipie informację, że masz więcej biletów i czy ktoś chce się wybrać na film. Zgłaszają się ludzie, idziecie i oglądacie.

Druga sytuacja: piszesz na blogu, że wykupiłeś bilety na Iron Mana i urządzasz specjalny przedpremierowy pokaz. Czytelnicy za marnego dolara mogą zamówić swój bilet. Wszystko wygląda ślicznie, do dnia, w którym dostajesz C&D od prawników Marvela.

Następnym razem gdy zaprosisz kogoś do kina (czy jesteś dystrybutorem filmu?), postawisz mu kolejkę (masz zezwolenie na handel alkoholem?), obiad (zaświadczenie z SANEPID-u?) pamiętaj, że komuś może się nie podobać to, że mu płacisz!

Idę do biura “podystrybuować” trochę wiedzy z współwięźniami, ale nie mówicie nikomu, jeszcze mnie jakaś encyklopedia pozwie — wiedza też jest wartością jednostanowiskową.


Numerowanie wierszy w MySQL-u

Stanąłem przed prostym problemem. Mam trzy tablice: jedna zawierała definicje galerii, druga informacje, ostatnia elementy galerii. Chciałem wyświetlić galerie dla informacji. Odnośniki musiały być ponumerowane. Czytając z tablicy pośredniczącej miałem tylko dwa klucze — galleryId i eventId. Postanowiłem sprawdzić, czy w MySQL-u można zastosować pewną prostą sztuczkę, która pozwoli mi uzyskać numery wierszy wypisanych z zapytania.

Poprzednio zapytanie wyglądało tak:

SELECT galleryId FROM galleryEvents WHERE eventId = 10;

Otrzymywałem: 3, 5 i 9. Wyświetlanie odnośników jako 3, 5 i 9 zamiast 1, 2 i 3 było głupie. Zmodyfikowałem więc zapytanie tak.

SET @rowCount = 0;

SELECT galleryId, @rowCount := @rowCount + 1 AS rowCount FROM galleryEvents WHERE eventId = 10;

Dzięki temu zapytanie wykonuje inkrementacje na wcześniej zainicjalizowanej zmiennej. Mała rzecz, a cieszy.


CSS dobry jest do wszystkiego

CSS — czytamy “cieses” — jest znaną przez wszystkich webmasterów technologią pozwalającą zmieniać kolory linków i ich dekorację. Bardziej szaleni designerzy próbują używać arkuszy stylów do separacji prezentacji od treści. Bardziej powaleni zrobili buźkę, która się do nie dawna nie wyświetlała na większości przeglądarek.

Nigdy nie wiedziałem o co chodzi, sam zrobiłem kilka rzeczy, które się nie wyświetlały.

Dziś wpadłem na gościa, którego twórcy CSS powinni ucałować lub nabić na pal. Za świetne i bezużyteczne użycie “cieses” — zbudowanie bohatera wszystkich leniwych alkoholików — Homera Simpsona na DIV-ach.


Hans Reiser uznany winnym

Hans Reiser, autor znanego systemu plików dla Linuksa, został uznany winnym w procesie o zabójstwo byłej żony, Niny Reiser. Proces był poszlakowy: nie ma świadków zbrodni, ciała, miejsca zbrodni. Kara przewidziana za morderstwo pierwszego stopnia to 25 lat do dożywocia.

Dokładniej o tym Wired.


Ubuntu 8.04 — jak oni kodują (na lodzie)

Przed chwilą rozległa się dobrze znana (użytkownikom Windowsa) melodyjka. Tim-dim-dim-DIM. Otworzyłem oczy i pomyślałem do siebie:

  1. Po słuchaniu metalu przed spaniem należy wyregulować poziom głośności z ‘szatan’ na ‘nagłośnienie biurowe’
  2. Czas wstać, skoro już o czymś pomyślałem i się nie spociłem
  3. Ubuntu 8.04 skończyło się ściągać, a µTorrent zamknął komputer

Nie mogę jeszcze zainstalować Ubuntu 8.04 na poważnie. Aktualizacja laptopa to bardzo poważny krok i z pewnością poczeka na długi weekend. Na szczęście odpaliłem jakiś czas temu komputer, który kiedyś zakupiłem do biura, podwójnym szczęściem jest, że posiada on system Windows — więc będę mógł spróbować jak zachowuje się nowy instalator Ubuntu.

Co jest takiego cudownego w nowym instalatorze? Podobno pozwala instalować Ubuntu z Windowsa w sposób bezpieczny dla neofitów. Plikopartycja, żadnych GRUB-ów i tym podobne. No to nie pozostaje mi nic innego, jak odpalić płyty.

Po zamontowaniu płyty ukazuje się nam proste menu wyboru (w naszym języku, plus za to) pozwalające nam odpalić LiveCD, zainstalować Ubuntu “wewnątrz” Windowsa (co przetestujemy) i skorzystać z dostępnych na sieci informacji o systemie.

Po wybraniu instalacji w systemie Windows pojawia się okno pozwalające wybrać podstawowe parametry instalacji. Docelową partycję, nazwę użytkownika, język, rozmiar plikopartycji i środowisko graficzne. Kolejny wielki plus za dobranie rozsądnych ustawień na start. W combo-boksie dostępne są tylko partycje z wystarczającą ilością miejsca na instalację, język i login pobierane są z systemu Windows. Można spokojnie zapaść na syndrom ‘Next’ i niczego nie zepsuć.

Na razie jestem pod wrażeniem. Czy wciśnięcie “Zainstaluj” nie popsuje tego listu miłosnego? Dowiedz się więcej wysyłając SMS-a z hasłem…

Kopiowanie danych trwało około trzech minut po czym instalator poprosił o wykonanie resetu celem wprowadzenia końcowych zmian. Pozwoliłem mu się zresetować. Po przejściu przez BIOS komputer wyświetlił boot-manager dostępny standardowo w Windowsie, z dodatkową opcją “Ubuntu” — wybrałem ją — po chwili przywitał mnie podkład i maleńkie okienko z paskiem postępu.

Więc to jednak nie był koniec. ;-) Po resecie Ubuntu rozpoczyna proces nieinteraktywnej instalacji. Partycjonuje dyski, instaluje pakiety, ściąga poprawki (bardzo dobre, zawsze startujesz z połatanego systemu) i słowniki/tłumaczenia dla Twojej wersji językowej. Całość zajęła około dwudziestu minut lub pół kawy w dużym kubku.

Oczywiście, pomyliłem się. GRUB jest. Więcej, teraz jest bootmanager Windowsa, który uruchamia GRUB-a, który wczytuje kernel. Myślałem, że będzie to jakoś inaczej rozwiązane, ale nie będę narzekał, póki działa.

Po zainstalowaniu system zresetował się, a ja znów kazałem mu wrócić do Ubuntu. Pierwszy zgrzyt splash wygląda jak PRL po LSD. Szary i małe kolorowe paski. No nic, zobaczymy. Dotarłem do GDM-a 1 — podałem nazwę użytkownika, hasło, zagrał sampel, ekran zrobił się czarny.

Analog? Digital? Analog? Digital? Analog? GDM!”

Eee. Co się stało. Kolejna próba, kolejny zwis. Próbuję przełączyć się na TTY 2 — nic z tego, efekt podobny do bootsplasha. Oczywście winne są sterowniki do grafiki, tylko nie bardzo wiem, co z tym fantem zrobić. Przełączam sesję na tryb awaryjny GNOME i o dziwo loguje się bez problemu. Właśnie zainstalowałem binarne sterowniki do ATI i dam się zresetwać systemowi. Za chwilę dalszy ciąg programu.

(Wstaw irytującą melyjkę jak na infolinii)

Splashowi się nie poprawiło. System ruszy poprawnie z binarnymi sterownikami do ATI. Jako miły dodatego automatycznie włączyła się kompozycja 3D z kilkoma niezbyt uciążliwymi efektami. 3

No, ale to nie miało być o Ubuntu, tylko o instalacji Ubuntu nowym instalatorem.

Plusy:

  • Bardzo dobrze zaprojektowany interface po stronie Windowsa
  • Automagiczna instalacja, która zajmuje kilkanaście minut
  • Działa.

Minusy:

  • Blanker podczas instalacji — możecie powiedzieć, że się czepiam, ale gdybym zobaczył czarny ekran podczas instalacji, to z pewnością skoczyłoby mi ciśnienie
  • Jeżeli nie potraficie przewidzieć ile potrwa operacja, nie podawajcie czasu zakończenia. Czułem się jak w świecie, gdzie obowiązuje jedna-standardowa-minuta-Microsoftu (trwa od 20 sekund do kilku dni)

Linuksa używam ponad siedem lat. Gdyby we wszystkich elementach interakcji z użytkownikiem przeszedł podobny rozwój, jak ma to miejsce w procesie instalacji, to dawno zdetronizowałby Windowsa. Na szczęście nie zdetronizował i jeszcze chwilę mogę pocieszyć się ostatnimi promieniami słoneczka elitaryzmu. Instaler taki jak ten to pełne zaćmienie słońca (patrzeć przez zadymioną szybkę)

  1. dla nieznających Ubuntu, to program zarządzający logowaniem się do systemu
  2. czyli na wirtualną konsolę
  3. bujanie i kostka są dla mnie uciążliwe