Béton brut

Star Wars

Miałem wujka Andrzeja. Kiedyś do wszystkich sąsiadów mówiło się per „wujku” i „ciociu”. Rzeczywistość życia w końcówce PRL-u powodowała, że kontakty między obcymi sobie ludźmi były bliższe, wszyscy musieli kombinować, a kombinowanie w grupie dawało lepsze rezultaty.

Zanim wujek Andrzej przesiadł się do TIR-a 1, jeździł Starem. Imponująca ciężarówka, której podnosiła się kipa. Czasem zabierał mnie do pracy. Odwiedzaliśmy wysypisko śmieci pod Łodzią, czy też częstochowskie centrum przeładunkowe. Podczas tych podróży miałem okazję pierwszy raz słuchać reggae. 2

Star zawładnął moim umysłem. Nigdy nie prosiłem o prezenty - byłem jednym z tych fałszywie skromnych dzieci, które żywią się samym faktem moralnego kopniaka, jaki daje im świadomość, że w pewien pokręcony, dziecinny sposób są lepsze od rówieśników. Mimo to tym razem poprosiłem matkę o zakup Stara. Wydawało mi się oczywiste, że posiadanie Stara jest prawem każdego człowieka, zwłaszcza sześciolatka. Matka się zgodziła. Lata odmawiania prezentów wreszcie skumulowały się w jedną wielką, karmiczną wypłatę!

Przejawiając dawno utracony zmysł biznesowy, rozpocząłem systematyczne wizyty w domach sąsiadów. Proponowałem moje usługi w przewożeniu rzeczy Starem, którego dumnym posiadaczem wkrótce miałem się stać. Wszyscy się zgadzali, gładzili mnie po główce i mówili, że oczywiście.

Marketing, bitches!

Przyszedł dzień, w którym miałem otrzymać to, co mi obiecano. Stałem na podwórku i czekałem. Matka otworzyła bramę i widząc mnie, zaczęła iść do mnie z uśmiechem na twarzy. Za sobą ciągnęła pięknego zabawkowego Stara.

Blednę na samo wspomnienie nienawiści, którą czułem. Żalu. Uczucia bycia oszukanym, świadomości, że wszyscy wiedzieli i grali sobie na moich uczuciach do Stara. Zacząłem biec w kierunku matki, ominąłem jej wyciągniętą rękę i wyjebałem Starowi z kopa. Wybiegłem przez otwartą bramę. Finału nie pamiętam. Pamiętam tylko emocje związane z obezwładniającą złością i bezradnością.

Mijają lata, a ja nadal nie potrafię odróżnić wizji, które roztaczam, od rzeczywistości, która przytelepała się na bardzo małych, drewnianych kółkach.

  1. awans zawodowy na miarę czasów wykluwającego się kapitalizmu
  2. To były jakieś okropne covery jamajskich standardów wykonywane przez germańskie kapele. Zasiały jednak ziarenko. To dygresja, po prostu przewinęło mi się przez głowę, kiedy pierwszy raz usłyszałem „Pass the kutchie” 

Brukowanie piekła

Ojciec nigdy nie interesował się moimi pracami domowymi. Pracował ciężko, a i ja nie ułatwiałem mu zadania, nie mając nigdy „nic zadane”. Nie była to sprawka nauczycieli rozumiejących moją potrzebę posiadania wolnego czasu, w którym mógłbym oddać się swoim pasjom pozaszkolnym; kłamałem jak każdy dziesięcioletni leń mający w perspektywie dzień przeznaczony na aktywność fizyczną, czy też przechodzenie Bionic Commando.

Zapytany raz o moje postępy w nauce i stan prac domowych z dumą odparłem, że pracę z polskiego już zrobiłem. Z perspektywy czasu wiem, że kłamstwo przyniosłoby lepszy skutek.

Na lekcji przerabialiśmy czytankę o robocie Alu. Robot ten był, może miał jakieś przygody, nic ważnego. Znałem jego historię na wylot, bo kilka lat wcześniej wszedłem w posiadanie książek do języka polskiego i zmusiłem matkę do przeczytania mi wszystkich historii, które zawierały roboty, wojny i futurystykę. Moja przebiegłość opłaciła się nie tyko w przypadku historii o Alu, dostałem też piątkę z czytania na głos czytanki „Świat za sto lat”, którą znałem na pamięć, co zaowocowało teatralną deklamacją.

Wróćmy jednak do pracy domowej. Ponieważ nie skończyliśmy opracowywać tekstu na tablicy, naszym zadaniem było dopisanie zakończenia. Kiedy wróciłem do domu, postanowiłem, że będę dobrym chłopcem i dopiszę. Otworzyłem zeszyt, przeczytałem tekst ustalony w klasie i stwierdziłem, że skupiliśmy się głównie na opisie wyglądu zewnętrznego robota.

„Channelingując” połączone moce Vonneguta i Hemingwaya, postanowiłem iść w maksymalny przekaz uzyskany minimalną ilością środków artystycznych. Dopisałem jedno zdanie:

„Taki był Al.”

Byłem z siebie dumny. Nie tylko zrobiłem pierwszą pracę domową w roku szkolnym, ale udało mi się ująć sens całej naszej pracy w sposób zwięzły i dosadny. Duma ta miała przyczynić się do mojej zguby.

Pokazałem zeszyt Ojcu i wytłumaczyłem, co zrobiłem. Ojciec zmarszczył czoło i powiedział, że to się nie godzi, że na skróty, że olewam. Stanął nade mną i kazał chwycić za długopis. Była 19 z minutami. Wspólnymi siłami dokonaliśmy rozbioru czytanki na części pierwsze i już o 22 miałem zakończenie. Było to prawdopodobnie jedyne zakończenie dłuższe niż tekst źródłowy, zeszyt zawierał dziesiątki wykreśleń, a moje, już wtedy fatalne pismo, pod koniec zamieniło się w zestaw zagadek, jakich nie powstydziłby się mechanizm Captchy.

Kiedy na drugi dzień oddałem zeszyt do sprawdzenia, oczekiwałem najgorszego. I to właśnie otrzymałem: dwa plus, dziesiątki czerwonych „ó”, „int.”, „rz” i innych, niezrozumiałych dla mnie wskazówek dotyczących moich braków. Kiedy, będąc na granicy płaczu, zaprotestowałem i wspomniałem, że „chciałem tylko napisać, że taki był Al” nauczycielka powiedziała, że to doskonałe zakończenie i kazała reszcie dzieci dopisać to zdanie jako oficjalne podsumowanie poprzedniej lekcji.

Ojciec przyjął odpowiedzialność za swoją literacką działalność, a ja zyskałem dodatkowy dowód anegdotyczny o bezsensowności odrabiania prac domowych. Na moje szczęście było to jego jedyne przewinienie jako Ojca. Dałbym mu pokojową nagrodę Nobla za znoszenie mnie przez tyle lat, ale tylko pod warunkiem, że zakończy swoje przemówienie na gali słowami „taki był Al”.


Ja, Kłopot

Błędy poznawcze, a raczej świadomość ich istnienia, są bardzo pomocne. Przykładowo: ilu z Was, zaraz po nauczeniu się nowego słowa, zaczyna zauważać zwiększoną ilość jego wystąpień? Tak jakby razem z Wami o słowie dowiedział się cały świat i uparł się na używanie go non-stop. Doświadczacie wtedy „fenomenu Baader-Meinhof”. To nie świat nagle zawziął się na używanie słowa lub faktu, to Wasz mózg zaczął „rozpoznawać” informację, którą wcześniej pomijał, nie znajdując dla niej miejsca w sensie, który interpretowaliście.

Przez ostatni tydzień, wystawiony na przemian na książkę „Roboty i Imperium” Asimova, subreddity dyskutujące o futurologii, socjologii i antropologii, karmiony przez mój zestaw kanałów RSS, zacząłem coraz bardziej dumać nad etyką mojej pracy, a może bardziej nad przyszłością mojego zawodu i jego znaczeniem dla rozwoju cywilizacji, który niechybnie ustawia go na pozycji kolizyjnej z dylematami moralnymi i etycznymi.

W drodze do elektronicznego piekła

Czym jest program komputerowy? Niczym więcej niż zestawem poleceń wykonywanych w pewnej kolejności, która może się zmienić pod wpływem ewaluacji dostarczonych danych. Najprostszym programem dostarczonym wraz z mózgiem dorastającego człowieka jest algorytm KarmieniaSięSingla. Można go zapisać następująco:

„Jeżeli jesteś głodny: otwórz lodówkę. Czy lodówka jest pusta? Wróć za pięć minut, sprawdź, czy jest pusta. Jest w niej coś? Usmaż to na oleju”.

Algorytm zrozumiały dla każdego, kto paradował w bieliźnie w sobotnie popołudnie aż do momentu, w którym ignorowanie głodu staje się niemożliwe. Na szczęście nasze oprogramowanie jest na tyle doskonałe, że wyżej wspomniany algorytm nie doprowadzi do naszej zagłady. Gdyby lodówka pozostawała ciągle pusta, a my nie otrzymalibyśmy od mózgu informacji o bezcelowości ciągłego zaglądania do niej, z pewnością czekałaby nas śmierć głodowa.

Proste algorytmy mogą zawierać skomplikowane błędy, a algorytmy skomplikowane zawierają wiele skomplikowanych błędów. Może trochę inaczej: nie algorytmy zawierają błędy (choć mogą), ale nasza implementacja jest niedoskonała. Czasem nie jesteśmy w stanie przewidzieć wszystkich stanów, jakie może przyjąć nasz algorytm, innym znów razem możemy przewidzieć, ale nie jesteśmy sobie w stanie wyobrazić, że „coś takiego może się stać”.

Czas na anegdotę. Może to miejska legenda? Nie wiem, czytałem ją gdzieś-kiedyś i nie weryfikowałem faktów, ale sama przypowiastka ilustruje pewien sposób, w jaki nieustannie strzelamy sobie w stopę.

Izraelczycy kupili sobie samoloty. Piękne, nowe samoloty, które strzelają. Pif-paf i w ogóle. Niestety, podczas testów wyszło na jaw, że samoloty te lubią sobie spaść z nieba. Ot tak, „pierdolę, nie lecę”. Inspekcja oprogramowania wykazała, że autorzy programu przyjęli sobie bazową na podstawie wysokości nad poziomem morza. Część Izraela znajduje się poniżej poziomu morza, komputer się pogubił i katastrofa gotowa.

Nie wydaje mi się, że historyjka jest prawdziwa, ale nadal ładnie nadaje się jako ilustracja naszej zdolności przewidywania. Zwykle nasze przewidywania zdolności przewidywania są błędne. Błędnie błędne.

Gdzie w tym wszystkim etyka, gdzie moralność? Jeszcze nigdzie. Wprawdzie błędnie zaprojektowany program, który zsyła z nieba tony żelastwa mogące uderzyć w obiekty cywilne, nie jest powodem do dumy, ale ilość przepisów i kontroli powodują, że „wina” się rozmywa.

Wspominałem na początku książkę „Roboty i Imperium”. Jest to powieść spinająca dwie serie kluczowe w twórczości Isaaca Asimova: „Roboty” i „Fundacja”. Seria książek o robotach wniosła do literatury i kultury popularnej ideę „Trzech Praw Robotyki”, które stanowiły moralne wzorce dla robotów zasiedlających wszechświat Asimova.

  1. Robot nie może skrzywdzić człowieka lub przez zaniechanie doprowadzić do jego krzywdy
  2. Robot musi wykonywać polecenia człowieka z wyjątkiem tych, które naruszałyby pierwsze prawo
  3. Robot musi chronić własne istnienie, o ile nie koliduje to z pierwszym i drugim prawem

Te jasne zasady stały u podstaw zaprogramowanej moralności. Jeżeli robot stawał przed sytuacją, w której nie istniało proste rozwiązanie zgodne z literą prawa (wybór „mniejszego zła” nie istniał w słowniku prymitywnych robotów), to istniało ryzyko awarii i zniszczenia jego sztucznego mózgu.

Prawa te powstały na potrzeby historii, jaką autor chciał opowiedzieć czytelnikom. Choć proste i oczywiste, nie przystają one do rzeczywistości. Dzięki temu stały się żywą częścią opowieści i elementem narracji.

While Zbrodnia Then Kara

Do robotów, jakie znamy z fantastyki, jeszcze daleko. Choć może bliżej niźli się nam wydaje. Mimo braku dwunożnych humanoidów nasz świat powoli wypełnia się automatyką z wyższej półki. Wiecie, lodówka zamawiająca jedzenie, ekspres strzelający prądem do tego drania, który osusza dzbanek i odchodzi bez zrobienia nowej kawy, autonomiczne samochody Googla czy też sprzęt do ćwiczeń regulujący obciążenie i tempo zależnie od historii naszych treningów i obecnych danych biometrycznych.

Urządzenia te, pozbawione kiedyś elementu „inteligencji”, mogły nas skrzywdzić dzięki zgromadzonym zasobom energii kinetycznej, potencjalnej, braku troski w eksploatacji: ogólnie, mechanicznie. Wraz z postępem wszystkie te urządzenia są komputerami, które uruchamiają czyjś program.

Może nie będzie buntu maszyn jak ze świata Terminatora, może nie zostaniesz zamieniony w baterię jak w Matriksie, może twój żywot dokona się na automatycznej bieżni, której algorytm zignorował anomalię w danych, jaką wyprodukował zawał twojego serca? Może programista systemu dietetycznego do twojej lodówki nakarmi cię produktami, na które masz uczulenie?

Dziennikarka CNET Molly Wood przetestowała samochód Googla, „wskakując” mu pod maskę. Nastąpiło efektowne hamowanie, programiści przybili sobie piątki, wpisując w rubrykę „potrąceni dziennikarze” wielkie, tłuste zero. Co by się jednak stało,gdyby taka sytuacja zdarzyła się na drodze z innymi uczestnikami ruchu, w warunkach pogodowych, w których próba wyminięcia przeszkody może spowodować większe zagrożenie dla życia niż kolizja? Ktoś będzie musiał zająć się ważeniem ryzyka na podstawie różnych danych i zadecydować, czy samochód w takich warunkach ma uderzyć w osobę, czy może wykonać manewr i „ryzykować” zderzenie. Ocenić szanse na przeżycie człowieka biorącego udział w kolizji przy szybkości X, wziąć pod uwagę fakt wyposażenia samochodu w system poduszek powietrznych.

Takie decyzje kierowca samochodu podejmuje podczas zdarzenia. Gorsze, lepsze, wynikające z doświadczenia lub jego braku. Sekundy i już. Programista takiego systemu ma miesiące, lata. W pewnym sensie unika wypadków, które wydarzą się w przyszłości.

Nie tylko jakość programu i potencjalne rozwiązania z dziedziny sztucznej inteligencji, nawet coś takiego jak wydajność systemu może być kluczowe. Im więcej opcji uda się przeanalizować, tym większe są szanse na wybranie tej najtrafniejszej. Tu znów kolejny problem: jeżeli mamy na decyzję czas T, to decyzja uzyskana w T*.5 może być najlepsza, ale niewykonalna ze względu na czas, który upłynął.

Wyobraźcie sobie dwunożnego robota 1, który roznosi drinki. Wyobraźmy go sobie jako nogi, czujniki odległości, żyroskop i może jakiś głośnik, który wydaje odgłosy zapraszające do korzystania. Robot przemieszcza się między gośćmi, wtem!

Obciążenie systemu nie pozwala mu nadal wykonywać wszystkich operacji 2 i w takiej sytuacji system czasu rzeczywistego, o którym tu niechlujnie chcę wspomnieć, ma zadeklarowane zadania mające priorytet w sytuacji kryzysowej. Robot ma ustać na nogach, przestać się poruszać i nie rozlać za wiele. Może przez to zignorować czujniki zbliżeniowe i kogoś popchnąć, może zacząć wydawać z siebie chrypliwe dźwięki. Trudno, alternatywa, w której automat nadal zaprasza na drinka, przewalając się na gości, jest mniej pożądana.

Te dylematy były rozwiązywane przez lata i czytelnicy mogą powiedzieć, że siedzę tu i wykrzykuję o tym, jak mi niebo na głowę leci, szerząc panikę.

Moja wizja problemów związanych z programowalną automatyką wiążę się z faktem jej wyjścia z hal produkcyjnych i laboratoriów wprost do kuchni i sypialni. Oznacza to, że część z nich trafi do programistów, którzy może nie będą świadomi tej całej problematyki powstającej na styku interakcji człowieka z maszyną.

Boję się, bo jeszcze wczoraj mój błąd mógł (i kosztował, nie raz) czyjeś pieniądze. Źle naliczone wypłaty, opóźnienia, małe tragedie. Pojutrze, siedząc w niedzielę w biurze, będę mógł nie tylko źle naliczyć twoją wypłatę, ale też podbić ci oko budzikiem.

Programistyczna bandyterka na odległość, bez zysków dla mnie, ze stratą dla ciebie.

  1. wiadomo, że na kołach byłby lepszy, ale na potrzeby demonstracji systemów czasu rzeczywistego nóżki są lepsze
  2. fachowo: się zamuliło

Jutro nie będzie dziś

Historia w służbie ludzkości

Odwiedzając muzeum historii naturalnej, trafiłem na ekspozycję „butelek”. Były to różne wazy, karafki i inne flakony, mniej lub bardziej przypominające to, co dziś nazywamy butelką. Nic spektakularnego. Chodząc między nimi, zdałem sobie sprawę, jak wielką rewolucję musiała wywołać tania i bezpieczna metoda transportu płynów.

Odległość między źródłem wody pitnej a miejscem pobytu straciła trochę na znaczeniu, można było fermentować zgniłe owoce i utopić żal spowodowany Czarną Śmiercią w tak powstałym winie. Rynek otworzył się na nowe produkty: mleczko w dzbaneczku i oliwę z oliwek w urnie.

Tak spekulował sobie mój młodzieńczy móżdżek.

Świadomość historii jest potrzebna, bo historia nie toczy się kołem, ale z pewnością się rymuje. Historia człowieka pisana jest w dużej części przez technologiczne zmiany. Może przesadzam, ale z mojego punktu widzenia dzieje krojone są na kawałeczki przez prasę drukarską, Pasteura, samopowtarzalną broń, bombę atomową, akwedukt czy dzbanek właśnie. Socjolog mógłby wykazać, że prądy w kulturze, że wpływy religijne, ale ja będę twardo stał przy swojej opinii laika. Technologia zmienia świat, ewoluując. Żeby debatować na temat naszego świata, trzeba wiedzieć o tym, skąd wyskoczył Homo Erectus, jak i kiedy pierwszy raz położył łapę na ruchomej czcionce.

Nigdy wcześniej tak znacząca część technologii nie znajdowała się w rękach konsumentów, służąc za silnik napędzający przemysł rozrywkowy.

I czasem się boję, że jutro nie będzie wczoraj.

Od razu odrzucam wszelkie oskarżenia o „konserwatyzm” i „było lepiej, gdy byłem młody, teraz wszystko jest inne i gorsze”. Nie chcę argumentować za nostalgią, chcę argumentować za historią.

Stoimy dziś przed, powiedzmy, czterdziestoma latami historii mikrokomputerów i wszystkiego, co zrodziło się wraz z udoskonalaniem układów scalonych. Większość z wyprodukowanych wtedy mikrokomputerów i urządzeń towarzyszących jest dostępna w oryginalnym stanie. Pozwala to nam, fascynatom historii, bawić się i badać rzeczy takimi, jakie były.

Czasem antropolodzy natrafią na „zaginione plemię” i stają przed dylematem moralnym: czy lepiej zaburzyć życie ludzi nieświadomych zewnętrznego świata przez dokonanie badania, czy też pozbawić swoją gałąź nauki obserwacji i wniosków, na które z każdym dziesięcioleciem szanse są coraz mniejsze.

Mamy szczęście, prawda? Duża część materiału badawczego jest dostępna w zasięgu ręki, do tego nasz brak moralności (hej, jesteśmy fanami komputerów) idealnie współgra z brakiem wyzwań etycznych.

Jutro nie będzie dziś

Każdego dnia spędzam kilka minut, obijając się o różne strony i kanały, na których dyskutuje się o komputerowych zabytkach. Prawdą jest, że większość z tych miejsc to zagłębia nostalgii. Można wbić metaforyczny szpadel w dowolne miejsce i wyciągnąć na powierzchnię dziesiątki wspomnień. Bez względu na motywację, wszystkie te źródła mają dla mnie wartość edukacyjną. Nie tylko lepiej rozumiem obecny rozwój, ale przez pryzmat plastiku i silikonu dane jest mi obserwować inne kultury.
Oglądałem ostatnio recenzję X68000 - komputera, o którym dowiedziałem się zupełnie niedawno. Każdy wie, że Motorola 68k była sercem Amigi, dużego Atari i Apple; niewielu wie o X68000. Kiedy tak otwierałem nowe zakładki, szukając więcej informacji o tej zabawce z kraju kwitnącej wiśni, coś mnie uderzyło.

Czy Wasze dzieci będą mogły w przyszłości zobaczyć działającego Xboxa 360 czy PS3? Zagrać w popularną teraz strzelankę, aby zrozumieć kontekst punktu w rozwoju, w jakim się znalazły? Czy konsola odpali gry wymagające autoryzacji u twórcy, który dawno temu zbankrutował? A nawet jeśli jeszcze istnieje, to jakie są szanse, że będzie utrzymywał serwer dla gry, którą księgowość rozliczyła trzydzieści lat temu?

Ekosystemy, które ułatwiły (może nawet umożliwiły) ekspansję użytkowej elektroniki, wymuszają na nas życie w pewnym cyklu, który usuwa „stare” przedmioty i zastępuje je nowymi. Być może nie warto zachowywać dla historii każdego budżetowego telefonu z Androidem, może nie każda gra powinna być sztandarem początku tysiąclecia, ale w obecnej sytuacji to nie my, amatorzy-historycy od scalaków, decydujemy o tym, co warto zachować. Decyduje o tym dostępność serwera DRM z kluczami.

Nigdy wcześniej ludzie nie tworzyli tak wiele. Każdy zrobi fotkę, wrzuci ją gdzieś, niektórzy nagrają cover ulubionego utworu i umieszczą na YouTube. Większość tych rzeczy to amatorszczyzna, której zniknięcie nie uszczknie niczego z naszych zasobów kultury. Niestety, wraz z łatwością tworzenia zrodziła się sytuacja, w której równie łatwo „zniknąć” tysiące cyfrowych malowideł skalnych. Wystarczy, że jutro zostanę rozjechany przez pijanego kierowcę i około grudnia blożek ten zniknie z Internetu. Może nawet wcześniej. Dwieście tysięcy wyrazów zrobi cyfrowe poof.

Żyjemy w pierwszym okresie kultury, za którą antropolog, archeolog i historyk daliby się pociąć. Każdy nasz ruch, każda myśl, każdy konflikt i sukces są nieustannie rejestrowane. Obrazem, dźwiękiem, w setkach języków. A im łatwiej ta rejestracja następuje, tym trudniej ją zachować.

W tej chwili produkujemy więcej informacji niż jesteśmy w stanie składować. Ulewa nam się, nie tylko z powodu braku miejsca, ale także dlatego, że ekosystemy którym zaufaliśmy, znikają.

Wrócę na chwilę do komputerów, bo zwiało mnie na kierunki ogólne. Prawdą jest, że ludzie będą mieli coraz mniej ciągot do bycia specjalistami w sprawach okołokomputerowych. Być może nikt nie będzie chciał demonstrować pierwszego iPada i opowiadać o nim tak, jak ludzie opowiadają teraz o TRS-80 czy Commodore 64. Osobiście, wierząc w magię technologii pod każdą postacią, nie kupuję tego. Gdzieś teraz jakieś dziecko kompiluje pierwszą aplikację na swój przenośny gadżet. W obecnej sytuacji, za dziesięć lat, nie będzie miało jak pochwalić się swoimi pierwszymi krokami.

Technologia jest integralną częścią kultury. Technologia umożliwia tworzenie, przetwarzanie i publikację na skalę wcześniej nieznaną. W idealnym świecie domagałbym się, aby firmy „trzymały łapy precz od mojego pióra”, ale nie wierząc w rewolucje, a chyląc się ku rozwiązaniom ewolucyjnym i edukacyjnym, apeluję: od Was, ludzi rozumiejących, o czym tu piszę, wymagam świadomości tego, że sprzedając wszystko za własną wygodę, pozbawiamy naszych następców ich historii.

Ci, którzy nie znają historii, są skazani na jej powtarzanie. DRM to będzie permanentne „ustawianie głowicy”, bez szansy na sukces.

PS. #okazałosię, że czwartego maja wypada „Dzień Przeciwko DRM”. Niechcący wpisuję się w jakąś szerszą debatę. Idę założyć monokl.


Windows 8: bebechy

Prolog

Kilka dni temu obchodziliśmy rocznicę zatonięcia Titanica. Jego tragedia jest wypadkową przywar, które towarzyszą ludzkości od zarania dziejów: arogancja, buta, ignorancja i bezgraniczna pewność siebie. Jeżeli nadajesz sobie ksywkę „Niezatapialny”, to w karmicznym rachunku pozerstwa jesteś poślubiony dnu.

„Nikt nie został zwolniony za kupowanie od Microsoftu” to unowocześniona wersja starego powiedzenia o Wielkim Niebieskim. Powiedzenie to nie straciło na ważności, ale ostatnio stało się coś ciekawego: „nikt nie zostanie przyjęty za znajomość narzędzi Microsoftu”.

Piszę tu oczywiście o małym wycinku świata, który znam. Mimo to, pamiętając początek lat dziewięćdziesiątych, coś się zmieniło: Microsoft stracił hobbistów, do których kiedyś apelował sam Bill. Ostatnie piętnaście lat przyniosło rewolucję w sieci, na którą gigant z Redmond zaspał – a kiedy wreszcie obudził się z letargu zza rogu wypadła zgraja programistów pisząca mikro-programy i sprzedająca je za dziewięćdziesiąt dziewięć centów.

Dorosły i bezpiecznie osadzony w rynku Microsoft mógł odrzucić nóż i zdjąć kolczugę – nie było już potrzeby ścierać na proszek producentów edytorów tekstu, arkuszy kalkulacyjnych czy niszowych systemów operacyjnych. Wtem: barbarzyńcy u wrót.

Moja historia z Microsoftem jest niezbyt długa. W czasach Windows 3.1, 3.11, 95, 98 i Me śmiałem się z Microsoftu siedząc za klawiaturą Amigi. Puszczałem sobie nieustannie filmiki o cieście 1, które trafia Billa w twarz i o podłączaniu urządzeń pod PnP. W 2002 kupiłem pierwszego PC i zainstalowałem na nim Windows 2000; niestety przejście z systemu, który znałem wybitnie dobrze, na system totalnie mi obcy wywołało głęboką niechęć. Poza śmiesznymi filmikami z Internetu miałem też dowody anegdotyczne na to, jakim koszmarem jest Windows. Zimą tego samego roku zainstalowałem na swoim komputerze Debiana i tu możemy od razu przeskoczyć do 2008, ponieważ nic się nie zmieniło w moich nawykach. Wtedy też zacząłem niebezpieczną zabawę z podcastami. Nie wiedziałem, że tak szybko się uzależnię. Czym więcej słuchałem, tym więcej chciałem słuchać. W napadzie szaleństwa dodałem dwa podcasty, którymi nie byłem zupełnie zainteresowany: Windows Weekly i MacBreak Weekly.

Prowadzącym Windows Weekly jest Paul Thurrott – fan, który nie jest ścierwojadem. Zabawny, krytyczny dla swojej platformy, będący jednocześnie w środku wydarzeń związanych z Microsoftem i unikający polityki. Facet, z którym mogę iść na piwo gdy tylko zadzwoni. Windows Weekly stał się moim ulubionym podcastem. Sam Paul, dzięki sile swojej radiowej osobowości, zmiękczył moje serce. Zacząłem po raz pierwszy zaglądać do jaskini Ballmera.

Dlatego, kiedy dostałem (nie wiem, z jakiej okazji, ale) zaproszenie na briefing Windows 8 zorganizowany przez polski oddział MS postanowiłem wpaść i zobaczyć jak się mają sprawy. Mimo, że zaproszenie przyszło dla Emila-blogera (ktokolwiek widział, ktokolwiek wie), postanowiłem podejść do tego poważnie – przynajmniej tak poważnie jak potrafię. Przed wyjazdem przeczytałem z 60 stron dokumentacji i tekstów opublikowanych przez developerów Windows 8. Zamiast pisać recenzję imprezy, spróbuję skumulować tu rzeczy, których się dowiedziałem. Nie mam zamiaru pisać encyklopedii systemu, ale zaznaczyć rzeczy, które są w jakiś sposób wyjątkowe lub ciekawe.

Na początku zastanówmy się nad sytuacją, w jakiej znajduje się producent nowych Okienek. Ponad miliard instalacji, dominacja w firmach i długa tradycja wstecznej kompatybilności. Sukces smakuje słodko-kwaśnie; to, co może zrobić konkurencja jest niemożliwe dla kogoś, kto swój sukces zawdzięcza technologicznemu konserwatyzmowi.

Kiedy student wpada nagi na wykłady, to pewnie się ochlał i może stać się internetową sensacją; kiedy zajęcia poprowadzi nagi profesor nagle robi się z tego zwolnienie dyscyplinarne.

Domyślne zachowanie jest zakodowane kulturowo: profesorowi nie wypada świecić jajkami, Microsoft nie może ubić Win16, IE6 i FAT16. Pewnie, tylko promil użytkowników jest przywiązany do tych technologii, ale przy miliardzie użytkowników promile to o wiele za dużo.

Windows 8: w środku

Ile cukru w cukrze?

Zacznijmy od wymagań. Microsoft wraz z wydaniem Windows 7 po raz pierwszy podjął kroki mające na celu zmniejszenie wymagań sprzętowych stawianych przez system. Pomysł ten kontynuowano także w Windows 8; system ze względu na swoje przeznaczenie odpali się nie tylko na komputerach, na których bez problemu startowała poprzednia wersja, ale „zmieści się” także na tabletach (i, w przyszłości, na telefonach).

Aby zredukować obciążenie pamięci, prócz standardowych zabiegów programistycznych podjęto też kilka działań na poziomie kernela i samego systemu. Pierwszą zmianą jest współdzielenie zasobów takich jak biblioteki; nie jest to nic nowego, inne systemy operacyjne od dawna posiadały współdzielone zasoby (czyli takie, w których kawałek kodu wczytuje się raz do pamięci i następne odwołania do niego są kierowane „do pamięci” z pierwszą kopią). Implementacja w Windows 8 różni się jednak od tej znanej choćby z AmigaOS: tu program jest izolowany od innych i musi prosić o zgodę systemowego brokera.

Drugą zmianą jest wprowadzenie pamięci o niskim priorytecie. Pamięć tak zadeklarowana przy alokacji będzie pierwszą, która zostanie zwolniona w przypadku osiągnięcia limitu pamięci. Jest to, moim zdaniem, lepsze rozwiązanie niż „pamięć nieaktywna” w OS X. Wszystko siedzi jednak w implementacji: pozostawianie decyzji developerom nie zawsze wychodziło na zdrowie Windowsowi; nie dowiedziałem się, czy są jakieś twarde zasady co do konkretnych elementów, które powinny być tak zadeklarowane (na przykład dane aplikacji, nie sam kod aplikacji). Oba skrajne przypadki: deklarowania wszystkiego jako pamięć wysokiego priorytetu, czy też deklarowanie każdej zajętej pamięci jako tej z niskim priorytetem może doprowadzić do zwolnienia systemu lub aplikacji (czy nawet jej kompletnego zejścia).

Ostatnią wartą odnotowania zmianą są modyfikacje w usługach systemowych. Ograniczono nie tylko listę usług, które odpalają się domyślnie przy starcie, zamieniając część z nich na uruchomiane „na żądanie”; doszedł też nowy typ windowsowych „daemonów w przestrzeni użytkownika” – usług, które po uruchomieniu odczekują pewien czas i jeżeli nie będzie więcej żądań, przejdą w stan spoczynku zwalniając pamięć.

Zawsze świeży

Tyle o pamięci. To nie są zmiany, które powodują palpitację serca nerda, ale jak pokazuje Windows 7 programiści pracujący nad nimi wiedzą, co robią.

Wydajność komputera jest nie tylko wypadkową oprogramowania przygotowanego przez producenta – minie rok czy dwa i stajemy się świadkiem binarnej biodegradacji. Nawet najlepszy producent nie powstrzyma użytkownika przed sypaniem piachu w tryby maszyny. Współczesny trend mający na celu minimalizowania zniszczeń, których może dokonać mityczny zwykły użytkownik, nie spowodował znaczącego spadku niewytłumaczalnych sytuacji w których pozostaje tylko „spróbować wyłączyć i włączyć z powrotem” – co w tej sytuacji oznacza zwykle reinstalację systemu.

Poprzednie wersje Windows miały możliwość uruchomienia się z ostatniej konfiguracji, którą wewnętrzni audytorzy uznali za poprawną. Ósemka dodała coś, co jest zdecydowanie lepszym rozwiązaniem.

Dwie nowe opcje: „odśwież” i „odtwórz” powodują, odpowiednio, reinstalację systemu z zachowaniem danych użytkownika oraz kompletną reinstalację systemu. Przy wybraniu trybu odświeżania nie zostaną zainstalowane aplikacje (bo przecież to one mogą być powodem spadku wydajności, czy też kompletnej katastrofy). Moim zdaniem to idealne rozwiązania dla potencjalnych użytkowników tabletów.

I like Metro. Metro-like

Jeszcze chwilę o tym, co widać: język wizualny, w którym komunikuje się Windows 8, to jest to zdecydowana zmiana jakości. Zdania co do kierunku tej zmiany są podzielone, ale nauczony latami obserwowania ludzi buntującym się przeciwko zmianom interfejsu użytkownika robiłbym odczyty nastrojów panujących wśród użytkowników rok po wydaniu. Kto dziś pamięta o każdym z dramatów użytkowników Facebooka spowodowanych dodaniem tego, czy ujęciem tamtego?

Trzeba oddać Microsoftowi jedno: krytykowany przez wielu za brak innowacyjności, odtwórczość i brak pomysłów pokazał wiodącym platformom mobilnym, że pozbycie się „problemu” miliarda użytkowników zdecydowanie uwalnia kreatywne soki płynące w autorach najpopularniejszego systemu operacyjnego.

Android i iOS są jak stare kapcie. Wygodne, znane i zupełnie nudne. Elementy UI, siatka z ikonami, przyciski. Ostatnie zmiany w iOS (i OS X) przyniosły jeszcze większe rozczarowanie pod postacią skeumorfizmu promowanego w niektórych aplikacjach systemowych.

Windows Phone 7 – i dziedziczący jego język graficzny Windows 8 – wypadają tu doskonale. Interfejs nie tylko prezentuje się nowocześnie, ale zdaje się rozumieć środowisko w którym jest używany. Anglosasi mają takie ładne powiedzenie na to, co prezentuje sobą Metro: glanceable information; po naszemu napisałbym „informacje podatne na zerknięcia”.

Zmiana warstwy prezentacyjnej pociąga za sobą pewne skutki. Pierwszym z nich jest niedostępność nowego produktu na – całkiem niedawno jeszcze bardzo popularnych – netbookach z dziesięciocalowym ekranem i rozdzielczością 1024×600. Minimalne wymagania co do rozdzielczości to 1024×768 dla aplikacji w trybie pełnoekranowym i 1366×767 dla widoku w którym jedna aplikacja jest „zwinięta” do swojej zminimalizowanej postaci, a druga zajmuje większość ekranu.

Po raz pierwszy autorzy systemu stają przed problemem, który do niedawna można było w miarę bezpiecznie zignorować: niezależność prezentacji od rozdzielczości (ang. resolution independence). Nowe tablety, idąc za marketingowym sukcesem iPada, będą posiadały wyświetlacze o gęstości pikseli dotychczas niespotykanej na ekranach komputerów.

Zacznijmy od tego, czym jest ta gęstość czy też DPI. DPI (ang. dots per inch) to liczba, która mówi nam ile punktów możemy zaświecić na calu wyświetlacza (2.54 centymetra). Jeżeli narysujemy kwadrat o boku ośmiu pikseli na wyświetlaczu z 90 DPI, to jego obraz zajmie 1/10 cala – problem w tym, że ten sam obraz na „gęściejszym” wyświetlaczu tabletu może być dużo mniejszym (mimo zachowania swoich wymiarów w pikselach). Powoduje to, że współczesne systemy muszą używać jednostek, które nie są powiązane z liczbą punktów dostępnych na ekranie.

Ze względu na elementy użyte w interfejsie użytkownika samo uzyskanie resolution independence jest dużo łatwiejsze niż w przypadku „tradycyjnych” interfejsów; do tego dochodzi możliwość wykorzystywania grafiki wektorowej (SVG) i możliwość utworzenia bitmapowych elementów graficznych w różnych rozdzielczościach, co w efekcie pozwala otrzymać lepsze efekty podczas skalowania.

Największą niespodzianką dla mnie było jednak miejsce jakie zajmują HTML, CSS i JS w przyborniku projektanta. Różne systemy próbowały zaprząc te webowe technologie do pracy na rzecz powiększania bazy aplikacji, nigdy jednak nie skończyło się to czymś więcej niż garścią bezużytecznych widżetów lub – jak w przypadku Chrome OS – zupełnie niczym konkretnym.

W Windows 8 UI zaprojektowane w HTML-u jest równoprawne z wyklikanym dla „binarnej aplikacji”. Kod w JS ma dostęp do API systemu na tych samych prawach, na jakich dostęp uzyskuje aplikacja napisana w .NET/C#. Nie chcę tu niczego wieszczyć, ale znam kilku łebskich ludzi, którzy są świetnymi projektantami, ale nigdy nie będą chcieli brnąć przez VisualStudio; po raz pierwszy widzę dla nich realną opcję pisania pełnoprawnych aplikacji bez pomocy „prawdziwego programisty”.

Windows 8 Briefing

Jak wspominałem na początku tekstu, zostałem zaproszony na promocyjne spotkanie dotyczące Windows 8 i to dzięki temu udało mi się dowiedzieć kilku rzeczy z pierwszej ręki. Ponieważ takie spotkania mają charakter marketingowy, zdecydowałem się nie zanudzać Was szczegółowym raportem; na szczęście wystąpienia marketerów nie były irytujące (standardowe zagrania, które każdy z odrobiną krytycznego myślenia potrafi przełożyć na rzeczywistość), a prezentacje technologiczne zdecydowanie przebiły moje oczekiwania. Warto wspomnieć o dwóch rzeczach, które nie leżą bezpośrednio w technologicznym zagonie.

MetroOne

Microsoft odpalił platformę dla obecnych i przyszłych developerów aplikacji dla Windows 8. Muszę przyznać, że jest to pomysł trafny i powinien przełożyć się na zainteresowanie wszelkiej maści klikaczy. Mamy tu giełdę pomysłów (można uzyskać dowód społeczny, choć w świecie starup-ów nie jest to może dowód ostateczny i przekonywający), możemy zbierać się w grupy i próbować zamieniać pomysły w produkty.

Całość zamyka się między portalem randkowym dla technicznie obdarzonych (zdolny grafik poszukuje programisty domatora, cel apptrymonialny) i społecznościówką.

Sklep

Sklep z aplikacjami, jak na debiutującą platformę, ma pełen zestaw modeli biznesowych dla autorów. Można wydawać aplikacje darmowe, płatne, aplikacje z modelem subskrypcji, reklamy (własne lub z sieci MS) oraz freemium.

Pieniędzmi dzielimy się z operatorem sklepu w „standardowej” skali 30% do 70%, a w przypadku aplikacji, które zarobiły ponad \$25K – 20% do 80% dla sprzedawcy.

Konto developerskie kosztuje około 140 PLN i jest płatne jednokrotnie.

Obsług sklepu wbudowana jest wprost w VisualStudio 11.1, można z niego nie tylko dokonać rejestracji, ale także zarezerwować nazwę aplikacji. Nie wiem jeszcze jak MS poradzi sobie ze squatersami, ale z pewnością niedługo usłyszymy o jakiejś spektakularnej bójce pomiędzy producentami przycisków do wydawania odgłosów pierdów.

Podziękowania

Szczególne podziękowania dla Daniela Biesiady i Tomasza Kopacza, za niemal stoickie podejście do gościa, który atakuje ich z notatnikiem. („O boże, masz cały notatnik pytań?” i „O rany, papier”). Korektę wykonał niezastąpiony Piotr Wojciech Szotkowski.

Jeżeli jesteś posiadaczem Kindla możesz zapisać się na listę dystrybucyjną i otrzymywać te same teksty! Czyż to nie wspaniałe? ;-)

  1. komentarz telewizyjny jest zabójczy, siriusbiznes

38911

Historia zaczyna się wiele lat temu. Były żołnierz amerykańskiej armii zostaje taksówkarzem, a żeby dorobić jeszcze kilka dolarów, otwiera biznes naprawiający i importujący maszyny do pisania. Kiedy rynek maszyn do pisania obumiera, firma, którą założył, zaczyna produkować kalkulatory naukowe. Tak jak wcześniej, nie jest mu dane spocząć na laurach. Na rynku pojawiają się kalkulatory firmy Texas Instrument, które są bezkonkurencyjne cenowo. TI ma dostęp do tanich układów scalonych i nasz bohater widzi tylko jedno rozwiązanie: należy znaleźć firmę produkującą procesory i ją wykupić.

W 1976 firma MOS zostaje wykupiona. Jeden z łebskich pracowników nowo przejętej firmy zaprojektował właśnie nowy, obiecujący układ. Tym inżynierem jest Chuck Peddle, a układ, który okazał się strzałem w dziesiątkę, to MOS 6502.

Tak rodzi się firma Commodore, którą znamy. Commodore, producent komputerów osobistych dla mas, nie dla klas.

Pierwszym hitem jest Commodore VIC-20.

Nigdy wcześniej komputer nie sprzedał się w takich ilościach. Milion sztuk VIC-20 trafiło do szkół i prywatnych domów. Pośród miliona użytkowników komputera w kształcie chlebaka znaleźli się między innymi Linus 1 i Theo. Możecie ich znać jako autorów Linuksa i OpenBSD.

Późnym latem 1982 roku Commodore wypuściło na rynek następcę VIC-20. Oparty na tym samym procesorze, ze zdecydowanie ulepszonym układem dźwiękowym i graficznym, z ceną uderzającą w konkurencyjne produkty Atari i Apple, Commodore 64 okazał się ogólnoświatowym hitem.

Jak fantastycznym i przełomowym komputerem był Commodore 64? Tak fantastycznym i przełomowym, że nie muszę pisać nawet zdania na usprawiedliwienie tej tezy. O C64 napisano wiele i nie sądzę, abym mógł oddać sprawiedliwość tej kultowej maszynie w jednym krótkim tekście.

I znów, jak we wcześniejszym wcieleniu Commodore – producenta kalkulatorów naukowych, a scenę wkracza Texas Instrument, który zaczyna zdobywać rynek tanich komputerów. Rok po wydaniu C64 firma jest na skraju bankructwa. Zarząd się piekli. Jack Tramiel odchodzi.

Odchodzi z Commodore, ale nie schodzi ze sceny. Wykupuje udziały Atari i w 1987 świat otrzymuje kolejny prezent, linię Atari ST, pieszczotliwie zwaną przez fanów „Jackintoshami”.

To wszystko, z odnośnikami i cytatami, mogliście przeczytać na Wikipedii lub w jednym z setek tekstów, które pojawiły się po niedawnej śmierci Tramiela. Nie odkrywam przed wami tajemnic, nie zdążyłem zrobić lepszego przeglądu źródeł, nie jestem dziennikarzem,
nie umiem.

Medium pozwala mi jednak na coś, czego nie robi się w poważnych publikacjach o śmierci notabli. Napiszę coś od siebie.

Nie potrafię sobie wyobrazić siebie bez Commodore. Ten Emil, który tu teraz pisze, o 4:47 w sobotę, nigdy nie byłby fascynatem komputerów, gdyby któregoś wiosennego dnia Tata nie przywiózł z Universalu C64.

Zanim o samym komputerze, trochę o drodze. Od „zawsze” (kiedy kolega z klasy pożyczył mi instrukcję do swojego Timeksa 2048) wiedziałem, że chcę być „komputerowcem”. Niestety, w domu się raczej nie przelewało, a i czasy były takie, że nie zawsze można było po prostu wyjść i coś kupić.

Nie było komputerów, nie było słodyczy.

Słodycze były ważne w życiu każdego dziecka, dlatego też stałem się
bohaterem domu, kiedy to na święta otrzymałem w paczce żywnościowej 2 wielkiego Mikołaja z czekolady. Cała rodzina, włącznie z dorosłymi, przebierała nogami i czekała, kiedy odwinę sreberko z tego rogu obfitości.

Ruszony jakimś nieludzkim odruchem, który teraz byłby rozpoznany jako terroryzm, umiejscowiłem Mikołaja za szybką w segmencie i powiedziałem:

— Mikołaja zjemy, jak dostanę komputer.

To było wyzwanie, wyrzeczenie. Niemal religijna asceza, której nie spodziewałbym się po kilkulatku, a której teraz nie mógłbym podołać.

Półtora roku później, w okolicach Świąt Wielkanocnych, zjedliśmy Mikołaja. Był przeterminowany, ale smak zwycięstwa pobija smak mlecznej czekolady.

Ponieważ nic w moim życiu nie może iść normalnym torem, okazało się, że nie możemy wgrać żadnej gry. Studiowałem z Ojcem instrukcję do popularnego kartridża 3 i za nic na świecie nie mogliśmy uzyskać poziomej kreski, która poprzedzała „L”. Próbowaliśmy minusa, znaków w trybie graficznym. Nic nie dawało rady.

Następnego dnia, w sobotę, udałem się na boisko przygotowywać się do bycia piłkarzem. 4 Kiedy wróciłem, z pokoju dochodziły trzaski i piski. Wpadłem do mieszkania i zobaczyłem, że Ojciec „gra” na C64. Na ekranie były klawisze pianina, pewnie jedna oktawa, i dało się grać przy użyciu QWERTY. Byłem zszokowany. Dopytywałem, jak to możliwe i która pozioma kreska zadziałała!

To nie była „gra z kasety”, Ojciec przepisał program z niemieckiej instrukcji obsługi, kiedy ja grałem w piłkę. Moje uczucia, których teraz nie potrafię ująć w słowa, zamykały się w okolicach „cokurwaco”.

I tak zostałem programistą.

A pozioma kreska? Okazało się, że instrukcja na ksero była źle odbita i pozioma kreska zgubiła grot. Strzałkaelreturn zdecydowanie odbiła się na moich stopniach.

Minęło kilka dni i rozpoczęły się rekolekcje. Byłem dzieckiem mocno religijnym, zafascynowanym biblijnymi historiami. Do kościoła zabrałem tę samą książkę, z której Ojciec przepisał „pianino”. W połowie mszy zostałem przyłapany przez siostrę zakonną, która zwróciła się do mnie tymi słowami:

— To bardzo miło, że uczysz się matematyki 5, ale to jest dom boży i musisz uczestniczyć we mszy świętej albo wyjść.

Więc wyszedłem. Bóg bogiem, ale animacja duszków była dużo bardziej
namacalna i fascynująca.

I tak zostałem ateistą.

Za to wszystko „dzięki tobie składają”, Jacku Trzmielu.

Komputerowcy z drugiej be: Marcin (Atari 65XL), Radek (Timex 2048), Emil (C64)

  1. tu polecę „Just for fun”, biografię Linusa
  2. dla młodszych czytelników: pracownicy dostawali paczki świąteczne dla dzieci. Cukierki, może pomarańcza, ciastka. To jeden z powodów dla których nienawidzę „Michałków”, próbowaliście jeść „Michałki” i tylko „Michałki” przez trzy miesiące?
  3. borze, borze; co to za słowo
  4. Ojej, to były marzenia
  5. książka otwarta na bloku DATA

Słuchawki marki Zajebistość i Zasobność

Najważniejszą rzeczą we współczesnym świecie jest osobisty branding. Markowe ubranie z metką, okulary, model telefonu, ilość przerzutek czy tatuaż mówią o tobie więcej niż twoje dokonania. W świecie wizualnych bodźców dużo łatwiej dobierać się w grupy po zgodności markowych indykatorów niż inwestować w bolesny i czasochłonny proces poznawania opinii i idei przyświecających współobywatelom.

Nie macie się co zapierać nogami; mechanizm działa w świecie zwierząt, musi działać i z nami, erektusami. Pawia nikt nie pyta o opinię na temat reformy emerytalnej, ale jak rozwinie ogon to wiemy: kiep czy alpha.

Od czasu, kiedy na rynek odtwarzaczy audio trafił produkt firmy Apple, iPod, słuchawki stały się jednym z ważnych wskaźników pozwalających rozpoznać ludzi. Idąc tym tropem i mając dożywotnio przestawioną wajchę w pozycję au contriare zakupiłem słuchawki, który wysyłają konkretny przekaz.

Zacznijmy od koloru. Są czerwone. Jak krew, jak sportowe samochody. Jak zachody słońca i czerwone maki spod Monte Casino. Jak miejska sygnalizacja świetlna zdają się wołać: stój i patrz na mnie, nie chcesz chyba wpaść pod samochód banalności na skrzyżowaniu życia?

Krótki przewód powoduje, że nie mogę schować swojego telefonu do kieszeni w spodniach. Porzucę fałszywą skromność, telefon będzie od tej pory w przedniej kieszeni mojej koszuli, a cienka, czerwona linia poprowadzi twój wzrok wprost do uzmysłowienia sobie, że nie tylko mam sprytnotelefon, ale słucham na nim podcastów o startapach; jestem nowoczesny i dwa kroki przed tobą!

Jakość dźwięku jest rozpoznawalna tylko dla koneserów. Słuchawki nie są w stanie przenosić niskich tonów dzięki czemu mogę przesłuchać dowolną kompilację dubstepu i wydać miażdżącą opinię o bankructwie muzyki popularnej:

— Bez dropu to tylko takie disko z Casio.

Nie należy też pomijać kraju producenta. Chiny mają rozwijającą się ekonomię i w niedalekiej przyszłości mogą zacząć produkować elektronikę użytkową dla całego świata, a dzięki temu uzyskają ekonomiczną skalę pozwalającą utrzymywać niskie ceny. Może nie dziś, może nie jutro: niedługo wszyscy będziecie mieć coś, co pochodzi z chińskiej fabryki. Wtedy uderzę się w uda i zawołam: miałem chińskie słuchawki zanim się to stało modne.

Ostatecznym argumentem, który przeważył i skłonił mnie do zakupu był design. Słuchawki nie tylko pasują do uszu, ale dzięki zastosowaniu gumowych końcówek wiesz, że je nosisz. Nie ma minuty w której nie czułbyś ich w uszach.

Pozostawię was ze zdjęciem pozwoli zrozumieć jak doskonałego zakupu dokonałem. Proszę, nie kopiujcie mojego unikalnego stylu i gustu.

Miało nie być notek. Miałem pisać listy. Wysłałem jeden. Nie mam czasu, serio. Notki też bym nie pisał, gdyby nie fakt, że jest ranek i jestem zirytowany. Notka bez kurekty. Fotografia Aleksandra Korszuń.


Za chwilę dalsza część programu

Przerywamy ten program, by nadać specjalne wystąpienie Prezydenta Blożkowania na Europę Środkową:

Moi drodzy, nadeszła chwila, w której należy powiedzieć sobie prawdę. Formuła tego blożka się wyczerpała. Moją potrzebę do głoszenia bredni skanalizowało konto na Google+. Moja potrzeba pisania dłuższych tekstów rozbiła się o zjawisko „czytelnictwa” internetowego. Nie mam jeszcze recepty, a dzięki wczorajszym dyskusjom z Kają myślę, że recepta w ogóle nie istnieje. Przynajmniej taka, która nie powoduje gorszych skutków ubocznych niż stan wyjściowy.

Nie macie się jednak czym martwić 1 – strona nie zniknie – wszystkie linki będą zachowane, nie musicie usuwać kanału z czytników RSS 2. Nie wiem jeszcze, co będzie na końcu tego dłubania. Dziewięć na dziesięć, że wrócę tu z podkulonym ogonem i napiszę notkę o komputerach i humanizmie z kropelką nostalgii, czyli to, co zwykle.

„Zatrudniłem” 3 edytorkę na stałe. Głupio ciągle polegać na darmowej pracy przyjaciół i znajomych. Do tego nie będę miał skrupułów dać jej do sprawdzenia długi tekst: mo’ literek, mo’ money. Może to znacząco podnieść/obniżyć/bez zmian (niepotrzebne skreślić) jasność przekazu i jakość literacką.

Mam nadzieję, że teraz wszystkim dużym blogom będzie bardzo wstyd i zrobią to samo. Skoro ja mogę z własnej kieszeni, to i oni mogą z AdWordsów!

Przedostatnia sprawa: w ramach walki z uciskiem w Internecie utworzyłem też drugi obieg. Jeżeli wyślesz mi swój adres (adres, nie e-mail) na junkyard@bronikowski.com, to możesz liczyć na karteczki (drukowane i pisane) z tekstami, czy co tam akurat mam w ręce/głowie. Ilość miejsc ograniczona (mogę okraść biuro na skończoną liczbę znaczków).

Sprawa ostatnia. Dwie notki — „A ty kim jesteś by oceniać mnie” i „Złota klatka” — oddałem portablogowi Antyweb. Tak, serio. Dlaczego? Bo pisanie bloga mnie już nie cieszy.

Przyjmuję pomysły, oczywiście.

  1. jeżeli w ogóle można się martwić autorem bloga w Internecie, AKA Anonimowy Łoś
  2. prrroszę?
  3. freelance monogamiczny

Punkt widzenia

Młody chłopiec traci rodzinę i dostaje się pod wpływy księdza wyklętej religii, który namawia go do przeprowadzenia zamachu terrorystycznego. Banda przekracza granicę przy pomocy wynajętych szmuglerów i łączy się z główną komórką. Celem zamachu jest jednostka wojskowa. Terrorystom, mimo bohaterskiej obrony zgromadzonych w jednostce żołnierzy, udaje się wysadzić ją w powietrze. W akcji ginie 265675 ludzi.

Tak właśnie zapamiętałem Star Wars: A New Hope. 1

  1. Tłumaczyłem Piotrkowi monomit i tak mi się pomyślało, jak łatwo każdą z tych historii obrócić na pięcie

Daj pan pieniądz za kontent

Ach, święta.

Kochają je dzieci, importerzy chińskiego badziewia i sprzedawcy marcepanowych szopek z jadalnym Jezusem. Od lat darzę zimowe święta szczerą nienawiścią. Wpierw jako dziecko byłem pozbawiony prezentów urodzinowych, bom ofiara zrodzona w końcówce grudnia, potem jako dorosły, gwałcony przez koszmarną muzykę i pstrokaty wystrój doprawiony fałszywymi uśmiechami współobywateli.

Święta nie będą jednak tematem notki. Tak mi się ulało po sześciu godzinach jazdy pociągiem. Chciałem wrócić do tematu dobrych treści w Internecie. Ostatnio mówiłem Wam, jaką wartością jest miłość okazana autorom. Niewymuszona, spontaniczna miłość e-mailowa. To jednak połowa (OK, trzy czwarte) naszej misji wspierania producentów treści.

Porozmawiajmy o pieniądzach.

Wszyscy przywykliśmy do płacenia w sieci, prawda? Za usługi, za faktury, za zakupy na Allegro, za bilety w przedsprzedaży. „Płacenie przez Internet” zostało odczarowane dla zwykłego użytkownika. Jedynym wyjątkiem jest tu płacenie za treść produkowaną przez niezależnych autorów.

Na początku puszyłem się i głaskałem po główce myśląc, że użytkownik w polskiej sieci to po prostu skąpiec i drań. Ja natomiast jestem wspaniałym i szlachetnym wyjątkiem, który daje datki autorom komiksów, podcastów, kanałów na YouTube, blogerom, programistom piszącym otwarte i wolne oprogramowanie. Potem ruszyłem się po naszym podwórku i byłem zdziwiony jak niewielu autorów umieszcza guzik „Donate” na swojej stronie. Przez całą swoją karierę „mecenasa z Internetsów” miałem okazję okazać wdzięczność tylko dwóm osobom: Kai i Tomaszowi.

Widzę tu pewne błędne koło: autorzy nie umieszczają guzika, nie ma w co klikać, autorzy nie słyszą o ludziach, którzy otrzymują datki od fanów, autorzy nie dodają guzika.

Może moja sytuacja jest niezwykła? Poza trzema serialami konsumuje prawie wyłącznie niszowe produkcje. Większość z nich powstaje w kraju Nowego Wielkiego Brata i ich autorzy nie mają problemu z wstawieniem guzika, ba, niektóre podcasty zaczynają się lub kończą listą darczyńców lub potrzeb, wskazaniem miejsca, gdzie można przekazać dolara.

Dan Carlin z podcastu „Hardcore History” (i „Common Sense”, ale ten jest o amerykańskiej polityce i za niego nie płacę choć słucham, ha) co odcinek kończy dżinglem „Buck a show”. 1

Słuchając tego nigdy nie czuję się tak, jakbym słuchał reklamy. Uważam, że między mną a nimi istnieje dwustronnie pozytywny układ. Ja konsumuję, oni produkują, mi zależy żeby produkowali, im żebym konsumował.

Dlatego zachęcam Was, autorzy i Was, czytający, słuchający i oglądający: wstawiajcie guziki i klikajcie. Możemy sobie pieprzyć pod nosem, jak to stare media powinny zmienić model, żeby nam było fajnie. Zamiast tego próbujmy wprowadzać chaos pozytywistycznie, pracą u podstaw. Odchowajmy na własnej piersi autorów, którzy będą wiedzieli, że jest widownia i jest miejsce na rozwój.

Jeszcze jedno słowo o pieniądzach. Zawsze chciałem to zrobić, ale nigdy nie było okazji. Kieruję to zwłaszcza do wszystkich zwisających z cyca otwartego oprogramowania. Wiecie, że dłubalibyśmy w Win32 API albo szturchali kijem jakiegoś AIX-a pokrytego warstwą kurzu, gdyby nie nieustająca praca ludzi, którzy piszą otwarte oprogramowanie. Nie każdy z nas ma tyle talentu, żeby oddać tyle samo środowisku, nie każdy ma czas. Każdy z Was może wrzucić piątaka do puszki. Powiedzmy raz na tydzień. Czyli wszyscy w dziale piątaka. Raz na kwartał ustalić drogą demokratyczną lub przez mordobicie (mordobicie nerdów może być ciekawe, ustawcie kamerę, sprzedawajcie dostęp i mamy perpetum mobile) jeden projekt, który otrzyma przelew.

Ostatnia dygresja: co z płatnością za treści produkowane przez studia i korporacje? Płaćcie, nie płaćcie: kompletnie mnie to nie rusza. Napiszę notkę o tym, jak etycznie jest płacić za odcinek serialu zaraz po tym, jak przestanę być traktowany jak niepotrzebny przybłęda z Polandii. Podcasterom moje dolary z PLN-ów nie śmierdzą.

  1. Uwielbiam HH dlatego też renegocjowałem z nim warunki i płacę dolara za godzinę. ;-) 

Poznań-Łódź, 22:10, Stacja kolejowa Poznań-Górczyn

Autobus nie przyjechał po raz pierwszy. Kiedy nie przyjechał po raz trzeci dowództwo nad gromadą zziębniętych pasażerów, oczekujących na odjazd, przejęły dwie starsze panie. Szybka konsultacja z wnuczką, która „sprawdza w Internecie, kochane dziecko” i okazało się, że nasz pojazd utknął na autostradzie A2 i nie pojawi się przez następną godzinę. Może nawet przez trzy. Panowie z zajezdni autobusowej, kiedy poprosiliśmy ich o wpuszczenie nas do pomieszczenia dla kierowców, kazali nam pospierdalać.

Wreszcie czyjś sokoli wzrok wypatrzył na horyzoncie światło niosące nadzieję, które wołało: cywilizacja, ciepło! Wysłaliśmy skauta. Skaut powrócił z dobrą nowiną: przyjmą nas czym chata bogata, a i kartą można płacić.

Rozgościliśmy się w małej stacji benzynowej Statoilu. Może dwadzieścia metrów kwadratowych, dwanaście osób, sprzedawca i sprzedawczyni do której nóżek padamy i dziękujemy. Żeby okazać naszą wdzięczność jęliśmy kupować produkty spożywcze. Zapijaliśmy się kawą z automatu i komplementowaliśmy jej smak i temperaturę. Wprost z plastikowego kubka w nasze serca sączyła się nadzieja. Gdzieś tam jest autobus, a my jesteśmy tu i przetrwamy.

Uderzyło mnie jedno. Nikt nie rzucał kurwami. Nikt nie tupał, nikt nie sarkał. Wszyscy uśmiechali się do siebie i witali radosnymi okrzykami najnowsze informacje od wnuczki z Internetem, która jakimś cudem zdobyła numer kierowcy i zdawała nam przez Generała Babcię raport o obecnej sytuacji.

Siedziałem więc w kucki zażerając się najdroższą kanapką z jajkiem (osiem nowych polskich złotych za kromkę chleba przekrojoną na pół) i przyglądałem się współwięźniom stacji benzynowej o łagodnym rygorze. Podróżowali między półkami i podziwiali. Jaki kolorowy konsumpcjonizm teraz mamy. Samych maślanek było sześć, różnych producentów, różne smaki. Światło igrało w butelkach piwa, a klimatyzacja cicho szumiała. Usłyszałem nagle jak jedna dziewczyna tłumaczy drugiej, że żal ją ogarnia. Żal ją ogarnia bo mem z Chuckiem Testa się nie przyjął w naszym kraju. Rzuciłem jej ciepły uśmiech. My, obywatele Internetu, musimy się wspierać.

Autobus pojawił się zgodnie z ukazem wnuczki. 00:30. Jakimś cudem zabrakło w nim miejsc i musieliśmy się wymieszać z licealną wycieczką. Wycieczka była już lekko pijana, a mi trafiło się miejsce obok nastolatki z kruczoczarnymi włosami, która pierdziała monotonnie przez sen odbierając mi koncentrację tak potrzebną przy strzelaniu goli zespołem Newcastle United, którą to drużynę noszę w plecaku razem z konsolą do gier.

Reasumując: dwie godziny przy kawie z poznańskimi startupowcami kosztowało mnie dwanaście godzin „podróży”. Sześć w pociągu, który zwiedza świat, trzy w oczekiwaniu na autobus i trzy w autobusie wśród pijanych gimbusów.

Przynajmniej mam z tego dwie notki, tak? 1

  1. Ta nie ma korekty. Wróciłem właśnie do domu, jest 3:30, piję piwo zakupione na stacji (wspomnienia!) i nie mam już siły na czytanie tego, co napisałem

Klik: historia jednego kliknięcia

Położyłem się około pierwszej w nocy. Śpię zwykle w słuchawkach, a do snu tulą mnie książki audio. Tej nocy wybrałem The Pleasure of Finding Things Out. The Best Short Works of Richard P. Feynmann. Po godzinie słuchania nie mogłem usnąć i rozpierała mnie energia. Tworzyć, poznawać, hakować, psuć, dyskutować. Wygrzebałem się z łóżka i polazłem do mojego kąta w kuchni w którym pracuję.

Przekartkowałem notatnik w poszukiwaniu tematów odkładanych „od zawsze” i tak wpadłem na projekt serii artykułów o komputerach i sieci. W założeniu miały być kierowane do mitycznego Zwykłego Użytkownika i tłumaczyć w przystępny sposób te wszystkie niuanse technologii.

Wyplułem z siebie pięć stron i straciłem wizję. Wizji już nie odnalazłem, tekst podsyłałem różnym osobom. Zdania były podzielone. Przepuściłem tekst przez oczy i palce Szproty, a później Kaji. Nic się nie kleiło.

Dziś postanowiłem, że puszczę as-is bo nie ma nic gorszego jak wpaść w pętlę cyzelowania tekstu, który nie ma szczególnej wartości i jest raczej próbą zmierzenia się z tematem.

Tekst opowiada o historii jednego kliknięcia i jak wspominałem wcześniej jest skierowany do osób, które używają Internetu, ale nie znają go od zaplecza. Tak mi się przynajmniej wydaje. W moim gronie znajomych naprawdę ciężko trafić na taki egzemplarz. Dlatego też obarczę Was zadaniem: jeżeli uda się Wam zmusić kogoś do przeczytania tego tekstu to będę bardzo wdzięczny za wszystkie opinie i komentarze.

Klik: historia jednego kliknięcia

  1. Wersja PDF/A5 została przygotowana dla użytkowników tabletów i czytników. Tak mi się wydaje. Możliwe, że się mylę.

Co w skrzynce piszczy (wersja rysunkowa)

Zwykle nie odnoszę się do starych notek 1. Tym razem zrobię wyjątek. W komentarzach do Co w skrzynce piszczy Eli narzekał, że brakuje wykresów. Zgodziłem się z tą opinią i prosiłem o łaskę. Czasu było mało, a materiał ludzki zmęczony.

Na szczęście Eli wykazał się duchem społecznika i po tym jak otrzymał ode mnie dane wejściowe wykonał wykresy, które tu teraz umieszczam.

  1. nie prowadzę serwisu internetsowego, który linkuje sam do siebie przy każdej możliwej okazji

Co w skrzynce piszczy

W czasie deszczu dzieci się nudzą. W czasie przegrywania baz danych nudzą się wszelkiej maści nerdy i giki. Rozpierałem się dziś na fotelu patrząc na pasek podstępu 1 klienta SFTP i zastanawiałem się co też porobić.

Mam jeden tekst do ukończenia, ale zdecydowanie brakowało mi wizji żeby się nim zająć. Zalogowałem się więc do domu i rozpocząłem żmudny proces sprzątania po różnych projektach. Znalazłem nieskończony skrypt do programu getmail, który miał robić mi kopię konta pocztowego. Poczta to jedyna rzecz, której nie archiwizuję w trybie paranoicznym. Po skończeniu zapiąłem go do Crontaba i rzuciłem okiem na pasek podstępu. Nadal pokazywał „maraton Lord of The Rings”.

W tym czasie dojechało do mnie archiwum poczty. Prawie cztery giga w jednym pliku. I wtedy uderzyła mnie myśl: jakie to niezmiernie ciekawe, ile ja dostaję e-maili w ogóle? I kiedy? Kto do mnie pisze?

Otworzyłem sobie nowy tab i napisałem krótki hack, który wciąga FROM, SUBJECT i DATE z mboksa do bazy danych. Oto co ustaliłem.

Najwięcej, bo aż 2543 e-maili przewinęło się przez moją skrzynkę w czerwcu, 2010. Średnio, od 2007, otrzymuję 694 e-maile miesięcznie. Aby zrozumieć skalę, w której tracę czas na pocztę podam ilość e-maili, które dostałem w pierwszych i ostatnich trzech miesiącach używania skrzynki. Jest to odpowiednio: 14, 45 i 76 do 1023, 807 i 1017.

Największych okupantów mojej skrzynki mogłem przewidzieć bez problemu. Zdecydowanym zwycięzcą jest moja dziewczyna, która w dwa lata wysłała mi prawie trzy tysiące e-maili, dalej peleton składa się z bliskich: Bartosza (1538), Piotra (1257), Piotra (795), Eri (695), Metalurga (517) i Adama (450).

Jeżeli chodzi o rozkład w dniach tygodnia, to nie mam dla siebie dobrych wiadomości. Najmniej e-maili otrzymuję w niedzielę (3584), najwięcej w poniedziałki, wtorki, środy i czwartki (około 6500), piątek jest spokojniejszy i nabił tylko 4296 e-maili.

Najwięcej e-maili otrzymuję między 12 a 14. Wyszło średnio 3131. Na szarym końcu znajduje się druga nad ranem (372), piąta (346) i trzecia (294).

Najważniejsza statystyka: liczba „kurw” w temacie. Palmę pierwszeństwa zdobywa styczeń i luty 2009 z 44 e-mailami. 2 Co ciekawe nie użyłem wulgaryzmu aż do lutego, 2009. Wyszukanie pod kątem słów pozytywnych, takich jak „sukces” nigdy nie przekroczyło dziesięciu (sam „sukces” zarejestrował dwa). Ciemność i nienawiść.

Oczywiście te dane nie trzymają żadnego rygoru, zapytania nie uwzględniają ludzi piszących z różnych kont. Nobla za to nie dostanę. Niemniej był to ciekawy eksperyment. W niektórych przypadkach mogę od razu powiedzieć co się działo w danym miesiącu tylko po liczbie e-maili od danej osoby, albo godzinach, w których je otrzymywałem.

Taka cyfrowa archeologia dla biedagików. Zbadałbym firmową skrzynkę, ale bardzo się boję.

  1. tak, podstępu
  2. Arti, Ty wiesz, co to za projekt, prawda?

Nie wszystek init 0

Śmierć jest faktem. Biologia jest nieubłagana i nikt z nas nie uniknie tego stanu. Są jednak ludzie, którzy pokonują czas dzięki swojej pracy. Nie ma dnia, w którym nie czytałbym autorów lub nie słuchał muzyków, którzy dawno temu zamienili się w pokarm dla robali. Ich dzieła dają im pewien typ nieśmiertelności – nieśmiertelność read-only. Nadal możemy obcować z ich myślami, choć oni sami są niedostępni. Mi nie robi to specjalnie różnicy. Nie sądzę, żebym pijał herbatki z Asimovem lub coś mocniejszego z Ernestem. Z mojego punktu widzenia przeszli na emeryturę, ale gdy dyskutuję o nich i ich pracy, to mam tendencje do mówienia w czasie teraźniejszym. On świetnie pisze, Ona świetnie śpiewa.

Doskonali hydraulicy, ukochane przedszkolanki i hutnicy nie mają tyle szczęścia. Ich nieśmiertelność read-only jest nieczytelna dla ludzi, którzy nie byli im bliscy.

Rozważmy ostatnie czterdzieści lat. Czas jest ku temu dobry, bo właśnie obchodzimy urodziny mikroprocesora Intel 4004. W świecie technologii czas płynie zdecydowanie szybciej. Maszyny zrodzone w tej rzeczywistości muszą sobie radzić nie tylko z zębem czasu, który nadgryza ich fizyczną budowę, ale i z zamachami nowych technologii, które po spartańsku rozprawiają się z tymi komputerami, które nie mogą dotrzymać im kroku.

Wszystkie te serwery, te urządzenia sieciowe spinane kablem koncentrycznym, przodownicy i bohaterowie lat zeszłych, mikroprocesorowi hydraulicy i sprzątaczki, umierają zupełnie bez protestu. Czuję się z tym po dwakroć okropnie. Raz, że odchodzą, dwa, że się czuję z tym okropnie. Jest coś nienormalnego w odczuwaniu smutku z tego powodu. Nikt nie płacze po pralce ВЯТКА, nikt nie załamuje rąk nad telewizorem Unitry.

W popkulturze istnieje pewna klisza. O starym Bohaterze, odrzuconym przez świat, zepchniętym na margines świadomości, który stara się pokazać wszystkim, że nadal jest, nadal potrafi. Staje więc do nierównej walki z młodszym przeciwnikiem, by wyrwać dla siebie ostatnie strzępy godności.

Mam w pokoju stary serwer IBM-a. Jest ciężki, głośny i niewydajny. Kupiłem go sześć lat temu na Allegro za kilkaset złotych. To była miłość od pierwszego wejrzenia. I nie ma racjonalnego wyjaśnienia, dlaczego używam go nadal zamiast zastąpić go jakąś fantastyczną płytką z ARM-em. Nie zmienia to faktu, że karmię go i ubóstwiam. Dostał trochę pamięci, kartę WiFi żebym mógł go sobie przestawiać po mieszkaniu, kartę SATA, a ostatnio 1 kartę z wyjściem telewizyjnym. Jakość jest okropna, karta nie ma obsługi w X.org więc co odtworzenie filmu muszę w głowie liczyć ratio, tak aby framebuffer umiał wyświetlić plik na prawie-całym-ekranie. Nie ma opcji żeby procesor mógł odkodować h.264.

Nikt normalny nie wytrzymałby takiej mordęgi.

Ktoś musi dać szansę bohaterowi na odzyskanie godności. Kto inny jak nie najbliższa rodzina? Bo wy, wszystkie giki i nerdy, wy, łażący po zakamarkach Internetsów rozumiecie, że komputer to trochę więcej niż suma części.

Kiedy rodzice kupili przyjacielowi pierwszy komputer byłem świadkiem sytuacji, w której jego ojciec zakończył sesję pisząc na klawiaturze „DOBRANOC KOMPUTERKU”. Strasznie się wtedy śmiałem. Dziś odpalając sudo /sbin/pm-hibernate czekam, aż dyski w RAID-zie zaparkują, a wiatraki staną. To dziwnie uspakajające uczucie.

Dobra robota. Wyśpij się. Jutro kolejny dzień pracy.

Weteran walk odstawiony na śmietnik historii. Katalizator tej blagnotki

  1. po tym jak XBOX-a trafił piorun i nie może już robić za odtwarzacz wideo

VirtualBox bez głowy

Czym skorupka za młodu nasiąknie (sprawdzić, czy nie piwo)

Pewnego razu urwał mi się pasek u torby. Grawitacja zabrała się żwawo do roboty i zamieniła energię potencjalną znajdującego się tam laptopa i czterech piw w scenkę rodzajową, w której to scence siedzę na schodach i wylewam alkohol z obudowy laptopa.

Na szczęście znalazł się młody i odważny bohater z lutownicą, który za niewielką opłatą ożywił mój doszczętnie zalany komputer. 1

Niestety, dysk zaczął wykazywać oznaki zbliżającej się śmierci i nie pozostawało mi nic innego jak przeinstalować system. Musicie wiedzieć, że mój system przypomina zwykle plac budowy. Takiej budowy, która nigdy się nie kończy. Kolejny dzień, kolejny wykop, rusztowanie, skrypt, skompilowany program do \~/bin/, kolejny hack i udziwnienie. Nie będąc w stanie ogarnąć całego tego majdanu i mając na głowie terminy, postanowiłem iść na łatwiznę i zainstalowałem Windows 7 w nadziei, że jak tylko skończy się szalony pęd w pracy, to sobie na spokojnie zrobię ewaluację dystrybucji i wrócę na łono pryszczerstwa.

Praca nie odpuszczała i szybko okazało się, że „Emil kannot into Windows”. I to nie jest wada tego systemu, tylko lata nawyków i dziesiątki narzędzi, bez których jestem bezbronny i zagubiony. Większość czasu spędzałem z odpalonym PuTTY, który zakrywał cały ekran. W sumie nie ma problemu, prawda? Pewnego dnia okazało się, że nie mogę się dobić do serwera w domu. Trzy godziny później, brodząc po kolana w aplikacjach, które podobno robią za interface do Gita i dziesięciu tabach w przeglądarce powstałych w wyniku intensywnego googlania „python django windows wtf help pls” umyśliłem, że zrobię to trochę inaczej.

VirtualBox

Wszyscy wiecie czym jest VirtualBox? Dobrze.

Zbudowałem więc wirtualną maszynę z Debianem i zainstalowałem te wszystkie rzeczy, które są dla mnie jak tlen. Cenię sobie jednak estetykę i męczyło mnie odpalanie wirtualki przez główne okno programu. Na szczęście paczka z VB dla Windowsa zawiera te same oprogramowanie, co pakiety dla Linuksa, mamy więc dostęp do programów pomocniczych, które potrafią zarządzać i uruchamiać instancje z linii poleceń, bez tego całego UI.

Oto prosty przepis na „Linuksa z ikony, w tle i w ogóle”.

Wpierw utworzymy niezmiernie skomplikowany skrypt odpalający maszynę w tle:

cd "C:\Program Files\Oracle\VirtualBox"
VBoxHeadless --startvm Debian

„Debian” to oczywiście nazwa zdefiniowana w VB. System ma przypisane dwie karty sieciowe, eth i eth1. Jest to szybkie i bezpieczne rozwiązanie dla ludzi, którzy chcą żeby ich wirtualna maszyna widziała Internet, ale chcieliby też móc używać lokalnych usług zainstalowanych tamże. Kartę eth0 ustawiłem w konfiguracji jako NAT, a eth1 jako host-only. Ta druga wymaga doinstalowania sterowników do wirtualnych kart sieciowych, które przychodzą w paczce. W samym systemie eth0 jest ustawione na DHCP, co zapewnia dostęp do sieci globalnej, a eth1 dostaje standardowe 192.168.56.2 (domyślnie w systemie wirtualna karta ma adres 192.168.56.1, jeżeli powoduje to jakiś konflikt, to musisz normalnie zmienić jej konfigurację w panelu, a potem zmienić ustawienia w systemie). Po odpaleniu tego koszmaru, który nazywa się stosownie blargh.bat, system powinien stanąć na nogi, a Wy powinniście móc się zalogować via SSH. Teraz tylko poustawiać bindowanie do odpowiednich kart sieciowych dla serwerów i już możecie się rozkoszować najtańszym i najmniej wymagającym zestawem majsterkowicza „Twój pierwszy Linuks”.

DOS znaczy dwa. Siadaj, dwója.

Teraz zwrócę się do ludzi mówiących w DOS/Windows. Wiem, że istnieje komenda start. Powinna być odpowiednikiem & w systemach *NIX-owych i pozwolić mi pozbyć się też tego paskudnego okienka. Niestety, żadne czary i magia nie zadziałały. W PowerShell istnieje start-process, ale nie będę przecież instalował dla jednego skryptu. Jeżeli znacie rozwiązanie tego nurtującego mnie problemu, to proszę o zostawienie komentarza. Dziękuję.

  1. Służę adresem i telefonem. Naprawia tylko lokalnie, w Łodzi

Chwilowa nieśmiertelność

Była pierwszą osobą, którą zakwalifikowałem do kategorii osób „zabawnie szalonych”. Dziś myślę o niej inaczej, ale z perspektywy czasu wszystko zmienia sens, a słowa, których się nauczyłem, pozwalają mi lepiej przyporządkować ją do odpowiedniej kategorii w galerii ludzkich charakterów.

Przedstawiono mi ją jako moją ciocię stryjną. Nigdy wcześniej nie widziałem jej na oczy. Była stara, miała kapelusz z ozdobnikami przypominający mi abażur lampy, białe aksamitne rękawiczki, które zżółkły od tytoniu i lat. Mówiła z zabawną manierą kogoś, kto zna świat wyższych sfer wyłącznie z tanich czytadeł dla pań, emulując zachowania nieudolnie, ale z wielkim entuzjazmem, który w odpowiednim oświetleniu, a już z pewnością w oczach trzynastolatka, uchodził za kulturę, której nie celebrowało się w moim domu.

A kiedy piła wódkę… No, kiedy piła wódkę, piła ją z rozmachem. Zanim wypiła alkohol, waliła w stół ręką, po czym unosiła kieliszek na wysokość oczu i zataczając nim niewielkie koła wydawała z siebie przeciągłe „Aaaaaaaaaaaaaa!”, które mogło trwać minutę, choć dla współbiesiadników, którzy nie chcieli urazić wodzireja i wypić przed tym błogosławieństwem, mogło to trwać i godzinę. To był spektakl i swoiste nabożeństwo, którego była kapłanem i głównym aktorem.

Gdy pojawiała się w naszym domu przynosiła mi i mojej siostrze podarki, tuliła nas swoim przesiąkniętym smrodem naftaliny uściskiem i całowała w czoło. Podarkami była zwykle przeterminowana czekolada, cukierki rozpływające się od gorąca, czy porwana skądś książka, której tematyka mogła obejmować szerokie spektrum, którego dolną granicą jest ekonomiczna teoria komunizmu, a górną zeszłoroczny program teatru.

Odwiedziliśmy ją w domu kilka razy. Za każdym razem słuchaliśmy historii o tym, komu w młodości odmówiła ręki, a nie były to zwykłe chłystki: książęta, baronowie, majętni kamienicznicy i inni ludzie postawni i możni. Podczas każdej historii wyciągała pliki listów przepasanych kokardkami i pokazywała nam korespondencję prowadzoną na tę okoliczność. Były to listy zapisane piękną kursywą, na gładkim papierze, ozdobione okazyjnym kleksem. Mogłyby robić za rekwizyt w filmie. Jeżeli widzisz scenę z kimś, kto macza gęsie pióro w kałamarzu i po chwili namysłu skrobie po kartce, to spodziewasz się właśnie takiego listu.

Nie spotkałem cioci stryjnej przez dziesięć ostatnich lat jej życia. Bardzo młodzi ludzie nie znoszą dobrze przebywania z osobą, której demencja kompletnie zniszczyła świadomość. Docierały do mnie tylko szczątki informacji. Że się zgubiła, że wyszła nago z domu, ubezwłasnowolnienie. Nie pamiętam, czy byłem na pogrzebie. Nie wiem nawet, czemu o tym piszę. To była zupełnie nieznana mi osoba, której tajemnice szeptane są gdzieś w rodzinie. Że nie była siostrą, a matką, że urodziła się pod koniec dziewiętnastego wieku i umierała jako stulatka. Kiedy obudziłem się dziś w środku nocy i wstałem, żeby napić się wody, po drodze do kuchni zacząłem rozmyślać o tym, jak wielu z nas stanie się karmą dla robactwa i nie dosięgnie nieśmiertelności, która powstaje w umysłach osób żyjących, którzy będą o tobie mówić i pisać. Zaraz po tej myśli pojawił mi się w głowie obraz cioci stryjnej i poczułem nagłą potrzebę ofiarowania jej chwili nieśmiertelności.


O przerażającej bliskości

Rozsiądźcie się moi drodzy. Opowiem wam bajkę o bliskości i stracie. Baśń nie tyle z morałem, co zawierająca przestrogę.

Działo się to dawno, dawno temu. Był sierpień roku pańskiego 2011. Pewien królewicz po bankructwie poprzedniego królestwa, postanowił założyć nowe. Zebrał więc czarnoksiężników od księgowości i rycerzy marketingu, przyłożył pieczęć i złożył podpis pod pismem erekcyjnym w pieczarze wampira Notariusza i tak powołał do życia Nowe Księstwo Sp. z o.o.

Nowe Księstwo potrzebowało też skarbca na przyszłe skarby zdobyte na podbitych terytoriach Klientów Korporacyjnych. Po wynajęciu skarbca otrzymał on też plastikową kartę zwaną Rogiem Obfitości ze słusznym oprocentowaniem.

Lud się cieszył, sojusze zostały podpisanie, wrogowie wskazani palcem, a armaty serwerów nabite i wycelowane.

Nie samą grabieżą i wojenną ruchawką żył jednak książę. Nie stronił on od napojów alkoholowych i cybucha z tytoniem. Kiedy więc sprawa Księstwa została załatwiona postanowił on odwiedzić lokalnego malarza, któremu mecenasuje z potrzeby serca, bo jego miłość do sztuki była prawie tak wielka, jak miłość do używek.

Wybrał się w podróż samotnie, odważnie przemierzając włości pułkownika doktora Stanisława Więckowskiego.

Mniej więcej w połowie trasy zauważył lokalną tawernę „Pod Żabką”. Postanowił zakupić trunki i tytoń, aby móc dyskutować z malarzem o sztuce z głową lekką w pokoju pełnym szlachetnego dymu.

Kiedy zapakował worek i przyszło do płacenia książę wyjął swój prywatny Róg Obfitości i podał karczmarzowi. Ten natychmiast zaczął odprawiać nad nią czary, ale kiedy miało paść zaklęcie odmykające prywatny skarbiec księcia karczmarz zawołał:

— Dokonało się!

Zdziwiony książę zapytał jakiej magii użyto, bo on magicznych słów nie wypowiedział, a tak właśnie działa dostęp do jego skarbca. Karczmarz popatrzył strapiony i rzucił się do księgi. Po chwili uniósł głowę i zapytał:

— Czy dobrodziej posiada inne Rogi Obfitości przy sobie?

— A i owszem – odpowiedział władca – czemu pytacie dobry człowieku?

— Gdyż za alkohole i tytoń zapłacono nowym modelem, który wystarczy mieć przy sobie, aby zapłacić bez słów magicznych.

— Przecież jest tu, daleko od rąk waszych i zaklęć waszych! Jak
to możliwe?!

— Ja się na tym nie znam – stwierdził gospodarz – ale widzę wyraźnie, że magia RFID się tu zadziała.

Strapiony książę zabrał swój worek i upił się wiedząc, że nim tylko słońce wstanie będzie się musiał wytłumaczyć przed radą czarnoksiężników z działu księgowości z defraudowania pieniędzy Nowego Księstwa Sp z o.o.

Blisko i daleko

Gdybym nie widział jak moja karta kredytowa z RFID-em zapłaciła za fajki i piwo z odległości dobrego pół metra to bym nie uwierzył. Przeszukałem Internet i wszyscy dostawcy twierdzą, że karta zbliżeniowa działa na bardzo niewielkiej odległości. Że praktycznie trzeba ją przesunąć obok terminala. To była tylko jedna z rzeczy, która wykrzywiła mi usta 1 – drugą był fakt, że sprzedawca nie zweryfikował mojej karty. Gdybym miał cudzą to mógłbym zapłacić nią bez większego problemu.

Nie jestem paranoikiem. A przynajmniej przestałem być od czasu, kiedy rząd przestał mnie namierzać przy pomocy luster. Wiedziałem o potencjalnych problemach z RFID, ale nie przykładałem do tego większej wagi. Za dużo wiem żebym musiał nosić klatkę Faradaya w kieszeni, prawda?

Zasięgnąłem języka u Piotra Koniecznego, który jest specem od różnokolorowych kapeluszy. Kiedy naświetliłem mu sprawę wpierw wyszydził moją głupotę, a potem podzielił się zestawem linków, która miała uczynić mnie lepszym człowiekiem. Teraz i wy możecie stać się lepszymi ludźmi.

Nie mówię, że musicie się owijać w folię aluminiową. Folia aluminiowa to spisek.

  1. to i obowiązkowa spowiedź w księgowości

Nawyk, rehabilitacja, bankructwo

Chciałem być basistą, ale jako biedny nastolatek na własnym utrzymaniu nie mogłem kupić sobie gitary. Odłożyłem jednak trochę pieniędzy i kupiłem komplet strun. Przy pomocy wiertarki, dłuta i głupiego szczęścia przerobiłem gitarę klasyczną Ojca na bas. Nie dało się go nastroić, odległości między strunami były niewłaściwe, a grube struny powodowały, że gitara trzeszczała pod naciągiem i była na granicy wytrzymałości. Miałem jednak swój bas i mogłem zacząć grać.

Fantastyczne origin story, które zrodziło najlepszego basistę w Łodzi, a jego oddanie sprawie i walka z sytuacją ekonomiczną zadziałała jak katalizator dla ukrytego talentu?

Gówno.

Kiedy pierwszy raz przyszło mi zagrać na prawdziwej gitarze basowej okazało się, że jestem nie tylko pozbawiony talentu muzycznego. Okazało się, że nauczyłem się wszystkiego źle. Moja potrzeba zagrania czegoś natychmiast popchnęła mnie w stronę tabulatur, moja technika była kompletnie nieprzystająca do prawdziwego instrumentu. Nauczyłem się sam wszystkiego. Nauczyłem się wszystkiego źle. Próbowałem jeszcze ratować sytuację, ale nabyte nawyki ciągle mieszały mi w głowie.

Wyplenienie złych nawyków zajmuje dużo więcej czasu, zżera więcej energii, jest dużo bardziej frustrujące i łamiące ducha niż powolny proces uczenia się czegoś zgodnie z regułami. Bardzo łatwo paść ofiarą narkotyku natychmiastowej gratyfikacji. Jak z każdym narkotykiem haj jest wysoko, a zjazd jest bardzo, bardzo nisko.

Możesz usiąść z przykładami do Django czy Ruby on Rails i wypluć aplikację bez względu na wiedzę i przygotowanie. Możesz ściągnąć przykłady do Photoshopa i powtórzyć kliknięcia uzyskując pożądany efekt. Możesz przejść tysiącami skrótów i zrobić coś, czego nie mogłeś wczoraj. Umiesz przejść z punktu A do punktu B, ale nie wiesz co jest przed, nie rozumiesz co jest po. Robisz sobie krzywdę.

Uczenie się nie jest procesem spektakularnym. Jest procesem mozolnym i sztywnym jak krochmalona koszula. Nawet jeśli słyszałeś historie o samoukach-geniuszach to są wielkie szanse, że takim geniuszem nie jesteś.

Historia z “naszego podwórka”. Historia świeża, wczorajsza. Otrzymuję zgłoszenie, że nie można zapisać nowego klienta w systemie. Nie potrafię znaleźć błędu i wymieniam się z użytkownikiem e-mailami starając się zrozumieć jego problem. System odrzuca jego formularz mówiąc mu, że podaje niewłaściwą stronę WWW klienta. Byłem pewien, że jest to pole fakultatywne, ale nie pamiętam od ręki bez sprawdzania kodu. Radzę aby wpisał adres własnej strony tak, abym mógł szybko wyłowić wpis z bazy.

Sprawdzam kod i rzeczywiście, pole nie jest wymagane. Dopiero wieczorem rozwiązuję zagadkę. W starym systemie, który pisałem sześć lat temu, mój walidator formularzy był ekstremalnie prosty. Sprawdzał głównie, czy pole jest wypełnione. Pracownicy zbyt leniwi, by zerknąć w papiery wpisywali kropkę tam, gdzie nie mieli danych. System akceptował taki wpis. Kiedy odpaliłem nowy system użyłem wbudowanych w Django walidatorów pól, użytkownicy nadal przechodzą przez formularz wstawiając kropki w pola, których zawartości nie są pewni. Gdyby nie wpisywali kropki formularz przeszedłby walidację poprawnie. Kropka nie jest poprawnym adresem strony WWW. Ludzie nie czytają komunikatów.

Moje chodzenie na skróty lata temu wyrobiły fatalny nawyk w użytkownikach systemu. Wszyscy przegraliśmy. W poniedziałek spędzę kilka godzin starając się oduczyć ich czegoś, czego sam ich nauczyłem.

Jeżeli czujesz, że chcesz coś robić dobrze, to stać cię na naukę. Dług, który zaciągniesz szukając obejść i tymczasowych rozwiązań może doprowadzić twoje marzenia o mistrzostwie do bankructwa.


Pierwszy!

Uczestniczę w Świętych Wojnach. Teraz bardziej jako obserwator (oczywiście z przechyłem) niż strona atakująca, czy też broniąca tezy o nieomylności gadżetu łamane przez programu do edycji tekstu. Nie da się ukryć, że takie internetowe przepychanki są pełne strasznie głupich argumentów, błędów logicznych i anegdot z trzeciej ręki. Pośród tych erystycznych pocisków wystrzelonych w kierunku adwersarzy jest jedna rakieta napędzona odrzutem kapiszonu: Ad Hipsterium

Ad Hipsterium: Argument z bycia pierwszym zanim coś stało się popularne

Jak się go używa? Argumentujesz, że marka, którą wybrałeś zrobiła coś po raz pierwszy i z tego powodu jest lepsza lub przynajmniej konkuruje na równych prawach. Przykłady: „Amiga była pierwszym komputerem, który wprowadził wielozadaniowość pod strzechy zwykłych użytkowników”, „Opera pierwsza wprowadziła taby”. Taki argument brzmi dobrze podczas sprzeczki (jak większość argumentów, które są gramatycznie składne — sprzeczka–nisko–poprzeczka), ale zupełnie do mnie nie trafia. Przecież rozmawiamy o czasie obecnym. Spychacze papierów wartościowych mają powiedzenie, że “past performance does not necessarily predict future results” i choć należy brać innowacyjność pod uwagę trzeba oceniać bieżące możliwości produktu, nie jego — zapisaną złotymi zgłoskami — przeszłość.

“If you wish to make an apple pie from scratch, you must first invent the universe.” — Carl Sagan

Będąc fanbojem szeroko rozumianej nauki jestem też zniesmaczony ubieraniem każdej rzeczy w szaty innowacji. Widzę rozwój technologii jako linię zawierającą nieskończoną ilość punktów: któreś z nich będą przełomowe, ale każdy będzie się rodził tylko dlatego, że był poprzedni. Nikt nie tworzy w próżni. Ta przełomowa usługa, ten dodatek, o którym tak gardłujesz powstał w wyniku nieustannego rozwoju rynku do którego dołożyło się wiele firm i niezależnych wynalazców. To jeden z punktów na linii, może nawet jaśniejszy, ale nadal tylko punkt.

Argument Ad Hipsterium jest nieustannym towarzyszem argumentu o „nieudacznikach, którzy kopiują geniuszy”. Jest to kolejny argument, który ignoruje rzeczywistość w której przyszło nam żyć.

Zadam pytanie retoryczne: czy mogą istnieć trzy kapele (styl dowolny), które używając tego samego instrumentarium i inspirujące się nawzajem będące tak samo dobre bez względu na to, która pierwsza z nich zmieniła stój gitary basowej? Wydaje się, że w świecie wojen o długość e-penisa sam fakt adaptacji dobrych rozwiązań przez platformy nie jest czymś godnym i słusznym. Gdyby świat technologii rządził rzeczywistością to mieszkańcy bloków wytykaliby palcem kamieniczników „kopiujących” izolację termiczną, którą mieli pierwsi. Byliby nazywani „biedakami, którzy też chcą mieć ciepło, tak jak my”. Pewnie pomyślałbyś, że to straszne buce. Zaczynanie argumentu od „Twój telefon jest nędzną imitacją mojego. Ignorując więc Twoje potrzeby, możliwości i cele zakładam, że popierasz kopiowanie innowacyjnych pomysłów, które zrodziły się w głowach pracowników mojej ulubionej firmy” nie daje Ci statusu buca: jesteś prawdomównym krzewicielem współczesnej historii.

I nagle pisząc to doznałem olśnienia (albo zatrułem się tą zimną kawą rozpuszczalną): nie mogę zrozumieć Ad Hipsterium bo traktuję technologię jako jedną z „nauk” stojącą na ramionach gigantów, a wy, użytkownicy „telefonu, który miał pierwszy”, widzicie sumę marek tworzącą rynek.