Béton brut

ifttt

TechCrunch umiera. Słyszę strzelające korki szampanów i widzę grzejących się do startu blogerów. Gotowi do wyrwania czytelników blogowi ze stajni Aol? Umarł król, niech żyje banda królewiczów!

Wietrząc szansę postanowiłem opisać produkt informatyczny z interface WWW, który kolokwialnie nazywamy startowaniem do góry, czy też starapem.

Dziś wszyscy chcą startować do góry własne strony WWW. W pakiecie promocyjnym „Twój pierwszy raz z Internetsem” każdy otrzymuje zestaw gotowych do użycia pomysłów i domenę bez samogłosek. Jest strona ze zdjęciami (wersja zaawansowana wraz z makietą aplikacji na telefon, która potrafi zrobić z poprawnego zdjęcia tzw. wintedż) , są zakupy grupowe, jest komunikator do komunikowania się, serwis aukcyjny, agregator do agregowania.

Jedyną granicą jest wyobraźnia, a ponieważ na wizę do wyobraźni czeka się strasznie długo (jak żyć Premierze Tusk?) musimy się zadowolić sprawdzonymi pomysłami i liczyć, że rynek przyjmie z otwartymi ramionami bigosrr, portal agregujący wintedż z możliwością licytowania grupowych zakupów.

Zostawiam te wszystkie projekty kolegom bardziej uzdolnionym i skupię się na projekcie, który dziś wydłubałem z gruczołu łojowego Internetu. Jest to projekt szatański. To projekt na miarę kliszy o grabarzu z westernów, któremu nie zależy na prawdzie, sprawiedliwości czy meksykańskiej wiosce napadniętej przez banditos: bez względu na wynik strzelaniny interes się kręci.

Z biologicznego punktu widzenia to pasożytnictwo, co znów w języku biznesowym tłumaczymy na „wyśmienity strzał, Milordzie!” 1

If This Then That

Złota zasada uniksowa mówi „rób jedną rzecz dobrze”. Nie jest to pełne tłumaczenie starego łacińskiego powiedzenia “bene facere rei licentiam tribus tabulislapideis” — „rób jedną rzecz dobrze, licencja na trzy kamienne tablice”, która pełniej oddaje historyczną ścieżkę systemów uniksowych. Taka dygresja.

Co do zasady: większość popularnych stron, które wystartowały do góry, robi jedną rzecz dobrze. Ta zbiera fotki, ta wyświetla tekst. Wiadomo.

Projekt If This Then That działa tak, jak się nazywa. Używając API różnych projektów reaguje na akcje dla pierwszego „This” i robi akcję na drugim „That”.

If Strzeliłeś Fotkę Then Zapisz w Dropboksie
If Napisałeś Notkę Then Opublikuj w Twarzoksiążce Cukiergóry
If Zostałeś Burmistrzem Then Zapisz nazwę w Notatniku

W chwili kiedy pisałem ten tekst w serwisie znajdowało się 316 gotowych do użycia „przepisów”. Moja wiza do wyobraźni też jeszcze nie przyszła, dobrze jest się zainspirować.

Projekt jest genialny. Jednym ruchem myszki zabiłem kilka skryptów, które powstały z nagłej potrzeby serca, curl’a, taśmy klejącej i śliny. Jego koncepcja jest tak prosta, że można ją wytłumaczyć chyba każdemu, kto zbudował kolorowy prostokąt z klocków lego. No proszę Państwa, niech Państwo spojrzą na ich stronę z wyjaśnieniem.

Ręce same zaciskają się na szyi podczas, gdy mózg wysyła komunikat „Dlaczego o tym nie pomyślałeś, co? Co?! Uduszę cię twoimi łapami”.

To jest moja pierwsza recenzja wystartowanej do góry strony. dyga

  1. No, kurwa!

Hello, I love you

Czy w Internecie jest treść? Czy jest dobra i powinna być lepsza? A może jest fatalna i powinna być dobra? Kto komu ma ją produkować? Popularne tematy, czy może dogłębne analizy? To wyjściowe tematy do dyskusji o „stanie treści we współczesnej sieci”, którą wielu z nas prowadzi z poczucia misji lub dla zabicia czasu.

Nie można nazwać tego debatą, bo większość z nas okopała się dawno temu na swoich pozycjach i ostrzeliwuje się argumentami z terminami przydatności do spożycia przypadającymi na rok 2003.

We wszystkich tych pyskówkach, w których brałem udział, zawsze stawałem po stronie treści wysokiej jakości, trudnej i niszowej, produkowanej z miłości do czytelnika, a nie do SEO. 1 Przyłapałem się ostatnio na tym, że często strzelam ślepakami i nigdy nie daję recept na to, co zrobić żeby dobrych rzeczy było więcej.

Oczywistą oczywistością są pieniądze. Zostawmy jednak na chwilę czynnik ekonomiczny. Zadajmy sobie pytanie - co pcha ludzi do pisania artykułów, poradników, nagrywania podcastów i wydawania otwartego oprogramowania? Nie będę nawet próbował na nie odpowiadać, zostawię Was po prostu z dziesięciominutową animacją RSAnimate: “Drive: The surprising truth about what motivates us”. Kliknijcie. Nie spędzicie lepiej dziesięciu minut dzisiejszego dnia.

Wszyscy chcemy być twórcami. To ciągnie autorów do autorzenia. Więc mamy ludzi generujących treść, nie mówimy o pieniądzach — co nam zostaje?

Czas na anegdotę! Kiedy zaczynałem pisać „poważne” programy, światem amigowego oprogramowania rządził Aminet, serwer FTP na którym znajdowało się prawie całe dostępne oprogramowanie dla naszych komputerów. Każdy autor zaraz po skończeniu pracy wrzucał archiwum do Incoming/ i czekał na akceptację. Mój pierwszy program dodałem około 1998. To była pewnie jakaś pchełka, nie robiąca nic wybitnie zajmującego 2. Dwa dni później, kiedy odbierałem pocztę po powrocie z pracy, w mojej skrzynce pojawił się e-mail od nieznanej mi osoby. Otworzyłem go i przesuwając palcem po ekranie odcyfrowałem, że osoba z Wielkiej Brytanii pobrała mój program, że bardzo mu się podoba i mi dziękuje, a jak napiszę coś jeszcze to mam jej podesłać.

Siedziałem oniemiały, niezdolny do poruszenia choćby palcem. Mój mózg był zajęty odbijaniem szampana. Próbowałem sobie wyimaginować jakiegoś człowieka, gdzieś w obcym kraju, pobierającego program, który napisałem. Jak go odpakowywał i widział te same pliki, które ja tam umieściłem przedwczoraj. I mu się podobał. I mi wysłał e-maila.

Resztę wieczoru spędziłem chodząc dookoła dzielnic z walkmanem grającym kasetę “Master of Puppets”, kompletnie pijany euforią. Pamiętam, że dopadłem do jakiejś budki telefonicznej i zadzwoniłem pod jedyny numer, który akurat znałem na pamięć. Powiedziałem: „Iwo, dostałem e-maila z zagranicy. Ludzie używają mojego programu!”

W tym momencie zrozumiałem jak ważne jest dla każdego, choćby najmniejszego twórcy, słowo „dziękuję” i świadomość, że nie krzyczy w pustym pokoju jak wariat. Postanowiłem pisać do każdego blogera, komiksiarza, podcastera, który „zrobi mi dzień”. Nie kosztuje to nawet eurocenta, a jeżeli na serio Ci się podobało, to nie ma problemu ze znalezieniem słów. Cała operacja trwa minutę lub dwie (choć czasem spędziłem nawet dwie godziny szukając e-maila do autora, który chciał widocznie pozostać anonimowy).

Jeżeli masz autora, który jest dla Ciebie ważny, przestań natychmiast czytać tę notkę i idź, napisz mu kilka słów. Nie zostawiaj komentarza, nie pisz @fantastycznygość, napisz e-maila.

To jest moja recepta na więcej dobrych treści. Wspomagajmy twórców, którzy uprawiają te nasze internetowe poletko kultury.

Dziękuję też Wam za wszystkie „dziękuję”.

PS. mała galeria odpowiedzi na moje „dzięki”. Żeby nie było, że to wszystko jest mowa-trawa.

  1. Jest to egoistyczne zagranie: po jakimś czasie ktoś zacznie mnie kojarzyć z „treścią wysokiej jakości, trudnej i niszowej” i stąd już chwila do kliknięcia w ikonkę RSS na moim blożku. Buduję markę!
  2. miało to wyznaczyć kurs mojej kariery do końca życia

Hail Sagan

Wydłubałem z czyjejś zupy grafikę przedstawiającą twarz Carla Sagana wpisaną w pentagram z napisem Hail Sagan. #pomysłnakoszulkę Próba znalezienia oryginału zakończyła się totalną klęską więc zagoniłem do pracy Piotra i w ten sposób powstały gotowe do użycia wektory.

Jeżeli ktoś zna autora to proszę mi podrzucić informacje w komentarzu. Poza tym pliki są własnością publiczną, ale jak zrobisz jedną koszulkę więcej dla mnie to się nie obrażę.

  1. hail-sagan.pdf
  2. hail-sagan.eps

printf z pyska

Dehumanizacja. Automatyzacja. Deratyzacja. Dwie z trzech „zacji” są uznawane za pożądane właściwości w procesie testowania oprogramowania. Trzecią „zację” wstawiłem tylko dlatego, że nie mogłem wymyśleć następnej odnoszącej się do tematu tego tekstu.

Ostatnio 1 wielką popularność wśród programistów zdobyły tzw. testy jednostkowe. Całość polega na pisaniu programów, które testują programy. Genialne w swojej prostocie. Zanim wrzucisz aktualizację na serwer produkcyjnych, testy sprawdzą, czy funkcja, która musi zawsze zwrócić jeden rekord, wyrzuca po zmianach trzy, czy operacje na datach nie zepsuły się po zabawach z lokalizacją, strefami czasowymi i tym podobne.

Możesz myśleć o takim teście jak o automatycznej kontroli jakości na taśmie produkcyjnej firmy oświetleniowej. Żarówki jadą sobie taśmą, są umieszczane w zasilanym gnieździe a fotorezystor „patrzy”, czy świeci. Świecące przechodzą test (w Pythonie sprawdzilibyśmy ten binarny stan metodą assertTrue), zepsute trafiają do kosza. W przypadku kodu zostalibyśmy poinformowani, że klasa Lightbulb nie inicjalizuje się zgodnie z naszym oczekiwaniem.

Nie będę jednak pisał o testach jednostkowych. Nie znam się na tym za dobrze, a właściwie to w ogóle.

Dehumanizacja i automatyzacja są dobre. Usuwają z procesu czynnik ludzi i przyspieszają wykonywanie testu. Są jednak chwile w których żaden assert nie podpowie Ci rozwiązania. Czasem przychodzi Ci pracować z kodem, który ma wielu ojców — niepiśmiennych alkoholików. W innym znów przypadku dwa plus dwa jest cztery i wychodzi cztery, ale nie wiesz czemu wychodzi Ci cztery w programie do rysowania kiedy wybierasz paletę kolorów.

Rzeczy mają tendencje do bycia w stanie „bez sensu”. Dobra, robię tu projekcje własnego życia, ale trochę tak jest. Co zrobić kiedy program do słuchania plików muzycznych odtwarza tylko satanistyczne piosenki, do tego wstecz? Satanistyczne piosenki wstecz mówią o miłości do bliźnich, zdrowej diecie i wstrzemięźliwości w wydawaniu opinii, co jest strasznie nudne i irytujące. 2

Czas na odpluskwianie z kaczuchą!

Tak, odpluskwianie z kaczuchą. Nie ma co robić min. Ci sami ludzie 3 dali nam GIMP-a, ksh, tcsh, system operacyjny Breezy Badger, akronimy rekurencyjne i inne cuda od których marketerom strzelają oczy.

Żeby wykonać rubberduck debugging (już Wam oszczędzę mojego potworka językowego) potrzebne są dwie rzeczy: problem i słuchacz. Słuchacza osadzamy w fotelu i opisujemy lub demonstrujemy nasz problem. W tym czasie słuchacz powinien się zamknąć i potakiwać niczym pławiąca się w wannie gumowa kaczka. Celem tego eksperymentu jest werbalizacja problemu, co często powoduje nagłe olśnienie.

Ręka do góry, kto odwrócił się zrozpaczony do kolegi w biurze i wypowiedział następujące słowa:

„Nie rozumiem. Mam formularz z obiektu, dodaję tekst, ale za każdym razem, gdy edytuję wcześniejszy wpis, dostaję błąd z IDID…”

Następnie, bez słowa wyjaśnienia, obracasz się do komputera i naprawiasz problem wstydząc się, że tak długo umykała Ci oczywistość.

Podobną metodę zaproponował kiedyś Scott Adams w jednej ze swoich książek (nie, nie będę sprawdzał tytułu). Był to jeden z jego testów na sensowność pomysłu: test śmiechu. Należy znaleźć kogoś, komu nie zależy na naszym dobru, ale jest na tyle leniwy by aktywnie nie szukać naszej zguby. Jeżeli po przedstawieniu naszego pomysłu, z możliwie wieloma detalami, nie zsunie się on pod stół ze śmiechu to są duże szanse, że nie jesteśmy zupełnie w odbycie z naszym pomysłem.

Często robię za takiego gościa słuchając pomysłów na startapy. Nie śmieję się jednak maniakalnie. Przekręcam delikatnie głowę na bok i pytam — „Serio?”. Jeżeli potrzebujecie kogoś takiego to jestem dostępny pod e-mailem.

To była dygresja. Wracając na chwilę do gumowych kaczek w pianie. Cenię sobie tę metodę bardziej niż inne. Wielu z nas widzi programistów w roli samotnych kowbojów. Przybywamy do kodu źródłowego opanowanego przez bandytów, wchodzimy do saloonu, wypijamy drinka z tego drogiego ekspresu do kawy, który zwykle jest w korporacjach posiadających kod opanowany przez bandytów, potem urządzamy strzelaninę i podbijamy serce sekretarki. Nie możemy jednak z nią zostać bo pociąg odjeżdża o 17:37 w kierunku zachodzącego słońca. 4

Mit ten jednak często powoduje, że siedzimy sfrustrowani, odrzucamy pomoc i pragniemy tylko bohaterskiej śmierci lub totalnego zwycięstwa. Wypłakanie się w ramię barmana, który nie słucha nas, metodycznie przecierając ladę lub szklankę, wydaje się być ponad nami.

„Widzisz szefie. Jesteśmy otoczeni. A ja mam tylko ten pas naboi. Do tego mają bazę w tej starej fortecy. Co tam było? Skład dynamitu… dynamitu…”

Gościnne odpluskwianie treści zapewniła Karolina. Obrazek ukradziony Wikipedii.

  1. relatywnie ostatnio
  2. Go! Go! Cywilizacjo Śmierci
  3. w sensie: nerdy
  4. Przynajmniej tak wygląda mój dzień pracy.

Temat postu optymalny pod kątem SEO.

Powinienem teraz siedzieć i obgryzać paznokcie. Niestety, obciąłem je. Higienę mam w kalendarzu wyznaczoną na weekend. Jutro powinienem odpalić projekt nad którym siedzę od pół roku. Lista rzeczy, które nie działają jak powinny jest dłuższa niż specyfikacja 1 dlatego też postanowiłem, że napiszę sobie notatkę.

Niestety, wszystkie rzeczy o których chcę napisać wymagają chwili pomyślunku. Postanowiłem, że zrobię to, co robią popularniejsze blogi — listę. Listę komiksów, które w jakiś sposób trafiają zwykle w moje niewyszukane gusta. Próbowałem nawet napisać coś przy każdym z kandydatów do Waszego czytnika RSS, ale postanowiłem, że dużo szybciej będzie skopiować kilka obrazków i dać linki.

Ta notka ma dokładnie jeden 1 meh. Meh jest jednostką tumiwisizmu. Obiecuję jednak, że wrócę z czymś sensownym zaraz po tym jak zarząd wyrwie mi nogi z dupy. Wyglegując się w szpitalnym łóżku będę miał czas popracować nad moim opus magnum.

StripField

Piotr Świdrek

Chatka Wuja Freda

ohmygod.

Optipess

Sticky Comics

INCIDENTAL COMICS

vontrompka

Głosy w mojej głowie

Przepraszam wszystkich autorów za użycie efektów ich ciężkiej pracy jako karmy do mojej prokrastynacji.

P.S. Marek Miller zaprosił mnie do współpracy przy swoim niezbyt tajnym projekcie. Dwumiesięcznik 2 będzie dostępny tylko w dobrych punktach muzycznych. Mam już faksymile do autografów.

  1. nie było specyfikacji, ha ha
  2. Czasemsięukazywacz? Nie mam pojęcia

Lazy Office Worker

Jestem ostatnią osobą, która pisałaby programy dla frajdy. Jestem tym wyrobnikiem, farmerem, który nie może zrozumieć innych farmerów sadzących marchewkę w wolnym czasie. Wczoraj jednak ubodło mnie, że wszyscy dookoła mają jakieś swoje zabaweczki. Klikają w nie, piszczą, pokazują sobie nawzajem zdjęcia z pierwszego core dumpa, mają ikonę jako zdjęcie profilowe na FB. Zazdrość mnie trochę za rękaw poszarpała.

Wyciągnąłem mój notatnik i wybrałem jeden z projektów, który nie wyglądał na wybitnie skomplikowany, a posiadał wyzwania, przed którymi jeszcze nie stawałem. Trzy godziny później byłem już praktycznie w domu. Trzy godziny i dwie minuty później kuchenne drzwi oberwały kilka solidnych prawych sierpowych 1. Zachciało mi się hobbistycznego kodowania, psia mać.

Wyskoczyłem po piwo. Wróciłem z piwem. Ku swojemu zdziwieniu odpaliłem znów edytor i usiadłem. Tak właśnie powstał LOW: Lazy Office Worker.

Bycie LOW-em ma swoje wady. Wiele korpo-sieci wycina ważne zasoby Internetu: nie ma YT, nie ma Kozaczka czy Pudelka. Koledzy freelancerzy, którzy byczą się na parkowych ławkach i czekają, aż ktoś im sypnie monetę do kapelusza, podsyłają linki z kotami. Totalny LOW.

Standardowy LOW składa się z: pakietu Office, klienta pocztowego Outlook i zniechęcenia. Postanowiłem polepszyć standard życia w biurowych zagrodach!

Dobra, koniec ściemniania. Co robi program? To mały daemon, który kręci się na serwerze, wysyłasz mu e-mailem linka do obrazka, artykułu czy jakiejś binarki, a on idzie, bierze to i odsyła. To wszystko. Kod jest pewnie krótszy niż wstęp do tej blognotki.

Case: Otwierasz Klienta Poczty. W To:/Do: wpisujesz url@magt.pl, w temat wpisujesz co chcesz, w treść wstawiasz lineczki. Wysyłasz. Czekasz.

![jak klikać](http://bronikowski.com/wp-content/uploads/2011/08/shot.png “jak klikać”)

Jeżeli e-mail nie wróci, to znaczy, że jedna z trzystu dwudziestu rzeczy poszła nie tak i Twój e-mail poszedł do mielenia. Jeden błąd – przemiałka. Nie wybaczamy!

Mam takie dziwne przeczucie, że Outlook będzie produkował jakiś koszmarny HTML i cały mój parser wywali się na cycki. Nie było jak przetestować — dookoła sami komputerowi hipsterzy z dżimajami i majl.ap.

Plan sytuacyjny przedstawia się następująco: 2

Ach, jest wielce prawdopodobnie, że traktuję obscesowo strony gadające ISO-8859-2. Nie chce mi się tego debugować, mogę wysłać wysłać kilka centów PayPalem na podróż do 2011.

Notka write-once-read-never. Może nie spełniać standardów. Gościnnie inforgrafikę produkował Piotr Potera.

  1. już nie boli
  2. jest wielka szansa, że całe to pisanie, cały ten projekt powstał tylko i wyłącznie po to, abym sobie narysował schemat nowym piórem. Pióro za 1.59 PLN. Globalizacja, fak tak.

Niepamięć



Punkt widzenia / punkt siedzenia

Perspektywa to ciekawa sprawa. Czasem zdroworozsądkowa obserwacja otaczającego nas świata daje zupełnie błędny obraz rzeczywistości.

Kiedy ludzie – w czasach przed Galileuszem i Kopernikiem – patrzyli na niebo i podziwiali pędzące przez sklepienie słońce, wiedzieli, że to ono się porusza względem ziemi. Ruch było widać gołym okiem, ziemia się nie poruszała. W tej obserwacji nie było nic złego; zły był punkt widzenia z którego przyszło nam doświadczać tej astronomicznej gonitwy.

Zostawmy jednak kosmos i przenieśmy się przed nasze biurko. Hurra, będzie znów o komputerach! Dokładniej: o pamięci.

Memento memory

„Memory is RAM.” – Moss, IT Crowd

W czasach komputerów ośmio- i szesnastobitowych ilość pamięci była zapisywana złotymi literami w reklamach. Co więcej – rozmiar dostępnej pamięci był często częścią nazwy komputera, że wspomnę tylko Commodore 64 (65536 bajtów) czy Atari 1024ST (1024 kiB).

W dalszych przykładach komputer-archeologii będę się posługiwał C64 – głównie dlatego, że mam jakieś tam kompetencje by mówić o jego budowie, a na dodatek jego prymitywny BASIC (wiele mogę odpuścić Microsoftowi, ale nie to) zmuszał każdego domorosłego programistę do zapoznania się z arkanami czarnej magii związanymi z zapisywaniem danych do pamięci celem wyduszenia z pudła choćby jednego pisku czy koloru.

Nie wchodząc w szczegóły możemy wyobrazić sobie pamięć Commodore jako serię 65536 pudełek, w które możemy wsadzić wartości od 0 do 255. Część tej pamięci była przeznaczona dla Ciebie, twórcy: mogłeś tam składać swoje dane, programy czy co tam akurat chciałeś. Część pamięci spełniała jednak specjalne zadanie i zapisywanie do niej informacji mogło modyfikować stan komputera oraz specjalizowanych układów scalonych. Najłatwiej będzie mi zademonstrować (tylko to pamiętam) jak działało bezpośrednie zapisywanie do pamięci odpowiedzialnej za tryb tekstowy.

Pamięć ekranu mieściła się pod adresem 1024 i zajmowała jeden kilobajt. Umieszczenie w niej wartości powodowało wyświetlenie znaku. Gdybym chciał napisać EMIL w górnym rogu ekranu i był samobójcą, musiałbym wydać cztery polecenia POKE (zapis wartości w komórce pamięci).

Koszmarne? Oczywiście. Demonstruje jednak sposób, w jaki dawaliśmy sobie radę z pamięcią: pamięć była lub jej nie było. Nie było współczesnych problemów wielozadaniowości – jeżeli pamięć się skończyła byłeś najczęściej w kanale analnym. System nie zajmował się „zarządzaniem pamięcią” tak jak ma to miejsce teraz.

Przewińmy do komputerów 16-bitowych, przy których można już mówić o „prawdziwych systemach operacyjnych”. Znaczyło to tyle, że chodzenie po pamięci i wkładanie tam swoich brudnych bajtów uznawano za faux pas – ale jak ze wszystkimi przewinieniami w etykiecie, tak i tu nie powstrzymało to nikogo przed pchaniem paluchów gdzie nie wypada.

Załóżmy jednak, że wszyscy byliśmy mądrzy i robiliśmy dobrze.

Sytuacja z przykładu o C64, gdzie pamięć pomiędzy X a Y była Twoja, nie mogła mieć już miejsca. Komputery miały różne konfiguracje, aplikacje chodzące w tle mogły już zająć kawałek pamięci. Gdybyś po prostu zapisywał dane na łapu-capu, mógłbyś trafić na jakąś witalną część i powiesić system. 1 Przyszedł czas żebrania: „Drogi komputerze kochany, potrzebuję z dwieście kilobajtów w jednym ciągu; chciałbym tam zapisywać informacje. Bardzo ładnie proszę!” System operacyjny rozważał Twoją prośbę i odpowiadał false, co oznaczało konieczność poinformowania użytkownika, że pamięci nie ma, lub dawał Ci wskaźnik do zarezerwowanej dla Ciebie pamięci, w której mogłeś sobie bezpiecznie buszować.

System teoretycznie wiedział, co się dzieje z pamięcią. Teoretycznie, gdyż nagminną sytuacją było obchodzenie żmudnego procesu przydzielania pamięci poprzez przekazywanie danych o zajętej pamięci między aplikacjami – bez informowania o tym systemu. Gdy program wyżebrał już pamięć, nie informował najczęściej systemu co z nią robi. Jeżeli inna część programu (a czasem inny program) miały mieć dostęp do tych samych danych, program po prostu podawał dalej adres pamięci, którą przydzielił mu system operacyjny.

Zilustruję to kiepską analogią: Wynajmujesz pokój hotelowy. Dostajesz klucze. Aby zaoszczędzić przekazujesz je innym znajomym i tak pakujecie się w kilka osób na krzywy ryj. Możesz spać spokojnie dopóki któryś z Twoich podchmielonych kompanów nie podpali firanek. Nie będziesz wiedział kto je podpalił, nie będziesz mógł się wyspać, a na dodatek wszystko jest na Twoje nazwisko.

Przekazywanie adresów było niezmiernie efektywne (stąd wydajność takich systemów jak AmigaOS) i tylko trochę bardziej niebezpieczne niż żonglowanie piłami spalinowymi.

Po raz pierwszy pamięć zaczyna być zasobem, z którym należy się liczyć. Czym więcej pamięci zostawało Ci po włączeniu komputera tym większy był Twój e-penis. 2 Czasem trzeba było wybierać: podkład z „Czarodziejek z Księżyca” 3 czy dodatkowy usprawniacz? Obserwowanie „belki” na której znajdował się stan pamięci stało się czymś naturalnym. Czym więcej pamięci było zajętej, tym więcej programów zostało uruchomionych. Proste.

Część w której Ziemia biegnie dookoła Słońca

Teraz dochodzę do momentu, który zrodził ten tekst: do czasów współczesnych.

Piotr zaktualizował system Wielki Śnieżny Kot na komputery z Cupertino. Zgodnie z przewidywaniami szybko zaczął marudzić w socjalsieci jak to Jobs znów go zrobił w męski narząd. Ponieważ nie znam się na współczesnych komputerach (jestem biednym posiadaczem PIII, który chodzi pod kontrolą darmowego systemu dla brudnych hipisów z łojotokiem) próbowałem podtrzymać go na duchu.

Próbowałem póki nie wyjawił mi powodu narzekania – jego system zajmuje bardzo dużo pamięci.

Powiedzmy sobie od razu: współczesne systemy operacyjne zajmują och-tak-wiele miejsca. Workbench 3.1 + dodatki + cukierki spokojnie mieścił się w 20 MiB. Teraz? DVD. Kiedyś system odpalał się na 128 kiB pamięci; teraz dranie chcą gigabajta żeby chociaż pełzał. Do tego kiedyś okna otwierały się szybciej, niż teraz.

(Trawa zieleńsza, kobiety piękniejsze i człowiek nie musiał się golić tak często.)

Mógłbym tu przytoczyć wiele argumentów tłumaczących, czemu tak się dzieje: że rozdzielczość niebotyczna, że protokoły sieciowe, że siedem tysięcy drukarek, że usługi, że komfort. To jednak rzecz na inną notkę.

„Dlaczego tyle pamięci zajęte‽”

Kiepska analogia numer dwa: Po latach ciężkiej pracy dorobiłeś się basenu. Basen ma cztery gigabajty 4, a Ty nalewasz wody tylko do kostek, żeby się górne partie nie zniszczyły.

W 2011 pamięć nieużyta jest pamięcią zmarnowaną. W przeciwieństwie do lat dziewięćdziesiątych większość komputerów ma dość pamięci, aby wczytać system operacyjny i kilka programów bez obciążania nawet połowy dostępnych zasobów. Co z resztą?

Resztą zajmuje się system operacyjny. Czasy, gdy byłeś panem swojej maszyny, skończyły się dawno temu. Przesiadłeś się z roweru do promu kosmicznego i płaczesz, że nie ma gdzie dobrze przykręcić dzwonka. Wolna pamięć jest używana jako pamięć podręczna 5, co znacząco przyspiesza działanie komputera.

Najgorsze, co można zrobić – i co zrobił Piotr – to zaufać wszelkiej maści ekspertom, którzy piszą w Internecie o pamięci! 6 Piotr zainstalował program, który „odzyskuje” pamięć od systemu operacyjnego.

Analogia numer trzy, kiepska jak poprzednie: Twoja willa ma własnego kucharza, który przygotowuje Ci obiad. Masz pięć garnków. Kucharz używa pięciu, dzięki czemu praca idzie mu wartko. Zatrudniasz więc gościa, który stoi nad kucharzem i co chwila zabiera mu dwa z nich, rzucając przez zęby „pańskie!”. Tak, masz przez większość czasu dwa puste garnki, ale kucharz nie robi dobrej roboty, a Ty płacisz jakiemuś idiocie, żeby go terroryzował.

Pomiędzy Commodore 64 i Twoim latopem z aluminium jest ogromna różnica. Pomysł, że mógłbyś ręcznie zarządzać wszystkimi aspektami systemu (w tym pamięcią) jest bzdurny. Obecnie Twój system zajmuje się nie tylko alokacją pamięci, ale także jej ochroną (program, który nie prosił o konkretny kawałek pamięci nie może do niego pisać), odpowiada za jej stronicowanie, losuje adresy tak, aby źli królewicze z Afryki nie zgadli, gdzie w pamięci uruchomi się następny program, śledzi zasoby tak, aby pamięć zajętą przez martwe programy dało się odzyskać. Tak, masz „mniej pamięci” niż kiedyś, ale nie musisz pływać w wodzie po kostki.

  1. Guru Meditation, BSoD
  2. e-penis jest aseksualny
  3. Team Amy Mizuno
  4. mówiłem, że kiepska?
  5. dlatego powinieneś „bezpiecznie usuwać” urządzenia USB przed wyjęciem: część danych może być nadal w pamięci, a nie na nośniku
  6. Busted

GNUMP3d: hasła, reverse-proxy

Aktualizacja bez głowy

Instalując wczoraj trochę nowych zabawek na domowym serwerze zauważyłem, że nowa wersja GNUMP3d nie posiada już dostępnej wcześniej autoryzacji. Wcześniejsze wersje takową posiadały, ale jak stwierdzili sami autorzy, kod osiągnął stan FUBAR i został całkowicie wycięty, jak przeżarta gangreną noga.

Podrapałem się po ryju i pomyślałem do siebie. Spodobało mi się i pomyślałem jeszcze raz. Wpisałem w Google tekst dostępny w domyślnym szablonie GNUMP3d – bam! – dostęp do tysięcy plików muzycznych, których właściciele nie zauważyli, że aktualizacja usunęła moduł autoryzacji i mają rozpięte rozporki.

To pierwsza nauka. Nie aktualizujcie oprogramowania na serwerach bez choćby szybkiego rzucenia okiem na ChangeLog.

Co zrobić, żeby się skryć za hasłem, jeśli system nie ma wbudowanego mechanizmu? Dwie rzeczy.

reverse-proxy

Proxy to ogólnie serwisy pośredniczące. Większość Zwykłych Użytkowników zna proxy jako to coś, co się wpisuje do przeglądarki, co przyśpiesza transfer, większość trolli zna proxy jako sposób na „ukrycie się”, co pozwala im być prawdziwymi wojownikami klawiatury.

Zasada działania jest prosta. W lokalnej (więc szybkiej) sieci znajduje się serwer, którego pytamy np. o Onet.pl, on znów patrzy w Internet, czy strona się mocno zmieniła od ostatniej wizyty i oddaje użytkownikowi część wiadomości bez ich pobrania.

Reverse-proxy działa na odwrotnej zasadzie, co jest najmniejszym zdziwieniem świata. Wyobraźmy sobie, że mamy na naszym serwerze dwie czy trzy usługi, które generują HTML (czyli da się je badać przeglądarką), a które znajdują się na portach, które nie są dostępne z różnych powodów. Mamy więc np. gnump3d odpalone na porcie :8888 i transmission-daemon odpalone na porcie :9091. Konfigurujemy reverse-proxy tak, aby odpowiadało na żądania z portu :80 (czyli standardowego) i serwowało nam informacje z usług, które są ukryte za firewallem. Tak więc jeśli piszemy w przeglądarce music.fuse.pl, to żądanie trafia do daemona HTTP na moim domowym serwerze, reverse-proxy przesyła je „do tyłu” do 127.0.0.1:8888, odbiera wynik i oddaje znów na :80. Tada.

Kluczowy do zrozumienia całości jest ten oto schemat: 1

BASIC AUTH

Teraz dostęp do autoryzacji. Najprostszym sposobem jest użycie metody autoryzacji po HTTP zwanej BASIC AUTH. To nic innego jak dodanie do nagłówków żądania informacji o użytkowniku i haśle. Nie jest to kryptograficzny Everest, jeżeli nie robimy reverse-proxy dla SSL, to poślemy swoje hasło w czystym tekście. Natomiast działa wszędzie i działa zawsze.

Część, w której robi się copy-paste

Ponieważ nie umiem już Apache2, wkleję konfigurację dla lighttpd.

$HTTP["host"] == "music.fuse.pl" {
  auth.backend = "plain"
  auth.backend.plain.userfile = "/SCIEŻKA/DO/PLIKU"
  auth.require = ( "/" =>
   (
    "method" => "basic",
    "realm" => "Password protected area",
    "require" => "user=XYZ"
   )
  )
proxy.balance = "round-robin"
proxy.debug = 1
  proxy.server  = ( 
        "" => ( 
                ( "host" => "127.0.0.1", "port" => "8888" )
        ) 
  )
}

W miejsce ścieżki do pliku podstawiamy własny plik w formacie

user:hasło

W require możemy zawęzić listę użytkowników, jeżeli używamy tego samego pliku z hasłami do kilku autoryzacji.

Ponowne uruchomienie serwera i już jesteście gotowi. Sprawdźcie też, czy macie załadowane odpowiednie moduły w głównej konfiguracji lighttpd (mod_proxy, mod_auth).

Kurde load-balance

Głupio byłoby nie wspomnieć. Taka konfiguracja może służyć też load-balancingowi, czyli rozkładaniu ruchu i obciążenia na kilka maszyn. Gdybym miał w domu dwa serwery z tą samą muzyką, odpalił na nich GNUMP3d i wskazał oba w sekcji proxy.server, to ruch byłby przekazywany na przemian 2 to do jednego, to do drugiego, co w teorii zmniejszyłby obciążenie.

Kawa mi się skończyła.
„Notka podczas jednej kawy™” może nastąpić ponownie bez ostrzeżenia!

  1. lubię i nie umiem rysować, so sue me
  2. lub zgodnie z wybranym algorytmem

Spinaczem w kosmos



Motorower Komar na stację dysków do C64

Pamiętacie ten stary dowcip?

Idzie miastowy przez górską wioskę i spotyka bacę. Miastowy widzi, że baca coś trzyma i zainteresowany pyta:

– A co tam sprzedajecie baco?

– Psa sprzedaję.

– Drogo?

– Milion.

– Ale kto wam kupi psa za milion – stuka się w głowę miastowy i skręca na szlak.

Kilka godzin później miastowy wraca tą samą ścieżką z gór i znów napotyka bacę, pyta więc:

– I co, baco, sprzedaliście?

– Sprzedałem.

– A za ile?

– Za milion.

– Za milion‽

– Tak, wymieniłem się z sąsiadem na dwa koty po pięćset tysięcy.

Poza światem żartów z kaset „Kabaretu Masztalskiego” większość wymian nie jest tak arytmetycznie doskonała. Dajemy to, co mamy, za to, czego potrzebujemy. W życiu codziennym nie zastanawiamy się nad ekonomią barteru; czy dwa kawałki pizzy teraz są warte soku pomarańczowego po obiedzie? Trzeba policzyć 2/8 z cenny pizzy do ceny soku – nikt tego nie robi. Jeżeli sok jest tańszy to trudno; po tabasco chce się pić.

W 2005 roku Kyle MacDonald miał czerwony spinacz i pomysł. Pomysł prosty jak spinacz w rękach zdenerwowanego pracownika biurowego: wymienić go na coś innego i zobaczyć dokąd to doprowadzi. Po półtora roku zabawy w barter MacDonald stał się posiadaczem dwupiętrowego domu. Pomiędzy spinaczem a domem wszedł w posiadanie i wymienił między innymi: wieczór z Alice Cooperem, kontrakt nagraniowy, rolę w filmie i wycieczkę. Cała droga od spinacza do domu jest opisana na stronie Wikipedii.

Inspirujące? Szalone? Fart? Niepotrzebne skreślić.

Kosmos: ostateczna granica

Sukces akcji przyniósł oczywiście naśladowców i nie ma w tym niczego niezwykłego; wizja zupy z gwoździa kusi. Wśród naśladowców natknąłem się na jeden pomysł, który trafił w moje serce: Anthony Adams chce polecieć w kosmos.

Zaczął od zabawkowego modelu statku kosmicznego, który wymienił na spację 1 z klawiatury pioniera tej zabawy, Kyle’a. Obecnie jest w posiadaniu prawa do przelotu 727, który opadając osiąga stan podobny do braku grawitacji.

Podróż w kosmos ma służyć nie tylko osiągnięciu stanu nieważkości – jest to misja edukacyjna, której ostatecznym celem jest przygotowanie materiałów dla przyszłych zdobywców kosmosu. Zdjęcia, filmy z podróży i przygotowań oraz zestawy edukacyjne dla setki szkół. 2

Zaciekawiony poprosiłem Anthony’ego o udzielenie odpowiedź na kilka pytań.

EOB: Nie mogłeś wybrać lepszego czas na ujawnienie swojego projektu. NASA właśnie zakończyła program lotów przy użyciu promów kosmicznych, co wywołało smutek wśród kochającego naukę nerdomu. Czy cięcia w programie kosmicznym dały Ci impuls do wdrożenia swojego planu?

AA: Myślałem o zrobieniu tego bez względu na działania NASA; czułem, że nie ma dużego zainteresowania w edukacji naukowej i kosmicznej. Dodatkowo, kiedy dowiedziałem się o ludziach wysyłających kamery HD w stratosferę 3, wiedziałem, że muszę coś zrobić aby załatwić podobny ekwipunek dla każdej ze szkół w USA (a może i poza Stanami). Opracowałem więc program nauczania i złożyłem stronę One Toy Spaceship jako zagrywkę PR, która wyśle mnie w kosmos i pozowli dostarczyć kamery do szkół. Jestem rozczarowany cięciami w NASA, ale jest to także szansa na zmianę kierunku w NASA, jak i szansa dla prywatnych przedsiębiorstw, które mogą podjąć prace i rozwinąć biznes związany z podróżami i eksploracją kosmosu.

EOB: Czy rozważałeś już przygotowania do lotu? Masz zamiar rozszerzyć swoja wiedzę z astronomii i dziedzin pokrewnych tak, aby wycisnąć jak najwięcej z przyszłej podróży? Czy ktoś złożył Ci ofertę pomocy w tym projekcie? (hm, w domyśle było że jednostki naukowe, ohłel)

AA: Tak, rozszerzam swoją wiedzę o kosmosie, astronomii, etc. ile się da. Nikt nie wystąpił oficjalnie z ofertą bycia moim mentorem, ale chciałbym spędzić więcej czasu z astronautami. Ale to dobre pytanie – być może spróbuję skontaktować się z kilkoma osobami, które mogłyby być moimi mentorami.

EOB: Rozumiem, że Twoim celem jest rozbudzenie zainteresowania kosmosem w dzieciach. Czy sam byłeś zainspirowany ludźmi takimi jak Gagarin czy Buzz? Czy wydaje Ci się, że możemy rozbudzić miłość do nauki i podboju kosmosu, która została zasiana w poprzednich generacjach lądowaniem na Księżycu?

AA: Jest tak wiele inspirujących osób w moim życiu. Miałem okazję spędzić trochę czas z Scottem Parazynskym, jedyną osobą, która wspięła się na Everest i była członkiem załogi IIS; jego opowieść była niesamowita. Uważam, że aby kogoś zainspirować potrzebne są dwie rzeczy, musisz im pokazać coś niesamowitego i podarować im ziarnko nadziei, że osiągnięcie tego jest możliwe – że oni też mogą zrobić coś takiego, lub nawet lepszego. Mam nadzieję, że dzięki przekazaniu szkołom tych „kosmicznych zestawów” 4 więcej uczniów zostanie zainspirowanych, a na ich ścieżce życia pojawi się też badanie kosmosu.

EOB: Gdzie możemy znaleźć Cię w Internecie i jak możemy pomóc?

AA: Możecie śledzić misję pod adresem OneToySpaceship.com, możecie pokazać tę stronę przyjaciołom, pohandlować ze mną lub skontaktować mnie z ludźmi, którzy chcieliby pohandlować. Możecie też pomóc zasponorować “kosmiczne zestawy”. 5

Z mojej strony pozostaje tylko życzyć Anthony’emu udanego lotu. :-)

  1. ang. space, przestrzeń
  2. Niestety, tylko tych w US
  3. oryginalnie near-space
  4. duh, kant brein
  5. space exploration kits, no nie mamy lepszego tłumaczenia, serio ;-) 

Nazbierasz kluczy i będziesz woźnym

Przez Internet przetoczył się jeden z tych kilkudniowych skandali, które rozpalają umysły ogniem fajerwerków. Absolwentka szkoły średniej oblała egzamin z matematyki i zrobiła to, co w dobie dostępu do Internetu robi każdy: opublikowała swoje żale. Nie na Tumblerze – na stronach portalu Gazety Wyborczej. Internet wymierzył sprawiedliwość szybko: w komentarzach pokpiliśmy sobie z durnej nastolatki, ktoś zrobił infografikę o ściślakach i humanistach, ktoś znalazł błędy w jej liście. Zawodowy bloger zebrał darmową karmę. Sam też wyciągnąłem moje podręczne widły i pochodnię, aby móc godnie dołączyć się do linczu.

Dzień później poczułem ukłucie sumienia. Bo ja, proszę państwa, też jestem niewyedukowanym głupcem.

Czy list tej młodej osoby był głupi, egoistyczny i demonstrował wszystkie przywary z których należy publicznie szydzić? Tak, tak i tak. Czy można się spodziewać czegoś innego po osiemnastolatce? Nie, w ogóle. Czy my byliśmy mniejszymi bufonami? Skądże, ale lubimy tak o sobie myśleć.

To jest szablonowy przykład strzelania do posłańca. Winimy papierek lakmusowy za pH roztworu.

Nad współczesnymi problemami edukacji debatują głowy, które mają więcej zwojów niż moja, a ja – posiadając niewielkie doświadczenie w zdobywaniu wiedzy w szkole – nie będę się podejmował analiz spisywanych na kolanie, przy piwie. Chciałem tylko skrobnąć słowo do tych, którzy są teraz uczniami. 1

Tak, szkoła jest do dupy. Mówię Wam to ja, facet, który wyleciał z wielu instytucji edukacyjnych. Będziecie się uczyć w pocie czoła o wodniczkach, wydobyciu węgla na Śląsku, kto wielkim poetą był i że kąt do płaszczyzny wyciętej przez dwie proste; poza nielicznymi wyjątkami większość tej wiedzy nie przyda Wam się w „życiu codziennym”. Macie rację kompletną i jesteście w kompletnym błędzie. Może się Wam wydawać, że jedno wyklucza drugie, ale życie nauczy Was, że to tylko jeden z łatwiejszych paradoksów tak zwanej „dorosłości”.

Mając naście lat nie jesteście w stanie ocenić, co będzie Wam potrzebne. Podpowiem Wam – wszystko. I nie chcę ruszać tu nawet tego spróchniałego memu o humanistach, którzy nie potrafią policzyć raty kredytu. Życie rozpościera się dalej niż Wasze zainteresowania, i – choć te najłatwiej jest doskonalić – szybko zrozumiecie, że bycie dobrym w jednym temacie jest niemożliwe bez choćby pobieżnej znajomości innych dziedzin.

Możecie myśleć, że szkoła to skostniałe miejsce w którym każą się Wam uczyć na pamięć rzeczy zbytecznych, że nie rozwija, że nauczyciele dziady. Znów, kompletna racja i sam chciałbym zobaczyć tę szkołę marzeń z tymi nauczycielami wyciętymi wprost ze „Stowarzyszenia umarłych poetów”. Nie rozumiecie jednak pewnej rzeczy – szkoła, jak inne instytucje, odbija się w lustrze społeczeństwa. Szkoła jest taka, bo taki jest świat. To nie jest optymistyczna wizja. Szkoła, nawet słaba, powinna dać Wam kilka rzeczy: wymusić na Was robienie rzeczy na czas, których normalnie byście nie zrobili. Ja muszę chodzić na spotkania. Płyniemy tą samą łódką. Dać Wam narzędzia niezbędne do poradzenia sobie w świecie. Nauczyć Was, że większość ludzi to buce i jak nawigować w świecie społecznych interakcji.

Jak wspominałem wcześniej – byłem nieukiem. Wzorcem nieuka i bumelanta, przysparzającym wstyd rodzinie, wywołującym załamywanie rąk nauczycieli. W czwartej klasie nie byłem na żadnej lekcji historii. W piątej klasie… nie pamiętam nawet piątej klasy. Szkoła była nudna i posępna, a na dworze boisko, a w domu komputer. Wychodzisz na ósmą do szkoły, witasz się w szatni z kolegami, wracasz do pustego domu na dziewiątą i masz cały dzień dla siebie. Marzenie każdego dzieciaka, prawda?

Kiedy się ocknąłem z tej przygody miałem 19 lat, moja wiedza o komputerach zamykała się w świecie (martwej już) Amigi. Przestałem grać w piłkę i miłość do kopanej przeniosłem na kibolską chuligankę (co musiało wyglądać przecudnie – pięćdziesiąt kilo masy we fleku odwróconym na lewą stronę). Byłem tutaj dlatego, że postanowiłem ustalać zasady gry bez wiedzy o grze, którą prowadzę.

Jeżeli myślisz, że to nic strasznego, bo chyba cała ta gra skończyła się dla mnie dobrze, to znów masz rację – i jesteś totalnym głupcem.

Miałem po prostu szczęście trafić do grona, które składało się z ludzi inspirujących, zabawnych, ludzi, którzy wiedzieli co to wodniczka i opowiadali mi o generale Pattonie przy wódce. Wstyd mi było być takim głupcem. Kolejne lata spędziłem ucząc się pisać, liczyć i mówić. Do dziś dnia muszę wracać do wiedzy na poziomie licealnym w tym czy innym temacie. I nie czuję się z tym źle, czuję się z tym wspaniale.

Jeżeli ktoś dziś, za darmo, poświęca Ci czas i chce Cię przekazać wiedzę – to bierz ją. Całą: tę dobrą, tę złą, wszystko. Przyszłość dopiero przyłoży filtr wyciskając z ciebie człowieka. Nie daj się zwabić syreniemu śpiewowi opisujących cię jako „zdolnego, ale leniwego”. To nie jest komplement. To znaczy, że jesteś leniwy. Kropka.

Argument, że humaniście nauki ścisłe – lub ściślakowi humanistyczne – nie są potrzebne w ogóle jest jak argument, że piłkarzowi z pola nie są potrzebne ręce i starczą mu nogi. To nie muszą być bardzo silne ręce; wystarczy, że pozwalają biec i utrzymać balans.

To jedyny czas, kiedy możesz się uczyć bezkarnie. Później będziesz się uczył dwa razy ciężej, a do tego czynsz, kredyt, bezsenne noce. Zrób to dla mnie: idź, naucz się. Nie mogę znieść myśli, że świat ma więcej takich durniów jak ja.

PS. możesz teraz śledzić moje brednie na Google Plus! Chwilowo wstrzymuję karmienie innych sołszalłebów swoim bełkotem. Można poprosić o zapkę via e-mail w kontakcie.

  1. zakładam, że to promil czytelników tego blożka; może podeślecie rodzeństwu linka?

Personal Janice

Gotyckie domówki obsysają, perkele. – Znany Blogger, Nowa Platforma Społecznościowa

Dziś będzie historia o tym, że ludzie w swoim circkle-jekru czują się najlepiej.

Obiecałem sobie pisać jeden na wpół poważny tekst tygodniowo, ale jak zwykle skłamałem. Nasiąknięty alkoholem opiszę tu jedną sytuację. Anegdotę przytoczę. O przepaści między Romeo i Julią, o truciznach.

Przyjaciel miał plan. Plan był prosty: zaprosić na imprezę ludzi z „innego
towarzystwa” żebyśmy zobaczyli, że zranieni krwawimy tak samo. Tylko bez elementów S&M,
metaforycznie. Przybył gentlemen, fan rowerów i m’lady, gotka.

Zgodnie z naturą takich eksperymentów powstała mieszanina niejednorodna, która wytrąciła parę na fotele w końcu pokoju podczas gdy my – główni animatorzy – rozprawialiśmy o częściach, algorytmach i rzyganiu. Rzeczach traktowanych priorytetowo przed dwudziestoparolatków.

Kiedy tak dryfowaliśmy coraz dalej od siebie, organizator postanowił wykazać się przysłowiową wręcz polską gościnnością. Przycupnął przy gotce i jął rozprawiać o nowej płycie Depeche Mode, choć wiemy, że lubi tylko toruński black metal i japońskie porno.

Siedziałem w głębokim fotelu na środku pokoju, co pozwalało mi obserwować sytuację na obu
frontach. Niestety, otumaniony używkami, byłem niemy. W moim własnym kosmosie nikt nie mógł usłyszeć mojego krzyku.

Po lewo przyjaciel skłonił gotkę do przesłuchania najciekawszego utworu z najnowszej płyty Depeche Mode. Po prawo osoba bardziej świadoma trójwymiarowości otaczającego nas świata poruszała myszką pod batutę siedzącego za nią administratora. A mówił on:

– Do góry, do góry, tu, PgDwn, PgDwn, tu. Pod „em”

Zerkałem na lewo, gospodarz podnosi się celem puszczenia utworu.

Zerkam na prawo, lock&load! Administrator zawołał – „Jest!” – odwrócił się do reszty ludzi i powtórzył – „Jest. Czołówka z The Muppet Show”. Na pierwsze dźwięki muzyki wszyscy poderwali się na równe nogi i zaśpiewali:

„It’s time to play the music / it’s time to light the lights / it’s time to meet The Muppets on the Muppet Show tonight”.

Nigdy więcej nie widziałem naszych gości.


Przyszłość

Dzieci są naszą przyszłością, o ile ich nie powstrzymamy

Ludzie często chwalą mnie za zdolność tłumaczenia skomplikowanych zagadnień informatycznych w przystępny sposób. Jest to dla mnie jeden z najmilszych komplementów, który potwierdza słowa Eisteina – „jeśli nie możesz czegoś wytłumaczyć prostymi słowami, to znaczy, że się na tym nie znasz tak dobrze, jak myślałeś”. Moje zdolności wyszukiwania analogii między światem bramek logicznych, a światem nielogicznych homowyprostowanych są jak pancerny kot na wrotkach, karmiony majonezem. Tylko lepsze.

Miałem wielki plan napisania serii tekstów o programowaniu przeznaczonych dla ludzi, którzy nie są głupi, ale nie posiadają prawa jazdy na prowadzenie komputerów po infostradzie. Plan rozpadł się na kawałki kiedy wreszcie usiadłem z kartką żeby wypisać zagadnienia. Okazało się, że próba wytłumaczenia jednej rzeczy przywołuje dwie następne, a te znów kolejne. Sam talent do opowiadania o technice nie przekłada się na zdolność do kompleksowego opisania problemu tak, aby nowo nabyte zdolności wynikały ze zrozumienia tematu, a nie zapamiętania że X robi X, bo.

Zacząłem przekonywać sam siebie, że dogłębna wiedza nie jest potrzebna. Ludzie traktują komputery jak narzędzia. Tu się wkłada, tam naciska, tu wychodzi śłitaśna focia. Próba tłumaczenia stdio i stderr to nic innego jak godzinny wykład o tym dlaczego dichlorodifluorometan występuje pod postacią cieczy w instalacjach chłodniczych komuś, kto sięga po piwo do lodówki.

Tylko, czy ja nie chcę uczyć budowania lodówek? I komu potrzebna taka wiedza?

Zadałem sobie pytanie jak ja – nieuk i dyletant – wszedłem w posiadanie takiej wiedzy? Odpowiedź nie przyniosła mi ulgi. Urodziłem się w idealnym czasie, aby stać się komputerowym wyjadaczem. I nie wiem, czy dziś można posadzić ośmiolatka i zaczarować go kursorem migającym pod napisem READY■.

Komputer domowy, który stał w wielu pokojach obecnych trzydziestolatków był urządzeniem nieskomplikowanym, kiedy porównamy go do czegokolwiek, co uznajemy teraz za komputer. To jedna rzecz. Drugą rzeczą, która z perspektywy czasu wydaje się nie do przecenienia – każdy ośmiobitowiec po włączeniu mówił: „Programuj mnie, jestem gotowy”. Człowiek mógł zostać programistą niemal przez przypadek. W Bajtku publikowano kody źródłowe prostych gier. Nie lubiłeś Kaśki? Wszystkie wystąpienia wyrazu „smok” w przepisywanej właśnie grze tekstowej zamieniałeś na „Kaśka” i czułeś się jak najsprytniejszy dzieciak po tej stronie ulicy.

[![C64 love](http://bronikowski.com/wp-content/uploads/2011/06/love.png “love”)](http://bronikowski.com/wp-content/uploads/2011/06/love.png)

Jak uczyć młodych ludzi komputerologii na rozum, a nie na pamięć?

Nadal mogę myśleć tylko o językach logopodobnych. [LOGO](http://en.wikipedia.org/wiki/Logo_(programming_language było (jest?) świetnym językiem dydaktycznym, zawierało wszystkie ważne elementy dorosłych języków takie jak pętle, warunki i zmienne jednocześnie nagradzając dziecko tańczącym na ekranie żółwiem rysującym proste figury geometryczne.
REPEAT 4 [FD 10 LEFT 90]

Kiedy już nasz młody padawan patrząc na tę linię zobaczy definicję pętli, blok, dwie funkcje i parametry to zrozumie, że możemy opisać kwadrat jako „cztery proste o równej długości spotykające się pod kątem 90 stopni” i będzie na prostej drodze do niebkła 1.

Mimo mojej fascynacji zdaję sobie sprawę, że trzeba iść z duchem czasu i poszukać czegoś równie dobrego jak LOGO, ale ze współczesnym skrętem. Po dniu szukania i instalowaniu różnych języków programowania „dla dzieci” stwierdzam, że jedynym godnym następcą 2 jest toolkit Shoes.

Shoes jest biblioteką dostępną dla języka Ruby, która pozwala na łatwe budowanie UI. Zobaczcie przykład „zegarka”, a zrozumiecie.

Shoes.app do
   @time = title "0:00"
   every 1 do
     @time.replace(Time.now.strftime("%I:%M %p" # 12-hour time
     #@time.replace(Time.now.strftime("%H:%M" # 24-hour time
   end
end

Patrząc na The Shoebox (strona z przykładami użycia Shoes) nie mogę się oprzeć wrażeniu, że znalazłem idealną kombinację edukacyjną. Pod spodem Ruby, obok Gemsy, na górze Shoes. Może już nie będziemy pisać gry tekstowej o przygodach smoka 3, ale reszta pozostaje bez zmian. Z tą różnicą, że teraz możesz wysłać e-maila z gratulacjami ukończenia gry, albo opublikować rekordy na własnej stronie portalu społecznościowego. Piękno tego całego rozwiązania jest w tym, że jako wprowadzający w świat komputerów możesz sam wybrać tempo nauki i nie jesteś sztucznie ograniczony przez „język edukacyjny”. LOGO nie używa zdobyczy ostatnich dwudziestu lat.

Dlaczego w ogóle o tym piszę? Nie pamiętam, czy wspominałem, ale znudziło mnie marudzenie na obecny świat i przeganianie dzieci z mojego trawnika. Zamiast biadolić, że nie będzie następnego pokolenia komputerogłupoli, bo teraz wszyscy mają telefony, gdzie za przyjemność programowania płaci się \$99, a na Kaśkę wrzucać nie można, bo moralne wytyczne sklepu zabraniają 4. Chcę coś zrobić. Będę głównie zagrzewał Was do boju, bo dzieci nie posiadam. Może kiedyś rzucę się na ten projekt serii artykułów.

Praca u podstaw, koleżanki i koledzy. Tylko to spowoduje, że za dwadzieścia lat będzie dla nas wycinek świata, gdzie komputery będą miały otwieraną obudowę, a grę o Smoku 5 będzie można przepisać bez obawy o naruszenie patentu i praw autorskich.

  1. programista jest stale w niebkle, jedną nogą w niebie, drugą w piekle
  2. biorąc oczywiście pod uwagę moje wymogi, tj. brak wizualnych edytorów, „prawdziwość” języka i haczyk, który pozwoli wciągnąć młodego programistę do niebkła
  3. Kaśki
  4. Tak, wiem, że Android i tak dalej, to tylko ilustracja ogólnej sytuacji. I wiem, że można bez płacenia programować. Sio.
  5. Na serio to o Kaśce

Nie idź do pracy

Idea jakoby ludzie uczyli się na cudzych błędach jest bzdurą. Jak inaczej możemy wytłumaczyć kulturę popularną, muzykę biesiadną i karmienie się kiełbasą wprost z przyczepy kempingowej zamienionej na restaurację?

Kiedy widzimy projekt rozpadający się na kawałki nie myślimy o błędach popełnionych przez autorów. Jako istoty uprawiające nieustanną projekcję własnych wad na osoby trzecie zgadujemy, że całość skończyła się fiaskiem tylko i wyłącznie z powodów głupoty i niedostatków wykonawców.

Gdybyśmy my to robili, to byśmy! Oj, takie projekty to my z kuzynem, po pijaku, maluchem 4 km do najbliższego nocnego, a jak koleżanka wtedy rzygała.

Ta niesamowita zdolność do ignorowania cudzych porażek jest darem dla niewielkiego promila ludzi, który odnieśli sukcesy wbrew przewidywaniom, oraz przekleństwem setek ludzi, którzy przywitali się z gąską tylko po to, aby spłacać raty za ogródek do końca swoich dni.

Siedem lat i trzy miesiące temu rozmawiałem z Pawłem Tkaczykiem o sensie zakładania firmy. Wyłożył mi szczegóły, procedury. Byłem tak bezczelny, że napisałem nawet do niejakiego Grahama i wyżaliłem się na system ubezpieczeń społecznych w krajach byłego bloku sowieckiego. Odpisał coś, ale nie pamiętam już detali. Ostatecznie przekonała mnie była dziewczyna, której nie podobało się, że „tyle pracuję za takie grosze” i że z pewnością uzbrojony w talent mogę zrobić więcej spędzając przy okazji więcej czasu z nią.

Ponieważ jestem w trakcie budowania nowej firmy (o radości) pomyślałem, że dobrze byłoby napisać tekst o tym, że firmy zakładać nie warto. Wbrew temu, co mówią ci na tych konferencjach ludzie piszący wtyczki do Twittera. Częściej niż rzadziej jest to droga przez mękę, która skończy się załamaniem nerwowym i bilansem, którego nie chciałaby Grecja (normalizując do długu na obywatela).

Nie zakładaj firmy.

Nie zakładaj firmy, bo ktoś

Założyłem firmę żeby być częściej w domu z eks. To był świetny pomysł. Rozstaliśmy się trzy miesiące później. Ponieważ planowaliśmy poważne, dorosłe życie zostałem z serwerem, laptopem, bielizną, torbą w którą mogę zmieścić wszystko prócz serwera oraz budżetem w wysokości dwóch tysięcy nowych polskich złotych. Spędziłem tydzień uszczuplając ten budżet śpiąc na podłodze u offtzy, pijąc wina Sofia i oglądając Gwiezdne Wojny.

Nigdy nie zakładaj firmy tylko dlatego, że ktoś ci radzi. Nie czujesz, że masz plan – nie realizuj cudzego. Ci sami ludzie, którzy dają ci rady o firmie, mówią, że dobrze wyglądasz w golfie albo jesteś wytrawnym kochankiem. Ludzie robią cię w balona dla własnej wygody. Pieprz ludzi.

Nie jesteś genialny

Nie ma nic gorszego niż opinia Emila o Emilu. Popadasz w przesadną krytykę tylko po to, aby rozpłynąć się nad swoimi zdolnościami chwilę później. No, może masz krzywy ryj, ale na tych komputerach to się znasz. Jeden, dwa projekciki i będziesz pływał jak pączek w maśle. Piszesz kod z szybkością błyskawicy. Jesteś bystry i w ogóle.

Jeżeli chodzi o doświadczenie w sprzedawaniu, no, w piątej klasie popchnąłeś jeden numer gazetki szkolnej „Kulfon”.

Arogancja. Myślisz, że będąc dobrym wyciskaczem bitów możesz od ręki zostać równie genialnym biznesmenem. Rzeczywistość szybko zdejmuje rękawiczki, aby pokazać ci twoje prawdziwe miejsce w kolejce do koryta. Twoje umowy są gówno warte, twoje spotkania z klientami są żenujące, bo jako introwertyk i nerd z nadania nie lubisz spotykać się z obcymi ludźmi. Nagle staje się to twoim obowiązkiem. Nie tylko musisz rozmawiać z obcymi, musisz ich przekonać i nie dać się wycisnąć. Ktoś z doświadczeniem pyta cię o metodę wyceny. Jak to: metodę wyceny? Myślę, że jest tyle warte. Facet w krawacie, który miał być przecież tylko przecinkiem na umowie, patrzy na ciebie z litością.

Bierzesz więc na siebie za dużo pracy za za mało pieniędzy, bo jesteś aroganckim sukinsynem.

Nie zakładaj firmy, jeśli myślisz, że pobijesz wszystkich bo formatujesz dobrze dokumenty. Gość sprzedający ubezpieczenia od drzwi do drzwi jest pewnie lepszym sprzedawcą niż ty. Nie zakładaj firmy jeśli myślisz, że talent w branży to wszystko, co wystarczy.

Kochajmy się jak bracia, liczmy się jak stereotypowi reprezentanci judaizmu

Ręka do góry: kto ma uzdolnionych przyjaciół? Opuście ręce, wiem, że jesteście moimi przyjaciółmi. Pierwsza myśl, która rodzi się w głowie przyszłego milionera to zebranie wesołej gromady bliskich osób i zaproszenie ich do współpracy. Znacie się jak nikt, trzymaliście im głowy nad kiblem, jecie bez obrzydzenia jednym widelcem. Kto, jak nie oni?

Do pierwszego niezapłaconego rachunku. Do pierwszego zajebanego terminu. Do pierwszej kłótni o to, kto zawinił.

Wiecie, jak ciężko jest iść do przyjaciela i powiedzieć mu, żeby spierdalał? Że kosztował miesiąc, trzy miesiące pracy i kupę pieniędzy? Prędzej czy później będziesz musiał, nie dlatego, że zadajesz się z leserami. Taka jest natura pracy zawodowej. Pewnie można nakreślić warunki współpracy, zawrzeć umowy, ale mówimy o ludziach, którzy są twoją rodziną z wyboru. Ci, którzy nie wpadają na imprezę, bo mają zjazd nie oddadzą też projektu. I zamiast współczucia będziesz odczuwał nienawiść i żal.

Nie zakładaj firmy, jeśli masz zamiar położyć jej ciężar na barkach przyjaciół.

Pieniądze

Nie zakładaj firmy bez pieniędzy. Historia pucybuta jest tym właśnie, historią. Nie jesteś pucybutem w Nowym Jorku. Jesteś płatnikiem składki zdrowotnej, ubezpieczenia, kosztów infrastruktury, podatku dochodowego i VAT. To pole na fakturze określające termin płatności będzie na początku wyznaczało datę od której możesz skomleć o pieniądze. Policz ile będzie cię kosztowało życie i opłaty, pomnóż przez trzy i dodaj przynajmniej dwadzieścia procent. Nie oszukuj się, że możesz przeżyć na ryżu i jajkach póki ktoś nie zdecyduje ci się zapłacić.

Rozkręcanie firmy wiąże się z ciężką pracą i stresem. Nie ma niczego bardziej demobilizującego jak praca po 16 h dziennie i wizja kolejnego woreczka ryżu z TESCO na kolację. Wiem, że mitologia o tym jak ciężko nam było jest potrzebna jako mit założycielski. Musisz się zastanowić, co wolisz: bardzo dobrą historię o bohaterskim programiście, który wbrew przeciwnościom losu, nago w śniegu, czy też chcesz zbudować firmę, której katastrofa nie jest wpisana w twoją rację żywnościową. „Wciąż o Ikarach głoszą, choć doleciał tylko Dedal” – że tak pojadę podstawówką.

Nie zakładaj firmy oglądając Gwiezdne Wojny na podłodze u offtzy.

Produkt

Jak dobrze jest mieć produkt. Coś, co możesz zapakować i zepchnąć. Wszyscy chcemy być Artystami, wszyscy chcemy wkładać cząstkę siebie w to, co robimy, ale to luksus na jaki mogą sobie pozwolić nieliczni. Dowolna rzecz, która podlega łatwej replikacji i daje się sprzedać za niewielką cenę przyniesie ci więcej pieniędzy niż zaczynanie od zera dla sztuki. Możesz się nienawidzić, że robisz ten szablon dziesiąty raz, że ten system jest stary i potrzebuje aktualizacji. Zapominasz jednak o tym, że jesteś dobry dlatego, że jesteś pragmatykiem. Widzisz mniejsze części, które składają się na większe części.

Klienci mało kiedy docenią twój wkład. To układ binarny: zgadza się z zamówieniem lub nie. Kiedy już oni, a nie ty, będą przesiadywać w poczekalni na spotkanie zostanie ci dana możliwość robienia wszystkiego po swojemu. Wtedy użyjesz szablonu po raz jedenasty, bo jesteś pragmatykiem. W domu napiszesz jednoaktówkę i odegracie ją z przyjaciółmi, którzy nie mają ci niczego za złe, bo nie pokłóciliście się o pieniądze.

Nie otwieraj firmy, jeśli myślisz, że to będzie ujście dla twojej kreatywności.

Klienci

Klienci nie są twoimi przyjaciółmi tak jak przyjaciele nie są twoimi pracownikami. Facet z budynku ze szkła nakarmi cię i napoi, a ty powiesz, że to łatwe, że nie ma problemu, że będzie jutro choć jutro jest sobota. Właśnie oddałeś pół umowy i wolny dzień, który pozwoli ci nie oszaleć ze zmęczenia za sułtańskie danie i kufel rozcieńczonego piwa. Wychodzi gdzieś 29 PLN. Jesteś najtańszą dziwką w okolicy.

Nie zakładaj firmy jeżeli jesteś najtańszą dziwką w okolicy.

Apollo Creed nie żyje

Wiesz dlaczego Apollo Creed zginął w czwartej części bokserskiej epopei? Nie wiedział kiedy się poddać. Czasem nadchodzi moment, w którym sens dalszej walki rozumieją tylko ludzie ubrani w patriotyczne krótkie spodenki. Kiedy kolejny miesiąc wita cię tylko złymi wiadomościami potrzeba czegoś więcej niż montażu z „Eye of the Tiger”. Podczas prowadzenia firmy bardzo łatwo zapędzić się w róg, z którego ciężko wyjść. Zawieszenie lub zamknięcie firmy nie jest znakiem słabości. Jeżeli twój projekt ma sens, a ty masz dalej siłę – próbuj. Pamiętaj jednak, że urzędy i usługodawcy nie rozumieją twojej wizji, a nawet im to zwisa.

Czyli? Do końca życia na etacie?

Uważam, że każdy powinien spróbować prowadzenia własnej firmy. Nie dlatego, że to najlepsza droga do sukcesu. Dlatego, że to jeden z papierków lakmusowych dający lepszy obraz własnych umiejętności niż jednoosobowa komisja złożona z ciebie. Nie wierz jednak propagatorom Jedynej Słusznej Ścieżki. Wiele z tego, co czytałem o prowadzeniu firmy to szarlataneria i magiczne myślenie. Całą branża pompująca ideę jakoby własna firma była jedyną drogą do prawdziwego szczęścia w kapitalizmie dzielę na trzy grupy: grupę ludzi, którzy odnieśli sukces i nie potrzebują konkurencji, grupę ludzi, którzy sukcesu nie odnieśli, natomiast głoszą sukces grupy pierwszej do grupy trzeciej, która chce być jak grupa pierwsza.

Nie zakładaj firmy lub zakładaj. Jestem facetem, który ma zainstalowanego Wordpressa, nie znakiem nakazu.


Bitcoin: anarchy in the portfel

![PLN-BitCoin](http://bronikowski.com/wp-content/uploads/2011/05/pln.png “PLN-BitCoin”)

Money makes the world go round

Zadymione knajpy, detektywi będący na bakier z prawem i procedurami, kobiety z upiętymi włosami, whisky i walka na pięści. Noir. Dorzućmy do tego mordercze androidy. Blade Runner, SF noir. A co powiecie na ludzi, którzy tworzą własną walutę i ekonomię używając zaawansowanej kryptografii, matematyki i technologii peer-to-peer? To Łódź w 2011, moja kuchnia.

Bitcoin to projekt, którego celem jest stworzenie alternatywnej waluty, zdecentralizowanej i pozbawionej kilku problemów związanych z walutą tradycyjną.

Jak?

Jeżeli brałeś kiedyś udział w projekcie distributed.net i używałeś narzędzi kryptograficznych takich jak GPG/PGP to wiesz już wszystko o stronie technicznej projektu.

„Monety” w Bitcoin powstają w wyniku przetwarzania skomplikowanego algorytmu matematycznego. Każdy, kto chce wspomóc projekt może odpalić w swoim systemie oprogramowanie klienckie, które zajmie się rozwiązywaniem problemu. Kiedy problem zostaje rozwiązany system zostaje poinformowany o tym fakcie, a „monety” powstałe w tym procesie stają się rozpoznawalne dla uczestników.

Algorytm został opracowany tak, aby uzyskanie wyniku nie było procesem trywialnym. Ogranicza to możliwość „dorobienia się” na posiadaniu farmy serwerów. Koszt uzyskania „monety” (po obecnym kursie) znacząco przewyższa jej wartość.

Kiedy już mamy swoje pieniądze możemy używać ich do zakupu towarów, usług, przekazać jako darowiznę lub wymienić w kantorach. Transakcja między dwoma podmiotami jest analogiczna do podpisu elektronicznego. Z każdym „adresem” czy też „portfelem” użytkownika powiązany jest klucz publiczny. Jeżeli podpiszę część swoich zasobów kluczem publicznym sprzedawcy pieniądze przechodzą na jego własność.

Wszystkie transakcje są rejestrowane w systemie, można je nawet podglądać na żywo. Pomaga to wyeliminować możliwości dwukrotnego użycia tego samego zestawu monet. Pobieranie opłat za transakcję jest fakultatywne i zależy od konfiguracji danego serwera, którego używasz do transmisji informacji o „przelewie”.

Jedną z najciekawszych rzeczy jest odgórna blokada „dodruku pieniędzy”. Algorytm może wytworzyć tylko 21 milionów monet, tak więc ich wartość nie będzie obniżana przez zwiększanie nakładu.

Po co i komu?

Widzę wasze miny. Tak, blożek instaluje taki plugin żebym widział. 1 Wasze czoła są zmarszczone i próbujecie rozwiązać zagadkę: po co to i komu? Oczywistą grupą odbiorców są anarchokapitaliści, użytkownicy Linuksa unikający płacenia podatków oraz dorabiający do pensji handlem narkotykami. W dziewięciu na dziesięć przypadków to ta sama osoba.

Bitcoin pozwala na zachowanie anonimowości, nie jest zależny od banków centralnych i rządów. Nie dla banków podbierających forsę Wikileaks, nie dla tłumaczenia się partnerowi z przelewu na akcję archiwizacji czarno-białych filmów pornograficznych dla przyszłych pokoleń.

Jaka jest przyszłość tego projektu? Chyba nikt, łącznie z autorami, nie jest pewien. W przeciwieństwie do waluty, którą zarządzają państwa, BitCoins nie jest oparte na zasobach naturalnych. 2 Wartość BitCoins powstaje w wyniku obrotu nią (tj. chęci przyjmowania „monety” za usługi i wydawania na usługi).

Nie jestem ekonomistą.

To, że mam kiepskie poczucie humoru wynika z innych czynników nie związanych z pracą w sektorze finansowym. Może to wszystko jest bzdurą na resorach. Może za pięć lat nie podpiszesz swoim kluczem prywatnym aktu własności domu. Z pewnością nikt nie nakręci filmu o napadzie na bank gdzie w klimaktycznej scenie 3 zamaskowani bandyci uciekają z bardzo małą torbą zawierającą kartę SD. Biedny wujek Scrooge nie będzie mógł zanurkować w swoim skarbcu pełnym twardych dysków, zupełna bzdura.

Jest tylko jeden wskaźnik, który daje mi nadzieję, że ten (lub podobny) projekt ma sens. Rozlegają się już pomruki rządzących o delegalizacji takich systemów. Wszyscy wiemy jakimi sukcesami mogą się pochwalić służby, które poświęcają czas na walkę z P2P.

Źródła:

Strona BitCoin
Artykuł na stronie EFF
Najniebezpieczniejszy projekt na świecie 4

  1. Weź się uczesz, ziom
  2. „to obietnica wypłacenia równowartości w złocie pod warunkiem, że nikt nie poprosi” – że z pamięci dam linijkę włożoną w usta bankiera z „Making Money”
  3. mam wrażenie, że właśnie zmyśliłem to słowo. Oh, studnia
  4. zagramaniczne blogery lubią pisać seo-linkbajtowe nagłówki, nie?

Jedziemy na wycieczkę, bierzemy Androida w teczkę

Uważaj na to, czego sobie życzysz

Chłopiec o imieniu Emil nie cierpiał wakacyjnych wyjazdów; wakacyjny wyjazd oznaczał separację od swojego ukochanego Commodore 64. Siedząc pod krzakiem jałowca konsumował wszystkie gazety komputerowe, które pozwolono mu zabrać. Ach – Atari Portfolio 1, ach – Commodore SX64, ach – przenośny komputer. Żeby mógł siedzieć nad brzegiem, patrzeć jak wujek łowi ryby (lub „łowi ryby” z Ojcem w cieniu lasu) i naciskać klawisze czy zagrać w grę!

Życie rozwiązało jego – czy raczej moje – problemy: od lat nie mam wakacji.

Jak co roku idzie lato i wmawiam sobie, że „w tym roku wyjadę”, a nawet więcej: że „w tym roku wyjadę i nie będę miał laptopa”. Może nie na długo, parę razy po kilka dni przez letnie miesiące, gdzieś niedaleko? Problem w tym, że będąc bardzo ważną osobą totalnym frajerem nie mogę zostawić całego tego majdanu samopas. Na szczęście nastała era „Internetu wszędzie” i mądrych telefonów, które są głupsze niż komputery, ale – parafrazując powiedzenie o aparatach fotograficznych – „najlepszy komputer to ten, który masz ze sobą”.

Pomyślałem, że ułożę listę aplikacji, które zabieram na potencjalne „wakacje bez komputera” i zanim ktoś zapyta: tak, to jest metoda na zaklinanie rzeczywistości: „Skoro mam już tu wszystko gotowe, to wystarczy po prostu pojechać!”

Ziemia zero: SSH

Nie ma dla mnie życia bez klienta OpenSSH. Po prostu. Nie wierzę w raporty, guziczki dostępne przez web, automatycznie wysyłane e-maile. Dzień zaczynam od obchodu. Zakładam garnitur, wkładam monokl, zapalam cygaro i robiąc stereotypowego dziewiętnastowiecznego biznesmena odwiedzam swoje włości, sprawdzając czy wszystko jest dobrze. Czasem skarcę, czasem rzucę dobre słowo, bo jestem tyranem o złotym sercu.

ConnectBot jest w tej chwili najlepszym klientem OpenSSH na Androidzie. Obsługuje autoryzację kluczami, tunelowanie, ma listę używanych hostów, potrafi utrzymywać połączenia do kilku maszyn na raz. Idealnie sprawuje się z telefonami, które posiadają fizyczną klawiaturę. Nawet jeżeli zmieniłem zdanie co do bezużyteczności klawiatury dotykowej, to nie zmienię zdania w temacie używania SSH. Zasłanianie sobie obszaru terminala klawiaturą może mieć sens na tablecie, ale nie na telefonie.

Ludzie specyfikacje piszą

Ktoś napisał nam bardzo rygorystyczne prawo. Pytałem się prawników, czy można zabić ludzi wysyłających „dokumenty Worda” i „zdjęcia w Excelu”; ku mojemu zdumieniu – nie można.

Nawet na wakacjach przyjdzie mi poprawić literówki lub dopisać akapit do jakiegoś dokumentu. Ponieważ nie znam się na „pakietach biurowych”, a doceniam możliwość równoczesnej edycji, do wszystkich prac z tekstem używam Google Docs. Jeszcze tydzień temu jedyną opcją na pracę z dokumentami pochowanymi po serwerach Google była mobilna wersja strony typu „darowanemu koniowi”; na szczęście pojawiła się natywna aplikacja. W tej chwili uznałbym ją za mocno surową (edycja dokumentów nadal odpala okienko z WebKitem, nie ma opcji edycji offline), ale jest to już jakiś krok(czek) w dobrym kierunku.

Dropbox

Dropbox. Nie trzeba chyba wiele wyjaśniać? Współdzielone katalogi. Szybki podgląd nadesłanych projektów. Katalog Public.

Łapacz pomysłów

Muszę przyznać, że próbuję się przekonać do takich aplikacji od roku, niestety technologia nadal przegrywa z kartką papieru. Piszę oczywiście o programach typu Evernote czy SpringPad, służących do rejestracji pomysłów. Można o nich myśleć jak o takich zeszytach do których wklejało się wycinki gazet, komiksów i innych dupereli 2 – z tą różnicą, że dochodzi tu element multimedialny, bo telefon może zrobić jeszcze zdjęcie, nagrać wideo, oznaczyć geolokalizację przy pomocy GPS-a i nagrać ten wiersz, co go ułożyłeś po pijaku w drodze do kajuty.

Myślę, że ktoś z silniejszą inklinacją do działań artystycznych znajdzie większą radość w takich aplikacjach niż ja, moje pomysły składają się w większości ze słów (nadal piszę szybciej na kartce niż na smartfonie) i rysunków („nie da się”). Można robić zdjęcia kartce notatnika, ale to już trochę za dużo warstw.

DELETE FROM worries

Mając dostęp do SSH mogę oczywiście użyć linii poleceń i odpalić sobie psql lub mysql, napisać zapytanie, jest to jednak kłopotliwe jeżeli chcę tylko rzucić okiem na dane lub przeczyścić np. tablicę z sesją, bo zrobiliśmy nowy deploy i pragnę wymusić ponowne logowanie użytkowników (HEJ, jestem na wakacjach!).

Klientów baz danych jest wiele i każdy może wybrać coś dla siebie. Moje poszukiwania, jeżeli można tak to nazwać, ograniczyły się do odnalezienia aplikacji, która potrafi nawigować między bazami MySQL-a, wyrzuca coś na SELECT i daje możliwość zrobienia INSERT. Mam nadzieję nie musieć sięgać w ogóle do tego typu narzędzi, ale „przezorny zawsze ubezpieczony”.

Piszę do ciebie, bo nie mogę z tobą rozmawiać

\<twarz value=”siruis”>Wszyscy profesjonalni blogerzy, autorzy ważnych serwisów o nowych technologiach, gadżetach i zawartości szaf\</twarz> muszą trzymać rękę na pulsie. Nigdy nie wiadomo, kiedy media powiedzą o czymś, do czego można dopisać siedem słów komentarza i nagłówek BREJKING. Będąc aspirującym blogerem profesjonalnym (treści za esemesa, ikonka VIP przy komciach dla opłacających moje dziennikarstwo obywatelskie) nie mogę wyjechać bez zainstalowania aplikacji zarządzającej instalacją WordPressa.

Nie ma tu wielkiego szału: edycja komentarzy, edycja i tworzenie notatek, statystyki dla płacących za konta na wordpress.com.

Proszę zostawić wiadomość po sygnale

Uwielbiacie swój głos, prawda? Też. Uwielbiam go tak bardzo, że wszystkie próby nagrania przeze mnie podcastu skończyły się na „AAARGH \<delete>”. Nie da się jednak ukryć, że posiadanie dyktafonu jest przydatne. W pracy używam go głównie do nagrywania spotkań (nie ma nic lepszego niż dowód audio), a poza pracą do… dzwonienia. 3 No, nie tyle dzwonienie, co przesyłania informacji, których nie da się przekazać tekstem (wszystko się da, ale czytelnik może nie być skłonny do rozumienia tekstu), lub w przypadku ataku lenistwa.

Wybrałem sobie Voice Recorder z jednego powodu: zaraz po nagraniu oferuje wysłanie wiadomości (co jest moim standardowym usage-pattern) i pozwala dokupić wersję z kodekiem MP3, gdybym chciał od razu publikować „w sieci”.

Abstrapenisując: wyobraziłem sobie takie dziennikarstwo obywatelskie i podcast w jednym. Zwykle wstaję rankiem i prasówkę mam skończoną zanim większość z was się obudzi. Mógłbym użyć Voice Recordera i Dropboksa do publikowania podcastu z najświeższymi wiadomościami wprost ze spaceru z psem, który musi ulżyć potrzebom fizjologicznym. Normalnie frontline.

Nie udało mi się jeszcze ustalić, czy są jakieś ograniczenia w długości nagrania wynikające z pamięci telefonu. Zakładam, że aplikacja nagrywa od razu na kartę SD, bo mój dziadek-G1 bez problemu nagrywa godzinne spotkanie.

Pliki, pliki

Są pewnie ludzie, którzy nie mogą żyć bez klienta FTP; nie jestem jednym z nich, ale szanuję ich miłość do protokołu, który 14 kwietnia obchodził czterdzieste urodziny. Będąc stworzeniem sshcentrycznym pcham swoje pliki głównie przy użyciu SSH (lub montując katalogi via sshfs).

Jeżeli już jednak musisz sięgnąć do zasobów serwera w ten sposób i przy pomocy telefonu, to mogę polecić klienta AndFTP, który połączy się przez FTP i SSH i pozwoli Ci baraszkować po katalogach, pobierać i wysyłać pliki. Nie wygląda wspaniale, za to wspaniale działa (wolę tak niż na odwrót).

Układanie list to chyba najmniej ambitna forma pisania w Internetsach. Jak zwykle kreditsy dla Shota i Anny za edycję.

  1. kiedy dorósł, za pierwszą wypłatę kupił sobie Atari Portfolio, które okazało się być bezużyteczne; tak to już jest z marzeniami
  2. może tylko ja to robiłem?
  3. Nie używam telefonu, moja karta SIM obsługuje tylko i wyłącznie połączenie danych. Dzwonienie is so 90s.

PanCVfaust

Ostatnio miałem wątpliwą przyjemność czytania CV potencjalnych stażystów. Przez trzy lata nie przykładałem ręki do rekrutacji, ale widzę, że w tym temacie niewiele się zmieniło. Zmęczony lekturą postanowiłem, że napiszę kilka zdań do narybku w branży. Nie są to oczywiście rady pomocne przy zdobywaniu pracy w “prawdziwej korporacji”.

Comic Sans znaczy bez żartów

Zacznijmy od czegoś, co nie ma praktycznie znaczenia, póki nie trafisz na kogoś takiego jak ja. Smaczki. Wysłanie mi dokumentu w .docx znaczy, że aplikując na techniczne stanowisko jesteś zbyt leniwy, by kliknąć jeszcze jeden przycisk i wygenerować PDF-a lub zbyt niekompetentny, by zrozumieć, że nie każdy komputer przychodzi z pakietem Office.

Comic Sans. “Formatowanie spacją”. Orgia fontów. To wszystko mówi mi, że siorbiesz herbatę i obcinasz paznokcie na spotkaniach. Twój dokument jest obrzydliwy i ty jesteś obrzydliwy.

Te, ziom, gdzie masz stronę?

Zgadnijcie ile CV miało linka do strony zgłaszającego akces? Na około 30 zgłoszeń, niech policzę: przenieść dwa, średnia, odległość między cząsteczkami gazu, plus siedem. Tak, dokładnie zero. Ani jeden z ślących CV na “stanowisko komputerowe” nie uznał za rzecz wartą uwagi posiadania strony.

“Ale Emil” — powiecie — “nie każdy musi mieć stronę!”

Nie musi. Tylko ja już tłumaczę, prosto i z mostu. Jak czytam twoje nazwisko to są wielkie szanse, że nie będę go wpisywał do Google.

Bo.

Nie uważam, że “googlanie za pracownikiem” lub “sprawdzanie Facebooka na obecność fotek z najebek” jest czymś, czym powinienem się zajmować podczas rekrutacji. Po pierwsze są tysiące Janów Zwykłych i Ew Pospolitych. Szansa, że trafię na kogoś, kto nosi twoje imię i nazwisko jest zbyt duża żeby informacja tak pozyskana miała jakąś wartość. Po drugie popieram najebki i nie uważam żeby twoje prywatne życie było moją troską, póki robisz to, co masz w kontrakcie.

Gdyby tylko ktoś wynalazł jakiś uniwersalny sposób identyfikacji położenia zasobów w Internecie. Pomyśl, mógłbyś tam umieścić inne takowe wskaźniki i ja bym się dowiedział o forum, które moderujesz, może blognotkę przeczytał, może odbił się do galerii fotek, nie wiem. Słyszałem, że klikanie w 2011 to wznoszący się trend.

A, tak. Domena. Serio, te kilka złoty. Wiesz jak się czyta CV z adnotacją by odpowiadać na adres plonacypenis666@wp.pl? To oczywiście przesada, ale nie aż tak wielka. Kup sobie domenę. Wczoraj.

Ted, the Generic Guy

Ukradnę nomenklaturę Scotta Adamsa w śródtytule, ale tak, nie odróżniam was i to wasza wina.

Wszyscy jesteśmy strasznie nudnymi typami. Trzeba się z tym pogodzić. Gdyby umieścić kamery w losowo wybranych domach z różnych warstw społecznych okazałoby się, że zawsze jest jakaś “Rodzina Kiepskich” i zawsze jest piwo “Harnaś”, nawet jeśli to indyjskie kino alternatywne i Daniels. Trzeba zjeść, prawie każdy drapie się po dupie, bawi się telefonem na kiblu i chrapie, a w niedzielny ranek na kanapie jest tak samo dobrze prezesowi jak i Henrykowi Losowemu.

Tyle wiem, nie wiedziałem natomiast, że zadaniem CV jest uwypuklenie tego jak bardzo nudny jesteś. Ludzie prowadzący “szkolenia z pisania CV” powinni dostać po dwieście batów za uczenie ludzi dodawania rubryki “zainteresowania”. Bo tak, piszesz, że piłka nożna. Ale co ”piłka nożna”? Grasz amatorsko? Przygotowujesz oprawę na mecze? Jesteś w nabojce? Pracujesz z dziećmi w szkółce piłkarskiej? “Fotografia cyfrowa”. Nie no, świetnie. Gdybyś umieścił odnośnik do jakiejś galerii, albo do artykułu o soczewkach, który napisałeś. Cholera, wezmę odnośnik do dobrego trollowania w sprawie twojej ulubionej marki.

“Komputery”? Chcesz pracować z komputerami i piszesz mi, że interesują cię komputery? W restauracji zamawiasz z pewnością potrawę, pijesz tylko napoje. Napisz “dla frajdy programuję sobie klon UNIX-a na Z80”, masz moją uwagę. Napisz, że najbardziej lubisz pisać takie małe skrypty w Bashu, albo pochwal się encyklopedyczną wiedzą o kartach graficznych. Może kręcisz dla frajdy recenzje telefonów na YT? Założę się, że jest jedna rzecz, która rozpala twój umysł i jak ją wciskasz za “interesuję się komputerami, piłką nożną i długimi spacerami po plaży” to sam sobie robisz kuku.

Więcej bezwartościowych informacji

Składasz papiery do działu, który zajmuje się X. Fantastycznie byłoby, gdybyś wskazał jakieś doświadczenie z X. Dlaczego muszę przeczytać historię twojego życia, o tym jak piąłeś się po drabinie działu marketingu w Castoramie by potem otworzyć własny sklep rybny, na którego zapleczu odkryłeś talent do X? Mogę więcej informacji o tym, co będziesz robił dla mnie, a mniej informacji o tym co robiłeś i nie ma dla mnie znaczenia? Ty myślisz “jestem pracowity, od pierwszej pracy w fabryce zegarków, którą podjąłem w 1887”, ja myślę “o kurwa, znów dwanaście punktów z których muszę wyłowić to, co ma znaczenie”.

Jeżeli nie masz zawodowego doświadczenia z X — wezmę prywatne. Robiłeś stronę dla kota i X sprawiał problemy? To doświadczenie. Dostałeś plakietkę “sprzedawca miesiąca”? Jak śnieg w 2003. Nikt nie pamięta, nikogo nie interesuje, nie jest do niczego potrzebne.

A najlepiej

Najlepiej mnie nie słuchać, z tego prostego powodu, że mam bardzo małe doświadczenie w byciu petentem. 1 To pewnie kupa stresu i prawie automatyczne działanie. Cóż, nie mnie oceniać cudze strategie, zwłaszcza po odniesieniu tylu “własnych sukcesów”. Musisz pamiętać, że jest różnica między posadą w banku, w którym pracujesz w jednym z działów, a małą lub średnią firmą, gdzie będzie cię rekrutował taki gościu z pryszczami, który buduje dystrybucje Linuksa w ramach przerwy śniadaniowej.

Najlepszą strategią jaką możesz przyjąć na rynku pracy jest budowanie własnego zaplecza, tak abyś to nie ty słał CV, a firma dopytywała się o ciebie. Jeśli ktoś pyta o kogoś kompetentnego i pada twoje nazwisko to masz automatyczną przewagę nad każdym CV, które wyląduje na biurku rekrutującego.

Najlepiej najlepiej, zupełnie najlepiej jest czasem zagrać va bank. Nie ślij CV. Wyślij program, który wygeneruje PDF-a, wyślij haiku o rosie na trawie i statycznym linkowaniu, zrób pastisz cytatu z popularnego kawałka popkultury, który udowadnia, że jesteś tym, kogo szukają. Daj odnośnik do profilu na GitHubie. Wyślij ISO z własną dystrybucją, umieść projekty na pulpicie. Jestem pewien, że masz więcej pomysłów na lans niż ja o piątej nad ranem.

Pamiętaj też, że lans to sztuka. Bardzo łatwo przekroczyć linię pomiędzy interesującym człowiekiem, a napompowanym bucem. Na szczęście dla ciebie napompowany buc nadal ma większe szanse na pracę niż ktoś, kto śle CV.docx.

PS. biorę pierwszą pensję jeśli dostałeś pracę dzięki tym “poradą”.
PPS. no kurekta, nie ma edytorów o piątej zero dziewięć

  1. CV składałem dwa razy, raz jako wymóg formalny i podkładkę pod inwestycję w firmie, drugi raz do Allegro

Odwaga

Odwaga to wiedza o tym, czego się bać trzeba, a czego nie.

Jest trzecia trzydzieści nad ranem. Naprawiam właśnie nienaprawialne. Montuję siódme koło do samochodu bez silnika. Nie dlatego, że ma to jakiś sens, tylko dlatego, że kiedyś komuś zabrakło odwagi. Nie mitycznej odwagi, która pozwala bohaterom stawać do walki z potworami, nie heroizmu, który zakrywa dłońmi oczy wyobraźni i pozwala nam iść z bagnetami na czołgi. Zwykłej, codziennej odwagi żeby powiedzieć “He’s dead, Jim”.

Szybkie życie, szybkie żarcie, szybki seks i rapid development.

Mamy narzędzia, które pozwalają nam zbudować prototyp szybciej, niż potrafimy wymówić “Partia Prawdziwych Programistów Prowadzi Projekt Poprzez Prototypowanie. Pomyśleli: Pieniądze, Perspektywy”. Problem w tym, że prototyp przestaje być prototypem, a zaczyna być produktem. No, nie jest to problem w świecie, gdzie określenia takie jak refaktoryzacja i piwotowanie nie mają żadnych negatywnych konotacji. Przetłumaczę z języku lęgłydż na nasz:

Refaktoryzacja, zwana popularnie refucktoryzacją. Działania mające na celu użycie młotka (z laserowym naprowadzaniem) celem wbijania klocków w kształcie gwiazdy w otwory przeznaczone na koła. Refaktoryzacja jest związana z iteracją, nazywamy to refaktoryzowaniem rafaktoryzacji lub w słowach hydraulika “tu uszczelniłem, a teraz tam cieknie. Dajcie więcej spoiwa.”

Piwotowanie, próba obrócenia tragicznej sytuacji wynikającej z braku rozeznania w zupełnie nową tragedię, która mieści się bardziej w obecnych trendach.

Co z tą odwagą?

Gdybym, będąc dużo młodszym i bardziej włochatym człowiekiem, miał jej więcej, mógłbym powiedzieć, że nie ma już co naprawiać niektórych rzeczy: że czas pozwolić zejść z tego świata tej klasie, tej bibliotece, temu projektowi. Że respiracja, że warzywo. Wystarczało powiedzieć: “Hej, wiecie, nauczyliśmy się tyle reanimując denata, że mamy już wiedzę o całej logice, o wszystkich pułapkach i możemy to zrobić lepiej, a przynajmniej tak żeby dało się tym zarządzać”. Zdarza się, że stoisz wtedy przed zdesperowanym PM-em, który jak w scenie z kiepskiego filmu pada ze łzami w oczach nad trupem i próbuje go cucić, robi mu sztuczne oddychanie i masuje klatkę piersiową ignorując zupełnie fakt, że to prosektorium, a serce pływa razem z mózgiem w słojach obok.

Przykład z życia: miałem za zadanie dopisać do systemu dodatkowy moduł. Wchodzą pieniążki i daty, wchodzą parametry, wychodzą dokumenty. Całość była skomplikowana, jak to zawsze jest, gdy dotyka się pieniędzy, a całą matematykę dyktują jakieś zapisy w prawie. Nie ma za wiele miejsca na stwierdzenie, że “w sumie jest dobrze, myli się tylko o jeden dzień i kilka złotych, ship it”.

Odbyło się spotkanie, potem spotkanie, bo zapomniałem co było na pierwszym (pamiętajcie, 4h spotkania jest równie efektywne co wypicie butelki wina, z tym że picie wina jest zabawne i tańsze – ale jeżeli chodzi o transfer wiedzy wychodzi tak samo), potem dostałem jakieś wydruki z paragrafami i podpunktami, zasiadłem do pracy. Zrobiłem pierwszy z trzech podmodułów i byłem z siebie bardzo dumny. Wszystko działało. Niestety, następne dwa okazały się drogą przez mękę: to ja nie rozumiałem, to mi źle wytłumaczono, to znów czegoś zapomniałem, a to się okazało, że prawo inaczej definiuje dni wolne od pracy niż ja (poniedziałek, wtorek, czwartek i sobota). Po pół roku robiłem wszystko żeby do tego nie zaglądać mimo ponagleń klienta. Doszło do tego że robiłem kilkugodzinne spacery z nagraniami ze spotkania, aby znaleźć gdzieś tę magiczną dźwignię, która pozwoli mi obrócić całość zwisającą z if()ów, magicznych wyjątków i // po dodaniu jeden działa jeśli miesiąc ma 30 dni

Projekt wyrył w moim sercu i umyśle piętno. Czułem się jak Frodo Baggins, niosący ciężar ponad ludzkie wyobrażenie. Rozumieli mnie tylko inni programiści-gollumowie. Ludzie przy wódce mówili o zdradzających żonach, dzieciach, które płaczą, a ja nieustannie “Myślicie, że macie źle? Miesiąc temu nie wiedziałem, że nie zaczynam liczyć jeśli pierwsza płatność wypada w sobotę”.

W grudniu podpaliłem repozytorium. W połowie miesiąca zdobyłem się na odwagę by sięgnąć po papier i narysować kwadraciki i strzałki. 22 grudnia miałem dane, które mogłem wyrzucić printem na terminal. 27 miałem podstawowy dokument. Na początku stycznia dałem system do testów i wrócił z adnotacją, że myli się o złotówkę i coś. Załamany poświęciłem dwa dni na liczenie na kartce. Okazało się, że mój kod liczył dobrze, klient się pomylił. Garbage in, garbage out.

Wszystko, cała ta walka, wynikała z tego, że miałem coś, co troszkę działało. Troszkę, ale mogłem się tego uczepić. Przecież pierwszy krok działał dobrze, to znaczy, że wiem co robię. Tu tylko poprawię, tam zmienię, będzie dobrze. Pierwszy krok jest dobrze i już działa. Jest dobrze. Wiem, że się spóźniam z oddaniem, ale przecież niedawno się dowiedziałem, że nie przewidziałem, ale teraz dopiszę na górze, a potem zmienię w dół.

Trzeba wiedzieć, kiedy przestać naprawiać i zrobić dobrze. I mieć odwagę, dużo odwagi. I cierpliwych klientów. I przyjaciół, którzy będą znosić twoje anegdoty.

No kurekta + wino = nie zwracamy za bilety. EDIT: Shot podesłał patch. Chwała i potęga na wieki.


Commodore USA

Zróbcie prosty eksperyment. Weźcie gazetę codzienną (dowolnej opcji) i przeczytajcie artykuł o czymś, na czym się dobrze znacie. Niezłe bzdury, co? Tak to działa. Teksty dla ogółu pisze się ogólnie. Czasem trzeba mieć szczęście i posiadać informacje z pierwszej ręki żeby widzieć dalej i lepiej. Akurat takie posiadam. 1

Nie, nie będzie o polityce. Będzie o „nowym” komputerze firmy Commodore USA, o którym wiadomości płynęły wczoraj w nerdwebie. x86 na Atomie w obudowie C64. Wiele z tych informacji było pozytywno-naiwnych, a wynikało to nie tylko z nostalgii, ale i z braku zrozumienia „co się stało z Komodore jak przestała grać Nirvana”. Pomyślałem, że potrzeba kogoś, kto powie „well, actually”.

Po pierwsze Commodore USA nie ma absolutnie nic wspólnego ze znanym wam potentatem z lat osiemdziesiątych. Firmę założył (przed otrzymaniem licencji na nazwę) Barry Altman, właściciel sklepu meblowego. Po zakupieniu domeny (jak w młodej kapeli: mamy już nazwę, ksywki i groupies, teraz czas nauczyć się grać) rzucił kilka informacji na forum amigowym. Pierwszy rzut oka i od razu wyglądało na ściemę. Strona była amatorska, pełniący obowiązki CEO nie odpowiadał na moje pytania dotyczące uzyskanej licencji, treść promocyjna została skopiowana ze strony Apple (podstrona z Makiem Mini), obrazki pozyskano z images.google.com i co najgorsze, były one pozbawione podpisów autorów. Oczywiście nie otrzymaliśmy odpowiedzi. CEO opuścił scenę i do dalszej walki wynajął jednego z forumowiczów nadając mu tytuł CTO. Nowy CTO się oczywiście do tego nie nadawał, ale został kupiony fajnym tytułem i ruszył do walki.

Tu wyjdziemy na chwilę z amigowo-commodorowskiego światka. Thom Holwerda napisał na OSNews krótki tekst o nowym CUSA i licencjach. Całkiem negatywny, ale na faktach. 3, 2, 1: POZEW. Tak, Barry przysłał pismo.

Które, jak się okazało, było marną copy-pastą z Internetsu. Tak to jest jak kopiujesz tekst i nie usuwasz metadanych, ziom.

Potem CUSA się trochę uspokoiło, Barry podobno znalazł inwestora (mają reklamy na płytach DVD/BR z Tronem), przestali jumać teksty i obrazki. Co nie znaczy, że powinieneś rozważać zakup tego komputera. A przynajmniej nie w drodze przedpłaty. Jeżeli jesteś na serio zainteresowany: poczekaj. Poczekaj na normalną sprzedaż, poczekaj na recenzje. CUSA nie posiada (a przynajmniej nie ujawniło mi mimo wielokrotnych pytań) ludzi, którzy mają zajmować się „komodoryzacją” swoich produktów z Linuksem.

CUSA posiada także licencje na komputery „Amiga” 2.

Zdjęcie na licencji CC, David Carter.

  1. DZIENNIKARSTWO OBYWATELSKIE, OEMDZI
  2. to już historia na inną okazję

Déjà vu

Jeśli wybierzecie mnie na króla tego kraju 1 mogę Wam obiecać dwie rzeczy, których sensu jestem absolutnie pewien. Pierwszą jest rozwiązanie klubów związanych z zawodową piłką i struktur ją wspomagających. Za zaoszczędzone pieniądze kupimy cośtam. Nawet kilka cośtamów, znajcie łaskę pańską.

Drugim będzie zawieszenie obchodów święta Kwietniowych Głupców. Obchodzenie święta żartu i komicznej ściemy w kraju, gdzie jedynym osiągnięciem architektonicznym jest betonowy Jezus, gdzie debata polityczna toczy się dookoła Ad Procul Tui Domus Negro Ico 2, kraju dwóch biegów: wstecznego i luzu, nie ma sensu.

Ryby nie mają słowa na wodę (w ogóle są z tego znane, że dobrze smakują i mają mało słów na cokolwiek) więc Polacy nie powinni mieć osobnego słowa na dzień, w którym są robieni w wała. Mamy już poniedziałek, wtorek, środę, czwartek, piątek i niedzielę. W sobotę też nie jest dobrze, ale można się w spokoju napić.

Déjà vu Aprilis.

Miałem w planie kilka żartów, ale zostałem przebity przez rzeczywistość. Wyrażam więc żal, smutek i zgrzytam zębami.

  1. kampania wyborcza z wyprzedzeniem
  2. dog latin na “A u Was biją Murzynów”

Będziecie ćwierkać jak Wam zagramy

Ledwie opublikowałem wczorajszy tekst o konflikcie między wygodą używania cudzych platform i kontrolą nad własnymi produktami a słowo stało się ciałem i Twitter poprosił developerów żeby już więcej nie robili oprogramowania klienckiego. Podobno psują one klimat dookoła platformy swoimi niedociupcianymi i niestandardowymi rozwiązaniami. Jeżeli zdanie takie pada z ust przedstawiciela firmy, która ma stronę z hashbangiem i klienta na Maka, który trzyma w szafie HIG, wypuszcza go w weekendy tylko po to żeby sprać go kijem wykrzykując „who’s your daddy?” to wiadomo, że na rzeczy jest coś innego.

Twitter chce wreszcie zarobić, a to wymaga odstawienia od cyca klientów, które mogą być przyjaźniejsze dla użytkowników (pomijające reklamy) lub tych, które same chcą takie reklamy wstawić.

Blogosfera wybuchła notkami: skandal, skandal, zdrada, zdrada!

Przyczajony RSS, ukryta decentralizacja

Uwaga, będzie bezpośrednia transmisja do waszych mózgów. Dziwię się, że nikt jeszcze czegoś takiego nie zrobił, bo pomysł jest banalny i oczywisty. Rozważmy „timeline” Twittera lub „news feed” Facebooka. Mamy autora, który produkuje treść. Treść trafia na platformę, która zajmuje się repulikacją do czytelników, którzy wyrazili zainteresowanie wpisami autora.

Przeskakujemy chwilowo do dowolnego czytnika kanałów RSS. Czytnik kanałów RSS zbiera dane z URI i prezentuje je zainteresowanemu czytelnikowi. Wszystko jasne?

Połączmy to. Wyobraźmy sobie, że każdy z zainteresowanych uczestnictwem w „naszej platformie” przygotowuje swój własny kanał RSS: domena.tld/microblog.xml, czytnik RSS jest zmodyfikowany tak, aby przypominał timeline na Twitterze. Piszemy krótką notkę przy pomocy ulubionego oprogramowania, publikujemy w odpowiednim kanale, a ludzie, którzy nas „śledzą” otrzymują wpis w swoim RSSTwitterze. Odpowiedzi używają funkcji trackback. Całość nie różni się od tego, do czego przywykliśmy w systemach mikroblogowych.

Co wygrywamy? Absolutną niezależność. Każdy język programowania dorobił się bibliotek do tworzenia kanałów RSS. Jak ktoś się uprze to może nawet sedem przez procmaila. Kompletną decentralizację, pad jednego kanału nie kładzie całego systemu na kolana. Nigdy więcej Panów Oponek i Wielorybów Niepowodzenia.

Problemy? Całkiem wysoka bariera wejścia ze względu na brak gotowych rozwiązań (co oczywiście jest tylko kwestią czasu), większe zużycie sieci (sto tysięcy obserwujących znaczy sto tysięcy odpytań o zmiany, da się oczywiście rozwiązać poprawnymi nagłówkami) i pewien brak standaryzacji w opublikowanych wiadomościach. Są to normalne koszty przy rozwiązaniach bez odgórnej kontroli.

Czy jest sens? Pewnie nie ma. Czy byłoby fajnie? Dla mnie jak najbardziej. Czy to nie kopia pomysłu Diaspory? Tak i nie. Diaspora używa w miarę popularnego protokołu komunikacyjnego XMPP, ale potrzebuje serwera i infrastruktury, RSS przychodzi za darmo z każdym Wordpressem, kontem na Blogspocie, galerią na Flickrze a nawet kontem na Twitterze. Nie potrzeba pośredników.

Ostatnią mądrością narodów jest stwierdzenie, że „RSS umiera”. Myślę, że wielu chciałoby zobaczyć go martwym. Jaka jest różnica pomiędzy

http://feeds.arstechnica.com/arstechnica/everything

a

http://twitter.com/arstechnica?

Na jednym Twitter może publikować reklamy.

Zdjęcie na licencji CC, autor: junics. Ten ptak nie jest martwy. Jest oszołomiony i tęskni za fjordami.