Béton brut

Dwadzieścia pięć lat minęło

Dwadzieścia pięć lat. Dziewięć lat na pierwszej linii innowacji i postępu. Szesnaście lat epickiej opery mydlanej i bratobójczych walk pod każdą długością i szerokością geograficzną. Amiga, jedyna platforma, którego średnia użytkowników chorych psychicznie wypada jakoś jeden i jedna trzecia na użytkownika.

Amiga to taka Polska w wersji binarnej. Pamiętamy jak w 1410 żeśmy tym chrześcijanom spuścili lanie, że tylko my na Moskwę z sukcesem i kiedy tak wspominamy, to przysłowiowe psy srają po chodnikach.

Amiga to też jedyna platforma, której byłem fanbojem. Kiedy mówię fanbojem, to myślę o kimś, kto rozwalał płyty PC-ta dla zabawy. Ktoś, kto nie dorzucił się jakiemuś biednemu człowiekowi ze sceny do biletu po tym, jak zauważył że to użytkownik innej platformy. Ktoś, kto wtedy schylił się tak, aby dało się odczytać z czapki “A M I G A” i powiedział swoim młodzieńczym basem: “chyba gramy dla innej drużyny”.

Mam nadzieję, że czytelnicy poznali mnie na tyle, żeby pojąć, że nie chodziło o czystej krwi totemizm. 1

AmigaOS był genialny. AmigaOS był systemem, który mimo swoich technologicznych problemów potrafił wciągnąć każdego, kto kochał komputery w ten czysty sposób, w jaki można było kochać komputery w 1992, zanim Twoja Stara wrzucała foty na Naszej Klasie.

Dwadzieścia pięć lat później siedzę w domu i piję piwo czytając relacje z różnych imprez związanych z tą, jak to nazwał jeden z portali, “okrągłą rocznicą”. Dopada mnie nostalgia i rzucam się w kierunku laptopa. Zainstaluję sobie AmigaOS 3.1 i powiem Wam, co było w nim fajnego.

Jestem z siebie trochę dumny, a trochę mi żal, że marnuję głowę na takie informacje. Postawiłem cały system od zera, z dwóch dyskietek. W godzinę. Bez większego problemu. Ostatni raz używałem Amigi na poważnie w 2003. Niektóre rzeczy nie chcą wyjść z głowy. Pierwsza dziewczyna, pierwsza wódka, pierwszy komputer, którym rządziłeś.

AmigaOS zachwyca. Jak to nie zachwyca, jak zachwyca?

Przypisano mi te zasoby

Urządzenia w AmigaOS posiadały dwie nazwy: logiczną i fizyczną. To nie jest całkowita prawda, ale to bardzo dobre kłamstwo. Nazwy dysków nie miały znaczenia w takim sensie, w jakim jesteśmy do tego przyzwyczajeni na innych systemach. Główny dysk dysk twardy zwyczajowo przyjmował fizyczną nazwę DH0: co stanowiło logiczne ciągłość, jeżeli wiedziało się, że wewnętrzna stacja dyskietek to DF0:. DH0: to nasz /dev/sda1 lub C:, nic nie stało jednak na przeszkodzie, żeby dysk ten nazywał się Cherbata:. Nic, prócz ortografii.

Kiedy uruchomiłeś swój system z dysku Cherbata:, to w tle działa się czarna magia zwana przypisami. Komputer zaczynał odzywać się do dysku startowego per sys: i doklejał do ważnych katalogów kolejne nazwy. I tak katalog Libs/ na dysku Cherbata: stawał się Libs:, to samo działo się z katalogami C, S, Devs, Fonts i innymi.

A co to dawało praktycznie? No cóż, wszystkie zasoby w AmigaOS (czcionki, biblioteki, sterowniki) były w pewnym sensie programami, a przypis mógł wskazywać na więcej niż jedną ścieżkę. Przykład z życia: wpada kolega narysować kolekcję obwisłych penisów, której to kolekcji użyje jako argumentu w podwórkowej dyskusji o wyższości klubów sportowych. Znajomość anatomii pozwala mu szybko ukończyć dzieło, niestety nie posiadam na dysku jego ulubionych fontów. Zamiast przegrywać jego czcionki do mojego systemu, piszę po prostu (zakładając, że dysk kolegi to DH1 w moim systemie):

assign fonts: dh1:fonts add

Raz, dwa, trzy i już może używać swojej ulubionej kombinacji bold-kapitalik-underline-outline.

Inny przykład. Odwiedzając znajomych ze swoim dyskiem, co i raz natrafiałem na system, na którym mój dysk nie chce wystartować z pełnym systemem. Honorową odznaką było posiadanie takiego systemu, który sobie radzi z wieloma rodzajami rozszerzeń i zwężeń dostępnych dla komputerów Amiga. Napisałem mały program, który wykrywał typ procesora i koprocesora oraz innych flaków i wykonywał stosowne przypisy do katalogów z bibliotekami. Możecie o tym myśleć jako o przenośnym systemie, który zależnie od tego, czy jest uruchamiany w środowisku 32- lub 64-bitowym, wybiera stosowny zestaw bibliotek do użycia.

Dzięki odkryciu rozkazu assign zostałem też guru dla wielkiej rzeszy niedomytych amigowców, którzy używali komputera zgodnie z jego przeznaczeniem, to znaczy strzelali do obcych w rytm muzyki techno, kiedy w tle zapieprzała paralaksa z miliardem kolorów, przy których lata sześćdziesiąte wyglądały jak proszona herbatka u babci Jadwigi.

Wspominałem o tym kłamstwie z nazwą logiczną i fizyczną? Dobrze. Robiło się tak. Jeżeli miałeś szczęście, to dyskietka z grą była systemowa (to znaczy zawierała normalną strukturę danych jak katalogi i pliki i dawała się odczytać przez system bez własnego bootloadera) i najczęściej po jej włożeniu do napędu DF0: na ekranie pojawiała się jej ikonka podpisana np. PornPart1 co znaczyło dla nas tyle, że w fizycznym napędzie DF0: dostępny jest logiczny wolumin PornPart1:. Wszystko co musiałeś zrobić, to przegrać pliki ze wszystkich dyskietek do katalogu na twardym dysku i napisać skrypt. O, taki:

assign PornParty1: dh0:gry/pornparty
assign PornParty2: dh0:gry/pornparty
dh0:gry/pornparty/pornparty

Gra, szukając dyskietki pornparty1:, zostanie odesłana do katalogu na dysku. Teraz wystarczy to zapakować, zanieść na giełdę i zebrać obietnice przyszłego piwa, które kupią Ci lamerzy, jak tylko skończysz więcej niż piętnaście lat.

Mała piracka trivia dla lokalnych amigowców. Po tylu latach już chyba mogę? Moim największym osiągnięciem na scenie crackerskiej było przystosowanie zajumanej wersji Sensible World of Soccer do działania na Amidze 500. Piracka wersja sprzedawana w znanym wszystkim miejscu na ulicy Przybyszewskiego nie działała, ku wielkiemu smutkowi większości użytkowników zbyt skąpych na oryginał nie mówiąc już o Amidze 1200. Enter The Emil. Szybki rzut oka na dyskietkę i okazało się, że została ona przygotowana pod nowy system plików, którego A500 nie umiała gryźć. Siedem sekund później już umiała. Odniosłem swoją wersję do sklepu za co uzyskałem stosownie duży kredyt na nowości z katalogu z żółtą okładką.

Jeżeli kupowałeś SWOS-a na dwóch dyskietkach tam, w tym sklepie, i grałeś na swojej ukochanej pięćsetce, to możemy sobie przybić piątkę! Ręka w rękę zadeptaliśmy jakikolwiek sens pisania oprogramowania na naszą platformę. Karma trochę dziwka, ay?

Wracając do przypisów. Obraz wart tysiąca słów.

Utwór zaczyna się spokojnie, trwa i spokojnie się kończy

Prawdziwego mężczyzny nie poznaje się po tym jak zaczyna, podobno. Podobno też miło jak zaczyna bez skarpetek. Amiga zaczynała proces bootowania bez niczego.

Doszliśmy dziś do momentu, w którym sekwencja startowa systemu to praktycznie system sam w sobie. Dawno zapomniano o prostocie autoexec.bat i config.sys, dziś potrzebne są rekursywne skrypty, event-driven i żeby jeszcze backend koniecznie w XML, a jak się nie da, to jebnijmy jakąś bazę.

Żeby nie było, rozumiem, z jakiego powodu jesteśmy tu, gdzie jesteśmy. Dobrze, gdzie ja jestem, a ja nie jestem w stanie prześledzić całego procesu wczytywania się systemu na swoim laptopie. Ofiary własnego sukcesu.

Były jednak czasy, gdy mężczyźni byli mężczyznami, kobiety kobietami, a pociągi jeździły na węgiel. Czasy prostsze, sielanka pod gruszą i s:startup-sequence, który rozkręcał Amigę.

Prosto i do celu. Mimo całej świadomości, że nie da się utrzymać współczesnego systemu, który zwisałby z jednego skryptu startowego, to lubię wspominać czasy, w których wiedziałem, co też się dzieje pod maską mojego komputera.

Co robi antagonista Jamesa Bonda? Daje mu szansę ucieczki

To jedna z tych rzeczy, o których zapomniałem, że mi ich brakuje. Ktoś mógłby powiedzieć, że w takim razie mi ich nie brakowało, ja znów twierdzę, że pogodziłem się z losem.

Programiści nie są specjalnie znani z ich zamiłowań do dokumentacji, która nie odnosi się bezpośrednio do przekładania bajtów z jednego miejsca na drugie. Podręczniki zawierające informacje co do stylu traktowane są jako delikatna sugestia i nic więcej. Z tym większym zdziwieniem przypomniałem sobie, że prawie każdy program do ustawiania preferencji (programy systemowe zwykły mieć osobny “konfigurator” dostępny gdzieś w sys:prefs) posiada opcję “Use”.

Zanim o tym, kilka słów o przechowywaniu ustawień w AmigaOS. Słyszeliście kiedyś o RAM-dysku? RAM-dysk to taki wirtualny dysk, który znajduje się w pamięci (serio, kapitanie Oczywistość? Dziękujemy!) i jego zawartość ulatuje razem z resetem komputera. W AmigaOS RAM-dysk jest niezbywalną częścią systemu. Co różniło jego implementację (i w pewien sposób wpłynęło na to, że to jedyny system na którym stał się popularny) od innych to fakt, że dokonywał on automatycznie przydziału pamięci. DOS-owy odpowiednik miał określone przy tworzeniu, że zajmie np. megabajt i już. RAM-dysk w Amidze zajmował tyle, ile zajmowały umieszczone tam pliki, a górną granicą była dostępna dla systemu pamięć.

RAM-dysk był używany do trzech rzeczy

  1. rozpakowywania programów celem przetestowania, nie trzeba było sprzątać po sesji
  2. zapisywanie plików tymczasowych
  3. przechowywanie ustawień

Przy starcie komputera system kopiował zawartość katalogu EnvArc: do RAM:Env i przypisywał do niego nazwę Env:, katalog EnvArc (od Environment Archive) zawierał ostatnie zapisane ustawienia, a Env: ich bieżącą kopię. Przejdźmy do slajdu numer następny.

Save”, “Use” i “Test”. Kliknięcie “Use” powodowało zapisanie zmiany do katalogu Env: (więc na RAM-dysk) i pozwalało przetestować zmiany. Jeżeli udało nam się ustawić czarny tekst na czarnym podkładzie i spowodować aby wskaźnik myszy przesuwał się tylko o cal, to jeden reset dalej czekało nas wybawienie z opresji. To jedna z takich banalnych rzeczy, które cieszą.

Oczywiście dziś trzymam swoje dotfiles w repozytorium GIT-a, co wymagało kilku skryptów 2, drugiego serwera, który utrzymuje te dane i wprawdzie wszystko jest rozproszone i nowoczesne, to jednak nie mogę się jakoś oprzeć wrażeniu, że kopiowanie katalogu ma w sobie jakąś prostotę, przy której moje rozwiązanie jest wymęczone jak Stanisław Lem po maratonie “Na Wspólnej”.

O tym jak kodeki dało się instalować bez “paska narzędziowego” Aleksy dla IE

Dzisiejszym słowem-wytrychem jest skalowalność, wczorajszym była modułowość. Jeżeli program był modularny, to znaczyło, że marketingowiec mógł zawsze powiedzieć o tej rozpieprzonej części programu “wystarczy wymienić moduł”. Zaraz, miało być o tym systemie z lat dziewięćdziesiątych.

AmigaOS miał wbudowany system DataTypes. Co to znaczyło? Wyobraź sobie, że piszesz program graficzny, ale nie masz specjalnie czasu na te wszystkie głupie formaty plików, które krążą po dyskietkach znajomych. Odwołujesz się więc do DataTypes przez standardową bibliotekę systemową i mówisz mu “wczytaj obrazki, o których wiesz jak”. Ta dam!

DataTypes to dekodery (animacji, obrazków, dźwięków) napisane tak, aby używając wspólnego API pozwolić użytkownikowi wczytywać media bez potrzeby zmieniania programu. Jeżeli wczoraj nie było formatu PNG (młodsi mogą nie pamiętać, że nie było. Czasy wielkiej schizmy LZW wywarły piętno na nas wszystkich) a Twój program jest napisany według zasad, to pojutrze ktoś napisze odpowiedni “datatyp”, użytkownik go sobie zainstaluje i gotowe.

Nie mówiąc już o tym, że odpowiednie dekodery mogły być przygotowywane pod specjalne linie procesorów czy też kart graficznych, dzięki czemu mogłeś sobie wybrać coś, co będzie działało jak sobie życzysz.

Po raz kolejny, mimo mojego kompletnego umiłowania do kompilowania programów, co brzmi lepiej dla Zwykłego Usera:

  • Zainstaluj ten program (DataType way)
  • Ściągnij libpng-dev i przekompiluj z —enable-png

Więcej niż piktogramy

Ikona w AmigaOS była czymś więcej niż ikony w innych systemach. Po pierwsze była dodatkowym plikiem, którego nazwa zgadzała się z nazwą pliku, który miała opisywać i rozszerzenia .info. Każda ikona posiadała dwa stany: przed i po kliknięciu. Prawdopodobnie miało to pomóc określić stan w jakim znajduje się ikona, praktycznie skupiło się to na projektowaniu uroczych ikonek, które wyglądały jeszcze zabawniej po kliknięciu. Hipopotamek z zamkniętą buzią. Po kliknięciu z otwartą i nutki. Tak się włączało szlagierowy odtwarzacz muzyki HippoPlayer.

Nie tylko lansem stały ikony. Metadanymi stały też.

Poza standardowymi rzeczami, takimi jak atrybuty pliku, komentarz i data utworzenia, widzimy pole “Default tool”, co jak bardziej rozgarnięci czytelnicy mogą zgadnąć, jest miejscem do wpisania domyślnego programu, który włączy się przy dwumlasku Bieleckiego. Mogłeś więc komponować sobie muzykę w programie muzycznym, zawrzeć nazwę tego programu w polu “Default tool” i klikając wracać do pracy nad nim, ale mogłeś też bez problemu zaciągnąć ikonę do HippoPlayera i posłuchać efektów.

A te “Tool Types”? To nic innego jak dodatkowy sposób na konfigurowanie programu w stylu .ini, zmienna = wartość. Pozwalało to zmienić domyślne ustawienia wywoływanego programu (w przypadku zrzutu ekranu jest to instalator aplikacji).

Wrócę jeszcze do komentarzy. Komentarze to była dopiero super sprawa. Ponieważ AmigaOS nie dostarcza żadnych narzędzi do zarządzania swoim cyfrowym żywotem i do tego jest systemem jednoużytkownikowym, to normą było ręczne kopiowanie plików do systemu. Jak ktoś miał świeższą wersję reqtools.library na dysku, to nie ściągał pakietu instalacyjnego, tylko kopiował go sobie do libs:, przy takim podejściu do systemu komentarze do plików pozwalały mi zachować zmysły.

Przed instalacją programu wpisywałem w konsoli polecenie, które ustawiało komentarze dla wszystkich plików programu na np. “Plik pochodzi z programu XYZ, zainstalowano w marcu”. Potem pozwalałem się mu instalować. Kiedy coś mi nie grało z fontem czy biblioteką, po prostu patrzyłem na komentarze i już wiedziałem, że plik został nadpisany. Jak nie masz dpkg to masz łeb!

A jak było naprawdę?

AmigaOS w tamtym wcieleniu był systemem bardzo dobrym. Na lekko dokarmionej Amidze człowiek pracował jak pszczółka i czuł się jak bóg. Bo i serio nie było specjalnie przeciwników. Apple było praktycznie nieznane, a OS7 powodował tylko pusty śmiech. Microsoft miał dopiero przywalić z Windows 95 i zgarnąć pulę nad długie lata. Atari, poza małą niszą, nigdy nie przekonało nikogo TOS-em, a Falcon spadł z drzewa zanim się dobrze wykluł. Ośmiobitowce dawno już trafiły na karty historii.

Światu nie zabrało długo by dopaść, a później przegonić AmigaOS. Potem wybuchła wojna domowa i dzięki wielkiemu wysiłkowi walczących stron prawie nikt nie przeżył. Powstały trzy największe obozy, tak wielkie, że po ustawieniu ich na łbie od szpilki zostanie miejsce dla kilku milionów diabłów. Ale to już historia na inną okazję. Jeżeli chcecie posłuchać mojej jednostronnej i absolutnie zakłamanej historii współczesnej świata po Commodore, to możecie napisać e-maila. Zbiorę się na pięćdziesięciolecie.

Przekonałeś mnie

Miałeś Amigę i nagle zachciało Ci się klikać? Są opcje.

  • WinUAE dla tych, którzy chcą postrzelać z paralaksą. Używać też pod Linuksem via WINE, chodzi dużo lepiej niż natywne port.
  • Amiga Forever KX Light opcja dla ludzi zainteresowanych emulacją z dozą legalności.
  • Icaros Desktop to dystrybucja open source’owej reimplementacji AmigaOS, AROS-a. Myśl Haiku do BeOS minus binarna kompatybilność.
  • MorphOS, ideowy spadkobierca AmigaOS, działa na Macu Mini i eMacu (w przyszości PowerBook) z procesorami PowerPC. Wersja darmowa działa przez pół godziny
  • AmigaOS 4.1, oficjalny następca. Działa tylko na wybranych płytach. Możesz kupić Samanthę lub Pegasosa.
  • Opcja nerdout: reimplementacja A500 w FPGA.

Full disclosure, kumpluję się z eFUNZINe. Jak coś kupicie powołując się na ten tekst to mogę obiecać, że coś surpresę.

  1. od tego w tamtych czasach miałem ŁKS. Jak powiedział kiedyś nbw: Amiga i ŁKS, zawsze mieliśmy przejebane
  2. żeby mi się .git nie mieszał z katalogiem domowym

Sen nocy letniej

Stoją tam we dwie. Ta niższa robi za trybunał. O nieobecnej koleżance opowiada historię, która odbija się od wiat przystanku autobusowego linii N4. Otóż ona, ta nieobecna, mówi “kupiliśmy” kiedy to jej chłopak kupił pralkę. Poza tym mieszkają osobno, ta nieznajoma i chłopak z pralką. Gacie tylko do niego nosi. W domyśle, że chyba brudne. Poza tym nie gotuje. Nie potrafi.

Ja” — wspomniała oratorka — “też nie potrafię”. Zupę jednak zrobię. Bo zupę się wstawia, ona się gotuje, ja się maluję. Dobre czasy. Koleżanka, ale ta co stoi na przystanku, nie ta od pralki, potakuje. Rozumie. Ona też by, gdyby nie. Żartują obie o zupce chińskiej przy świecach.

Tak stoją dwie czarownice, nocą letnią, biadoląc o cudzym szczęściu. Kolejną noc spędzą rzucając się w zimnej poscieli marząc o rycerzu z własną pralką.

Kiedy teraz siedzę i próbuję zapisać to, co widziałem, jestem zagadywany. Jakiś młodzieniec przysiadł się do mnie i pyta o czym piszę. Odpowiadam, że tylko notuję. Czemu notuję, pyta. Chyba żeby nie zapomnieć. Pukając się w nos i wskazując siedzące przede mną dziewczyny mówi, że on dzisiejszej nocy nie zapomni. Kiedy autobus zatrzymuje się po raz kolejny, podnosi się z okrzykiem “dziewczyny, wysiadamy!” i zostaje sam na przystanku. Dziewczyny jadą dalej, a on tej nocy nie zapomni z pewnością.

Gdyby miał pralkę.


Twórca w nowych czasach

W ostatnim odcinku podcastu LoFijiNKS Joel Watson, autor komiksu Hijinks Ensue opowiada na pytania związane z problemami i możliwościami przed jakimi staje dziś niezależny autor, który chce publikować w Internecie.

Od “jak się promować?” po “jak zarabiać?” przez Creative Common i piractwo z ust gościa, który w przeciwieństwie do “ekspertów” od social media ma doświadczenia z pierwszej ręki.

LoFijiNKS Podcast #7, 1:24:55h


Poniedziałek the 14th

Nie jestem fatalistą, ale koniec jest bliski. Na szczęście tylko poniedziałku, który zaczął się tak.

Wstałem o piątej. Wyznaję zasadę, że trzeba iść jak najszybciej do pracy żeby wyjść jak najpóźniej. Nie jestem jednak pracoholikiem który zarabia worki pieniędzy. Jestem po prostu idiotą. Wypiłem śniadanie składające się z dwóch kaw i na paluszkach, żeby nie obudzić dzielącej ze mną norę mieszkalną kobiety, przedostałem się do przedpokoju gdzie stwierdziłem brak kluczy do biura.

Rozważyłem opcje i nie znajdując rozwiązań opadłem znów przed laptopa. Popisałem kilka zdenerwowanych e-maili, które zaczynały się od wulgaryzmów, zawierały kilka innych w treści i miały priorytet ustawiony na High co uznaję za wulgaryzm wysmakowany.

Pracuję z ludźmi, którzy wszystkie godziny przed 11:30 uważają za środek nocy. Szansa zobaczenia ich w biurze przed czternastą jest znikoma.

Szczęście uśmiechnęło się do mnie 1 około dziewiątej, gdy thung stwierdził, że jest w stanie przybyć do biura już przed jedenastą. Uradowany tą wiadomością spakowałem się bardzo szybko, ucałowałem osobę pełniącą rolę żony i jednym płynnym gestem wylałem na siebie stojącą na stole herbatę.

Przebrałem się i ze śpiewem na ustach, słowa piosenki były głównie o mojej nienawiści do świata jako takiego, udałem się do biura.

Za jakiś czas pojawił się Potera i od drzwi oznajmił nam, że się wywalił. Na laptopa, bo nie chciał się ubrudzić. Pocieszyłem go, że przecież chyba nic się nie stało, jego wylizany MacBook Pro, który otrzymuje więcej zabiegów higienicznych przy pomocy miękkich szmatek i płynu antybakteryjnego niż dwa wagony tramwaju linii 11, nie może się zepsuć przecież ot tak, od wywrotki.

A potem go wyciągnął z torby.

Brzydki Maczek to tak jak niedziałający PC. Udało się nam trochę poodginać porty i nawet działa.

Dzień upływał dalej zwykłym rytmem. Zadzwoniliśmy do klienta, z którym to klientem przygotowujemy projekt od dwóch miesięcy, żeby usłyszeć taką linię: “Nie mogę przekonać szefów, zajmijcie się czymś innym”. Było coraz lepiej.

Wieczorem opuściłem biuro by spotkać się z przyjacielem, napić się piwa i może zobaczyć mecz Włochy - Paragwaj. Spotkaliśmy się w knajpie, gdzie przy piwie opowiedziałem mu o naszym strasznym dniu. Popatrzył na mnie i od niechcenia wspomniał o tym, że rano upuścił kubek kawy na podłogę, który rozbił się na kawałki zalewając wnętrze jego komputera, który nie chce się już włączyć. Pośmialiśmy się z naszych tragedii. Potem dodał, że następna osoba z którą się umówiłem nie dotarła do pracy, bo urwało mu się koło w jego BWM M3. Pośmialiśmy się jeszcze trochę i postanowiliśmy już niczego się w tym dniu nie dotykać.

Zasiedliśmy więc po staropolsku, przy jadle, napoju i włączonym telewizorze nastawionym na Szpakowskiego. Dzwonek do drzwi. Na scenę wchodzi Krzaku i dramatycznym gestem pokazuje na swoje oczy, które pozbawione są białek. Opowiada: zacząłem grać w filmie, pani mi mordę pudrowała pierwszy raz, puder dostał się pod soczewki, zasnąłem w soczewkach, ostre zapalenie spojówek wyłączające mnie z dalszej działalności artystycznej związanej ze szczerzeniem się do oka kamery.

Zebrał oklaski, bo był dobrą kropką nad naszym “i” w “tragedia!”.

  1. ostatni raz

Będąc w dziewięćdziesięciodziewięcio procentowej mniejszości

Będzie krótko i węzłowato. Proszę, jeżeli chcecie napisać, że jesteście zupełnie pewni, że nigdy nie spotkaliście się z kimś kto robi to czy tamto inaczej, że prawie coś skończyliście, to nie piszcie:

  • Jestem pewien na dziewięćdziesiąt dziewięć procent.
  • I tak dziewięćdziesiąt siedem procent użytkowników Maka używa Windowsa.
  • Skończyłem projekt w 33 procentach.

Czytając takie zdania widzę od razu naukowca w odmianie reklamowej. Takiego od bielszej bieli, takiego ślepiącego się w rosnące słupki, które nie mają podziałki.

Ile wynosi jeden procent waszej pewności? Trzy bibliotekogodziny? Skąd bierzesz dane dotyczące użytkowników? A ile to jest w naprawionych błędach?

Zupełnie pewny”, “większość użytkowników, których znam”, “zamknąłem trzy błędy”.

Gdy piszecie notkę o tym, jak bardzo wam unikalni użytkownicy obrodzili, powstrzymajcie się proszę od przechwalania się procentami bez podania bazowej. Nasza Klasa, popularny wśród pracowników biurowych serwis ze zdjęciami, próbowała takiej sztuczki wklejając na swoim blogu wykres. Bardzo im urosło. Nie wiadomo co, nie wiadomo porównując do czego, ale urosło.

Porównywanie “przyrostów” bez kontekstu nie ma sensu. Wiecie jak łatwo mieć przyrost w tysiącach procentów posiadając pięciu użytkowników i jak trudno o procentowy wzrost posiadając tych użytkowników milion?

Podsumowując. Procent to nie jest wasza prywatna dziwka żebyście ją pakowali gdzie wam się podoba. Samo wstawianie liczb nie nadaje niczemu powagi. Wstawianie liczby od czapy zabiera co najmniej 17.39 procent lansu. Większa połowa z was i tak nie zrozumie, prawda?

Na marginesie: jak wszyscy wielcy blogerzy przede mną zamknąłem komentarze. Foch? blog@bronikowski.com


Nieuporządkowane” sortowanie w MySQL

To bardziej note-to-self niż notatka.

Musiałem dziś posortować dane wg kolumny, która zawierała tekst i narzucić porządek ustalony odgórnie i nie zawarty w logice bazy. Na początku napisałem wielki UNION, który łączył trzy zapytania z różnymi parametrami do WHERE, ale wydawało mi się to wybitnie nieeleganckie.

Okazało się, że jest piękne rozwiązanie. To parametr FIELD do ORDER BY.

SELECT   id,   soup_name,   how_salty_avg FROM   soups ORDER BY   FIELD(    soup_name,     'Pomidorowa',     'Szczawiowa',     'Niespodzianka',     'Odpadek'   )

Człowiek uczy się całe życie. Na szczęście za część tej edukacji płacą 1 klienci.

  1. to bardzo ryzykowna teza, ale nie waham się jej postawić

Źle, gorzej

Działo się to dość dawno temu. 1

Wróciłem ze szkoły i już od drzwi poczułem tę zimną atmosferę, której obawia się każdy nastolatek, który ma zbyt wiele za uszami. Może dzwonili ze szkoły zapytać, czemu nie było mnie na zajęciach w maju? Może zadzwoniła policja, która spisała mnie w drodze na trening za wznoszenie okrzyków o ambicji zajebania łódzkiej policji? 2

Przeszedłem do pokoju rodziców i zastałem ich w pozycji „usiądź i porozmawiamy”, usta zaciśnięte w białe kreski, wzrok wycelowany wprost we mnie. Usiadłem. Rozmowę rozpoczęła matka. Zapytała mnie czy wiem, co mógł znaleźć ojciec. Ojciec mógł znaleźć wiele rzeczy, nie chciałem więc zgadywać i odkrywać wszystkich kart. Odpowiedziałem, że pojęcia nie mam. Ojciec podniósł się, stanął na stole i sięgnął za kolumnę stojącą na szafie. Wyciągnął zza niej kasetę VHS i położył ją na stole.

Okładka przedstawiała panią i pana podczas wyjątkowo namiętnego seksu analnego. Węgierski tytuł obwieszczał coś o „anal” i coś o „terminator”. Zapytano mnie, czy mam coś do dodania. Nie miałem niczego do powiedzenia, otworzyłem pudełko i wyjąłem kasetę, włączyłem odtwarzacz i telewizor. Mimo protestów matki, które uciszyłem gestem „chwila, robię”, włączyłem film.

Wielkie jest prawdopodobieństwo, że w ten dzień, w tym miejscu, moja rodzina straciła resztki wiary co do mojej przyszłości. Telewizor rozświetlił się ostatnim odcinkiem „Czarodziejki z Księżyca”, który nagrałem dla innych nerdów ze szkoły. Jako jedyny posiadałem sprzęt i dość wolnego czasu wynikającego z wagarów. To jedyna kaseta, na której nam nie zależało i przeznaczyliśmy ją do skasowania. Schowałem ją z uwagi na okładkę.

  1. Nie pamiętam czy już kiedyś o tym nie pisałem, to popularna historia wśród moich znajomych, postanowiłem więc zapisać ją i na przyszłość po prostu podawać odnośnik.
  2. Prawy pomocnik krzyczał, mnie spisali. Jak powiedział Pan policjant, kiedy odmówiłem wskazania winnego: „Chcesz mieć miękkie serce to musisz mieć twardą dupę”.

HTML 2 PDF: wkhtmltopdf

Zadanie: przygotować dokument PDF zawierający wszystkie faktury wystawione przez system w ostatnim roku.

Problem: system nie zapisuje faktur w PDF-ach, są wyświetlane jako strony HTML na ekranie monitora i drukowane przy pomocy arkuszy stylów z odpowiednimi definicjami @media dla wydruków.

Problem: faktury, które trafią do dokumentu muszą wyglądać identycznie jak te dostępne w systemie. Napisanie zewnętrznego generatora, który na podstawie danych z bazy zapisze odpowiedni PDF będzie kłopotliwe i czasochłonne. 1

Problem: programy, które potrafiły generować PDF z HTML-a nie potrafiły robić tego dobrze. Większość była szlachetnie nieświadoma istnienia definicji w style.css — pamiętajmy — celem jest identyczny wygląd.

Rozwiązaniem byłoby zautomatyzowanie wydruków przy pomocy przeglądarki. Nie miałem za bardzo pomysłu jak tego dokonać. Do tego dochodzi okienko przed wydrukiem, którego chyba nie da się oskryptować.

Pokarmiłem wyszukiwarkę różnymi słowami kluczowymi i znalazłem projekt wkhtmltopdf, który zrobił mi dzień. WebKit HTML To PDF to jak ławo zgadnąć program zawierający w sobie silnik WebKit i wypluwający na jego podstawie PDF. Czego można chcieć więcej? Potrafi używać osobnych stylów, interpretuje JavaScript (więc nie ma problemu z robieniem zrzutu aplikacji generującej wygląd przez dżejkłery czy co tam teraz jest modne do fruwania elementów) i zmienić automatycznie kolorystykę na odcienie szarości, co pomaga przy drukowaniu. Innymi słowy robi jedną rzecz i robi ją dobrze.

Przykłady: piotrpotera.com, bronikowski.com, riddle.pl 2

Jak widać “tekst jest tekstem”, obrazki się wczytały, zewnętrzne czcionki także zaskoczyły. Jestem miło zaskoczony. Faktury nadal się konwertują. Jeden testowy przebieg trwa około pięciu godzin. Tę noc spędzę w objęciach kawy.

  1. dorzućmy do tego problem z kodowaniem, który powstał w wyniku dawnej aktualizacji MySQL-a do 4.1, która to wersja lubiła definiować latin1 dla pól tekstowych
  2. Strona Riddle się delikatnie popsuła. Nie żeby mnie to specjalnie dziwiło, on jest psuja od CSS, a wersji WebKita z którą zbudowany jest wkhtmltopdf na moim systemie nie znam.

Bajka z morałem

W pewnym królestwie, którego nazwa ginie w mrokach historii, mieszkał książę. Fucha była całkiem niezła, płaca dobra, a jedyne zagrożenie stanowiła kombinacja złej wiedźmy i czaru zamieniającego w żabę. Na tę okazję książę utrzymywał kilka kurew o złotym sercu, które za dukaty pocałują praktycznie wszystko.

Idylla została zburzona. Królewska toaleta się zapchała. Gówno, a i obiekty natury okołohigienicznej wrzucane z pewnością przez roztargnionych domowników do muszli, rzuciły wyzwanie prawom fizyki.

Zawstydzony książę postanowił nie wzywać hydraulika. Raz po raz pociągał za spłuczkę pełen nadziei, że materia nieożywiona wreszcie odpłynie i dołączy do swoich braci w kanale. Tchórzył jednak za każdym razem, gdy poziom wody podnosił się zbyt wysoko. Nie pozostało nic innego. Trzeba będzie fizycznie usunąć to gówno.

Strapił się książę. Najbliżej czegoś co dziedziczyło wszystkie właściwości fizyczne gówna znalazł się podczas tego spotkania z dyplomatami kraju, którego nie kochał przesadnie. Zabawa ekstremistami nie znajdowała się wysoko na liście rzeczy, których szlachetnie urodzeni podejmowali się bez żachnięcia. Nie licząc tych zboków od markiza De Sade. Z sercem pełnym rozpaczy i duszą pełną strachu pociągnął za spłuczkę jeszcze raz.

Obserwował jak poziom wody podnosi się i podnosi. Kiedy wydawało się, że już za chwilę woda przeleje się za brzegi rozległo się ciche mlaśnięcie i breja opadła gwałtownie. Sytuacja została opanowana dzięki odwadze wrodzonej niechęci do pracy fizycznej i wiary, że Einstein pomyli się w przyszłości mówiąc, że problemów nie da się rozwiązać tym samym sposobem myślenia jakim się te problemy stworzyło.

Prawdziwy intelektualista woli poczekać, aż mu się kibel zapcha z jego własnej winy. Gdy się już zapcha, zaryzykuje rozwiązanie proste i o małych szansach powodzenia. Jan Kowalski popchnie gówno sam. Dlatego właśnie świat pełen jest szczęśliwych prostaków i zasrańców oczekujących, że problemy zasadniczo rozwiązują się same jeśli się poczeka dość długo.


Magiczne, rewolucyjne, nie do uwierzenia

Kto nie publikuje w iBooks ten przegrał życie.
Anonimowy komentator Onet.pl

Prawdziwego mężczyznę poznaje się po tym jak kończy (i po kapeluszu), a ja kończę z opuszczoną głową, którą mam zamiar podnieść w obliczu nowej nadziei jaką niesie ze sobą najnowsze dziecko Apple, iPad. Bądźmy szczerzy: jest tylko jedna firma, która może zmienić sposób w jaki postrzegamy świat, sposób w jaki konsumujemy media. Zamykają kina, Wall Street Journal się nie sprzedaje, New Yorker zwalnia, mało kto czyta bronikowski.com — możemy więc uznać, że kultura konsumpcji treści wysokiego lotu upada.

iPad zmieni to wszystko. Tak jak iPod zmienił świat cyfrowej muzyki. Książki, filmy i gazety pod opuszkami palców. Inteligentna konsumpcja treści, która wpisuje się tak dobrze w nowoczesny świat, w którym przyszło nam żyć. Monetyzacja. Synergia. Boso po kalifornijskiej łące z plastikowym kubkiem z kawą.

Widzę też problemy. Apple słynie z pomijania naszego kraju, tak zasłużonego przecież i oddanego firmie z Infinite Loop, w dostępie do cyfrowych kanałów dystrybucji. Póki nie wyjaśnię tej sprawy, a wiedzcie, że napisałem już stosowny e-mail pod sjobs@apple.com, będę musiał polegać na archaicznej metodzie dystrybucji jaką jest RSS.

http://ipad.bronikowski.com

W przyszłości mam zamiar przenieść całego bloga do iTunes Store, jedna notka za dziewięćdziesiąt dziewięć eurocentów. Myślę, że cena jest fair. Zwykły tekst kosztuje mnie 2*Guinness i paczkę fajek.


Wyłącznik zmierzchowy

Stałem na przystanku i właśnie wtedy bóg zamrugał do mnie oczami miasta. Na rozkaz niesłyszalnego głosu uliczne lampy otworzyły swoje brudne klosze z sodowymi źrenicami.

Stałem tak, zdziwiony jak dziecko, podziwiając ten akt tworzenia. I stała się jasność. Krwiobiegiem ulic popłynęły tramwaje. Wczorajsze kałuże zatrzymały się na chwilę zdjęte chłodem.

Zimowe ulice strząsnęły z siebie ostatnich spacerowiczów. Oparty o wiatę przystanku podziwiałem swój oddech w powietrzu i dumałem nad smutnym faktem: coraz rzadziej rozważam, co by było gdyby. Gdybanie jest świetną rozrywką dla osoby, której zestaw problemów ogranicza się do następnej butelki wina, następnego blanta i wahań na rynku zupek gotowych do spożycia po zalaniu wrzątkiem. Ostatnio problemy ścięły włosy, założyły garnitury i wydoroślały. Siedzą gdzieś na brunchu debatując o najnowszych trendach we wnoszeniu opłat za farmę serwerów i paradygmatach w konsumpcji kredytów odnawialnych.

Co by było, gdyby wyłączyli oświetlenie w mieście? Zapytałem kiedyś o to w parku Zdrowie, nocą, patrząc w utopione świetlnym smogiem niebo. Wszyscy zgodzili się, że byłoby całkiem super. Sekundy później horyzont zgasł. Gdzieś w elektrowni musiał wyskoczyć bardzo duży bezpiecznik. Przyduszony narkotycznym dymem wysapałem z siebie monosylabę zdziwienia i ekscytacji. Na niebo wciągnięto planszę “przepraszamy za usterki”, razem z białymi kropkami gwiazd.

Co by było, gdyby wyłączyli oświetlenie w mieście? Pewnie by nam obrobili biuro. Dlatego nie zadaję sobie już tych pytań, rzeczywistość jest męcząca.

Gdyby baba miała wąsy, to z pewnością stałaby się rzecznikiem jakiejś firmy oferującej laserowy zabieg usuwania nadmiernego owłosienia, razem z kampanią wirusową i fanpage.


Bohdan

Bohdan sypiał w krzakach jałowca. Nie od początku do końca swojego życia, ale przez kilka dni, które spędziliśmy nad wodą. Bohdan miał sweter, skołtunioną brodę, potargane włosy i oddech pijaka. Trzy pierwsze elementy miały wkomponowane igły jałowcowego legowiska. Jak wszyscy obecni na tym wyjeździe, oddawał się prostym przyjemnościom: siedzeniem porankiem na brzegu zalewu z wędką, spożywaniu dużych ilości alkoholu kupowanego na kanistry od wycofujących się braci ze Wschodu, jedzeniu mielonki i puszczaniu bąków. Nie mogę przecenić wkładu tych rybackich wyjazdów w kształtowanie mnie jako obywatela i mężczyzny.

Od czasu do czasu, przy kolacji, odbieraliśmy też wykształcenie klasyczne. Bohdan zapytał mnie znad puszki mielonki:

  • Emil, Ty się uczysz niemieckiego w szkole?
  • Tak! Bardzo mi się podoba — tu się przedstawiłem z adresem, używając najlepszego akcentu podkradzionego z amerykańskich filmów o nazistach.
  • To jak będzie “zmęczony” po niemiecku?
  • Hmm — zrobiłem przerwę, która sugerowała że zapomniałem, ale z pewnością wiedziałem.
  • Müde!
  • Ach, właśnie.
  • To tak jak w zdaniu, jak kolega wyciągał mnie w Berlinie do burdelu, powiedziałem mu “Thomas, ich bin zu müde”.

Bo Bohdan był sztandarowym biznesmenem tego okresu. Jak w piosence Big Cyca: “Renta, stypendium — wyżyć się nie da. Tu kupisz, tam sprzedasz — nie weźmie cię bieda”. Nie zadawałem sobie pytań o to, czemu biznesmen tej klasy, odrzucający zaproszenia do niemieckich burdeli, sypia w krzakach jałowca. Sam chciałem spać na dworze, ale mi zabroniono. W moim umyśle jasnym stało się, że tylko ktoś, kto trzyma życie w garści, może spać gdzie chce.

Wróciliśmy z wycieczki. Bohdan stał się częstym gościem w naszym domu. Przy stole przytaczał anegdotki z życia, zapamiętałem jedną, którą opowiadał nie bez dumy. Jego córka przekomarzała się ze swoją koleżanką o to, co mają lepsze i większe. Wygrała przez nokaut stwierdzając, że jej tata ma większe długi niż tata koleżanki.

Następnego dnia ojciec wziął mnie na stronę i jął mi tłumaczyć historię Bohdana. Kupił on do spółki z kimś młyn, z miłości do siebie wystawił sobie pieczątkę prezesa i nią całował dokumenty, wspólnik zabrał forsę i wyparował. Co mi było po tej wiedzy? Otóż prezes upadłego młyna chciałby pożyczyć ode mnie telewizor. 1 Poruszony historią zgodziłem się, uprzedzając, że bardzo będę się cieszył jak mi go szybko zwróci, bo brak telewizora odcina mnie od komputera, a nie mam zamiaru walczyć z matką o dostęp do tego w pokoju, bo ogląda się na nim Izaurę.

Kręcąc się na fotelu, dwadzieścia dwa lata później, dumam sobie nad biznesem w ogóle. Dumam bez telewizora, który pożyczył ode mnie Bohdan, a którego nigdy nie zwrócił. Gdybym wyciągnął wcześniej wnioski ze spotkania z królem jałowcowego zamku, to może żyłoby mi się łatwiej. Trzeba okradać głupszych (którzy wystawiają sobie pieczątki dla picu), albo słabszych i naiwnych. Najlepiej kogoś, kto dziedziczy wszystkie te trzy cechy i dzięki temu jest pracownikiem wprost idealnym.

  1. dla ludzi z innej epoki, kiedyś podłączało się komputery do telewizorów

Świetnie poinformowany kretyn

Świat wybitnie zorganizowany

Kiedy umażesz się majonezem sięgając do klawiatury, to znak, że czas już posprzątać na biurku”. To lub bardzo podobne zdanie wyszeptałem kiedyś komunikatorem do ucha czy też oka Shota. Zdanie to unaocznia czytelnikowi, że lubię majonez na tyle, aby przynieść kanapkę z nim do centrum dowodzenia, jakim jest biurko, i że czasem potrafię zrobić dookoła siebie burdel. W sensie czysto platonicznym: skarpetki-na-podłodze, nie kurewki-za-pieniądze.

I tak jak mogę bez problemu przejść nad kolekcją brudnych kubków, co do których dostaję już listy z Instytutu Geografii od profesorów, którzy chcieliby pobrać próbki warstw taniny i dowieść, że zeszły czwartek odbył się zgodnie z planem, mimo fatalnej pogody, to nigdy nie przepuszczę jednak plikowi na twardym dysku, który zawieruszył się w “złym” miejscu. Dostaję bolesnych skurczy widząc u kogoś katalog “różne”, w którym zbiera swoje wiersze.txt, swoje filmy.avi, wspomnienia z wakacji.jpg i mu to nie przeszkadza. Kiedy ty czy on ściągacie wszystko na Pulpit, bo tam się znajdzie, bo pod ręką jest, a potem to gnije jak mięso, które utkwiło w dziurawym zębie.

Komputery to prawdopodobnie jedyna dziedzina mojego życia, którą kontroluje w stopniu zadowalającym, pozwalam więc sobie na rozwijanie mojego kompulsywnego stosunku do porządku (a jest to porządek szyty na miarę starych zamordystycznych państewek, gdzie “strzelać, potem zadawać pytania” jest drugim punktem konstytucji) i nie zwracam uwagi na łzy bliskich mi osób, którym wykładam ze szczerością, że ich top-posting w e-mailu zepsuł mi wątek, przez co mam rozwalony dzień, i jak oni się czują z tym i czy chcą porozmawiać z moimi klientami, skoro już próbują niszczyć moją komunikację ze światem.

Nie jest to wielkie upośledzenie. To takie kuśtykanie na jedną półkulę mózgu. Większość ludzi wie, że nie idzie się tym zarazić kropelkowo czy też przez stosunek seksualny. Mój większy problem stanowi chęć sprawdzania nowych rzeczy. Ten stan przypomina kogoś, kto porażony arachnofobią rozwija w sobie talent do odwiedzania kilkudniowych paneli naukowych o pająkach, a pod wpływem wielu mądrych ludzi i ich opinii (a i własnej ciekawości) zakupuje pająka, by co wieczór podskakiwać z krzykiem “Kurwa, jaki wielki pająk!” i łapiąc się za serce przetrawiać fakt, że ma go na własne życzenie.

Telepatia bez mózgu”

Tłumaczyłem mojej siostrze fenomen Internetu. Było to w czasach, kiedy kobiety były kobietami, mężczyźni mężczyznami, modem 14.4K był luksusem, a do snu gwizdałem sobie nośną 0202122. Jakieś czternaście lat temu. Tłumaczyłem jej, że tu, teraz, mogę wysłać wiadomość do kogoś mieszkającego w Afryce i on ją otrzyma nie za miesiąc, nie za tydzień, a za kilka sekund. Była to fantastyczna wizja. Świat skurczył się niczym tandetna podkoszulka po drugim praniu.

Wtedy nie zadałem sobie pytania, czy ja mam coś do powiedzenia temu komuś i czy ten ktoś ma mi do powiedzenia coś, co będzie interesujące. Dziennie otrzymywałem trzy e-maile, które czytałem z najwyższą uwagą i na które odpisywałem godzinami (rekord to prawie sześćdziesiąt kilobajtów relacji z osiemnastki znajomych, na którą Maciek nie odpisał do dziś w całości).

Przewijamy do 2010 roku. Dziś otrzymałem 62 e-maile, większość skasowałem bez czytania. Te, na które odpisałem, składały się z kilku linii. Kanały RSS wyprodukowały 174 nowe wiadomości, połączone siły Facebooka, Blipa i Twittera dorzuciły kolejny tysiąc postów. Przegadałem ponad godzinę przez Skype. Przeczytałem kilka wątków na tym i owym forum.

Napisałem czterdzieści linii kodu.

Po całym dniu wiem mniej, niż wiedziałem, gdy podnosiłem zwłoki. Rozwiązałem zero problemów, doszły dwa nowe. Nie uczę się już nowych rzeczy, spędzam czas na kasowaniu informacji, ignorowaniu informacji, zarządzaniu informacjami, przekazywaniu informacji. Mija dwudziesta godzina przed klawiaturą i nie czuję abym wyprodukował coś, co ma jakiś sens, tak z osobistego jak i zawodowego punktu widzenia.

Zbudujcie, a przyjdą. Przyjdą. Przyjdą. Przyjdą.

Google wydało dziś nową zabawkę, Google Buzz. Poczułem się pokonany. Totalnie pokonany, jak młody partyzant pochwycony przez wroga. Siedzę tu i patrzę jak moje miasto jest niszczone, matki i córki gwałcone na mojej ziemi, mężczyźni rozstrzeliwani. To był kiedyś mój komputer. Teraz jest to komputer społeczności i choćbym się wyrywał, kopał i szarpał, to mogę być z nimi, albo z nimi, ostatecznie z nimi.

Wszystkie znaczenia trafił szlag. Na Facebooku moim przyjacielem jest Piotr Petrus. Wymieniamy się czasem e-mailami. Na Facebooku moim przyjacielem jest Joel Watson. Dorzucam się na jego komiks i podcast. To fantastyczni ludzie, ale z pewnością nie przyjaciele. Tak to już jest, wszyscy jesteśmy przyjaciółmi. Doubleplus good w nowomowie. Ale to mniejszy problem.

Większy problem leży w tym, że Joel’a śledzę też na Twitterze. Automat puszcza te same informacje tu i tu, czytam więc dwa razy. Są osoby, które śledzę na Blipie. Dzięki wtyczkom dodają oni swoje informacje na Facebooka i Twittera. Wczorajszy tekst Czerskiego dostałem przez RSS, Facebooka i jeszcze e-mailem do kogoś. Patryk Zawadzki jest encyklopedią dziwacznych odnośników. Google automatycznie dodało go do “obserwowanych” w Google Readerze, bo wymieniamy się e-mailami. Większość rzeczy trafia do mnie dwa razy, od dziś będzie trafiać trzy razy, bo Google Buzz pożywia się informacjami z wcześniej wspomnianego czytnika RSS.

Wiem, że mogę nad tym zapanować. Przestać obserwować kogoś na Twitterze, ukryć statusy na Facebooku, obciąć listę kanałów, przestać w ogóle czytać. Hydra informacyjna wypuszcza dwie nowe głowy na miejsce tej ściętej. Mogę pokasować konta, tak jak gościu uzależniony od methu może przestać robić laskę za kolejną działkę.

Nowe oświecenie

Wiem co jecie, jakiej muzyki słuchacie, gdzie łazicie. Z większością z was nie miałem okazji napić się wina w ciepły letni dzień i wymienić opinii co do drużyn piłkarskich. Google wie o mnie więcej niż moja dziewczyna. Facebook kradnie moje komentarze, bo z próżności dodałem swoją stronę do odpowiedniego katalogu. Znam meme o penisie Lady Gaga. Nie wiem kto to jest Lady Gaga. Żyję w świecie, którego byłem adwokatem i promotorem. Połączonego świata w którym nieskrępowana informacja jest w zasięgu ręki. Jestem wybitnie poinformowanym kretynem.

Zdjęcie wykonane przez WSDOS na licencji Creative Common.


Tak” dla cenzury Internetu

Płacz. Internet, w swojej wielogłowej i bezmózgiej masie, zaniósł się płaczem! Och, rząd chce nam zamykać strony! Różni samozwańczy spece od prawa czy inni anarchiściatakują ten rozsądny pomysł ostrzami swoich paragrafów. Jakże krótkowzroczna, jakże niesprawiedliwa jest taka krytyka, ba, powiedziałbym nawet — krytykanctwo!

Rozważmy Internet. Miejsce, w którym każdy idiota może napisać dowolną rzecz bez ponoszenia konsekwencji za swoje słowa. Internet, miejsce, gdzie zasłużeni dla kultury artyści, tacy jak Shakira czy Megan Fox, są ograbiani z ciężko zarobionych pieniędzy. Śmietnisko ludzkości, gdzie za jednym posiedzeniem można sprawdzić, jakie narkotyki dziś mają dobrą cenę, pooglądać rozebrane laski, wystąpić z kościoła rzymskiego i dowiedzieć się faktów o rzeczach, o których przed ślubem powinieneś wiedzieć tylko z opowiadań przy trzepaku.

Spójrzmy prawdzie w oczy. Trzeba podjąć kroki, radykalne kroki, które ukrócą to szaleństwo. Widzę potrzebę cenzurowania Internetu tak, aby młodzi ludzie nie nasiąkali głupotami, nie spędzali czasu na bezproduktywnych debatach i produkowali ku większemu dobru społeczeństwa. Jako administrator kilku serwerów mam zamiar podjąć odpowiednie działania na własną rękę, ale jak tylko odpowiednia ustawa zostanie wprowadzone w życie, wyślę do łódzkich dostawców Internetu list zachęcający do poparcia mojego projektu samocenzury.

Proponuję następującą listę stron szkodliwych dla młodych ludzi i Polaków w ogóle. Stron zawierających kłamstwa, radykalne idee, nawołujące do konfliktów, zawierające materiały szkoleniowe dla radykałów.

  • platforma.org
  • sd.pl
  • pis.org.pl
  • sld.org.pl
  • uniapracy.org.pl
  • psl.org.pl

Listę tę należy poszerzyć o indywidualne strony liderów. Mam nadzieję, że podpisujący ustawę politycy docenią moje działania wyprzedzające i zrozumieją, że demokracja demokracją, ale racja musi być po naszej stronie.

http://www.google.pl/url?sa=t&source=web&ct=res&cd=1&ved=0CAcQFjAA&url=http%3A%2F%2Fwww.platforma.org%2F&ei=Ip5ZS-ORKsvW-QbAnv0Y&usg=AFQjCNF98rXyAyCklBOy96Ys5yzjSlx0Eg&sig2=Ez8HoPsieKXxycAWYi9O5g

2010

Był 2009, będzie 2010, a po nim i 2011. Nie ma powodu do paniki. Nie ma też powodu do upijania się tanim szampanem. Pewnie, stojąc dziś w oknie i podziwiając eksplozje, postanowicie sobie coś. Że schudniecie, że rzucicie palenie, że zaczniecie pracować jak porządni ludzie, o spłaceniu długów pomyślicie.

Do końca tygodnia zapał wyparuje razem z alkoholem, a poniedziałkowy dzień pracy rozpoczniecie od pożyczenia piątaka na słodką bułkę, którą zjecie, popijając kawą i zaciągając się kolejnym papierosem.

To nasza natura. Wierzymy, że w sumie jesteśmy całkiem dobrymi ludźmi, którzy potrafią się zmienić. Wymiana kalendarza pomaga nam okłamać się po raz kolejny. To nowy początek, myślimy. Początek może i nowy, ale Ty jesteś ten sam, stary. Ten sam, który miał postanowienia w 2005, 2004.

Moje noworoczne postanowienie będzie bardziej przyziemne. Realistyczne. Nie będzie stało w sprzeczności z ostatnimi dziesięcioma laty mojego życia. Nie wymaga modyfikacji diety i plastrów z nikotyną. Ernest powiedział:

Write drunk; edit sober.

Tak jest Panie H., dawać ten 2010.


Zgredminator

W ostatnich dniach grudnia 1979 podjęto decyzję o nieprodukowaniu więcej ludzi z lat siedemdziesiątych. Nadchodziły nowe, ekscytujące, lata osiemdziesiąte. Mówiono, że te modele, które zaprojektujemy w przyszłości, będą miały dusze i bardziej humanoidalne kształty.

W wyniku zaniedbania model 22121979-01-E uciekł i od trzydziestu lat ukrywa się na obrzeżach społeczeństwa. Najbardziej nieposzukiwany przestępca wymyka się nieistniejącym pościgom ze sprawnością martwej myszy w śmietniku.


Incitatus

Przenosimy się do studia telewizyjnego, gdzie wywiadu udzieli nowa gwiazda polskiej sceny politycznej, poseł Breja. Oddajemy głos redaktorowi prowadzącemu wywiad.

  • Pani Pośle, wystosował Pan interpelację w której padł postulat delegalizacji ciemnych miejsc. Jak stwierdził Pan w podsumowaniu, ciemne miejsca służą ludziom do popełniania gwałtów, morderstw i rozbojów. Są siedliskiem zepsucia i moralnego upadku. Padło też stwierdzenie, że nastoletnie prostytutki robią tam laskę za karty-zdrapki służące uzupełnianiu konta na telefonach komórkowych i że najlepiej idą te po pięćdziesiąt złotych. Moje pierwsze pytanie jest więc takie: skąd tak dokładne informacje?

  • Pani Redaktor, czasami człowiek musi się spuścić między obradami. Moje informacje pochodzą więc z pewnego źródła za sklepem spożywczym Żabka.

  • Rozumiem. Wywołał Pan swoją interpelacją ogólną dyskusję. Fora fanów hodowli pieczarek i fora fotograficzne pełne są ludzi, którzy twierdzą, że nie całkiem rozumie Pan skutki swojej interwencji poselskiej. Jeden z uczestników stwierdził, że, cytuję, “bym zajebał go w ten pusty baniak, to by mu oczy wpadły do gardła”. W artykule, który po tych wydarzeniach ukazał się w ogólnopolskiej gazecie, powiedział Pan, że grzybiarze do spółki z ludźmi, którzy mają ciemne sypialnie, wydali na Pana wyrok śmierci. Czy może Pan to jakoś skomentować?

  • Proszę Pani, ja się oczywiście na niczym nie znam. Próbujemy z kolegami w sejmie przepchnąć najbardziej medialne i populistyczne ustawy, które pozwolą nam dobrze wypaść w oczach niewyedukowanej tłuszczy. To głosami ludzi, którzy reagują na monosylaby i hymny, wygrywamy wybory. Gdybym ja się na czymś znał i mógłbym się z tego utrzymać. to jak Pani myśli, byłbym posłem? Oczywiście, że nie. Robiłbym coś pożytecznego. Sam problem ciemnych miejsc wydawał mi się tematem na tyle dobrze rezonującym ze zwykłym czytelnikiem Faktu, że bez rozważania jakichkolwiek za i przeciw ogłosiłem swoje stanowisko. Nie jest mi przykro, nie mam też zamiaru odszczekiwać niczego.

  • Jest Pan politykiem partii liberalnej, która niosła na sztandarach hasła normalności. Czy wyborcy mogą się czuć oszukani?

  • Wyborcy to tylko słowo zastępcze na oszukani. Pamięta Pani taką gromadę różnych kanap politycznych z fałszywym premierem? Albo tę lewicową partię, która przed hierarchami kościoła rzymskiego była zawsze na kolanach, z otwartymi ustami i zamkniętymi oczami? Ci, po lewicowcach, byli tak antypatyczni, że mogliśmy startować z hasłem “Wyjebać tamtych” i wygralibyśmy w cuglach.

  • Dziękujemy za wywiad. Jakieś ostatnie słowa do widzów?

  • Jebcie się, smarki.

W następnym odcinku programu “Wywiad pod wpływem serum prawdy” zapytamy użytkowników Internetu o ich ulubione strony.

Piotr “Vagla” Waglowski o tym samym, na serio.


Brud

Telefon

Studzienki zapchały się śmieciami i rzygały na krzywe chodniki. Lampy oświetlały ulice trupim światłem, a ludzie zdawali się wymykać chyłkiem z okolicy. Nieogłoszona godzina policyjna wybiła.

Dookoła brudnych ulic tłoczyły się ślepe budynki, w których czynsz płaci się raz na jakiś czas. Nory sypialne dla niewykwalifikowanych robotników, domowe żłobki matek tak wielu dzieci, że skończy się imiona świętych. Miejsce, gdzie zakwitła specjalna odmiana kapitalizmu: samozałatwizm. W obrębie kilku ulic można znaleźć wszystko. Odrobinę miłości, radość zgniecioną w małe porcje opakowane w aluminium, lokalnych sędziów wydających szybkie wyroki, pożyczkę na bardzo niekorzystny procent z kolanami w zastawie, kogoś kto pomoże wyrównać szanse (pierwszy magazynek gratis) na zaistnienie w świecie. Długie ramie sprawiedliwości wzdrygało się przed sięgnięciem po łokieć w rzekę gówna, więc wszystko toczyło się swoim tempem odmierzanym bezgotówkowymi przelewami krwi.

Nie można powiedzieć, że ludzie żyjący tam byli jakoś szczególnie źli. Od ludzi żyjących w innych częściach miasta różniła ich tylko częstotliwość, z jaką spoglądali na mur w ślepym zaułku swojego życia. Ciągłe lądowanie na końcu drogi bez wyjścia rozwinęło w nich talent wybijania dziury własną głową lub wspinania się. Rozłupana czaszka, podarte spodnie i twarde ręce były wliczone w koszta, bezkompromisowość była darem niebios.

Drewniane schody. Drewniane drzwi. Drewniane drzwi się nie domykają, sparciały dawno temu. Za nimi ściana i skrzynki pocztowe. Wszystkie otwarte. Pocztą przychodzą tylko rachunki i życzenia świąteczne. Jednych i drugich się nie kradnie. Dalej lista mieszkańców, nieaktualna od zawsze. Schody, piętra i drzwi. Za jednymi z nich czyjaś córka, czyjaś matka, czyjaś babcia: święta trójca na głodowej emeryturze. Podczas wysiłku wojennego pracowały w fabryce silników. Silniki były potrzebne. Potem wrócił mąż, przyszło dziecko, mąż odszedł. Historia tak banalna, że mogłaby się pod nią podpisać większość kobiet z budynku, w którym nie kradnie się tylko życzeń i rachunków.

Ludzie w takich miejscach rozwijają jeden talent, zgodnie z darwinistyczną teorią doboru naturalnego. Każdy potrafi dodawać w głowie do setki, zna różnicę między gramem a dekagramem. Za drzwiami mieszkań dzień w dzień dokonują się cuda ekonomii i arytmetyki. Jak nakarmić pięć osób, dwa gramy haszyszu z półgramowej kostki.

W pokoju zapada decyzja. Jest to decyzja przemyślana, poparta wynikami obliczeń, które roją się na kawałku kartki. Stara kobieta, która zastawiła swój medal za wkład w wysiłek wojenny, bierze swój woreczek z monetami i odbywa powolną podróż do jedynego czynnego automatu telefonicznego. Schodek-schodek-schodek-oddech. Otwarte tu i ówdzie drzwi tworzą system stereo. Kanał lewy: kłótnia małżeńska. Kanał prawy: dziecko z gorączką bada pojemność własnych płuc. Schodek-schodek-schodek-półpiętro-oddech. Kanał lewy, kanał prawy, otwarte okna skierowane w zamkniętą nieckę podwórka. Uniwersalny odgłos pieprzenia się. Darmowa zabawa dla wszystkich, cieszy się wielką popularnością wśród samozałatwistów.

Wiszący telefon był centrum biznesowym. Wystarczająco anonimowy, żeby zaspokoić paranoję sprzedawców. Nakarmiony monetą, wydał z siebie sygnał tonu.

  • Halo? To ja, babcia B. Tak. Właśnie policzyłam i powinno się udać. Wiesz, ile teraz wszystko kosztuje. Nie, nie mogę sama. Wiesz, że nie mogę iść nawet do sklepu, a wieczorami kręci się tu wielu meneli. Czemu nie wyślesz C.? Nic się nie stanie, C. ma łeb na karku. — B. słuchała przez chwilę szybkiego i ostrego tonu dochodzącego z słuchawki — Wiem. Nie da się zrobić omletu bez rozbijania jajek. Wyślij ją.

Odłożyła słuchawkę i zatarła ręce.

Podróż

C. zrzuciła plecak na podłogę. Woda mineralna, poręczna pałka, osiem owiniętych w aluminium kostek. Nóż w kieszeń, bardziej dla poprawy samopoczucia, bo gdy dojdzie do walki, to lepiej uciekać. Bluza z kapturem.

  • Mamo, wychodzę!

  • Idź, tylko uważaj na siebie. Zadzwoń po wszystkim i nie zapomnij zrobić zakupów wracają.

Ruch o tej godzinie, nawet w tej części miasta, gdzie żyli ludzie z prawdziwymi życiorysami, był znikomy. Gdzieniegdzie spóźniony właściciel psa przestawał z nogi na nogę w oczekiwaniu na zasranie wspólnego, więc niczyjego trawnika. Równo rozstawione latarnie rzucały snopy światła we mgle, tworząc iluzję estradowych reflektorów, w których blasku okoliczni ludzie odgrywali scenę spaceru, palenia papierosa i oczekiwania na komunikację miejską.

Autobus się nie spóźnił. W mieście autobusy się nie spóźniają. Są zawsze w odpowiednim dla kierowcy momencie. C. usiadła na fotelu, oparła głowę o szybę i oddała się komunikacyjnemu nieistnieniu. Jedynemu sposobowi na podróż, gdy za oknem zmieniają się tylko numery domów i ulice, ale nie zmieniają się widoki. Miejsce w autobusie kurczyło się i powiększało, gdy do środka wpływały i wypływały krwinki miasta. Puls serca odmierzany przystankami przy centrach handlowych i granicach dzielnic. Gdy dojechali do przystanku C., autobus był już prawie pusty. Jechała ona i kilka osób, przy czym tylko ona świadomie, bo reszta zdawała się spać lub nie być w stanie określić swojego miejsca na trójwymiarowej matrycy X, Y i ogólnego sensu życia.

Teraz prosto. Trzeba pamiętać o odpowiedniej postawie. Sylwetka wyprostowana, ale niewyzywająca. Nie obracać się przy każdym odgłosie. Na szczęście droga do B. nie wiedzie przez wiele punktów zapalnych. Trzeci zakręt, przy szkole i stąd już kawałek.

  • Hej?

Nie zatrzymywać się. Idziesz dalej nie zdradzając, że usłyszałaś.

  • Hej? Hej!

Ręka w panice przesunęła się do kieszeni i ścisnęła nóż. Pozostaje mieć nadzieję, że kroki, które za sobą słyszy, należą do niewidomej kostki masła, bo tylko wtedy ma szansę czegoś dokonać tą finką.

  • Hej? - coś chwyciło ją za ramię. Odwróciła się na pięcie z uniesionymi rękoma.

  • Spokojnie, spokojnie. Spokojnie!

Kobieta, która zaczepiła C., miała na sobie coś, co mogło być kiedyś suknią wieczorową. Jej uśmiech ozdabiała szminka nakładana z przekonaniem, że ilość zdecydowanie pokonuje jakość, i prawie kompletne uzębieniem. Kiedy mówiła, przekrzywiała delikatnie głowę i nerwowo wyłamywała palce z długimi paznokciami pokrytymi popękanym lakierem.

  • Tak sobie myślę. Tak sobie myślę. Nie bierz mnie tylko za wariatkę. Tak sobie myślę, że możesz poratować siostrę. W potrzebie siostrę.

C. patrzyła na nią w ciszy. Była jeszcze przerażona nieoczekiwanym zatrzymaniem.

  • No więc, więc? — dopytywała tamta — Masz? Bo widzisz. Ja już nic nie mam od tygodnia, a wiesz, wiesz, że jest źle. A jak będzie źle, to już nic nie zarobię. Bo ja jestem tancerką, kilka ulic stąd, egzotyczną jestem.

Wykonała chwiejny obrót, złapała za brzeg spódnicy i uniosła nogę w pozorowanej wersji ulicznego kankana.

  • Ale ja niczym nie handluję. Niczym. — powiedziała wreszcie C.

  • Handluję. Pewnie, że nie. Tragarza poznam, poznam. Nie raz Cię widziałam. Do tej kurwy nosisz, do tej B. A ona mi już nie da, bo kiepsko z pieniędzmi.

Normalnie próbowałaby zignorować lokalny element, zwłaszcza pod postacią rozsypującej się kobiety, ale coś w postawie tamtej sugerowało, że szaleństwo jest jej alternatywną drogą do prowadzenia dialogu. I że będzie z tego wtedy kupa problemów. Usiadła na krawężniku i otworzyła plecak, wyciągnęła jedną z aluminiowych kostek i przy pomocny noża uniosła małą część na wysokość oczu. Towarzyszka usiadła obok niej i poklepując się w uda z radości powiedziała:

  • Wiedziałam, że siostrze pomożesz.

Odgłos wciągania proszku, chwila ciszy. C. patrzyła, jak tamta czyści ostrze noża palcem i wciera resztkę pyłu w wargi. Profilaktyka dentystyczna dla ćpunów. Częstowana zamrugała, a później przeciągnęła się jak kot po wyjątkowo dobrej drzemce w słońcu.

  • No, to jest, kurwa, to. Dzięki. Ha. Jestem Ci winna. Jak coś, to wiesz.

  • Nie ma sprawy, muszę iść.

C. zbierała swoje rzeczy patrząc, jak kobieta odchodzi sztywnym krokiem. Trzeba będzie wytłumaczyć B. brak. Koszta prowadzenia biznesu. Darmowa dawka. Trudno.

Wizyta

Drewniane schody. Drewniane drzwi. Drewniane drzwi się nie domykają, sparciały dawno temu. Za nimi ściana i skrzynki pocztowe. Schody, schody. Pukanie do drzwi.

  • Kto? - zapytała B.

  • Ja. Przyniosłam sprawunki.

Drzwi otworzyły się na szerokość, na jaką pozwolił łańcuch. Oko B. łypnęło na boki, po czym drzwi stanęły otworem.

  • Herbaty się napijesz? Głodna jesteś?

  • Nie, nie. Miejmy to już za sobą. Po drodze spotkałam jakąś ćpunkę. Nie wyglądała groźnie, ale wiesz jak jest. Kosztowała mnie działkę za siedemdziesiąt.

  • Dziady pierdolone, starowinkę ograbiać - powiedziała z uśmiechem B. - Nic, podniesiemy im trochę cenę i się zwróci. Nie martw się.

Plecak wylądował na stole, obok krzyżówki i elektronicznej wagi. B. rozpoczęła narkotykową buchalterię.

  • Skoczę do ubikacji i muszę znikać — powiedziała.

  • Mhm.

B. z miną zadowolonego profesjonalisty układała małe paczuszki. Za mamusię, za tatusia, za babcię, za dziadka. Ktoś zapukał do drzwi. B. niechętnie podniosła się od ulubionego zajęcia.

  • Kto?

  • Ja. Chciałam coś.

  • Forsę masz?

  • Nie mam, nie mam. Wiesz, że nie mam. Ale mam złoty pierścionek, ukradłam. W barze ukradłam. Pomóż siostrze.

Klientka usiadła na wprost B., która oglądała pierścionek. Był wart z połówkę.

  • Mogę Ci dać — przerwała B., patrząc na gościa — czemu masz takie wielkie oczy, co?

  • Naćpałam się, za darmo — mówiąc to ćpunka wyciągnęła pistolet i przyłożyła do czoła B.

C. odczekała w ubikacji trzydzieści sekund. Nigdy nie wybiegać na odgłos wystrzału, trzeba się nauczyć. Strzelający zwykle jest podekscytowany i może strzelić znów do szybko pojawiającej się na horyzoncie osoby. Wyjrzała ostrożnie za drzwi. Ciało B. leżało z rozrzuconymi rękoma, drzwi były otwarte i dało się łatwo stwierdzić deficyt heroinowy. Zamknęła drzwi, przemyła twarz i ręce. Wyciągnęła chusteczkę. Wytarła kran. Zamknęła drzwi, wytarła klamkę. Podniosła zrzucony plecak i delikatnie przestąpiła nad ciałem. Musi się wynosić, policja będzie tu za niecałą godzinę. Trzy godziny pracy i nawet pieniędzy z tego nie będzie.

Wiszący telefon był centrum biznesowym. Wystarczająco anonimowy, żeby zaspokoić paranoję sprzedawców. Nakarmiony monetą, wydał z siebie sygnał tonu.

  • Halo? Mamo, już wracam. Nie, były kłopoty. Właściwie są kłopoty. B. zakończyła karierę w biznesie. Raptownie. Klient. Nie, nic mi się nie stało. Mamo, nie płacz, B. będzie handlować nawet w niebie. Może inni dilerzy trafili tam wcześniej i dlatego Bóg zrobił nam taką zjebaną rzeczywistość, co, mamo? No. Do zobaczenia w domu.

RuPy 2009

Będzie profesjonalnie. Będzie konkurs. Będzie nagroda.

rupy_logo

Osoba, która napisze w komentarzu najlepsze haiku o programowaniu, otrzyma darmową wejściówkę na genialnie się zapowiadającą konferencję RuPy, która odbędzie się w Poznaniu, pomiędzy 7 i 8 listopada.

No, nie krępujcie się. 5 / 7 / 5 o programowaniu warte jest chyba 79€?

Aktualizacja: Jury składające się z Eri i Shota wybrało laureata. Laureat otrzymał właśnie e-maila. Dziękuję za poświęcony czas. Życzę dobrej zabawy na RuPy!


Lato

To był trzeci tydzień lata, na które nie zasłużył. Tak jak i jego kumpel z ulicy, został w tej samej klasie na drugi rok. Właściwie to go wyrzucili, ale rodzice nie wiedzieli, było ciepło i było boisko. Problemy mają to do siebie, że poproszone, ustawiają się grzecznie w kolejce, czekając na swoją kolej.

Kumpel z ulicy, Radek, wychowywany w porządnym domu przez porządnych rodziców, z porządnymi dziadkami piętro niżej i Polonezem w kolorze morskim w garażu, był takim samym leniwym draniem. Mimo to cała wina za za słabe wyniki Radka spadła naniego, prowodyra bez powodu. Matka Radka pokonywała co jakiś czas trzysta metrów dzielących oba domy, żeby wspomniećjego rodzicom o złym wpływie na jej syna.

Boisko było letnią mekką złych dzieciaków i trochę lepszych, ale nie na tyle, by je nazwać dobrymi. Po serii meczów, kiedy nogi odmawiały już posłuszeństwa, siadali i rozmawiali o tym, co będą robić w przyszłości. Ktoś chciał być mechanikiem samochodowym, inny, ku ogólnej aprobacie i zrozumieniu, chciał przelecieć Martę. Wszyscy chcieli zostać piłkarzami.

Było lato, na które wielu nie zasłużyło, i nie było pieniędzy. Radek zaczął właśnie palić papierosy, Sobieskie czerwone. Jego matka paliła inne. Podkradanie jej szlugów było ostatecznością. I tam, gdzieś na starej betonowej płycie, pozostałości prac budowlanych, urodził się pomysł. Można przecież okraść niedaleki skład budowlany. Trochę cementu, trochę aluminiowych przewodów nawiniętych na szpule. Z nudów często przeskakiwali przez płot i ganiali się ze stróżem i jego psem,wiedzieli więc, na jaką odległość można się zapuścić.

W trzecim tygodniu i drugim dniu wakacji, na które nie zasłużył, przyszedł na boisko. Z daleka nie wyglądało to dobrze. Ludzie stoją w grupie, piłka leży gdzieś przy narożniku.Zakładał, że ma to związek z  nalotemdzieciaków z dzielnicy za szkołą. Trzeba będzie kopać się po głowach i prawdopodobnie ktoś się popłacze, a ktoś będzie miał wstrząśnięcie mózgu. Ktoś ukradnie piłkę i trzeba będzie zaplanować odwetowy wypad na trzeci dzień trzeciego tygodnia.

Grupa zebrała się jednak nie wokół leżącego na ziemi przeciwnika trzymającego się za głowę i przyznającego,że jego matka jest kurwą. Na ziemi leżały kable w oplocie. Zapytany o ich wartość odpowiedział, że aluminium zawsze jest w cenie i prawdopodobnie uda się to zepchnąć jakimś frajerom. Problem był tylko z oplotem, którego nie dało się łatwo zdjąć.Rozpalili więc ognisko i cisnęli w nie zwój.

Rozpoczął się mecz. Były kontrowersyjne sytuacje, leniwy doping młodszych sióstr i obtarte kolana.

Przerwało go pojawienie się samochodu. Była to nowość, zwykle przerywał go strajk któregoś ze skrzydłowych.

— Hej, jakieś chuje kradną nasze kable! — zawołał Przemek

Grupa nastolatków otoczyła dwóch dorosłych przyglądających się ognisku.

— To wasze kable, chłopcy?

— Jasne, że nasze. A co?

— Chcielibyśmy je kupić.

— Ale po cowam tyle aluminium? — zapytał on.

— Prowadzimy firmę,która robi anteny.

Wyjaśnienie wydawało się to mało prawdopodobne, ale w fachu drobnych złodziejaszków nie zadaje się zbyt wielu pytań, by samemu nie być pytanym.Rozpoczęli ładować bagażnik. Nagle kątem oka zauważył czarny pojemnik, który widział już kilka razy podczas meczów. Popatrzył na Radka i drugą osobę, która właśnie prowadziła ostre negocjacje co do ceny, i wykonał w kierunku innych gest “spieprzamy”. Rozchodzili się od niechcenia, doświadczeni w sztuce znikania. W połowie boiska dogoniły ich odgłosy dwóch ciał rzucanych na maskę i okrzyk — Stać! Policja!

Każda z okolicznych uliczek ugościła dwie lub trzy uciekające osoby. Strategia przetrwania. Kiedy stał tak zasapany, pewien, że pogoń już odpuściła, uśmiechnął się do Przemka i powiedział — Wiesz co powinniśmy zrobić? Powinniśmy iść do rodziców Radka.

Czyste podwórko i guzik dzwonka na klatce schodowej. Otworzyła matka. Oznajmiła, że Radka nie ma. Potwierdzili, że rzeczywiście i że dziś na noc prawdopodobnie nie wróci. Podniesiony głos i ściśnięte usta. Jak to nie wróci na noc? Bo, proszę pani, wie pani, Radka zabrała policja za kradzież. Krzyk, otwierające się drzwi, przeklinająca rodzina, babcia w ataku paniki. Dobrze wykonana robota.

Było wczesne popołudnie, był dobry mecz, uciekli policji, doprowadzili do płaczu matkę kumpla. Przed nami jeszcze tyle czasu, na który nie zasłużyli. Byle tylko Radka szybko wypuścili. Może popełnił błąd, ale potrzebowali go na skrzydle, z fajką w zębach, postawionym kołnierzykiem podrobionej koszulki Manchester United z napisem Eric Cantona. Ich własny l’enfant terrible.

eric