Béton brut

Ja, Kłopot

Błędy poznawcze, a raczej świadomość ich istnienia, są bardzo pomocne. Przykładowo: ilu z Was, zaraz po nauczeniu się nowego słowa, zaczyna zauważać zwiększoną ilość jego wystąpień? Tak jakby razem z Wami o słowie dowiedział się cały świat i uparł się na używanie go non-stop. Doświadczacie wtedy „fenomenu Baader-Meinhof”. To nie świat nagle zawziął się na używanie słowa lub faktu, to Wasz mózg zaczął „rozpoznawać” informację, którą wcześniej pomijał, nie znajdując dla niej miejsca w sensie, który interpretowaliście.

Przez ostatni tydzień, wystawiony na przemian na książkę „Roboty i Imperium” Asimova, subreddity dyskutujące o futurologii, socjologii i antropologii, karmiony przez mój zestaw kanałów RSS, zacząłem coraz bardziej dumać nad etyką mojej pracy, a może bardziej nad przyszłością mojego zawodu i jego znaczeniem dla rozwoju cywilizacji, który niechybnie ustawia go na pozycji kolizyjnej z dylematami moralnymi i etycznymi.

W drodze do elektronicznego piekła

Czym jest program komputerowy? Niczym więcej niż zestawem poleceń wykonywanych w pewnej kolejności, która może się zmienić pod wpływem ewaluacji dostarczonych danych. Najprostszym programem dostarczonym wraz z mózgiem dorastającego człowieka jest algorytm KarmieniaSięSingla. Można go zapisać następująco:

„Jeżeli jesteś głodny: otwórz lodówkę. Czy lodówka jest pusta? Wróć za pięć minut, sprawdź, czy jest pusta. Jest w niej coś? Usmaż to na oleju”.

Algorytm zrozumiały dla każdego, kto paradował w bieliźnie w sobotnie popołudnie aż do momentu, w którym ignorowanie głodu staje się niemożliwe. Na szczęście nasze oprogramowanie jest na tyle doskonałe, że wyżej wspomniany algorytm nie doprowadzi do naszej zagłady. Gdyby lodówka pozostawała ciągle pusta, a my nie otrzymalibyśmy od mózgu informacji o bezcelowości ciągłego zaglądania do niej, z pewnością czekałaby nas śmierć głodowa.

Proste algorytmy mogą zawierać skomplikowane błędy, a algorytmy skomplikowane zawierają wiele skomplikowanych błędów. Może trochę inaczej: nie algorytmy zawierają błędy (choć mogą), ale nasza implementacja jest niedoskonała. Czasem nie jesteśmy w stanie przewidzieć wszystkich stanów, jakie może przyjąć nasz algorytm, innym znów razem możemy przewidzieć, ale nie jesteśmy sobie w stanie wyobrazić, że „coś takiego może się stać”.

Czas na anegdotę. Może to miejska legenda? Nie wiem, czytałem ją gdzieś-kiedyś i nie weryfikowałem faktów, ale sama przypowiastka ilustruje pewien sposób, w jaki nieustannie strzelamy sobie w stopę.

Izraelczycy kupili sobie samoloty. Piękne, nowe samoloty, które strzelają. Pif-paf i w ogóle. Niestety, podczas testów wyszło na jaw, że samoloty te lubią sobie spaść z nieba. Ot tak, „pierdolę, nie lecę”. Inspekcja oprogramowania wykazała, że autorzy programu przyjęli sobie bazową na podstawie wysokości nad poziomem morza. Część Izraela znajduje się poniżej poziomu morza, komputer się pogubił i katastrofa gotowa.

Nie wydaje mi się, że historyjka jest prawdziwa, ale nadal ładnie nadaje się jako ilustracja naszej zdolności przewidywania. Zwykle nasze przewidywania zdolności przewidywania są błędne. Błędnie błędne.

Gdzie w tym wszystkim etyka, gdzie moralność? Jeszcze nigdzie. Wprawdzie błędnie zaprojektowany program, który zsyła z nieba tony żelastwa mogące uderzyć w obiekty cywilne, nie jest powodem do dumy, ale ilość przepisów i kontroli powodują, że „wina” się rozmywa.

Wspominałem na początku książkę „Roboty i Imperium”. Jest to powieść spinająca dwie serie kluczowe w twórczości Isaaca Asimova: „Roboty” i „Fundacja”. Seria książek o robotach wniosła do literatury i kultury popularnej ideę „Trzech Praw Robotyki”, które stanowiły moralne wzorce dla robotów zasiedlających wszechświat Asimova.

  1. Robot nie może skrzywdzić człowieka lub przez zaniechanie doprowadzić do jego krzywdy
  2. Robot musi wykonywać polecenia człowieka z wyjątkiem tych, które naruszałyby pierwsze prawo
  3. Robot musi chronić własne istnienie, o ile nie koliduje to z pierwszym i drugim prawem

Te jasne zasady stały u podstaw zaprogramowanej moralności. Jeżeli robot stawał przed sytuacją, w której nie istniało proste rozwiązanie zgodne z literą prawa (wybór „mniejszego zła” nie istniał w słowniku prymitywnych robotów), to istniało ryzyko awarii i zniszczenia jego sztucznego mózgu.

Prawa te powstały na potrzeby historii, jaką autor chciał opowiedzieć czytelnikom. Choć proste i oczywiste, nie przystają one do rzeczywistości. Dzięki temu stały się żywą częścią opowieści i elementem narracji.

While Zbrodnia Then Kara

Do robotów, jakie znamy z fantastyki, jeszcze daleko. Choć może bliżej niźli się nam wydaje. Mimo braku dwunożnych humanoidów nasz świat powoli wypełnia się automatyką z wyższej półki. Wiecie, lodówka zamawiająca jedzenie, ekspres strzelający prądem do tego drania, który osusza dzbanek i odchodzi bez zrobienia nowej kawy, autonomiczne samochody Googla czy też sprzęt do ćwiczeń regulujący obciążenie i tempo zależnie od historii naszych treningów i obecnych danych biometrycznych.

Urządzenia te, pozbawione kiedyś elementu „inteligencji”, mogły nas skrzywdzić dzięki zgromadzonym zasobom energii kinetycznej, potencjalnej, braku troski w eksploatacji: ogólnie, mechanicznie. Wraz z postępem wszystkie te urządzenia są komputerami, które uruchamiają czyjś program.

Może nie będzie buntu maszyn jak ze świata Terminatora, może nie zostaniesz zamieniony w baterię jak w Matriksie, może twój żywot dokona się na automatycznej bieżni, której algorytm zignorował anomalię w danych, jaką wyprodukował zawał twojego serca? Może programista systemu dietetycznego do twojej lodówki nakarmi cię produktami, na które masz uczulenie?

Dziennikarka CNET Molly Wood przetestowała samochód Googla, „wskakując” mu pod maskę. Nastąpiło efektowne hamowanie, programiści przybili sobie piątki, wpisując w rubrykę „potrąceni dziennikarze” wielkie, tłuste zero. Co by się jednak stało,gdyby taka sytuacja zdarzyła się na drodze z innymi uczestnikami ruchu, w warunkach pogodowych, w których próba wyminięcia przeszkody może spowodować większe zagrożenie dla życia niż kolizja? Ktoś będzie musiał zająć się ważeniem ryzyka na podstawie różnych danych i zadecydować, czy samochód w takich warunkach ma uderzyć w osobę, czy może wykonać manewr i „ryzykować” zderzenie. Ocenić szanse na przeżycie człowieka biorącego udział w kolizji przy szybkości X, wziąć pod uwagę fakt wyposażenia samochodu w system poduszek powietrznych.

Takie decyzje kierowca samochodu podejmuje podczas zdarzenia. Gorsze, lepsze, wynikające z doświadczenia lub jego braku. Sekundy i już. Programista takiego systemu ma miesiące, lata. W pewnym sensie unika wypadków, które wydarzą się w przyszłości.

Nie tylko jakość programu i potencjalne rozwiązania z dziedziny sztucznej inteligencji, nawet coś takiego jak wydajność systemu może być kluczowe. Im więcej opcji uda się przeanalizować, tym większe są szanse na wybranie tej najtrafniejszej. Tu znów kolejny problem: jeżeli mamy na decyzję czas T, to decyzja uzyskana w T*.5 może być najlepsza, ale niewykonalna ze względu na czas, który upłynął.

Wyobraźcie sobie dwunożnego robota 1, który roznosi drinki. Wyobraźmy go sobie jako nogi, czujniki odległości, żyroskop i może jakiś głośnik, który wydaje odgłosy zapraszające do korzystania. Robot przemieszcza się między gośćmi, wtem!

Obciążenie systemu nie pozwala mu nadal wykonywać wszystkich operacji 2 i w takiej sytuacji system czasu rzeczywistego, o którym tu niechlujnie chcę wspomnieć, ma zadeklarowane zadania mające priorytet w sytuacji kryzysowej. Robot ma ustać na nogach, przestać się poruszać i nie rozlać za wiele. Może przez to zignorować czujniki zbliżeniowe i kogoś popchnąć, może zacząć wydawać z siebie chrypliwe dźwięki. Trudno, alternatywa, w której automat nadal zaprasza na drinka, przewalając się na gości, jest mniej pożądana.

Te dylematy były rozwiązywane przez lata i czytelnicy mogą powiedzieć, że siedzę tu i wykrzykuję o tym, jak mi niebo na głowę leci, szerząc panikę.

Moja wizja problemów związanych z programowalną automatyką wiążę się z faktem jej wyjścia z hal produkcyjnych i laboratoriów wprost do kuchni i sypialni. Oznacza to, że część z nich trafi do programistów, którzy może nie będą świadomi tej całej problematyki powstającej na styku interakcji człowieka z maszyną.

Boję się, bo jeszcze wczoraj mój błąd mógł (i kosztował, nie raz) czyjeś pieniądze. Źle naliczone wypłaty, opóźnienia, małe tragedie. Pojutrze, siedząc w niedzielę w biurze, będę mógł nie tylko źle naliczyć twoją wypłatę, ale też podbić ci oko budzikiem.

Programistyczna bandyterka na odległość, bez zysków dla mnie, ze stratą dla ciebie.

  1. wiadomo, że na kołach byłby lepszy, ale na potrzeby demonstracji systemów czasu rzeczywistego nóżki są lepsze
  2. fachowo: się zamuliło

Jutro nie będzie dziś

Historia w służbie ludzkości

Odwiedzając muzeum historii naturalnej, trafiłem na ekspozycję „butelek”. Były to różne wazy, karafki i inne flakony, mniej lub bardziej przypominające to, co dziś nazywamy butelką. Nic spektakularnego. Chodząc między nimi, zdałem sobie sprawę, jak wielką rewolucję musiała wywołać tania i bezpieczna metoda transportu płynów.

Odległość między źródłem wody pitnej a miejscem pobytu straciła trochę na znaczeniu, można było fermentować zgniłe owoce i utopić żal spowodowany Czarną Śmiercią w tak powstałym winie. Rynek otworzył się na nowe produkty: mleczko w dzbaneczku i oliwę z oliwek w urnie.

Tak spekulował sobie mój młodzieńczy móżdżek.

Świadomość historii jest potrzebna, bo historia nie toczy się kołem, ale z pewnością się rymuje. Historia człowieka pisana jest w dużej części przez technologiczne zmiany. Może przesadzam, ale z mojego punktu widzenia dzieje krojone są na kawałeczki przez prasę drukarską, Pasteura, samopowtarzalną broń, bombę atomową, akwedukt czy dzbanek właśnie. Socjolog mógłby wykazać, że prądy w kulturze, że wpływy religijne, ale ja będę twardo stał przy swojej opinii laika. Technologia zmienia świat, ewoluując. Żeby debatować na temat naszego świata, trzeba wiedzieć o tym, skąd wyskoczył Homo Erectus, jak i kiedy pierwszy raz położył łapę na ruchomej czcionce.

Nigdy wcześniej tak znacząca część technologii nie znajdowała się w rękach konsumentów, służąc za silnik napędzający przemysł rozrywkowy.

I czasem się boję, że jutro nie będzie wczoraj.

Od razu odrzucam wszelkie oskarżenia o „konserwatyzm” i „było lepiej, gdy byłem młody, teraz wszystko jest inne i gorsze”. Nie chcę argumentować za nostalgią, chcę argumentować za historią.

Stoimy dziś przed, powiedzmy, czterdziestoma latami historii mikrokomputerów i wszystkiego, co zrodziło się wraz z udoskonalaniem układów scalonych. Większość z wyprodukowanych wtedy mikrokomputerów i urządzeń towarzyszących jest dostępna w oryginalnym stanie. Pozwala to nam, fascynatom historii, bawić się i badać rzeczy takimi, jakie były.

Czasem antropolodzy natrafią na „zaginione plemię” i stają przed dylematem moralnym: czy lepiej zaburzyć życie ludzi nieświadomych zewnętrznego świata przez dokonanie badania, czy też pozbawić swoją gałąź nauki obserwacji i wniosków, na które z każdym dziesięcioleciem szanse są coraz mniejsze.

Mamy szczęście, prawda? Duża część materiału badawczego jest dostępna w zasięgu ręki, do tego nasz brak moralności (hej, jesteśmy fanami komputerów) idealnie współgra z brakiem wyzwań etycznych.

Jutro nie będzie dziś

Każdego dnia spędzam kilka minut, obijając się o różne strony i kanały, na których dyskutuje się o komputerowych zabytkach. Prawdą jest, że większość z tych miejsc to zagłębia nostalgii. Można wbić metaforyczny szpadel w dowolne miejsce i wyciągnąć na powierzchnię dziesiątki wspomnień. Bez względu na motywację, wszystkie te źródła mają dla mnie wartość edukacyjną. Nie tylko lepiej rozumiem obecny rozwój, ale przez pryzmat plastiku i silikonu dane jest mi obserwować inne kultury.
Oglądałem ostatnio recenzję X68000 - komputera, o którym dowiedziałem się zupełnie niedawno. Każdy wie, że Motorola 68k była sercem Amigi, dużego Atari i Apple; niewielu wie o X68000. Kiedy tak otwierałem nowe zakładki, szukając więcej informacji o tej zabawce z kraju kwitnącej wiśni, coś mnie uderzyło.

Czy Wasze dzieci będą mogły w przyszłości zobaczyć działającego Xboxa 360 czy PS3? Zagrać w popularną teraz strzelankę, aby zrozumieć kontekst punktu w rozwoju, w jakim się znalazły? Czy konsola odpali gry wymagające autoryzacji u twórcy, który dawno temu zbankrutował? A nawet jeśli jeszcze istnieje, to jakie są szanse, że będzie utrzymywał serwer dla gry, którą księgowość rozliczyła trzydzieści lat temu?

Ekosystemy, które ułatwiły (może nawet umożliwiły) ekspansję użytkowej elektroniki, wymuszają na nas życie w pewnym cyklu, który usuwa „stare” przedmioty i zastępuje je nowymi. Być może nie warto zachowywać dla historii każdego budżetowego telefonu z Androidem, może nie każda gra powinna być sztandarem początku tysiąclecia, ale w obecnej sytuacji to nie my, amatorzy-historycy od scalaków, decydujemy o tym, co warto zachować. Decyduje o tym dostępność serwera DRM z kluczami.

Nigdy wcześniej ludzie nie tworzyli tak wiele. Każdy zrobi fotkę, wrzuci ją gdzieś, niektórzy nagrają cover ulubionego utworu i umieszczą na YouTube. Większość tych rzeczy to amatorszczyzna, której zniknięcie nie uszczknie niczego z naszych zasobów kultury. Niestety, wraz z łatwością tworzenia zrodziła się sytuacja, w której równie łatwo „zniknąć” tysiące cyfrowych malowideł skalnych. Wystarczy, że jutro zostanę rozjechany przez pijanego kierowcę i około grudnia blożek ten zniknie z Internetu. Może nawet wcześniej. Dwieście tysięcy wyrazów zrobi cyfrowe poof.

Żyjemy w pierwszym okresie kultury, za którą antropolog, archeolog i historyk daliby się pociąć. Każdy nasz ruch, każda myśl, każdy konflikt i sukces są nieustannie rejestrowane. Obrazem, dźwiękiem, w setkach języków. A im łatwiej ta rejestracja następuje, tym trudniej ją zachować.

W tej chwili produkujemy więcej informacji niż jesteśmy w stanie składować. Ulewa nam się, nie tylko z powodu braku miejsca, ale także dlatego, że ekosystemy którym zaufaliśmy, znikają.

Wrócę na chwilę do komputerów, bo zwiało mnie na kierunki ogólne. Prawdą jest, że ludzie będą mieli coraz mniej ciągot do bycia specjalistami w sprawach okołokomputerowych. Być może nikt nie będzie chciał demonstrować pierwszego iPada i opowiadać o nim tak, jak ludzie opowiadają teraz o TRS-80 czy Commodore 64. Osobiście, wierząc w magię technologii pod każdą postacią, nie kupuję tego. Gdzieś teraz jakieś dziecko kompiluje pierwszą aplikację na swój przenośny gadżet. W obecnej sytuacji, za dziesięć lat, nie będzie miało jak pochwalić się swoimi pierwszymi krokami.

Technologia jest integralną częścią kultury. Technologia umożliwia tworzenie, przetwarzanie i publikację na skalę wcześniej nieznaną. W idealnym świecie domagałbym się, aby firmy „trzymały łapy precz od mojego pióra”, ale nie wierząc w rewolucje, a chyląc się ku rozwiązaniom ewolucyjnym i edukacyjnym, apeluję: od Was, ludzi rozumiejących, o czym tu piszę, wymagam świadomości tego, że sprzedając wszystko za własną wygodę, pozbawiamy naszych następców ich historii.

Ci, którzy nie znają historii, są skazani na jej powtarzanie. DRM to będzie permanentne „ustawianie głowicy”, bez szansy na sukces.

PS. #okazałosię, że czwartego maja wypada „Dzień Przeciwko DRM”. Niechcący wpisuję się w jakąś szerszą debatę. Idę założyć monokl.


Windows 8: bebechy

Prolog

Kilka dni temu obchodziliśmy rocznicę zatonięcia Titanica. Jego tragedia jest wypadkową przywar, które towarzyszą ludzkości od zarania dziejów: arogancja, buta, ignorancja i bezgraniczna pewność siebie. Jeżeli nadajesz sobie ksywkę „Niezatapialny”, to w karmicznym rachunku pozerstwa jesteś poślubiony dnu.

„Nikt nie został zwolniony za kupowanie od Microsoftu” to unowocześniona wersja starego powiedzenia o Wielkim Niebieskim. Powiedzenie to nie straciło na ważności, ale ostatnio stało się coś ciekawego: „nikt nie zostanie przyjęty za znajomość narzędzi Microsoftu”.

Piszę tu oczywiście o małym wycinku świata, który znam. Mimo to, pamiętając początek lat dziewięćdziesiątych, coś się zmieniło: Microsoft stracił hobbistów, do których kiedyś apelował sam Bill. Ostatnie piętnaście lat przyniosło rewolucję w sieci, na którą gigant z Redmond zaspał – a kiedy wreszcie obudził się z letargu zza rogu wypadła zgraja programistów pisząca mikro-programy i sprzedająca je za dziewięćdziesiąt dziewięć centów.

Dorosły i bezpiecznie osadzony w rynku Microsoft mógł odrzucić nóż i zdjąć kolczugę – nie było już potrzeby ścierać na proszek producentów edytorów tekstu, arkuszy kalkulacyjnych czy niszowych systemów operacyjnych. Wtem: barbarzyńcy u wrót.

Moja historia z Microsoftem jest niezbyt długa. W czasach Windows 3.1, 3.11, 95, 98 i Me śmiałem się z Microsoftu siedząc za klawiaturą Amigi. Puszczałem sobie nieustannie filmiki o cieście 1, które trafia Billa w twarz i o podłączaniu urządzeń pod PnP. W 2002 kupiłem pierwszego PC i zainstalowałem na nim Windows 2000; niestety przejście z systemu, który znałem wybitnie dobrze, na system totalnie mi obcy wywołało głęboką niechęć. Poza śmiesznymi filmikami z Internetu miałem też dowody anegdotyczne na to, jakim koszmarem jest Windows. Zimą tego samego roku zainstalowałem na swoim komputerze Debiana i tu możemy od razu przeskoczyć do 2008, ponieważ nic się nie zmieniło w moich nawykach. Wtedy też zacząłem niebezpieczną zabawę z podcastami. Nie wiedziałem, że tak szybko się uzależnię. Czym więcej słuchałem, tym więcej chciałem słuchać. W napadzie szaleństwa dodałem dwa podcasty, którymi nie byłem zupełnie zainteresowany: Windows Weekly i MacBreak Weekly.

Prowadzącym Windows Weekly jest Paul Thurrott – fan, który nie jest ścierwojadem. Zabawny, krytyczny dla swojej platformy, będący jednocześnie w środku wydarzeń związanych z Microsoftem i unikający polityki. Facet, z którym mogę iść na piwo gdy tylko zadzwoni. Windows Weekly stał się moim ulubionym podcastem. Sam Paul, dzięki sile swojej radiowej osobowości, zmiękczył moje serce. Zacząłem po raz pierwszy zaglądać do jaskini Ballmera.

Dlatego, kiedy dostałem (nie wiem, z jakiej okazji, ale) zaproszenie na briefing Windows 8 zorganizowany przez polski oddział MS postanowiłem wpaść i zobaczyć jak się mają sprawy. Mimo, że zaproszenie przyszło dla Emila-blogera (ktokolwiek widział, ktokolwiek wie), postanowiłem podejść do tego poważnie – przynajmniej tak poważnie jak potrafię. Przed wyjazdem przeczytałem z 60 stron dokumentacji i tekstów opublikowanych przez developerów Windows 8. Zamiast pisać recenzję imprezy, spróbuję skumulować tu rzeczy, których się dowiedziałem. Nie mam zamiaru pisać encyklopedii systemu, ale zaznaczyć rzeczy, które są w jakiś sposób wyjątkowe lub ciekawe.

Na początku zastanówmy się nad sytuacją, w jakiej znajduje się producent nowych Okienek. Ponad miliard instalacji, dominacja w firmach i długa tradycja wstecznej kompatybilności. Sukces smakuje słodko-kwaśnie; to, co może zrobić konkurencja jest niemożliwe dla kogoś, kto swój sukces zawdzięcza technologicznemu konserwatyzmowi.

Kiedy student wpada nagi na wykłady, to pewnie się ochlał i może stać się internetową sensacją; kiedy zajęcia poprowadzi nagi profesor nagle robi się z tego zwolnienie dyscyplinarne.

Domyślne zachowanie jest zakodowane kulturowo: profesorowi nie wypada świecić jajkami, Microsoft nie może ubić Win16, IE6 i FAT16. Pewnie, tylko promil użytkowników jest przywiązany do tych technologii, ale przy miliardzie użytkowników promile to o wiele za dużo.

Windows 8: w środku

Ile cukru w cukrze?

Zacznijmy od wymagań. Microsoft wraz z wydaniem Windows 7 po raz pierwszy podjął kroki mające na celu zmniejszenie wymagań sprzętowych stawianych przez system. Pomysł ten kontynuowano także w Windows 8; system ze względu na swoje przeznaczenie odpali się nie tylko na komputerach, na których bez problemu startowała poprzednia wersja, ale „zmieści się” także na tabletach (i, w przyszłości, na telefonach).

Aby zredukować obciążenie pamięci, prócz standardowych zabiegów programistycznych podjęto też kilka działań na poziomie kernela i samego systemu. Pierwszą zmianą jest współdzielenie zasobów takich jak biblioteki; nie jest to nic nowego, inne systemy operacyjne od dawna posiadały współdzielone zasoby (czyli takie, w których kawałek kodu wczytuje się raz do pamięci i następne odwołania do niego są kierowane „do pamięci” z pierwszą kopią). Implementacja w Windows 8 różni się jednak od tej znanej choćby z AmigaOS: tu program jest izolowany od innych i musi prosić o zgodę systemowego brokera.

Drugą zmianą jest wprowadzenie pamięci o niskim priorytecie. Pamięć tak zadeklarowana przy alokacji będzie pierwszą, która zostanie zwolniona w przypadku osiągnięcia limitu pamięci. Jest to, moim zdaniem, lepsze rozwiązanie niż „pamięć nieaktywna” w OS X. Wszystko siedzi jednak w implementacji: pozostawianie decyzji developerom nie zawsze wychodziło na zdrowie Windowsowi; nie dowiedziałem się, czy są jakieś twarde zasady co do konkretnych elementów, które powinny być tak zadeklarowane (na przykład dane aplikacji, nie sam kod aplikacji). Oba skrajne przypadki: deklarowania wszystkiego jako pamięć wysokiego priorytetu, czy też deklarowanie każdej zajętej pamięci jako tej z niskim priorytetem może doprowadzić do zwolnienia systemu lub aplikacji (czy nawet jej kompletnego zejścia).

Ostatnią wartą odnotowania zmianą są modyfikacje w usługach systemowych. Ograniczono nie tylko listę usług, które odpalają się domyślnie przy starcie, zamieniając część z nich na uruchomiane „na żądanie”; doszedł też nowy typ windowsowych „daemonów w przestrzeni użytkownika” – usług, które po uruchomieniu odczekują pewien czas i jeżeli nie będzie więcej żądań, przejdą w stan spoczynku zwalniając pamięć.

Zawsze świeży

Tyle o pamięci. To nie są zmiany, które powodują palpitację serca nerda, ale jak pokazuje Windows 7 programiści pracujący nad nimi wiedzą, co robią.

Wydajność komputera jest nie tylko wypadkową oprogramowania przygotowanego przez producenta – minie rok czy dwa i stajemy się świadkiem binarnej biodegradacji. Nawet najlepszy producent nie powstrzyma użytkownika przed sypaniem piachu w tryby maszyny. Współczesny trend mający na celu minimalizowania zniszczeń, których może dokonać mityczny zwykły użytkownik, nie spowodował znaczącego spadku niewytłumaczalnych sytuacji w których pozostaje tylko „spróbować wyłączyć i włączyć z powrotem” – co w tej sytuacji oznacza zwykle reinstalację systemu.

Poprzednie wersje Windows miały możliwość uruchomienia się z ostatniej konfiguracji, którą wewnętrzni audytorzy uznali za poprawną. Ósemka dodała coś, co jest zdecydowanie lepszym rozwiązaniem.

Dwie nowe opcje: „odśwież” i „odtwórz” powodują, odpowiednio, reinstalację systemu z zachowaniem danych użytkownika oraz kompletną reinstalację systemu. Przy wybraniu trybu odświeżania nie zostaną zainstalowane aplikacje (bo przecież to one mogą być powodem spadku wydajności, czy też kompletnej katastrofy). Moim zdaniem to idealne rozwiązania dla potencjalnych użytkowników tabletów.

I like Metro. Metro-like

Jeszcze chwilę o tym, co widać: język wizualny, w którym komunikuje się Windows 8, to jest to zdecydowana zmiana jakości. Zdania co do kierunku tej zmiany są podzielone, ale nauczony latami obserwowania ludzi buntującym się przeciwko zmianom interfejsu użytkownika robiłbym odczyty nastrojów panujących wśród użytkowników rok po wydaniu. Kto dziś pamięta o każdym z dramatów użytkowników Facebooka spowodowanych dodaniem tego, czy ujęciem tamtego?

Trzeba oddać Microsoftowi jedno: krytykowany przez wielu za brak innowacyjności, odtwórczość i brak pomysłów pokazał wiodącym platformom mobilnym, że pozbycie się „problemu” miliarda użytkowników zdecydowanie uwalnia kreatywne soki płynące w autorach najpopularniejszego systemu operacyjnego.

Android i iOS są jak stare kapcie. Wygodne, znane i zupełnie nudne. Elementy UI, siatka z ikonami, przyciski. Ostatnie zmiany w iOS (i OS X) przyniosły jeszcze większe rozczarowanie pod postacią skeumorfizmu promowanego w niektórych aplikacjach systemowych.

Windows Phone 7 – i dziedziczący jego język graficzny Windows 8 – wypadają tu doskonale. Interfejs nie tylko prezentuje się nowocześnie, ale zdaje się rozumieć środowisko w którym jest używany. Anglosasi mają takie ładne powiedzenie na to, co prezentuje sobą Metro: glanceable information; po naszemu napisałbym „informacje podatne na zerknięcia”.

Zmiana warstwy prezentacyjnej pociąga za sobą pewne skutki. Pierwszym z nich jest niedostępność nowego produktu na – całkiem niedawno jeszcze bardzo popularnych – netbookach z dziesięciocalowym ekranem i rozdzielczością 1024×600. Minimalne wymagania co do rozdzielczości to 1024×768 dla aplikacji w trybie pełnoekranowym i 1366×767 dla widoku w którym jedna aplikacja jest „zwinięta” do swojej zminimalizowanej postaci, a druga zajmuje większość ekranu.

Po raz pierwszy autorzy systemu stają przed problemem, który do niedawna można było w miarę bezpiecznie zignorować: niezależność prezentacji od rozdzielczości (ang. resolution independence). Nowe tablety, idąc za marketingowym sukcesem iPada, będą posiadały wyświetlacze o gęstości pikseli dotychczas niespotykanej na ekranach komputerów.

Zacznijmy od tego, czym jest ta gęstość czy też DPI. DPI (ang. dots per inch) to liczba, która mówi nam ile punktów możemy zaświecić na calu wyświetlacza (2.54 centymetra). Jeżeli narysujemy kwadrat o boku ośmiu pikseli na wyświetlaczu z 90 DPI, to jego obraz zajmie 1/10 cala – problem w tym, że ten sam obraz na „gęściejszym” wyświetlaczu tabletu może być dużo mniejszym (mimo zachowania swoich wymiarów w pikselach). Powoduje to, że współczesne systemy muszą używać jednostek, które nie są powiązane z liczbą punktów dostępnych na ekranie.

Ze względu na elementy użyte w interfejsie użytkownika samo uzyskanie resolution independence jest dużo łatwiejsze niż w przypadku „tradycyjnych” interfejsów; do tego dochodzi możliwość wykorzystywania grafiki wektorowej (SVG) i możliwość utworzenia bitmapowych elementów graficznych w różnych rozdzielczościach, co w efekcie pozwala otrzymać lepsze efekty podczas skalowania.

Największą niespodzianką dla mnie było jednak miejsce jakie zajmują HTML, CSS i JS w przyborniku projektanta. Różne systemy próbowały zaprząc te webowe technologie do pracy na rzecz powiększania bazy aplikacji, nigdy jednak nie skończyło się to czymś więcej niż garścią bezużytecznych widżetów lub – jak w przypadku Chrome OS – zupełnie niczym konkretnym.

W Windows 8 UI zaprojektowane w HTML-u jest równoprawne z wyklikanym dla „binarnej aplikacji”. Kod w JS ma dostęp do API systemu na tych samych prawach, na jakich dostęp uzyskuje aplikacja napisana w .NET/C#. Nie chcę tu niczego wieszczyć, ale znam kilku łebskich ludzi, którzy są świetnymi projektantami, ale nigdy nie będą chcieli brnąć przez VisualStudio; po raz pierwszy widzę dla nich realną opcję pisania pełnoprawnych aplikacji bez pomocy „prawdziwego programisty”.

Windows 8 Briefing

Jak wspominałem na początku tekstu, zostałem zaproszony na promocyjne spotkanie dotyczące Windows 8 i to dzięki temu udało mi się dowiedzieć kilku rzeczy z pierwszej ręki. Ponieważ takie spotkania mają charakter marketingowy, zdecydowałem się nie zanudzać Was szczegółowym raportem; na szczęście wystąpienia marketerów nie były irytujące (standardowe zagrania, które każdy z odrobiną krytycznego myślenia potrafi przełożyć na rzeczywistość), a prezentacje technologiczne zdecydowanie przebiły moje oczekiwania. Warto wspomnieć o dwóch rzeczach, które nie leżą bezpośrednio w technologicznym zagonie.

MetroOne

Microsoft odpalił platformę dla obecnych i przyszłych developerów aplikacji dla Windows 8. Muszę przyznać, że jest to pomysł trafny i powinien przełożyć się na zainteresowanie wszelkiej maści klikaczy. Mamy tu giełdę pomysłów (można uzyskać dowód społeczny, choć w świecie starup-ów nie jest to może dowód ostateczny i przekonywający), możemy zbierać się w grupy i próbować zamieniać pomysły w produkty.

Całość zamyka się między portalem randkowym dla technicznie obdarzonych (zdolny grafik poszukuje programisty domatora, cel apptrymonialny) i społecznościówką.

Sklep

Sklep z aplikacjami, jak na debiutującą platformę, ma pełen zestaw modeli biznesowych dla autorów. Można wydawać aplikacje darmowe, płatne, aplikacje z modelem subskrypcji, reklamy (własne lub z sieci MS) oraz freemium.

Pieniędzmi dzielimy się z operatorem sklepu w „standardowej” skali 30% do 70%, a w przypadku aplikacji, które zarobiły ponad \$25K – 20% do 80% dla sprzedawcy.

Konto developerskie kosztuje około 140 PLN i jest płatne jednokrotnie.

Obsług sklepu wbudowana jest wprost w VisualStudio 11.1, można z niego nie tylko dokonać rejestracji, ale także zarezerwować nazwę aplikacji. Nie wiem jeszcze jak MS poradzi sobie ze squatersami, ale z pewnością niedługo usłyszymy o jakiejś spektakularnej bójce pomiędzy producentami przycisków do wydawania odgłosów pierdów.

Podziękowania

Szczególne podziękowania dla Daniela Biesiady i Tomasza Kopacza, za niemal stoickie podejście do gościa, który atakuje ich z notatnikiem. („O boże, masz cały notatnik pytań?” i „O rany, papier”). Korektę wykonał niezastąpiony Piotr Wojciech Szotkowski.

Jeżeli jesteś posiadaczem Kindla możesz zapisać się na listę dystrybucyjną i otrzymywać te same teksty! Czyż to nie wspaniałe? ;-)

  1. komentarz telewizyjny jest zabójczy, siriusbiznes

38911

Historia zaczyna się wiele lat temu. Były żołnierz amerykańskiej armii zostaje taksówkarzem, a żeby dorobić jeszcze kilka dolarów, otwiera biznes naprawiający i importujący maszyny do pisania. Kiedy rynek maszyn do pisania obumiera, firma, którą założył, zaczyna produkować kalkulatory naukowe. Tak jak wcześniej, nie jest mu dane spocząć na laurach. Na rynku pojawiają się kalkulatory firmy Texas Instrument, które są bezkonkurencyjne cenowo. TI ma dostęp do tanich układów scalonych i nasz bohater widzi tylko jedno rozwiązanie: należy znaleźć firmę produkującą procesory i ją wykupić.

W 1976 firma MOS zostaje wykupiona. Jeden z łebskich pracowników nowo przejętej firmy zaprojektował właśnie nowy, obiecujący układ. Tym inżynierem jest Chuck Peddle, a układ, który okazał się strzałem w dziesiątkę, to MOS 6502.

Tak rodzi się firma Commodore, którą znamy. Commodore, producent komputerów osobistych dla mas, nie dla klas.

Pierwszym hitem jest Commodore VIC-20.

Nigdy wcześniej komputer nie sprzedał się w takich ilościach. Milion sztuk VIC-20 trafiło do szkół i prywatnych domów. Pośród miliona użytkowników komputera w kształcie chlebaka znaleźli się między innymi Linus 1 i Theo. Możecie ich znać jako autorów Linuksa i OpenBSD.

Późnym latem 1982 roku Commodore wypuściło na rynek następcę VIC-20. Oparty na tym samym procesorze, ze zdecydowanie ulepszonym układem dźwiękowym i graficznym, z ceną uderzającą w konkurencyjne produkty Atari i Apple, Commodore 64 okazał się ogólnoświatowym hitem.

Jak fantastycznym i przełomowym komputerem był Commodore 64? Tak fantastycznym i przełomowym, że nie muszę pisać nawet zdania na usprawiedliwienie tej tezy. O C64 napisano wiele i nie sądzę, abym mógł oddać sprawiedliwość tej kultowej maszynie w jednym krótkim tekście.

I znów, jak we wcześniejszym wcieleniu Commodore – producenta kalkulatorów naukowych, a scenę wkracza Texas Instrument, który zaczyna zdobywać rynek tanich komputerów. Rok po wydaniu C64 firma jest na skraju bankructwa. Zarząd się piekli. Jack Tramiel odchodzi.

Odchodzi z Commodore, ale nie schodzi ze sceny. Wykupuje udziały Atari i w 1987 świat otrzymuje kolejny prezent, linię Atari ST, pieszczotliwie zwaną przez fanów „Jackintoshami”.

To wszystko, z odnośnikami i cytatami, mogliście przeczytać na Wikipedii lub w jednym z setek tekstów, które pojawiły się po niedawnej śmierci Tramiela. Nie odkrywam przed wami tajemnic, nie zdążyłem zrobić lepszego przeglądu źródeł, nie jestem dziennikarzem,
nie umiem.

Medium pozwala mi jednak na coś, czego nie robi się w poważnych publikacjach o śmierci notabli. Napiszę coś od siebie.

Nie potrafię sobie wyobrazić siebie bez Commodore. Ten Emil, który tu teraz pisze, o 4:47 w sobotę, nigdy nie byłby fascynatem komputerów, gdyby któregoś wiosennego dnia Tata nie przywiózł z Universalu C64.

Zanim o samym komputerze, trochę o drodze. Od „zawsze” (kiedy kolega z klasy pożyczył mi instrukcję do swojego Timeksa 2048) wiedziałem, że chcę być „komputerowcem”. Niestety, w domu się raczej nie przelewało, a i czasy były takie, że nie zawsze można było po prostu wyjść i coś kupić.

Nie było komputerów, nie było słodyczy.

Słodycze były ważne w życiu każdego dziecka, dlatego też stałem się
bohaterem domu, kiedy to na święta otrzymałem w paczce żywnościowej 2 wielkiego Mikołaja z czekolady. Cała rodzina, włącznie z dorosłymi, przebierała nogami i czekała, kiedy odwinę sreberko z tego rogu obfitości.

Ruszony jakimś nieludzkim odruchem, który teraz byłby rozpoznany jako terroryzm, umiejscowiłem Mikołaja za szybką w segmencie i powiedziałem:

— Mikołaja zjemy, jak dostanę komputer.

To było wyzwanie, wyrzeczenie. Niemal religijna asceza, której nie spodziewałbym się po kilkulatku, a której teraz nie mógłbym podołać.

Półtora roku później, w okolicach Świąt Wielkanocnych, zjedliśmy Mikołaja. Był przeterminowany, ale smak zwycięstwa pobija smak mlecznej czekolady.

Ponieważ nic w moim życiu nie może iść normalnym torem, okazało się, że nie możemy wgrać żadnej gry. Studiowałem z Ojcem instrukcję do popularnego kartridża 3 i za nic na świecie nie mogliśmy uzyskać poziomej kreski, która poprzedzała „L”. Próbowaliśmy minusa, znaków w trybie graficznym. Nic nie dawało rady.

Następnego dnia, w sobotę, udałem się na boisko przygotowywać się do bycia piłkarzem. 4 Kiedy wróciłem, z pokoju dochodziły trzaski i piski. Wpadłem do mieszkania i zobaczyłem, że Ojciec „gra” na C64. Na ekranie były klawisze pianina, pewnie jedna oktawa, i dało się grać przy użyciu QWERTY. Byłem zszokowany. Dopytywałem, jak to możliwe i która pozioma kreska zadziałała!

To nie była „gra z kasety”, Ojciec przepisał program z niemieckiej instrukcji obsługi, kiedy ja grałem w piłkę. Moje uczucia, których teraz nie potrafię ująć w słowa, zamykały się w okolicach „cokurwaco”.

I tak zostałem programistą.

A pozioma kreska? Okazało się, że instrukcja na ksero była źle odbita i pozioma kreska zgubiła grot. Strzałkaelreturn zdecydowanie odbiła się na moich stopniach.

Minęło kilka dni i rozpoczęły się rekolekcje. Byłem dzieckiem mocno religijnym, zafascynowanym biblijnymi historiami. Do kościoła zabrałem tę samą książkę, z której Ojciec przepisał „pianino”. W połowie mszy zostałem przyłapany przez siostrę zakonną, która zwróciła się do mnie tymi słowami:

— To bardzo miło, że uczysz się matematyki 5, ale to jest dom boży i musisz uczestniczyć we mszy świętej albo wyjść.

Więc wyszedłem. Bóg bogiem, ale animacja duszków była dużo bardziej
namacalna i fascynująca.

I tak zostałem ateistą.

Za to wszystko „dzięki tobie składają”, Jacku Trzmielu.

Komputerowcy z drugiej be: Marcin (Atari 65XL), Radek (Timex 2048), Emil (C64)

  1. tu polecę „Just for fun”, biografię Linusa
  2. dla młodszych czytelników: pracownicy dostawali paczki świąteczne dla dzieci. Cukierki, może pomarańcza, ciastka. To jeden z powodów dla których nienawidzę „Michałków”, próbowaliście jeść „Michałki” i tylko „Michałki” przez trzy miesiące?
  3. borze, borze; co to za słowo
  4. Ojej, to były marzenia
  5. książka otwarta na bloku DATA

Słuchawki marki Zajebistość i Zasobność

Najważniejszą rzeczą we współczesnym świecie jest osobisty branding. Markowe ubranie z metką, okulary, model telefonu, ilość przerzutek czy tatuaż mówią o tobie więcej niż twoje dokonania. W świecie wizualnych bodźców dużo łatwiej dobierać się w grupy po zgodności markowych indykatorów niż inwestować w bolesny i czasochłonny proces poznawania opinii i idei przyświecających współobywatelom.

Nie macie się co zapierać nogami; mechanizm działa w świecie zwierząt, musi działać i z nami, erektusami. Pawia nikt nie pyta o opinię na temat reformy emerytalnej, ale jak rozwinie ogon to wiemy: kiep czy alpha.

Od czasu, kiedy na rynek odtwarzaczy audio trafił produkt firmy Apple, iPod, słuchawki stały się jednym z ważnych wskaźników pozwalających rozpoznać ludzi. Idąc tym tropem i mając dożywotnio przestawioną wajchę w pozycję au contriare zakupiłem słuchawki, który wysyłają konkretny przekaz.

Zacznijmy od koloru. Są czerwone. Jak krew, jak sportowe samochody. Jak zachody słońca i czerwone maki spod Monte Casino. Jak miejska sygnalizacja świetlna zdają się wołać: stój i patrz na mnie, nie chcesz chyba wpaść pod samochód banalności na skrzyżowaniu życia?

Krótki przewód powoduje, że nie mogę schować swojego telefonu do kieszeni w spodniach. Porzucę fałszywą skromność, telefon będzie od tej pory w przedniej kieszeni mojej koszuli, a cienka, czerwona linia poprowadzi twój wzrok wprost do uzmysłowienia sobie, że nie tylko mam sprytnotelefon, ale słucham na nim podcastów o startapach; jestem nowoczesny i dwa kroki przed tobą!

Jakość dźwięku jest rozpoznawalna tylko dla koneserów. Słuchawki nie są w stanie przenosić niskich tonów dzięki czemu mogę przesłuchać dowolną kompilację dubstepu i wydać miażdżącą opinię o bankructwie muzyki popularnej:

— Bez dropu to tylko takie disko z Casio.

Nie należy też pomijać kraju producenta. Chiny mają rozwijającą się ekonomię i w niedalekiej przyszłości mogą zacząć produkować elektronikę użytkową dla całego świata, a dzięki temu uzyskają ekonomiczną skalę pozwalającą utrzymywać niskie ceny. Może nie dziś, może nie jutro: niedługo wszyscy będziecie mieć coś, co pochodzi z chińskiej fabryki. Wtedy uderzę się w uda i zawołam: miałem chińskie słuchawki zanim się to stało modne.

Ostatecznym argumentem, który przeważył i skłonił mnie do zakupu był design. Słuchawki nie tylko pasują do uszu, ale dzięki zastosowaniu gumowych końcówek wiesz, że je nosisz. Nie ma minuty w której nie czułbyś ich w uszach.

Pozostawię was ze zdjęciem pozwoli zrozumieć jak doskonałego zakupu dokonałem. Proszę, nie kopiujcie mojego unikalnego stylu i gustu.

Miało nie być notek. Miałem pisać listy. Wysłałem jeden. Nie mam czasu, serio. Notki też bym nie pisał, gdyby nie fakt, że jest ranek i jestem zirytowany. Notka bez kurekty. Fotografia Aleksandra Korszuń.


Za chwilę dalsza część programu

Przerywamy ten program, by nadać specjalne wystąpienie Prezydenta Blożkowania na Europę Środkową:

Moi drodzy, nadeszła chwila, w której należy powiedzieć sobie prawdę. Formuła tego blożka się wyczerpała. Moją potrzebę do głoszenia bredni skanalizowało konto na Google+. Moja potrzeba pisania dłuższych tekstów rozbiła się o zjawisko „czytelnictwa” internetowego. Nie mam jeszcze recepty, a dzięki wczorajszym dyskusjom z Kają myślę, że recepta w ogóle nie istnieje. Przynajmniej taka, która nie powoduje gorszych skutków ubocznych niż stan wyjściowy.

Nie macie się jednak czym martwić 1 – strona nie zniknie – wszystkie linki będą zachowane, nie musicie usuwać kanału z czytników RSS 2. Nie wiem jeszcze, co będzie na końcu tego dłubania. Dziewięć na dziesięć, że wrócę tu z podkulonym ogonem i napiszę notkę o komputerach i humanizmie z kropelką nostalgii, czyli to, co zwykle.

„Zatrudniłem” 3 edytorkę na stałe. Głupio ciągle polegać na darmowej pracy przyjaciół i znajomych. Do tego nie będę miał skrupułów dać jej do sprawdzenia długi tekst: mo’ literek, mo’ money. Może to znacząco podnieść/obniżyć/bez zmian (niepotrzebne skreślić) jasność przekazu i jakość literacką.

Mam nadzieję, że teraz wszystkim dużym blogom będzie bardzo wstyd i zrobią to samo. Skoro ja mogę z własnej kieszeni, to i oni mogą z AdWordsów!

Przedostatnia sprawa: w ramach walki z uciskiem w Internecie utworzyłem też drugi obieg. Jeżeli wyślesz mi swój adres (adres, nie e-mail) na junkyard@bronikowski.com, to możesz liczyć na karteczki (drukowane i pisane) z tekstami, czy co tam akurat mam w ręce/głowie. Ilość miejsc ograniczona (mogę okraść biuro na skończoną liczbę znaczków).

Sprawa ostatnia. Dwie notki — „A ty kim jesteś by oceniać mnie” i „Złota klatka” — oddałem portablogowi Antyweb. Tak, serio. Dlaczego? Bo pisanie bloga mnie już nie cieszy.

Przyjmuję pomysły, oczywiście.

  1. jeżeli w ogóle można się martwić autorem bloga w Internecie, AKA Anonimowy Łoś
  2. prrroszę?
  3. freelance monogamiczny

Punkt widzenia

Młody chłopiec traci rodzinę i dostaje się pod wpływy księdza wyklętej religii, który namawia go do przeprowadzenia zamachu terrorystycznego. Banda przekracza granicę przy pomocy wynajętych szmuglerów i łączy się z główną komórką. Celem zamachu jest jednostka wojskowa. Terrorystom, mimo bohaterskiej obrony zgromadzonych w jednostce żołnierzy, udaje się wysadzić ją w powietrze. W akcji ginie 265675 ludzi.

Tak właśnie zapamiętałem Star Wars: A New Hope. 1

  1. Tłumaczyłem Piotrkowi monomit i tak mi się pomyślało, jak łatwo każdą z tych historii obrócić na pięcie

Daj pan pieniądz za kontent

Ach, święta.

Kochają je dzieci, importerzy chińskiego badziewia i sprzedawcy marcepanowych szopek z jadalnym Jezusem. Od lat darzę zimowe święta szczerą nienawiścią. Wpierw jako dziecko byłem pozbawiony prezentów urodzinowych, bom ofiara zrodzona w końcówce grudnia, potem jako dorosły, gwałcony przez koszmarną muzykę i pstrokaty wystrój doprawiony fałszywymi uśmiechami współobywateli.

Święta nie będą jednak tematem notki. Tak mi się ulało po sześciu godzinach jazdy pociągiem. Chciałem wrócić do tematu dobrych treści w Internecie. Ostatnio mówiłem Wam, jaką wartością jest miłość okazana autorom. Niewymuszona, spontaniczna miłość e-mailowa. To jednak połowa (OK, trzy czwarte) naszej misji wspierania producentów treści.

Porozmawiajmy o pieniądzach.

Wszyscy przywykliśmy do płacenia w sieci, prawda? Za usługi, za faktury, za zakupy na Allegro, za bilety w przedsprzedaży. „Płacenie przez Internet” zostało odczarowane dla zwykłego użytkownika. Jedynym wyjątkiem jest tu płacenie za treść produkowaną przez niezależnych autorów.

Na początku puszyłem się i głaskałem po główce myśląc, że użytkownik w polskiej sieci to po prostu skąpiec i drań. Ja natomiast jestem wspaniałym i szlachetnym wyjątkiem, który daje datki autorom komiksów, podcastów, kanałów na YouTube, blogerom, programistom piszącym otwarte i wolne oprogramowanie. Potem ruszyłem się po naszym podwórku i byłem zdziwiony jak niewielu autorów umieszcza guzik „Donate” na swojej stronie. Przez całą swoją karierę „mecenasa z Internetsów” miałem okazję okazać wdzięczność tylko dwóm osobom: Kai i Tomaszowi.

Widzę tu pewne błędne koło: autorzy nie umieszczają guzika, nie ma w co klikać, autorzy nie słyszą o ludziach, którzy otrzymują datki od fanów, autorzy nie dodają guzika.

Może moja sytuacja jest niezwykła? Poza trzema serialami konsumuje prawie wyłącznie niszowe produkcje. Większość z nich powstaje w kraju Nowego Wielkiego Brata i ich autorzy nie mają problemu z wstawieniem guzika, ba, niektóre podcasty zaczynają się lub kończą listą darczyńców lub potrzeb, wskazaniem miejsca, gdzie można przekazać dolara.

Dan Carlin z podcastu „Hardcore History” (i „Common Sense”, ale ten jest o amerykańskiej polityce i za niego nie płacę choć słucham, ha) co odcinek kończy dżinglem „Buck a show”. 1

Słuchając tego nigdy nie czuję się tak, jakbym słuchał reklamy. Uważam, że między mną a nimi istnieje dwustronnie pozytywny układ. Ja konsumuję, oni produkują, mi zależy żeby produkowali, im żebym konsumował.

Dlatego zachęcam Was, autorzy i Was, czytający, słuchający i oglądający: wstawiajcie guziki i klikajcie. Możemy sobie pieprzyć pod nosem, jak to stare media powinny zmienić model, żeby nam było fajnie. Zamiast tego próbujmy wprowadzać chaos pozytywistycznie, pracą u podstaw. Odchowajmy na własnej piersi autorów, którzy będą wiedzieli, że jest widownia i jest miejsce na rozwój.

Jeszcze jedno słowo o pieniądzach. Zawsze chciałem to zrobić, ale nigdy nie było okazji. Kieruję to zwłaszcza do wszystkich zwisających z cyca otwartego oprogramowania. Wiecie, że dłubalibyśmy w Win32 API albo szturchali kijem jakiegoś AIX-a pokrytego warstwą kurzu, gdyby nie nieustająca praca ludzi, którzy piszą otwarte oprogramowanie. Nie każdy z nas ma tyle talentu, żeby oddać tyle samo środowisku, nie każdy ma czas. Każdy z Was może wrzucić piątaka do puszki. Powiedzmy raz na tydzień. Czyli wszyscy w dziale piątaka. Raz na kwartał ustalić drogą demokratyczną lub przez mordobicie (mordobicie nerdów może być ciekawe, ustawcie kamerę, sprzedawajcie dostęp i mamy perpetum mobile) jeden projekt, który otrzyma przelew.

Ostatnia dygresja: co z płatnością za treści produkowane przez studia i korporacje? Płaćcie, nie płaćcie: kompletnie mnie to nie rusza. Napiszę notkę o tym, jak etycznie jest płacić za odcinek serialu zaraz po tym, jak przestanę być traktowany jak niepotrzebny przybłęda z Polandii. Podcasterom moje dolary z PLN-ów nie śmierdzą.

  1. Uwielbiam HH dlatego też renegocjowałem z nim warunki i płacę dolara za godzinę. ;-) 

Poznań-Łódź, 22:10, Stacja kolejowa Poznań-Górczyn

Autobus nie przyjechał po raz pierwszy. Kiedy nie przyjechał po raz trzeci dowództwo nad gromadą zziębniętych pasażerów, oczekujących na odjazd, przejęły dwie starsze panie. Szybka konsultacja z wnuczką, która „sprawdza w Internecie, kochane dziecko” i okazało się, że nasz pojazd utknął na autostradzie A2 i nie pojawi się przez następną godzinę. Może nawet przez trzy. Panowie z zajezdni autobusowej, kiedy poprosiliśmy ich o wpuszczenie nas do pomieszczenia dla kierowców, kazali nam pospierdalać.

Wreszcie czyjś sokoli wzrok wypatrzył na horyzoncie światło niosące nadzieję, które wołało: cywilizacja, ciepło! Wysłaliśmy skauta. Skaut powrócił z dobrą nowiną: przyjmą nas czym chata bogata, a i kartą można płacić.

Rozgościliśmy się w małej stacji benzynowej Statoilu. Może dwadzieścia metrów kwadratowych, dwanaście osób, sprzedawca i sprzedawczyni do której nóżek padamy i dziękujemy. Żeby okazać naszą wdzięczność jęliśmy kupować produkty spożywcze. Zapijaliśmy się kawą z automatu i komplementowaliśmy jej smak i temperaturę. Wprost z plastikowego kubka w nasze serca sączyła się nadzieja. Gdzieś tam jest autobus, a my jesteśmy tu i przetrwamy.

Uderzyło mnie jedno. Nikt nie rzucał kurwami. Nikt nie tupał, nikt nie sarkał. Wszyscy uśmiechali się do siebie i witali radosnymi okrzykami najnowsze informacje od wnuczki z Internetem, która jakimś cudem zdobyła numer kierowcy i zdawała nam przez Generała Babcię raport o obecnej sytuacji.

Siedziałem więc w kucki zażerając się najdroższą kanapką z jajkiem (osiem nowych polskich złotych za kromkę chleba przekrojoną na pół) i przyglądałem się współwięźniom stacji benzynowej o łagodnym rygorze. Podróżowali między półkami i podziwiali. Jaki kolorowy konsumpcjonizm teraz mamy. Samych maślanek było sześć, różnych producentów, różne smaki. Światło igrało w butelkach piwa, a klimatyzacja cicho szumiała. Usłyszałem nagle jak jedna dziewczyna tłumaczy drugiej, że żal ją ogarnia. Żal ją ogarnia bo mem z Chuckiem Testa się nie przyjął w naszym kraju. Rzuciłem jej ciepły uśmiech. My, obywatele Internetu, musimy się wspierać.

Autobus pojawił się zgodnie z ukazem wnuczki. 00:30. Jakimś cudem zabrakło w nim miejsc i musieliśmy się wymieszać z licealną wycieczką. Wycieczka była już lekko pijana, a mi trafiło się miejsce obok nastolatki z kruczoczarnymi włosami, która pierdziała monotonnie przez sen odbierając mi koncentrację tak potrzebną przy strzelaniu goli zespołem Newcastle United, którą to drużynę noszę w plecaku razem z konsolą do gier.

Reasumując: dwie godziny przy kawie z poznańskimi startupowcami kosztowało mnie dwanaście godzin „podróży”. Sześć w pociągu, który zwiedza świat, trzy w oczekiwaniu na autobus i trzy w autobusie wśród pijanych gimbusów.

Przynajmniej mam z tego dwie notki, tak? 1

  1. Ta nie ma korekty. Wróciłem właśnie do domu, jest 3:30, piję piwo zakupione na stacji (wspomnienia!) i nie mam już siły na czytanie tego, co napisałem

Klik: historia jednego kliknięcia

Położyłem się około pierwszej w nocy. Śpię zwykle w słuchawkach, a do snu tulą mnie książki audio. Tej nocy wybrałem The Pleasure of Finding Things Out. The Best Short Works of Richard P. Feynmann. Po godzinie słuchania nie mogłem usnąć i rozpierała mnie energia. Tworzyć, poznawać, hakować, psuć, dyskutować. Wygrzebałem się z łóżka i polazłem do mojego kąta w kuchni w którym pracuję.

Przekartkowałem notatnik w poszukiwaniu tematów odkładanych „od zawsze” i tak wpadłem na projekt serii artykułów o komputerach i sieci. W założeniu miały być kierowane do mitycznego Zwykłego Użytkownika i tłumaczyć w przystępny sposób te wszystkie niuanse technologii.

Wyplułem z siebie pięć stron i straciłem wizję. Wizji już nie odnalazłem, tekst podsyłałem różnym osobom. Zdania były podzielone. Przepuściłem tekst przez oczy i palce Szproty, a później Kaji. Nic się nie kleiło.

Dziś postanowiłem, że puszczę as-is bo nie ma nic gorszego jak wpaść w pętlę cyzelowania tekstu, który nie ma szczególnej wartości i jest raczej próbą zmierzenia się z tematem.

Tekst opowiada o historii jednego kliknięcia i jak wspominałem wcześniej jest skierowany do osób, które używają Internetu, ale nie znają go od zaplecza. Tak mi się przynajmniej wydaje. W moim gronie znajomych naprawdę ciężko trafić na taki egzemplarz. Dlatego też obarczę Was zadaniem: jeżeli uda się Wam zmusić kogoś do przeczytania tego tekstu to będę bardzo wdzięczny za wszystkie opinie i komentarze.

Klik: historia jednego kliknięcia

  1. Wersja PDF/A5 została przygotowana dla użytkowników tabletów i czytników. Tak mi się wydaje. Możliwe, że się mylę.