Archiwum | emil@fuse.pl && crypto

HTML 2 PDF: wkhtmltopdf

Zadanie: przygotować dokument PDF zawierający wszystkie faktury wystawione przez system w ostatnim roku.

Problem: system nie zapisuje faktur w PDF-ach, są wyświetlane jako strony HTML na ekranie monitora i drukowane przy pomocy arkuszy stylów z odpowiednimi definicjami @media dla wydruków.

Problem: faktury, które trafią do dokumentu muszą wyglądać identycznie jak te dostępne w systemie. Napisanie zewnętrznego generatora, który na podstawie danych z bazy zapisze odpowiedni PDF będzie kłopotliwe i czasochłonne. 1

Problem: programy, które potrafiły generować PDF z HTML-a nie potrafiły robić tego dobrze. Większość była szlachetnie nieświadoma istnienia definicji w style.css — pamiętajmy — celem jest identyczny wygląd.

Rozwiązaniem byłoby zautomatyzowanie wydruków przy pomocy przeglądarki. Nie miałem za bardzo pomysłu jak tego dokonać. Do tego dochodzi okienko przed wydrukiem, którego chyba nie da się oskryptować.

Pokarmiłem wyszukiwarkę różnymi słowami kluczowymi i znalazłem projekt wkhtmltopdf, który zrobił mi dzień. WebKit HTML To PDF to jak ławo zgadnąć program zawierający w sobie silnik WebKit i wypluwający na jego podstawie PDF. Czego można chcieć więcej? Potrafi używać osobnych stylów, interpretuje JavaScript (więc nie ma problemu z robieniem zrzutu aplikacji generującej wygląd przez dżejkłery czy co tam teraz jest modne do fruwania elementów) i zmienić automatycznie kolorystykę na odcienie szarości, co pomaga przy drukowaniu. Innymi słowy robi jedną rzecz i robi ją dobrze.

Przykłady: piotrpotera.com, bronikowski.com, riddle.pl 2

Jak widać “tekst jest tekstem”, obrazki się wczytały, zewnętrzne czcionki także zaskoczyły. Jestem miło zaskoczony. Faktury nadal się konwertują. Jeden testowy przebieg trwa około pięciu godzin. Tę noc spędzę w objęciach kawy.

  1. dorzućmy do tego problem z kodowaniem, który powstał w wyniku dawnej aktualizacji MySQL-a do 4.1, która to wersja lubiła definiować latin1 dla pól tekstowych
  2. Strona Riddle się delikatnie popsuła. Nie żeby mnie to specjalnie dziwiło, on jest psuja od CSS, a wersji WebKita z którą zbudowany jest wkhtmltopdf na moim systemie nie znam.

Bajka z morałem

W pewnym królestwie, którego nazwa ginie w mrokach historii, mieszkał książę. Fucha była całkiem niezła, płaca dobra, a jedyne zagrożenie stanowiła kombinacja złej wiedźmy i czaru zamieniającego w żabę. Na tę okazję książę utrzymywał kilka kurew o złotym sercu, które za dukaty pocałują praktycznie wszystko.

Idylla została zburzona. Królewska toaleta się zapchała. Gówno, a i obiekty natury okołohigienicznej wrzucane z pewnością przez roztargnionych domowników do muszli, rzuciły wyzwanie prawom fizyki.

Zawstydzony książę postanowił nie wzywać hydraulika. Raz po raz pociągał za spłuczkę pełen nadziei, że materia nieożywiona wreszcie odpłynie i dołączy do swoich braci w kanale. Tchórzył jednak za każdym razem, gdy poziom wody podnosił się zbyt wysoko. Nie pozostało nic innego. Trzeba będzie fizycznie usunąć to gówno.

Strapił się książę. Najbliżej czegoś co dziedziczyło wszystkie właściwości fizyczne gówna znalazł się podczas tego spotkania z dyplomatami kraju, którego nie kochał przesadnie. Zabawa ekstremistami nie znajdowała się wysoko na liście rzeczy, których szlachetnie urodzeni podejmowali się bez żachnięcia. Nie licząc tych zboków od markiza De Sade. Z sercem pełnym rozpaczy i duszą pełną strachu pociągnął za spłuczkę jeszcze raz.

Obserwował jak poziom wody podnosi się i podnosi. Kiedy wydawało się, że już za chwilę woda przeleje się za brzegi rozległo się ciche mlaśnięcie i breja opadła gwałtownie. Sytuacja została opanowana dzięki odwadze wrodzonej niechęci do pracy fizycznej i wiary, że Einstein pomyli się w przyszłości mówiąc, że problemów nie da się rozwiązać tym samym sposobem myślenia jakim się te problemy stworzyło.

Prawdziwy intelektualista woli poczekać, aż mu się kibel zapcha z jego własnej winy. Gdy się już zapcha, zaryzykuje rozwiązanie proste i o małych szansach powodzenia. Jan Kowalski popchnie gówno sam. Dlatego właśnie świat pełen jest szczęśliwych prostaków i zasrańców oczekujących, że problemy zasadniczo rozwiązują się same jeśli się poczeka dość długo.


Magiczne, rewolucyjne, nie do uwierzenia

Kto nie publikuje w iBooks ten przegrał życie.
Anonimowy komentator Onet.pl

Prawdziwego mężczyznę poznaje się po tym jak kończy (i po kapeluszu), a ja kończę z opuszczoną głową, którą mam zamiar podnieść w obliczu nowej nadziei jaką niesie ze sobą najnowsze dziecko Apple, iPad. Bądźmy szczerzy: jest tylko jedna firma, która może zmienić sposób w jaki postrzegamy świat, sposób w jaki konsumujemy media. Zamykają kina, Wall Street Journal się nie sprzedaje, New Yorker zwalnia, mało kto czyta bronikowski.com — możemy więc uznać, że kultura konsumpcji treści wysokiego lotu upada.

iPad zmieni to wszystko. Tak jak iPod zmienił świat cyfrowej muzyki. Książki, filmy i gazety pod opuszkami palców. Inteligentna konsumpcja treści, która wpisuje się tak dobrze w nowoczesny świat, w którym przyszło nam żyć. Monetyzacja. Synergia. Boso po kalifornijskiej łące z plastikowym kubkiem z kawą.

Widzę też problemy. Apple słynie z pomijania naszego kraju, tak zasłużonego przecież i oddanego firmie z Infinite Loop, w dostępie do cyfrowych kanałów dystrybucji. Póki nie wyjaśnię tej sprawy, a wiedzcie, że napisałem już stosowny e-mail pod sjobs@apple.com, będę musiał polegać na archaicznej metodzie dystrybucji jaką jest RSS.

http://ipad.bronikowski.com

W przyszłości mam zamiar przenieść całego bloga do iTunes Store, jedna notka za dziewięćdziesiąt dziewięć eurocentów. Myślę, że cena jest fair. Zwykły tekst kosztuje mnie 2*Guinness i paczkę fajek.


Wyłącznik zmierzchowy

Stałem na przystanku i właśnie wtedy bóg zamrugał do mnie oczami miasta. Na rozkaz niesłyszalnego głosu uliczne lampy otworzyły swoje brudne klosze z sodowymi źrenicami.

Stałem tak, zdziwiony jak dziecko, podziwiając ten akt tworzenia. I stała się jasność. Krwiobiegiem ulic popłynęły tramwaje. Wczorajsze kałuże zatrzymały się na chwilę zdjęte chłodem.

Zimowe ulice strząsnęły z siebie ostatnich spacerowiczów. Oparty o wiatę przystanku podziwiałem swój oddech w powietrzu i dumałem nad smutnym faktem: coraz rzadziej rozważam, co by było gdyby. Gdybanie jest świetną rozrywką dla osoby, której zestaw problemów ogranicza się do następnej butelki wina, następnego blanta i wahań na rynku zupek gotowych do spożycia po zalaniu wrzątkiem. Ostatnio problemy ścięły włosy, założyły garnitury i wydoroślały. Siedzą gdzieś na brunchu debatując o najnowszych trendach we wnoszeniu opłat za farmę serwerów i paradygmatach w konsumpcji kredytów odnawialnych.

Co by było, gdyby wyłączyli oświetlenie w mieście? Zapytałem kiedyś o to w parku Zdrowie, nocą, patrząc w utopione świetlnym smogiem niebo. Wszyscy zgodzili się, że byłoby całkiem super. Sekundy później horyzont zgasł. Gdzieś w elektrowni musiał wyskoczyć bardzo duży bezpiecznik. Przyduszony narkotycznym dymem wysapałem z siebie monosylabę zdziwienia i ekscytacji. Na niebo wciągnięto planszę “przepraszamy za usterki”, razem z białymi kropkami gwiazd.

Co by było, gdyby wyłączyli oświetlenie w mieście? Pewnie by nam obrobili biuro. Dlatego nie zadaję sobie już tych pytań, rzeczywistość jest męcząca.

Gdyby baba miała wąsy, to z pewnością stałaby się rzecznikiem jakiejś firmy oferującej laserowy zabieg usuwania nadmiernego owłosienia, razem z kampanią wirusową i fanpage.


Bohdan

Bohdan sypiał w krzakach jałowca. Nie od początku do końca swojego życia, ale przez kilka dni, które spędziliśmy nad wodą. Bohdan miał sweter, skołtunioną brodę, potargane włosy i oddech pijaka. Trzy pierwsze elementy miały wkomponowane igły jałowcowego legowiska. Jak wszyscy obecni na tym wyjeździe, oddawał się prostym przyjemnościom: siedzeniem porankiem na brzegu zalewu z wędką, spożywaniu dużych ilości alkoholu kupowanego na kanistry od wycofujących się braci ze Wschodu, jedzeniu mielonki i puszczaniu bąków. Nie mogę przecenić wkładu tych rybackich wyjazdów w kształtowanie mnie jako obywatela i mężczyzny.

Od czasu do czasu, przy kolacji, odbieraliśmy też wykształcenie klasyczne. Bohdan zapytał mnie znad puszki mielonki:

  • Emil, Ty się uczysz niemieckiego w szkole?
  • Tak! Bardzo mi się podoba — tu się przedstawiłem z adresem, używając najlepszego akcentu podkradzionego z amerykańskich filmów o nazistach.
  • To jak będzie “zmęczony” po niemiecku?
  • Hmm — zrobiłem przerwę, która sugerowała że zapomniałem, ale z pewnością wiedziałem.
  • Müde!
  • Ach, właśnie.
  • To tak jak w zdaniu, jak kolega wyciągał mnie w Berlinie do burdelu, powiedziałem mu “Thomas, ich bin zu müde”.

Bo Bohdan był sztandarowym biznesmenem tego okresu. Jak w piosence Big Cyca: “Renta, stypendium — wyżyć się nie da. Tu kupisz, tam sprzedasz — nie weźmie cię bieda”. Nie zadawałem sobie pytań o to, czemu biznesmen tej klasy, odrzucający zaproszenia do niemieckich burdeli, sypia w krzakach jałowca. Sam chciałem spać na dworze, ale mi zabroniono. W moim umyśle jasnym stało się, że tylko ktoś, kto trzyma życie w garści, może spać gdzie chce.

Wróciliśmy z wycieczki. Bohdan stał się częstym gościem w naszym domu. Przy stole przytaczał anegdotki z życia, zapamiętałem jedną, którą opowiadał nie bez dumy. Jego córka przekomarzała się ze swoją koleżanką o to, co mają lepsze i większe. Wygrała przez nokaut stwierdzając, że jej tata ma większe długi niż tata koleżanki.

Następnego dnia ojciec wziął mnie na stronę i jął mi tłumaczyć historię Bohdana. Kupił on do spółki z kimś młyn, z miłości do siebie wystawił sobie pieczątkę prezesa i nią całował dokumenty, wspólnik zabrał forsę i wyparował. Co mi było po tej wiedzy? Otóż prezes upadłego młyna chciałby pożyczyć ode mnie telewizor. 1 Poruszony historią zgodziłem się, uprzedzając, że bardzo będę się cieszył jak mi go szybko zwróci, bo brak telewizora odcina mnie od komputera, a nie mam zamiaru walczyć z matką o dostęp do tego w pokoju, bo ogląda się na nim Izaurę.

Kręcąc się na fotelu, dwadzieścia dwa lata później, dumam sobie nad biznesem w ogóle. Dumam bez telewizora, który pożyczył ode mnie Bohdan, a którego nigdy nie zwrócił. Gdybym wyciągnął wcześniej wnioski ze spotkania z królem jałowcowego zamku, to może żyłoby mi się łatwiej. Trzeba okradać głupszych (którzy wystawiają sobie pieczątki dla picu), albo słabszych i naiwnych. Najlepiej kogoś, kto dziedziczy wszystkie te trzy cechy i dzięki temu jest pracownikiem wprost idealnym.

  1. dla ludzi z innej epoki, kiedyś podłączało się komputery do telewizorów

Świetnie poinformowany kretyn

Świat wybitnie zorganizowany

Kiedy umażesz się majonezem sięgając do klawiatury, to znak, że czas już posprzątać na biurku”. To lub bardzo podobne zdanie wyszeptałem kiedyś komunikatorem do ucha czy też oka Shota. Zdanie to unaocznia czytelnikowi, że lubię majonez na tyle, aby przynieść kanapkę z nim do centrum dowodzenia, jakim jest biurko, i że czasem potrafię zrobić dookoła siebie burdel. W sensie czysto platonicznym: skarpetki-na-podłodze, nie kurewki-za-pieniądze.

I tak jak mogę bez problemu przejść nad kolekcją brudnych kubków, co do których dostaję już listy z Instytutu Geografii od profesorów, którzy chcieliby pobrać próbki warstw taniny i dowieść, że zeszły czwartek odbył się zgodnie z planem, mimo fatalnej pogody, to nigdy nie przepuszczę jednak plikowi na twardym dysku, który zawieruszył się w “złym” miejscu. Dostaję bolesnych skurczy widząc u kogoś katalog “różne”, w którym zbiera swoje wiersze.txt, swoje filmy.avi, wspomnienia z wakacji.jpg i mu to nie przeszkadza. Kiedy ty czy on ściągacie wszystko na Pulpit, bo tam się znajdzie, bo pod ręką jest, a potem to gnije jak mięso, które utkwiło w dziurawym zębie.

Komputery to prawdopodobnie jedyna dziedzina mojego życia, którą kontroluje w stopniu zadowalającym, pozwalam więc sobie na rozwijanie mojego kompulsywnego stosunku do porządku (a jest to porządek szyty na miarę starych zamordystycznych państewek, gdzie “strzelać, potem zadawać pytania” jest drugim punktem konstytucji) i nie zwracam uwagi na łzy bliskich mi osób, którym wykładam ze szczerością, że ich top-posting w e-mailu zepsuł mi wątek, przez co mam rozwalony dzień, i jak oni się czują z tym i czy chcą porozmawiać z moimi klientami, skoro już próbują niszczyć moją komunikację ze światem.

Nie jest to wielkie upośledzenie. To takie kuśtykanie na jedną półkulę mózgu. Większość ludzi wie, że nie idzie się tym zarazić kropelkowo czy też przez stosunek seksualny. Mój większy problem stanowi chęć sprawdzania nowych rzeczy. Ten stan przypomina kogoś, kto porażony arachnofobią rozwija w sobie talent do odwiedzania kilkudniowych paneli naukowych o pająkach, a pod wpływem wielu mądrych ludzi i ich opinii (a i własnej ciekawości) zakupuje pająka, by co wieczór podskakiwać z krzykiem “Kurwa, jaki wielki pająk!” i łapiąc się za serce przetrawiać fakt, że ma go na własne życzenie.

Telepatia bez mózgu”

Tłumaczyłem mojej siostrze fenomen Internetu. Było to w czasach, kiedy kobiety były kobietami, mężczyźni mężczyznami, modem 14.4K był luksusem, a do snu gwizdałem sobie nośną 0202122. Jakieś czternaście lat temu. Tłumaczyłem jej, że tu, teraz, mogę wysłać wiadomość do kogoś mieszkającego w Afryce i on ją otrzyma nie za miesiąc, nie za tydzień, a za kilka sekund. Była to fantastyczna wizja. Świat skurczył się niczym tandetna podkoszulka po drugim praniu.

Wtedy nie zadałem sobie pytania, czy ja mam coś do powiedzenia temu komuś i czy ten ktoś ma mi do powiedzenia coś, co będzie interesujące. Dziennie otrzymywałem trzy e-maile, które czytałem z najwyższą uwagą i na które odpisywałem godzinami (rekord to prawie sześćdziesiąt kilobajtów relacji z osiemnastki znajomych, na którą Maciek nie odpisał do dziś w całości).

Przewijamy do 2010 roku. Dziś otrzymałem 62 e-maile, większość skasowałem bez czytania. Te, na które odpisałem, składały się z kilku linii. Kanały RSS wyprodukowały 174 nowe wiadomości, połączone siły Facebooka, Blipa i Twittera dorzuciły kolejny tysiąc postów. Przegadałem ponad godzinę przez Skype. Przeczytałem kilka wątków na tym i owym forum.

Napisałem czterdzieści linii kodu.

Po całym dniu wiem mniej, niż wiedziałem, gdy podnosiłem zwłoki. Rozwiązałem zero problemów, doszły dwa nowe. Nie uczę się już nowych rzeczy, spędzam czas na kasowaniu informacji, ignorowaniu informacji, zarządzaniu informacjami, przekazywaniu informacji. Mija dwudziesta godzina przed klawiaturą i nie czuję abym wyprodukował coś, co ma jakiś sens, tak z osobistego jak i zawodowego punktu widzenia.

Zbudujcie, a przyjdą. Przyjdą. Przyjdą. Przyjdą.

Google wydało dziś nową zabawkę, Google Buzz. Poczułem się pokonany. Totalnie pokonany, jak młody partyzant pochwycony przez wroga. Siedzę tu i patrzę jak moje miasto jest niszczone, matki i córki gwałcone na mojej ziemi, mężczyźni rozstrzeliwani. To był kiedyś mój komputer. Teraz jest to komputer społeczności i choćbym się wyrywał, kopał i szarpał, to mogę być z nimi, albo z nimi, ostatecznie z nimi.

Wszystkie znaczenia trafił szlag. Na Facebooku moim przyjacielem jest Piotr Petrus. Wymieniamy się czasem e-mailami. Na Facebooku moim przyjacielem jest Joel Watson. Dorzucam się na jego komiks i podcast. To fantastyczni ludzie, ale z pewnością nie przyjaciele. Tak to już jest, wszyscy jesteśmy przyjaciółmi. Doubleplus good w nowomowie. Ale to mniejszy problem.

Większy problem leży w tym, że Joel’a śledzę też na Twitterze. Automat puszcza te same informacje tu i tu, czytam więc dwa razy. Są osoby, które śledzę na Blipie. Dzięki wtyczkom dodają oni swoje informacje na Facebooka i Twittera. Wczorajszy tekst Czerskiego dostałem przez RSS, Facebooka i jeszcze e-mailem do kogoś. Patryk Zawadzki jest encyklopedią dziwacznych odnośników. Google automatycznie dodało go do “obserwowanych” w Google Readerze, bo wymieniamy się e-mailami. Większość rzeczy trafia do mnie dwa razy, od dziś będzie trafiać trzy razy, bo Google Buzz pożywia się informacjami z wcześniej wspomnianego czytnika RSS.

Wiem, że mogę nad tym zapanować. Przestać obserwować kogoś na Twitterze, ukryć statusy na Facebooku, obciąć listę kanałów, przestać w ogóle czytać. Hydra informacyjna wypuszcza dwie nowe głowy na miejsce tej ściętej. Mogę pokasować konta, tak jak gościu uzależniony od methu może przestać robić laskę za kolejną działkę.

Nowe oświecenie

Wiem co jecie, jakiej muzyki słuchacie, gdzie łazicie. Z większością z was nie miałem okazji napić się wina w ciepły letni dzień i wymienić opinii co do drużyn piłkarskich. Google wie o mnie więcej niż moja dziewczyna. Facebook kradnie moje komentarze, bo z próżności dodałem swoją stronę do odpowiedniego katalogu. Znam meme o penisie Lady Gaga. Nie wiem kto to jest Lady Gaga. Żyję w świecie, którego byłem adwokatem i promotorem. Połączonego świata w którym nieskrępowana informacja jest w zasięgu ręki. Jestem wybitnie poinformowanym kretynem.

Zdjęcie wykonane przez WSDOS na licencji Creative Common.


Tak” dla cenzury Internetu

Płacz. Internet, w swojej wielogłowej i bezmózgiej masie, zaniósł się płaczem! Och, rząd chce nam zamykać strony! Różni samozwańczy spece od prawa czy inni anarchiściatakują ten rozsądny pomysł ostrzami swoich paragrafów. Jakże krótkowzroczna, jakże niesprawiedliwa jest taka krytyka, ba, powiedziałbym nawet — krytykanctwo!

Rozważmy Internet. Miejsce, w którym każdy idiota może napisać dowolną rzecz bez ponoszenia konsekwencji za swoje słowa. Internet, miejsce, gdzie zasłużeni dla kultury artyści, tacy jak Shakira czy Megan Fox, są ograbiani z ciężko zarobionych pieniędzy. Śmietnisko ludzkości, gdzie za jednym posiedzeniem można sprawdzić, jakie narkotyki dziś mają dobrą cenę, pooglądać rozebrane laski, wystąpić z kościoła rzymskiego i dowiedzieć się faktów o rzeczach, o których przed ślubem powinieneś wiedzieć tylko z opowiadań przy trzepaku.

Spójrzmy prawdzie w oczy. Trzeba podjąć kroki, radykalne kroki, które ukrócą to szaleństwo. Widzę potrzebę cenzurowania Internetu tak, aby młodzi ludzie nie nasiąkali głupotami, nie spędzali czasu na bezproduktywnych debatach i produkowali ku większemu dobru społeczeństwa. Jako administrator kilku serwerów mam zamiar podjąć odpowiednie działania na własną rękę, ale jak tylko odpowiednia ustawa zostanie wprowadzone w życie, wyślę do łódzkich dostawców Internetu list zachęcający do poparcia mojego projektu samocenzury.

Proponuję następującą listę stron szkodliwych dla młodych ludzi i Polaków w ogóle. Stron zawierających kłamstwa, radykalne idee, nawołujące do konfliktów, zawierające materiały szkoleniowe dla radykałów.

  • platforma.org
  • sd.pl
  • pis.org.pl
  • sld.org.pl
  • uniapracy.org.pl
  • psl.org.pl

Listę tę należy poszerzyć o indywidualne strony liderów. Mam nadzieję, że podpisujący ustawę politycy docenią moje działania wyprzedzające i zrozumieją, że demokracja demokracją, ale racja musi być po naszej stronie.

http://www.google.pl/url?sa=t&source=web&ct=res&cd=1&ved=0CAcQFjAA&url=http%3A%2F%2Fwww.platforma.org%2F&ei=Ip5ZS-ORKsvW-QbAnv0Y&usg=AFQjCNF98rXyAyCklBOy96Ys5yzjSlx0Eg&sig2=Ez8HoPsieKXxycAWYi9O5g

2010

Był 2009, będzie 2010, a po nim i 2011. Nie ma powodu do paniki. Nie ma też powodu do upijania się tanim szampanem. Pewnie, stojąc dziś w oknie i podziwiając eksplozje, postanowicie sobie coś. Że schudniecie, że rzucicie palenie, że zaczniecie pracować jak porządni ludzie, o spłaceniu długów pomyślicie.

Do końca tygodnia zapał wyparuje razem z alkoholem, a poniedziałkowy dzień pracy rozpoczniecie od pożyczenia piątaka na słodką bułkę, którą zjecie, popijając kawą i zaciągając się kolejnym papierosem.

To nasza natura. Wierzymy, że w sumie jesteśmy całkiem dobrymi ludźmi, którzy potrafią się zmienić. Wymiana kalendarza pomaga nam okłamać się po raz kolejny. To nowy początek, myślimy. Początek może i nowy, ale Ty jesteś ten sam, stary. Ten sam, który miał postanowienia w 2005, 2004.

Moje noworoczne postanowienie będzie bardziej przyziemne. Realistyczne. Nie będzie stało w sprzeczności z ostatnimi dziesięcioma laty mojego życia. Nie wymaga modyfikacji diety i plastrów z nikotyną. Ernest powiedział:

Write drunk; edit sober.

Tak jest Panie H., dawać ten 2010.


Zgredminator

W ostatnich dniach grudnia 1979 podjęto decyzję o nieprodukowaniu więcej ludzi z lat siedemdziesiątych. Nadchodziły nowe, ekscytujące, lata osiemdziesiąte. Mówiono, że te modele, które zaprojektujemy w przyszłości, będą miały dusze i bardziej humanoidalne kształty.

W wyniku zaniedbania model 22121979-01-E uciekł i od trzydziestu lat ukrywa się na obrzeżach społeczeństwa. Najbardziej nieposzukiwany przestępca wymyka się nieistniejącym pościgom ze sprawnością martwej myszy w śmietniku.


Incitatus

Przenosimy się do studia telewizyjnego, gdzie wywiadu udzieli nowa gwiazda polskiej sceny politycznej, poseł Breja. Oddajemy głos redaktorowi prowadzącemu wywiad.

  • Pani Pośle, wystosował Pan interpelację w której padł postulat delegalizacji ciemnych miejsc. Jak stwierdził Pan w podsumowaniu, ciemne miejsca służą ludziom do popełniania gwałtów, morderstw i rozbojów. Są siedliskiem zepsucia i moralnego upadku. Padło też stwierdzenie, że nastoletnie prostytutki robią tam laskę za karty-zdrapki służące uzupełnianiu konta na telefonach komórkowych i że najlepiej idą te po pięćdziesiąt złotych. Moje pierwsze pytanie jest więc takie: skąd tak dokładne informacje?

  • Pani Redaktor, czasami człowiek musi się spuścić między obradami. Moje informacje pochodzą więc z pewnego źródła za sklepem spożywczym Żabka.

  • Rozumiem. Wywołał Pan swoją interpelacją ogólną dyskusję. Fora fanów hodowli pieczarek i fora fotograficzne pełne są ludzi, którzy twierdzą, że nie całkiem rozumie Pan skutki swojej interwencji poselskiej. Jeden z uczestników stwierdził, że, cytuję, “bym zajebał go w ten pusty baniak, to by mu oczy wpadły do gardła”. W artykule, który po tych wydarzeniach ukazał się w ogólnopolskiej gazecie, powiedział Pan, że grzybiarze do spółki z ludźmi, którzy mają ciemne sypialnie, wydali na Pana wyrok śmierci. Czy może Pan to jakoś skomentować?

  • Proszę Pani, ja się oczywiście na niczym nie znam. Próbujemy z kolegami w sejmie przepchnąć najbardziej medialne i populistyczne ustawy, które pozwolą nam dobrze wypaść w oczach niewyedukowanej tłuszczy. To głosami ludzi, którzy reagują na monosylaby i hymny, wygrywamy wybory. Gdybym ja się na czymś znał i mógłbym się z tego utrzymać. to jak Pani myśli, byłbym posłem? Oczywiście, że nie. Robiłbym coś pożytecznego. Sam problem ciemnych miejsc wydawał mi się tematem na tyle dobrze rezonującym ze zwykłym czytelnikiem Faktu, że bez rozważania jakichkolwiek za i przeciw ogłosiłem swoje stanowisko. Nie jest mi przykro, nie mam też zamiaru odszczekiwać niczego.

  • Jest Pan politykiem partii liberalnej, która niosła na sztandarach hasła normalności. Czy wyborcy mogą się czuć oszukani?

  • Wyborcy to tylko słowo zastępcze na oszukani. Pamięta Pani taką gromadę różnych kanap politycznych z fałszywym premierem? Albo tę lewicową partię, która przed hierarchami kościoła rzymskiego była zawsze na kolanach, z otwartymi ustami i zamkniętymi oczami? Ci, po lewicowcach, byli tak antypatyczni, że mogliśmy startować z hasłem “Wyjebać tamtych” i wygralibyśmy w cuglach.

  • Dziękujemy za wywiad. Jakieś ostatnie słowa do widzów?

  • Jebcie się, smarki.

W następnym odcinku programu “Wywiad pod wpływem serum prawdy” zapytamy użytkowników Internetu o ich ulubione strony.

Piotr “Vagla” Waglowski o tym samym, na serio.


Brud

Telefon

Studzienki zapchały się śmieciami i rzygały na krzywe chodniki. Lampy oświetlały ulice trupim światłem, a ludzie zdawali się wymykać chyłkiem z okolicy. Nieogłoszona godzina policyjna wybiła.

Dookoła brudnych ulic tłoczyły się ślepe budynki, w których czynsz płaci się raz na jakiś czas. Nory sypialne dla niewykwalifikowanych robotników, domowe żłobki matek tak wielu dzieci, że skończy się imiona świętych. Miejsce, gdzie zakwitła specjalna odmiana kapitalizmu: samozałatwizm. W obrębie kilku ulic można znaleźć wszystko. Odrobinę miłości, radość zgniecioną w małe porcje opakowane w aluminium, lokalnych sędziów wydających szybkie wyroki, pożyczkę na bardzo niekorzystny procent z kolanami w zastawie, kogoś kto pomoże wyrównać szanse (pierwszy magazynek gratis) na zaistnienie w świecie. Długie ramie sprawiedliwości wzdrygało się przed sięgnięciem po łokieć w rzekę gówna, więc wszystko toczyło się swoim tempem odmierzanym bezgotówkowymi przelewami krwi.

Nie można powiedzieć, że ludzie żyjący tam byli jakoś szczególnie źli. Od ludzi żyjących w innych częściach miasta różniła ich tylko częstotliwość, z jaką spoglądali na mur w ślepym zaułku swojego życia. Ciągłe lądowanie na końcu drogi bez wyjścia rozwinęło w nich talent wybijania dziury własną głową lub wspinania się. Rozłupana czaszka, podarte spodnie i twarde ręce były wliczone w koszta, bezkompromisowość była darem niebios.

Drewniane schody. Drewniane drzwi. Drewniane drzwi się nie domykają, sparciały dawno temu. Za nimi ściana i skrzynki pocztowe. Wszystkie otwarte. Pocztą przychodzą tylko rachunki i życzenia świąteczne. Jednych i drugich się nie kradnie. Dalej lista mieszkańców, nieaktualna od zawsze. Schody, piętra i drzwi. Za jednymi z nich czyjaś córka, czyjaś matka, czyjaś babcia: święta trójca na głodowej emeryturze. Podczas wysiłku wojennego pracowały w fabryce silników. Silniki były potrzebne. Potem wrócił mąż, przyszło dziecko, mąż odszedł. Historia tak banalna, że mogłaby się pod nią podpisać większość kobiet z budynku, w którym nie kradnie się tylko życzeń i rachunków.

Ludzie w takich miejscach rozwijają jeden talent, zgodnie z darwinistyczną teorią doboru naturalnego. Każdy potrafi dodawać w głowie do setki, zna różnicę między gramem a dekagramem. Za drzwiami mieszkań dzień w dzień dokonują się cuda ekonomii i arytmetyki. Jak nakarmić pięć osób, dwa gramy haszyszu z półgramowej kostki.

W pokoju zapada decyzja. Jest to decyzja przemyślana, poparta wynikami obliczeń, które roją się na kawałku kartki. Stara kobieta, która zastawiła swój medal za wkład w wysiłek wojenny, bierze swój woreczek z monetami i odbywa powolną podróż do jedynego czynnego automatu telefonicznego. Schodek-schodek-schodek-oddech. Otwarte tu i ówdzie drzwi tworzą system stereo. Kanał lewy: kłótnia małżeńska. Kanał prawy: dziecko z gorączką bada pojemność własnych płuc. Schodek-schodek-schodek-półpiętro-oddech. Kanał lewy, kanał prawy, otwarte okna skierowane w zamkniętą nieckę podwórka. Uniwersalny odgłos pieprzenia się. Darmowa zabawa dla wszystkich, cieszy się wielką popularnością wśród samozałatwistów.

Wiszący telefon był centrum biznesowym. Wystarczająco anonimowy, żeby zaspokoić paranoję sprzedawców. Nakarmiony monetą, wydał z siebie sygnał tonu.

  • Halo? To ja, babcia B. Tak. Właśnie policzyłam i powinno się udać. Wiesz, ile teraz wszystko kosztuje. Nie, nie mogę sama. Wiesz, że nie mogę iść nawet do sklepu, a wieczorami kręci się tu wielu meneli. Czemu nie wyślesz C.? Nic się nie stanie, C. ma łeb na karku. — B. słuchała przez chwilę szybkiego i ostrego tonu dochodzącego z słuchawki — Wiem. Nie da się zrobić omletu bez rozbijania jajek. Wyślij ją.

Odłożyła słuchawkę i zatarła ręce.

Podróż

C. zrzuciła plecak na podłogę. Woda mineralna, poręczna pałka, osiem owiniętych w aluminium kostek. Nóż w kieszeń, bardziej dla poprawy samopoczucia, bo gdy dojdzie do walki, to lepiej uciekać. Bluza z kapturem.

  • Mamo, wychodzę!

  • Idź, tylko uważaj na siebie. Zadzwoń po wszystkim i nie zapomnij zrobić zakupów wracają.

Ruch o tej godzinie, nawet w tej części miasta, gdzie żyli ludzie z prawdziwymi życiorysami, był znikomy. Gdzieniegdzie spóźniony właściciel psa przestawał z nogi na nogę w oczekiwaniu na zasranie wspólnego, więc niczyjego trawnika. Równo rozstawione latarnie rzucały snopy światła we mgle, tworząc iluzję estradowych reflektorów, w których blasku okoliczni ludzie odgrywali scenę spaceru, palenia papierosa i oczekiwania na komunikację miejską.

Autobus się nie spóźnił. W mieście autobusy się nie spóźniają. Są zawsze w odpowiednim dla kierowcy momencie. C. usiadła na fotelu, oparła głowę o szybę i oddała się komunikacyjnemu nieistnieniu. Jedynemu sposobowi na podróż, gdy za oknem zmieniają się tylko numery domów i ulice, ale nie zmieniają się widoki. Miejsce w autobusie kurczyło się i powiększało, gdy do środka wpływały i wypływały krwinki miasta. Puls serca odmierzany przystankami przy centrach handlowych i granicach dzielnic. Gdy dojechali do przystanku C., autobus był już prawie pusty. Jechała ona i kilka osób, przy czym tylko ona świadomie, bo reszta zdawała się spać lub nie być w stanie określić swojego miejsca na trójwymiarowej matrycy X, Y i ogólnego sensu życia.

Teraz prosto. Trzeba pamiętać o odpowiedniej postawie. Sylwetka wyprostowana, ale niewyzywająca. Nie obracać się przy każdym odgłosie. Na szczęście droga do B. nie wiedzie przez wiele punktów zapalnych. Trzeci zakręt, przy szkole i stąd już kawałek.

  • Hej?

Nie zatrzymywać się. Idziesz dalej nie zdradzając, że usłyszałaś.

  • Hej? Hej!

Ręka w panice przesunęła się do kieszeni i ścisnęła nóż. Pozostaje mieć nadzieję, że kroki, które za sobą słyszy, należą do niewidomej kostki masła, bo tylko wtedy ma szansę czegoś dokonać tą finką.

  • Hej? - coś chwyciło ją za ramię. Odwróciła się na pięcie z uniesionymi rękoma.

  • Spokojnie, spokojnie. Spokojnie!

Kobieta, która zaczepiła C., miała na sobie coś, co mogło być kiedyś suknią wieczorową. Jej uśmiech ozdabiała szminka nakładana z przekonaniem, że ilość zdecydowanie pokonuje jakość, i prawie kompletne uzębieniem. Kiedy mówiła, przekrzywiała delikatnie głowę i nerwowo wyłamywała palce z długimi paznokciami pokrytymi popękanym lakierem.

  • Tak sobie myślę. Tak sobie myślę. Nie bierz mnie tylko za wariatkę. Tak sobie myślę, że możesz poratować siostrę. W potrzebie siostrę.

C. patrzyła na nią w ciszy. Była jeszcze przerażona nieoczekiwanym zatrzymaniem.

  • No więc, więc? — dopytywała tamta — Masz? Bo widzisz. Ja już nic nie mam od tygodnia, a wiesz, wiesz, że jest źle. A jak będzie źle, to już nic nie zarobię. Bo ja jestem tancerką, kilka ulic stąd, egzotyczną jestem.

Wykonała chwiejny obrót, złapała za brzeg spódnicy i uniosła nogę w pozorowanej wersji ulicznego kankana.

  • Ale ja niczym nie handluję. Niczym. — powiedziała wreszcie C.

  • Handluję. Pewnie, że nie. Tragarza poznam, poznam. Nie raz Cię widziałam. Do tej kurwy nosisz, do tej B. A ona mi już nie da, bo kiepsko z pieniędzmi.

Normalnie próbowałaby zignorować lokalny element, zwłaszcza pod postacią rozsypującej się kobiety, ale coś w postawie tamtej sugerowało, że szaleństwo jest jej alternatywną drogą do prowadzenia dialogu. I że będzie z tego wtedy kupa problemów. Usiadła na krawężniku i otworzyła plecak, wyciągnęła jedną z aluminiowych kostek i przy pomocny noża uniosła małą część na wysokość oczu. Towarzyszka usiadła obok niej i poklepując się w uda z radości powiedziała:

  • Wiedziałam, że siostrze pomożesz.

Odgłos wciągania proszku, chwila ciszy. C. patrzyła, jak tamta czyści ostrze noża palcem i wciera resztkę pyłu w wargi. Profilaktyka dentystyczna dla ćpunów. Częstowana zamrugała, a później przeciągnęła się jak kot po wyjątkowo dobrej drzemce w słońcu.

  • No, to jest, kurwa, to. Dzięki. Ha. Jestem Ci winna. Jak coś, to wiesz.

  • Nie ma sprawy, muszę iść.

C. zbierała swoje rzeczy patrząc, jak kobieta odchodzi sztywnym krokiem. Trzeba będzie wytłumaczyć B. brak. Koszta prowadzenia biznesu. Darmowa dawka. Trudno.

Wizyta

Drewniane schody. Drewniane drzwi. Drewniane drzwi się nie domykają, sparciały dawno temu. Za nimi ściana i skrzynki pocztowe. Schody, schody. Pukanie do drzwi.

  • Kto? - zapytała B.

  • Ja. Przyniosłam sprawunki.

Drzwi otworzyły się na szerokość, na jaką pozwolił łańcuch. Oko B. łypnęło na boki, po czym drzwi stanęły otworem.

  • Herbaty się napijesz? Głodna jesteś?

  • Nie, nie. Miejmy to już za sobą. Po drodze spotkałam jakąś ćpunkę. Nie wyglądała groźnie, ale wiesz jak jest. Kosztowała mnie działkę za siedemdziesiąt.

  • Dziady pierdolone, starowinkę ograbiać - powiedziała z uśmiechem B. - Nic, podniesiemy im trochę cenę i się zwróci. Nie martw się.

Plecak wylądował na stole, obok krzyżówki i elektronicznej wagi. B. rozpoczęła narkotykową buchalterię.

  • Skoczę do ubikacji i muszę znikać — powiedziała.

  • Mhm.

B. z miną zadowolonego profesjonalisty układała małe paczuszki. Za mamusię, za tatusia, za babcię, za dziadka. Ktoś zapukał do drzwi. B. niechętnie podniosła się od ulubionego zajęcia.

  • Kto?

  • Ja. Chciałam coś.

  • Forsę masz?

  • Nie mam, nie mam. Wiesz, że nie mam. Ale mam złoty pierścionek, ukradłam. W barze ukradłam. Pomóż siostrze.

Klientka usiadła na wprost B., która oglądała pierścionek. Był wart z połówkę.

  • Mogę Ci dać — przerwała B., patrząc na gościa — czemu masz takie wielkie oczy, co?

  • Naćpałam się, za darmo — mówiąc to ćpunka wyciągnęła pistolet i przyłożyła do czoła B.

C. odczekała w ubikacji trzydzieści sekund. Nigdy nie wybiegać na odgłos wystrzału, trzeba się nauczyć. Strzelający zwykle jest podekscytowany i może strzelić znów do szybko pojawiającej się na horyzoncie osoby. Wyjrzała ostrożnie za drzwi. Ciało B. leżało z rozrzuconymi rękoma, drzwi były otwarte i dało się łatwo stwierdzić deficyt heroinowy. Zamknęła drzwi, przemyła twarz i ręce. Wyciągnęła chusteczkę. Wytarła kran. Zamknęła drzwi, wytarła klamkę. Podniosła zrzucony plecak i delikatnie przestąpiła nad ciałem. Musi się wynosić, policja będzie tu za niecałą godzinę. Trzy godziny pracy i nawet pieniędzy z tego nie będzie.

Wiszący telefon był centrum biznesowym. Wystarczająco anonimowy, żeby zaspokoić paranoję sprzedawców. Nakarmiony monetą, wydał z siebie sygnał tonu.

  • Halo? Mamo, już wracam. Nie, były kłopoty. Właściwie są kłopoty. B. zakończyła karierę w biznesie. Raptownie. Klient. Nie, nic mi się nie stało. Mamo, nie płacz, B. będzie handlować nawet w niebie. Może inni dilerzy trafili tam wcześniej i dlatego Bóg zrobił nam taką zjebaną rzeczywistość, co, mamo? No. Do zobaczenia w domu.

RuPy 2009

Będzie profesjonalnie. Będzie konkurs. Będzie nagroda.

rupy_logo

Osoba, która napisze w komentarzu najlepsze haiku o programowaniu, otrzyma darmową wejściówkę na genialnie się zapowiadającą konferencję RuPy, która odbędzie się w Poznaniu, pomiędzy 7 i 8 listopada.

No, nie krępujcie się. 5 / 7 / 5 o programowaniu warte jest chyba 79€?

Aktualizacja: Jury składające się z Eri i Shota wybrało laureata. Laureat otrzymał właśnie e-maila. Dziękuję za poświęcony czas. Życzę dobrej zabawy na RuPy!


Lato

To był trzeci tydzień lata, na które nie zasłużył. Tak jak i jego kumpel z ulicy, został w tej samej klasie na drugi rok. Właściwie to go wyrzucili, ale rodzice nie wiedzieli, było ciepło i było boisko. Problemy mają to do siebie, że poproszone, ustawiają się grzecznie w kolejce, czekając na swoją kolej.

Kumpel z ulicy, Radek, wychowywany w porządnym domu przez porządnych rodziców, z porządnymi dziadkami piętro niżej i Polonezem w kolorze morskim w garażu, był takim samym leniwym draniem. Mimo to cała wina za za słabe wyniki Radka spadła naniego, prowodyra bez powodu. Matka Radka pokonywała co jakiś czas trzysta metrów dzielących oba domy, żeby wspomniećjego rodzicom o złym wpływie na jej syna.

Boisko było letnią mekką złych dzieciaków i trochę lepszych, ale nie na tyle, by je nazwać dobrymi. Po serii meczów, kiedy nogi odmawiały już posłuszeństwa, siadali i rozmawiali o tym, co będą robić w przyszłości. Ktoś chciał być mechanikiem samochodowym, inny, ku ogólnej aprobacie i zrozumieniu, chciał przelecieć Martę. Wszyscy chcieli zostać piłkarzami.

Było lato, na które wielu nie zasłużyło, i nie było pieniędzy. Radek zaczął właśnie palić papierosy, Sobieskie czerwone. Jego matka paliła inne. Podkradanie jej szlugów było ostatecznością. I tam, gdzieś na starej betonowej płycie, pozostałości prac budowlanych, urodził się pomysł. Można przecież okraść niedaleki skład budowlany. Trochę cementu, trochę aluminiowych przewodów nawiniętych na szpule. Z nudów często przeskakiwali przez płot i ganiali się ze stróżem i jego psem,wiedzieli więc, na jaką odległość można się zapuścić.

W trzecim tygodniu i drugim dniu wakacji, na które nie zasłużył, przyszedł na boisko. Z daleka nie wyglądało to dobrze. Ludzie stoją w grupie, piłka leży gdzieś przy narożniku.Zakładał, że ma to związek z  nalotemdzieciaków z dzielnicy za szkołą. Trzeba będzie kopać się po głowach i prawdopodobnie ktoś się popłacze, a ktoś będzie miał wstrząśnięcie mózgu. Ktoś ukradnie piłkę i trzeba będzie zaplanować odwetowy wypad na trzeci dzień trzeciego tygodnia.

Grupa zebrała się jednak nie wokół leżącego na ziemi przeciwnika trzymającego się za głowę i przyznającego,że jego matka jest kurwą. Na ziemi leżały kable w oplocie. Zapytany o ich wartość odpowiedział, że aluminium zawsze jest w cenie i prawdopodobnie uda się to zepchnąć jakimś frajerom. Problem był tylko z oplotem, którego nie dało się łatwo zdjąć.Rozpalili więc ognisko i cisnęli w nie zwój.

Rozpoczął się mecz. Były kontrowersyjne sytuacje, leniwy doping młodszych sióstr i obtarte kolana.

Przerwało go pojawienie się samochodu. Była to nowość, zwykle przerywał go strajk któregoś ze skrzydłowych.

— Hej, jakieś chuje kradną nasze kable! — zawołał Przemek

Grupa nastolatków otoczyła dwóch dorosłych przyglądających się ognisku.

— To wasze kable, chłopcy?

— Jasne, że nasze. A co?

— Chcielibyśmy je kupić.

— Ale po cowam tyle aluminium? — zapytał on.

— Prowadzimy firmę,która robi anteny.

Wyjaśnienie wydawało się to mało prawdopodobne, ale w fachu drobnych złodziejaszków nie zadaje się zbyt wielu pytań, by samemu nie być pytanym.Rozpoczęli ładować bagażnik. Nagle kątem oka zauważył czarny pojemnik, który widział już kilka razy podczas meczów. Popatrzył na Radka i drugą osobę, która właśnie prowadziła ostre negocjacje co do ceny, i wykonał w kierunku innych gest “spieprzamy”. Rozchodzili się od niechcenia, doświadczeni w sztuce znikania. W połowie boiska dogoniły ich odgłosy dwóch ciał rzucanych na maskę i okrzyk — Stać! Policja!

Każda z okolicznych uliczek ugościła dwie lub trzy uciekające osoby. Strategia przetrwania. Kiedy stał tak zasapany, pewien, że pogoń już odpuściła, uśmiechnął się do Przemka i powiedział — Wiesz co powinniśmy zrobić? Powinniśmy iść do rodziców Radka.

Czyste podwórko i guzik dzwonka na klatce schodowej. Otworzyła matka. Oznajmiła, że Radka nie ma. Potwierdzili, że rzeczywiście i że dziś na noc prawdopodobnie nie wróci. Podniesiony głos i ściśnięte usta. Jak to nie wróci na noc? Bo, proszę pani, wie pani, Radka zabrała policja za kradzież. Krzyk, otwierające się drzwi, przeklinająca rodzina, babcia w ataku paniki. Dobrze wykonana robota.

Było wczesne popołudnie, był dobry mecz, uciekli policji, doprowadzili do płaczu matkę kumpla. Przed nami jeszcze tyle czasu, na który nie zasłużyli. Byle tylko Radka szybko wypuścili. Może popełnił błąd, ale potrzebowali go na skrzydle, z fajką w zębach, postawionym kołnierzykiem podrobionej koszulki Manchester United z napisem Eric Cantona. Ich własny l’enfant terrible.

eric


Skrzypek przy gmachu

Przylazł do mnie po raz kolejny taki link. Dwa razy przylazł przez RSS, raz przylazł e-mailem. I pewnie ktoś jeszcze mi wspomniał. Link prowadzi do artykułu zakończonego opowiadaniem o skrzypku, co grał ludziom i o tym, że ludzie go nie kochali. Co wskazuje na nasze ostateczne zdziczenie, upadek kultury, nieokiełznany konsumizm i triumf cywilizacji śmieci, czy też śmierci.

Grał im pięknie, grał im na drogim instrumencie. A oni, że tak zacytuję zrozpaczonego bohatera — “[…] nawet nie odstawiali od ucha komórki”.

Uważam się za człowieka kulturalnego. Byłem z własnej woli w budynku teatru, nawet raz na przedstawieniu, dostałem kiedyś darmowe bilety do Opery i poszedłem, czytam na kiblu i nie sikam w McDonald’s. Można śmiało stwierdzić, że jestem w czubie reprezentantów kultury w Polsce. Mimo to, grający na ulicy skrzypek mnie nie interesuje. Nawet gdyby miał dwie głowy i jedna byłaby rudowłosą azjatycką ateistką z ciągotami do czerwonego wina i horrorów klasy B. Bo widzi Pan, Panie autorze tekstu i Panie Zrozpaczony Muzyku, ja jestem na ulicy w najbardziej trywialnym celu. Przemieszczam się z punktu A do punktu B, omijając psie gówna, ulotki szkół języków i skrzypków.

Ludzie wracający do domu po pracy w kopalni zegarków nie zatrzymają się, aby rozważyć szczególnie udane allegro. Ludzie umawiający się właśnie na randkę przez telefon komórkowy nie przystaną rozważyć historii skrzypiec. Piesi nie mają nawet narzędzi do oceny jakości muzyki granej dla nich. Osoby, którzy tego nie rozumieją, określam zwrotem “Janek jest bardzo utalentowany i bardzo głupi”.

Eksperymenty takie służą tylko i wyłącznie jako obciążnik do reportaży w gazetach. Są obliczone na gilgotanie naszej lewicowej wrażliwości, żebyśmy znad zakładki z E-Faktem mogli poczuć się częścią grupy, którą martwi stan kultury. Lepszym eksperymentem byłoby wynajęcie jakiejś dobrej salki, gdzie można w spokoju posłuchać recitalu i rzucenie informacji na jedno z lokalnych forów. Problem w tym, że “eksperyment” (bo to z prawdziwym eksperymentem nie ma nic wspólnego) został przygotowany pod tezę, którą autor ułożył sobie w głowie.

Jeżeli fakt olewania kolejnego grajka w plątaninie ulic miasta ma świadczyć o kondycji kultury, to ja mam lepszą teorię. Inni klienci nocnego punktu doładowań alkoholu i tytoniu nie witają się ze mną, wchodzącego wprost z deszczu w objęcia ciepłego i oświetlonego sklepu, nie potrząsają mi prawicą i nie śmieją się jowialnie. Znaczy, że duch przyjaźni i miłości też przepadł.

Albo na wszystko jest miejsce. Albo mam słuchawki. I nie słyszę skrzypków czy też uprzejmie pijanych współkolejkowiczów.


Jak rsync Twoje dane zapisywał na zdalnych serwerach

Ustalmy dwie prawdy o kopiach bezpieczeństwa zwanych po polsku “bakapem”. Prawda pierwsza: ludzie dzielą się na dwie grupy. Ci, którzy robią backupy i ci, którzy będą robić backupy. Prawda druga: jeżeli nie masz danych w dwóch miejscach, to nie masz danych w ogóle. Widząc ostatnie wpadki w wykonaniu Apple (“Nie zapraszaj gości. Goście nie ściągają butów i kasują Twoje konto domowe“) i partnerstwa Microsoft/Danger (“Dajcie nam swoje dane. Po co Wam lokalne pliki na przenośnych urządzeniach. Mamy taką serwerownię i… OK, straciliśmy wasze dane. My bad”) postanowiłem napisać dwuczęściowy artykuł o tym, jak przy pomocy narzędzi dostępnych w każdej szopie i kuchni uchronić swoje dane przed katastrofą.

W pierwszej części zajmiemy się prostą metodą tworzenia kopii danych. Cała instrukcja przeznaczona jest dla użytkowników *NIX-owych, użytkownicy Windowsa mogą też wziąć udział w zabawie po zainstalowaniu Cygwina z odpowiednimi pakietami.

Użytkownicy OS X mają wszystkie niezbędne programy na miejscu. Mimo to radziłbym się uzbroić w Macports i XCode, bo Apple ma tendencję do dostarczania aplikacji, o których użytkownik Debiana mówi: W mordę, jakie to stare. Użytkownicy Linuksa i *BSD sprawdzają, czy mają zainstalowane pakiety rsync i openssh-client.

W pierwszej hipotetycznej sytuacji będziemy synchronizować dane z komputera użytkownika na serwer przy pomocy SSH. Na końcu uzyskujemy kopię naszego katalogu domowego. Zamykamy książeczki, otwieramy terminale.

Na początek słowo o kluczach. SSH pozwala logować się do zdalnych systemów przy użyciu kluczy. Znaczy to tyle, że Wasz komputer ma ukryty w katalogu .ssh plik id_rsa i id_rsa.pub. Możemy powiedzieć maszynie, żeby logowała nas przy użyciu naszego klucza publicznego bez hasła. Jest to ważne w naszym przykładzie, bo chcemy uzyskać kopię automatycznie.

Wirtualny administrator założył Wam specjalne konto na wielkim i wspaniałym serwerze o nieograniczonej przestrzeni dyskowej: backupEmila@example.com. Sprawdzamy czy jesteśmy w posiadaniu kompletu kluczy we własnym katalogu domowym.

%ls .ssh/
id_rsa  id_rsa.pub  known_hosts

Jeżeli nie widzicie plików id_rsa* to znaczy, że musicie wygenerować sobie klucze na własną rękę. Odpalacie więc polecenie ‘ssh-keygen -t rsa‘ i na pytanie o passphrase wciskacie Enter. Nie chcemy hasła do naszego klucza.

% ssh-keygen -t rsa
Generating public/private rsa key pair.
Enter file in which to save the key (/home/emil/.ssh/id_rsa):
Created directory '/home/emil/.ssh'.
Enter passphrase (empty for no passphrase):
Enter same passphrase again:
Your identification has been saved in /home/emil/.ssh/id_rsa.
Your public key has been saved in /home/emil/.ssh/id_rsa.pub.
The key fingerprint is:
6f:53:8b:69:79:2c:6e:fc:ef:a6:6b:bc:83:d8:8e:53 emil@jamaica

Proces generowania może wyglądać delikatnie inaczej na Waszych komputerach. Ostatecznie mamy swoje klucze. Teraz trzeba przegrać klucz publiczny na serwer, który będzie trzymał nasze kopie danych.

% scp .ssh/id_rsa.pub backupEmila@example.com:/home/backupEmila

Program scp kopiuje pliki przez SSH. Zwróćcie uwagę na drugą część, która składa się z następujących elementów: login@host:/path. Musicie więc znać ścieżkę do swojego katalogu domowego, który nie zawsze znajduje się w /home (na OS X będzie na ten przykład w /Users). Podajecie hasło i klucz publiczny powinien być już na miejscu. Zalogujcie się normalnie na zdalny system

ssh backupEmila@example.com

Sprawdźcie, czy macie już katalog .ssh; jeżeli nie, należy go stworzyć. Teraz powiemy systemowi, że nasz publiczny klucz wpuszcza Nas jak bramkarz ekskluzywnego klubu na widok ryja z Faktu, czyli bez pytania.

cat id_rsa.pub >>.ssh/authorized_keys

Stworzylismy plik .ssh/authorized_keys w którym składowane są publiczne klucze. Wylogowujemy się i logujemy ponownie. Tym razem powinno przejść bez hasła. Jeżeli nie udało Ci się zalogować bez hasła, to prawdopodobnie masz jeszcze szanse na jakąś karierę, nie wiem, w polityce chyba wiele nie trzeba, musisz tylko dobrze wyglądać w krawacie.

Spróbujmy coś przegrać używając rsync. Stworzymy sobie katalog zupa_z_zabawkami na lokalnym komputerze, wrzucimy tam kilka dziwnych plików i zobaczymy, co nam z tego wyjdzie.

% rsync -zaP zupa_z_zabawkami backupEmil@example.com:/home/backupEmilla/zupa_z_backupami
building file list ...
1212 files to consider
zupa_z_zabawkami/apt/
zupa_z_zabawkami/apt/apt.conf.d/
zupa_z_zabawkami/apt/listbugs/
zupa_z_zabawkami/console-tools/
zupa_z_zabawkami/console/
zupa_z_zabawkami/cron.d/
zupa_z_zabawkami/cron.daily/
zupa_z_zabawkami/cron.hourly/
zupa_z_zabawkami/cron.monthly/
zupa_z_zabawkami/cron.weekly/
[...]
sent 36339 bytes  received 20 bytes  14543.60 bytes/sec
total size is 30671705  speedup is 843.58

Możemy się zalogować na maszynę z kopiami i sprawdzić, czy rzeczywiście kopia została utworzona. Jeżeli nie: polityka.

Dwa słowa o parametrach. W man-page od rsynca jest ich kilka trylionów. Zajmiemy się tylko trzema ważnymi z punktu widzenia backupu. Resztę poznacie na własną rękę.

  • -zaP “prześlij spakowane z zachowaniem atrybutów plików,
  • —exclude=Desktop/p0rn/bardzo_nielegalne wyłącza ścieżkę z tworzonej kopii,
  • —delete (i wariacje jak —delete-after) kasują pliki, które zostały usunięte ze źródła. Musicie się zastanowić, czy chcecie trzymać wszystkie pliki i mieć szansę wyciągnięcia jakiegoś pochopnie skasowanego, czy też zależy Wam na archiwum 1:1 z oryginałem.

No cóż, teraz należałoby zautomatyzować ten proces. Użyjemy do tego Crontaba. Nie będziemy się bawić w skrypty, wpiszemy po prostu wymaganą linię do konfiguracji.

%crontab -e
00 17,8 * * * rsync -zaP --delete --exclude=Desktop/p0rn /home/emil backupEmil@example.com:/home/emil/snapshot

Z crontabowego na nasze: skopiuj wszystko z katalogu domowego, prócz pornografii, na serwer każdego dnia, o ósmej i siedemnastej.

I to właściwie tyle. Prowizorki mają to do siebie, że trwają wieki i ratują Wam odbytnice za każdym razem, gdy napoicie laptopa kawą albo ktoś pożyczy go od Was w ciemnej alei, argumentując to nadmiarem ostrych narzędzi i bliskości gardła. Jeżeli jesteście zasobni w miejsce na dysku, to możecie przeprowadzić drobną modyfikację.

Logujemy się na backupEmila@example.com, odpalamy edytor i piszemy:

1
2
3
4
#!/bin/bash
dateString=`date +"%y%m%d"`
cp -r snapshot $dateString
find . -mtime +8 -delete

Potem:

%chmod u+x copySnapshot.sh
%crontab -e
00 0 * * * /home/backupEmila/copySnapshot.sh

Utworzy Wam to na zdalnym systemie katalog z zamrożoną kopią z danego dnia. Ostatnia linijka będzie kasowała dane starsze niż 8 dni. Dzięki temu macie tydzień historii zmian w systemie i administratora, który chce Wam wyciągnąć nerkę przez gardło. Jeżeli nie macie zdalnego serwera, na który moglibyście wrzucić takie ilości danych, możecie zawsze polegać na zewnętrznym dysku, pominąć kawałek o generowaniu kluczy i zmienić ścieżki z backupEmil@example.com:/path na /path do punktu montowania dysku.

W następnym odcinku będziemy zrzucać dane z rozmaitych serwerów w sposób, który nie jest tak młotkowy, jak ten.


EC1

Kiedy widziałem jak przed bramą ustawia się coraz więcej i więcej ludzi, pomyślałem do siebie: “Oto cholernie oddani artyści i amatorzy. Jest sobota, jest ósma ileśtam, jest zimno i będzie zimno przez kilka następnych godzin w nieogrzewanych salach zakładu ciepłowniczego. A oni i tak stoją i czekają”. Potem przypomniałem sobie o darmowym bufecie, darmowej whisky i sytuacji ekonomicznej Łodzi, oraz że sam tam jestem, bez aparatu. Zagryzając bułkę, pojąłem trochę ich motywy.

Trzeciego października roku 2009 firma Allegro wpuściło nas do opuszczonych budynków Elektrociepłowni 1 w Łodzi. Była to druga część cyklicznej imprezy o wszystko mówiącej nazwie “Pleneria“.

Nie jestem fotografem i nigdy nie będę. Moja idiot-kamera zepsuła się tego lata, pozbawiając mnie możliwości wyrażania się na Naszej Klasie przez zachody słońca i jelenie na rykowisku. Na Plenerię uzbroiłem się więc w paczkę papierosów, notatnik i świetne samopoczucie.

Mam słabość do wielkich hal pachnących smarem, przełączników, zaworów, styczników i przewodów w oplocie o grubości łydki. Chodziłem więc za grupką przyjaciół i z rozmarzeniem przypominałem sobie pracę i praktyki wśród warkotu silników, bluźnierstw przełożonych oraz kawę Inka. Nieuważna osoba (najczęściej [Piotr](http://piotrpotera.eu[/ref] mogła nadziać się na mnie, gdy przeglądam rozrzucone na biurku magazyniera, który wyszedł na piętnastoletnią przerwę papierosową, bezpieczniki topikowe. Musiał wtedy wysłuchać, jak działają, o zagrożeniach pożarowych i najsłabszym punkcie w obwodzie.

Ciągnie wilka do lasu, a elektryka do szeregu transformatorów, jeśli nie zdjął metalowych rzeczy, jak radziła tabliczka.

Gracze chodzący po budynku bez problemu odkryliby elementy scenografii ze znanych tytułów. Dwa narzuciły nam się od razu. Half-Life 2 i Left4Dead. Stojąc na jednej z ramp czekaliśmy chwilę na Ojca Gregory’ego, który zrzuci nam strzelbę. Niestety, nadzieje były płonne.

Jest coś w takich wielkich, opuszczonych budynkach. Ludzie automatycznie zniżają głos i chodzą powoli. Czujesz, że naruszasz spokój martwych maszyn. Wszędzie leżą dowody byłego życia pompy, wyprute flaki stacji przekaźnikowych, wióry po nieistniejących już tokarkach.

Spacerując i zaglądając w różne miejsca znaleźliśmy ketchup, majonez, butelkę wody mineralnej dopitej tylko do połowy, tani kryminał z serii “Ewa zgłasza się”, ukryte w jednej z szafek butelki po wódce różnej jakości, magazyn dla mężczyzn “Pan”, zakłady przyjmowane na mecz reprezentacji Polski zapisane kredą na szafce i jogurt, którego termin ważności skończył się wraz ze śmiercą Stalina.

Uderzyła mnie jeszcze jedna rzecz. Każdego, kto wpisuje sobie na wizytówce “juzability ekspert”, powinno się przegonić po tych miejscach i pokazać, co znaczy to słowo. Bo nie chodzi o to, żeby wyglądało jak produkt Apple, nie chodzi o to, żeby użyć dobrej czcionki i obecnie modnej wtyczki do jQuery. “Juzability” to coś, czego samozwańczy eksperci mogliby się nauczyć od ludzi projektujących taką fabrykę.

Kolory pozwalające stwierdzić, która gałka kontroluje którą maszynę, przełączniki, których nie wciśniesz przez przypadek, jasne opisy, UI konsolety odpowiada fizycznemu rozkładowi instalacji elektrycznej. Zero efekciarstwa.

Czas na sedno tego wypadu. Zdjęcia porwane autorom przy użyciu przemocy. Znaczy, że nie mogli niczego poprawić w PS-ie.

(Wyjątkowo, ze względu na liczbę obrazków, notatka została podzielona na dwie części. Zdjęcia dostępne po kliknięciu “read more”, “dalej” czy jak tam Wasz klient RSS to wyświetla.)

Picture
004

Picture
007

Picture
044

Picture
060

_MG_8105

Picture
068

Picture
070

_MG_8143

Picture
095

Picture
110

Picture
122

_MG_8131

Picture
136

Picture
142

Picture
166

Picture
192

_MG_8126

IMG_2812_O

IMG_2776_O

_MG_8100

IMG_2758_O

IMG_2724_O

IMG_2709_O

IMG_2661_O

IMG_2611_O

IMG_2603_O

_MG_8076

Dziękuję Eri, Irze Potera, Aleksandrze Korszuń, Stanisławowi Osińskiemu i Marcinowi Staniszewskiemu za udostępnienie fotografii.


Google Wave czyli bigos komunikacyjny

Google Wave! Google Wave! Google Wave! 1

Moje prywatne kryterium podziału technologii:

  1. Technologia ułatwiająca życie (guzik “wyłącz”)
  2. Technologia utrudniająca życie (komunikat “Czy jesteś pewien?” przed napełnieniem poduszek powietrznych)
  3. Technologia dla technologii (onanizm technologiczny)

Google Wave zmusza mnie do dodania czwartego punktu: “Wszystkie odpowiedzi są prawdziwe”.

Dwóch Australijczyków 2 pobierających pensję u nowego, wielkiego brata, nudziło się. Najbliższy sąsiad był cztery dni drogi od ich domu, więc klasyczna kłótnia o to, czyje liście leżą na podjeździe i kto ma je zgarnąć, była niemożliwa. Zresztą w Australii nie ma drzew. Siedząc tak i siorbiąc piwo (“Why is Australian beer like sex in a canoe?” “Because they’re both fucking close to water.”) wpadli na pomysł. Gdyby połączyć GMaila, GTalka, Wiki, wątkowanie, GMaps, w ogóle G* w jeden pakiet!

Powiedzieć, że Wave jest dobry z tego powodu, że łączy w sobie wiele produktów Google to tak jak powiedzieć, że seks analny jest dobry, bo działa dla każdej z płci. Prawda, ale nie bardzo.

Do rzeczy. Podstawową jednostką komunikacji w nowej zabawce wielkiego G. jest Wave, czyli fala. Nazwa wprost idealna, do czego dojdziemy. Jedna fala to zbiór tekstów ułożonych w wątki, załączników (obrazki, dokumenty) i wtyczek (przykładowo mapy lub wyniki wyszukiwania). Każdy z użytkowników dodanych do fali może edytować zarówno swoje jak i cudze teksty.

Przykładowy usecase: Hania pisze Ci falkę (myśl: zaczyna pojedynczą wiadomością tekstową) o nowym produkcie. Odpowiadasz jej wklejając wtyczkę do Google Maps z dokładnym miejscem, gdzie może Cię pocałować. Do listy dodany zostaje Janusz, mistrz marketingu, absolwent MBA-via-Internet. Edytuje on wpis Hani uzupełniając go o ważne zwroty, “synergia”, “wertykalna integracja”, “kompleksowe rozwiązania dla biznesu”, “B2B i B2C”. Teraz Ty edytujesz swój wpis dodając obrazkowy komentarz.

Zirytowany Janusz dodaje szesnaście osób z działu sprzedaży. Wszyscy zaczynają pracować nad pierwszym tekstem i dodatkowo tworzą nowe wpisy, w których dyskutują o tym, dlaczego jesteś małpą.

Dochodzimy do najlepszego. Wszystkie te aktualizacje widzisz na żywo. Widzisz każdą literówkę, każdą zmianę. W czasie rzeczywistym. Magia słownika ortograficznego wbudowanego w przeglądarkę pryska jak mydlana bańka, gdy na Twoich oczach kolega z firmy iteruje po słowie “żółw” przechodząc przez “rzułf” i “żułwy”.

Jeszcze kilka dni temu mogłeś marudzić, że ludzie cytują wiadomość e-mail z góry i psują logikę wypowiedzi. Już dziś Twoi znajomi mogą dopisywać wiadomości z boku, edytować je, edytować Twoje wiadomości. Będziesz miał przyjemność dostać oczopląsuśledząc 17 kolorowych tagów z imieniem edytującego walczących o kawałek tekstu.

Możesz mieć szczęście i zostać dodanym do fali, gdy pierwsza banda kreatywnych uspokoiła się już i poszła sączyć swoje latte. Pozostaje Ci tylko stwierdzić, kto napisał co. Nie martw się! Nie jest tak, że masz jakieś osobne e-maile z From:, masz za to suwak, pozwalający się przemieszczać w czasie po dokumencie. Widzisz więc zmiany nanoszone przez współfalowców. Teraz wyobraź sobie kilkumiesięczny dokument z historią ośmiu tysięcy edycji. Bosko?

Google Wave to w moich oczach Google Docs z ADHD. Oczywiście mówi to facet, który część e-maili pisze w edytorze tekstowym i spędza jakiś tam czas nad redakcją wiadomości. Fala to odpowiedź na dalszą wulgaryzację komunikacji międzyludzkiej. Zupka chińska dań. Z czego wynika, że popularność tego produktu będzie wielka i sam niejednokrotnie z niej skorzystam.

wave

Dziękuję Marcinowi Jagodzińskiemu za wspólne testy. Pewnie kosztowało to utratę szacunku u każdej ze stron, ale wszystko dla czytelników!

Czemu “fala” jest słuszną nazwą dla jednostki komunikacji w Google Wave?

  1. Fala, zjawisko przemocy starszych (edytujących dokument wcześniej) nad młodszymi.
  2. Fala, masa wody zalewająca frajerów. Fajni ludzie potrafią surfować.

PS. Nie, nie mam już zaproszeń. Rozeszły się.

  1. pozycjonuje się żeby zarabiać na blożku
  2. Australia to ten kraj, na który zesłano brytyjskich więźniów. Nie ten drugi z Europy, co dał nam Adolfa Hitlera

Marnując miejsce: demoscenowa muzyka w .mp3

([Czytanie jest dla moronów. Chcę do warezów, teraz!](http://bronikowski.com/upload/bronikowski.com-marnowaniemiejsca-00.zip[/ref]

Demoscena to prawdziwa studnia talentów. W trzech czwartych jest pusta, nadaje się do spożycia po przegotowaniu, czasem uda się trafić na prawdziwą źródlaną ekstazę.

Ostatnio poczułem się wybitnie zmęczony muzyką, której słucham. Postanowiłem dokonać chwilowej zmiany z “aby zagrać ten utwór potrzeba trzynastu osób, najlepiej po szkole muzycznej” na “niech mi Pan tu pieprznie basem tak płaskim, że niemalże przypomina wykres aktywności mózgu przeciętnego wklejacza zaklęć co znikną Śledzika”.

Rzuciłem się więc na archiwalne płyty i wygrzebałem starą kolekcję modułów. Na wstępie kilka słów o tym czym jest w ogóle moduł.

Scena komputerowa przez długi czas rozwijała się na komputerach, które miały ograniczone możliwości sprzętowe. Pięćdziesiąt megaherców, cztery kanały, osiem bitów rozdzielczości sampla, kilka megabajtów pamięci. Muzyk nie mógł po prostu dać koderowi swojego najnowszego numeru na dwa klawisze Casio wypalonych na płycie CD. Moduły muzyczne składają się z sampli (instrumentów) i patternów, na których umieszcza się ich wywołania. Każde wywołanie sampla może zawierać dodatkowy rozkaz modyfikujący brzmienie, zmieniający tempo całego utworu, czy nawet przemieszczania się między częściami utworu.

Zobacz: jedno wideo warte jest trzech blognotek.

Dzięki temu kilkuminutowy utwór siedzący w 64k intrze nie zajmował więcej niż 8-12 kilobajtów. Dodatkowo, dzięki odpowiednim rozkazom nie modyfikującym brzmienia, można było synchronizować efekty z muzyką.

Należy też wspomnieć o trackerach, które nie używały w ogóle sampli. Podstawowymi instrumentami były tam obwiednie (piłokształtna, prostokątna, sinusoida), które modyfikowano przy pomocy podstawowych parametrów (narastanie, opadanie, podtrzymanie, odcięcie, częstotliwość) uzyskując brzęczenie znane i kochane przez wszystkich posiadaczy Commodore 64.

Zobacz: buczący AHX.

Z modułami jest jeden problem: laikowi ciężko będzie ich wygodnie posłuchać. Jest trochę oprogramowania, które radzi sobie z większością formatów na tyle dobrze, żeby nie trzeba było odpalać Amigi, ale nie widziałem jeszcze przenośnego urządzenia, które zagrałoby coś z mojej kolekcji. Postanowiłem więc zużyć trochę niedzieli na przekonwertowanie kilku utworów do .mp3 — od razu ostrzegam, że nie udało mi się uzyskać genialnych efektów. Czasem jest to wina materiału (jakość sampli), czasem moja. W każdym razie nie macie co kręcić nosem na darmową muzyczkę, prawda? Duża szansa, że to pierwsze legalne pliki .mp3 jakie macie!

Marnowanie miejsca: #00

Pobierz album

hip

  1. Alien 2 (part 1, part 2) — Muffler/Scoopex\^Haujobb
  2. Before Another — Muffler/Scoopex\^Haujobb
  3. C42 Powa — niemampojęciakto
  4. Circle — niemampojęciakto
  5. Death Trance — X-Ceed/Endzeit\^Flopi
  6. Decree — XBall\^Decree
  7. Delicate — Zayka\^Plastic
  8. Encore — niemampojęciakto
  9. Ever Never Forever — Revisq\^Monar
  10. [Iso]lation — XBall\^Decree
  11. Klone — Muffler/Scoopex\^Haujobb
  12. Metalic Rain — Revisq\^Monar
  13. One Day — Muffler/Scoopex\^Haujobb
  14. Raybonf — Bay T.\^Loveboat
  15. Under The Road — MIM/Hybrida\^Moons
  16. Zdzisława2: Zdzisława Walczy z Pszczołami — MIM/Hybrida\^Moons
  17. Zejście Mode — Jimmy Blunt\^Monar
  18. Zomming — X-Ceed/Endzeit\^Flopi

PS. Miłe złego początki. W ostatniej fazie Audiacity uwaliło znacząco jakość niektórych utworów, a w bloku padł prąd. Pcham 100MiB przez modem HDSPA. Docencie moje oddanie blogerskiej sprawie!!1


iLiad e-book reader: szklanka do połowy pusta

Seriale telewizyjne? Komputer. Filmy? Komputer. Muzyka? Komputer i przenośny odtwarzacz. Listy? Komputer. Wszystko zdigitalizowane. Są oczywiście linie oporu. Moja Babcia nadal ogląda “Modę na sukces” przy pomocy telewizora o mniejszej przekątnej ekranu niż mój monitor, miłośnicy trzasków bronią swoich rozpłaszczonych kawałków winylu jak niepodległości i nie przetłumaczysz im, że żyją w błędzie. Opór przed życiem w cyfrowej rzeczywistości stawiają głównie ludzie starsi, którzy nie potrafią zrozumieć elektronicznych wyścigów zbrojeń i ci, którzy zajmują jakąś ideologiczną pozycję, gdzie przykazaniem wiary jest zdanie “analogowo jest lepiej”. 1

Ostatnim medium, którego nie konsumuje się globalnie przy pomocy krzemu, jest słowo pisane. Książki, dokładniej. Bez względu na to jak wygodne jest Twoje krzesło, jak idealny jest Twój monitor i jak bardzo wytrzymały jesteś na ból pleców, czytanie z ekranu komputera czy też “spryćfonu” 2 jest doświadczeniem kruszącym naszą niezachwianą wiarę w przewagę komputerów nad wszystkim innym.

Producenci zauważyli, że czytanie jest nieodłączną częścią życia większości radykalnych gadżeciarzy. Po pierwsze musimy czytać od cholery nowinek, bo być do tyłu to wstyd w naszym klanie, po drugie musimy czytać góry dokumentacji technicznej, książek o tym, jak lepiej wypaść na s/Blipie/Twitterze, żeby zarobić kupę kasy, którą możemy wydać na bateryjne ustrojstwa, po trzecie, jesteśmy dużo mądrzejsi niż przeciętny mieszkaniec naszej planety, dlatego czytamy też dla frajdy.

Na rynku zaczęły się pojawiać pierwsze czytniki dokumentów elektronicznych, zwane po anglosasku e-books readers. Tak jak w przypadku pierwszych PDA, zegarków z telefonem i samolotów, społeczność konsumentów wydała piska zachwytu, by natychmiast zapomnieć o produktach, które zupełnie nie spełniły pokładanych w nich oczekiwań. 3

No dobra, podsumowując ten głupi wstęp, dostałem czytniczek książeczek i powiem, co ja o tym wszystkim myślę.

IMG_4972

Czytnik iLiad posiada wyświetlacz o rozmiarach 124x152mm, szesnaście odcieni szarości, rozdzielczość 768x1024 w 160DPI, procesor XScale taktowany 400Mhz, 64 MiB pamięci RAM, 256MiB pamięci masowej. Dostępne są złącza kart CF i MMC, port USB, złącze RJ-45 i WiFi B/G. Waży mniej niż pół kilo i jest czarny. Urządzenie napędza Linux i własnościowe rozwiązania producenta. “Na papierze” 4 urządzenie wygląda wręcz genialnie.

Przegrałem większość plików PDF będących w mojej kolekcji i włożyłem kluczyk w port USB. Dwa wciśnięcia później przeglądałem pierwszy dokument. Po trzech minutach odłożyłem czytnik, podszedłem do stojącego na biurku mikrofonu i zakrzyknąłem “Szkoooooda, że Państwo tego nie widzą”. Bo rzeczywiście czytać o eInk to jedno, a zobaczyć taki wyświetlacz w działaniu to coś zupełnie innego. Dobrze poskładany PDF (czyli w większości nie te, które są dostępne (czy może od dziś: były dostępne) na The Pirate Bay) wygląda jak wydrukowany na laserowej drukarce.

Największe wrażenie wywarła na mnie krótka lektura na balkonie, w pełnym świetle. Każdy, kto próbował czytać z ekranu LCD (matowy czy błyszczący, bez różnicy) wie, że to praktycznie niemożliwe. eInk, który nie ma własnego podświetlania, wygląda jeszcze lepiej. Nie ma jednak róży bez nawozu. Odświeżanie ekranu jest widoczne i wywołuje u ludzi, którym demonstrowałem działanie, negatywne emocje. I agresję. I że ich Mak tak nie muli, jak przekłada strony. Uczucie irytacji na odświeżający się tekst mija, kiedy zamiast demonstrować kilka dokumentów na szybko zaczynamy na serio czytać. Jeżeli przeszkadza ci chwilowy brak tekstu na wyświetlaczu to wiem jak bardzo frustruje cię, że nie możesz czytać podczas przekładania strony analogowej książki.

Od piątku przeczytałem prawie dwie książki, mały stosik dokumentacji i trzy komiksy. Mogę tylko narzekać na to, że dzięki fizycznemu podobieństwu do książki nie mogę za długo czytać w łóżku, bo nigdy nie udało mi się znaleźć wygodnej pozycji. Gdybym przerwał recenzję w tym momencie, moglibyście pomyśleć, że taki e-book reader jest najlepszym wynalazkiem od czasu seksu i muzyki. Niestety.

To jest tak, idziecie na mecz swojej ulubionej drużyny. Jest piękny, sobotni dzień. Mecz odbywa się przy świetnej oprawie kibiców, a wasi strzelają siedem bramek w derbach. I wszystko byłoby super, gdyby to nie był baraż o utrzymanie się w B-klasie. Skoro jest tak dobrze, to czemu jest tak źle?

Wpierw podsumowanie: oprogramowanie jest chujowe. Chujowe, nie złe. Złe oprogramowanie wchodzi czasem w drogę. Chujowe snuje się po systemie z misją “co by tu jeszcze spieprzyć”. No więc mamy dwa porty na karty flash. Nie działają. Nie wiem, czy karta jest w złym formacie, czy może port jest sprzętowo uwalony. System nie raczy się odezwać i mnie poinformować. Dalej mamy WiFi. WiFi podobno służy do aktualizacji oprogramowania i synchronizacji z lokalnym katalogiem Samby, na którym trzymamy nasze dokumenty. Zgadliście: nie ma takiego zaklęcia, kombinacji klawiszy, bluźnierstwa i modyfikacji smb.conf, które ożywiłoby tę funkcję. Ale mamy USB, tak? USB działa, oczywiście, w jedną stronę. Możesz wetknąć w nie USB-Key czy też kartę SD przez przelotkę. Podłączenie do komputera skutkuje dokładnie niczym. Szczerze mówiąc, nie spodziewałem się tego po krzemie, który napędza Linux. Po bliższej inspekcji zasilacza okazało się… że ma on wtyczki USB i RJ-45. Tak, podłączamy urządzenie do komputera przez zasilacz (który musi być podłączony do prądu), do tego dorzucamy okropny kawałek oprogramowania zawierający “sterownik” i międzymordzie umożliwiające zarządzanie treścią na wewnętrznym dysku iLiada.

irex

Działa jak wygląda, wygląda jak działa.

Zapomnijcie o wsparciu dla OS X, zapomnijcie o Linuksie.

Zwolennicy komputerów z nagryzionym owocem mają w jednym rację: kupując urządzenie przeznaczone dla Kowalskiego nie można spieprzyć nawet jednego detalu. Co z tego, że mam w ręku zabawkę uzbrojoną w tę całą technologię, skoro przegranie nowej książki zajmuje mi do 10 minut (reset do Windowsa, odmontowanie jednego z dysków w serwerze, bo tylko tam mam odpowiedni kabel USB, odłączenie laptopa, podłączenie zasilacza, podłączenie zasilacza od iLiada, odpalenie oprogramowania, przeklikanie się przez okropny system menu, rozmontowanie konstrukcji, podłączenie dysku do serwera, zamontowanie dysku, reset). Zwykle po takiej zabawie jestem zbyt zmęczony i zirytowany, by czytać.

IMG_4980

Jedną z najczęściej reklamowanych funkcji produktu iReksa jest możliwość robienia notatek w czytanych dokumentach. Urocze to. Mogę dorysowywać wąsy wszystkim postaciom z komiksów. Najmniej reklamowaną funkcją jest brak metody rozsądnego skalowania dokumentu. O ile da się od biedy przeżyć dokumenty stricte tekstowe, to kłaki idzie wyrywać przy publikacjach gazetowo-tygodnikowych. Strona PDF, która jest poskładana pod kątem wydruku, wyświetla się na całym obszarze wyświetlacza. Kartka A4 w 160DPI przy 124mm jest nadal czytelna, ale szybciej do końca wyłysieję, niż będę ślepił w takie pchełki. Przy zwłoczności technologii w której wykonano wyświetlacz, nie ma co marzyć o manualnym powiększaniu i przesuwani fragmentów.

No więc?

Osobiście nigdy nie kupiłbym czytnika iLiad firmy iRex. Czy kupię czytnik innej firmy? To właściwie przesądzone, przy ilości informacji, które konsumuję, tak rozrywkowo jak i zawodowo. Gadżet z eInkiem wydaje się być w przyszłości nieodłącznym wyposażeniem każdej toalety. iLiad jest po prostu jednym z tych produktów, które rozwijający rynek musi wydać. Przy cenie sięgającej prawie 600 Euro zakup go traktuję w kategoriach nieszkodliwego uzależnienia od nowinek. W tej chwili na rynku znajdują się dwa inne czytniki, o których czytałem dużo dobrego: Kindle i Sony e-book reader. Jeżeli naprawdę musisz.

Już zupełnie na koniec: w Polsce nie ma wielu legalnych źródeł elektronicznej prozy. Podobnie jak w przypadku pierwszych podrygów cyfrowych wydawców muzyki, sklepy oferują wszystko przybite DRM-em do podłogi, żebyś przypadkiem nie pożyczył gazety czy książki. Przejdzie im za jakiś czas.

IMG_4993

  1. To ci sami, którzy kupują “ekologiczne jajka od kurek”. Bierzesz jajka ze sklepu i patykiem rozprowadzasz po nich łajno. Ekologiczne.
  2. Smartphone
  3. były to gnioty czy też genialne pomysły wyprzedzające technologiczne możliwości epoki?
  4. hahaha, na papierze. Czytnik e-booków. Haha.

Filmy: inaczej

Mamy HD. Mamy 3D. Mamy nawet filmy pornograficzne z wielkim budżetem. To wszystko jest oczywiste dla konsumenta kultury popularnej.

Chciałbym Wam pokazać dwa inne sposoby na przyswajanie materiału filmowego.

Dialogi niedobre, bardzo niedobre

Ludzie, którzy mnie znają, odkryli już dawno temu sposób na zorganizowanie dobrej, filmowej imprezy. Należy zdobyć klasyczny i/lub okropny film, dać mi kilka szklaneczek whisky i pozwolić mi komentować akcję na ekranie.

Dzięki niesamowitemu poczuciu humoru i analitycznemu umysłowi potrafię poprawić każdy film. Ale dość już o tym jaki jestem wspaniały.

Są ludzie, którzy z poprawiania filmowych dialogów uczynili karierę. Może nie jest to idealny materiał na CV, ale kim jestem żeby oceniać cudze kariery.

Nie wyobrażasz sobie, że z własnej woli oglądasz “Szybcy i wściekli”, “Twatlight” czy też siedemset trzydziesty czwarty raz “Dwie Wieże”? 1 Rifftrax. Rifftrax!

Wystarczy odpytać YouTube, kupić zestaw DVD dostępny na stronie lub… je sobie zorganizować. Wink-wink-nudge-nidge-say-no-more.

### Potrzebuję chwili skupienia! Wiecie jaka jest moja ulubiona ściema w pracy? Mówisz, że potrzebujesz się skupić nad bardzo ważnym problemem, zakładasz słuchawki, włączasz muzykę i oddajesz się marzeniom na jawie. Ile razy zdobywałem mistrzostwo świata jako niedoceniany, ale bohaterski bramkarz reprezentacji podczas “optymalizowania kluczy celem zwiększenia wydajności zapytań”. Nie masz ulubionej muzyki przy sobie? Nie ma problemu! Już dziś możesz [posłuchać dialogów z filmu dzięki stronie Listen To A Movie](http://www.listentoamovie.com/). Zadziwiające jak niewiele niektóre filmy tracą bez obrazu. Zadziwiające jak wiele filmów wyświetla mi się pod powiekami kiedy słucham dialogów. [Patrys](http://room-303.com/blog/) blipnął kiedyś, że siedzi plecami do telewizora i słucha japońskich dialogów z “Ghost in the Shell”, co nie przeszkadza mu śledzić akcji, bo i tak zna każdą minutę. Teraz [nie musi nawet włączać telewizora](http://www.listentoamovie.com/popup.php?Active=newmovielist&&ID=690).
  1. w to akurat mogę uwierzyć