Béton brut

Co w skrzynce piszczy (wersja rysunkowa)

Zwykle nie odnoszę się do starych notek 1. Tym razem zrobię wyjątek. W komentarzach do Co w skrzynce piszczy Eli narzekał, że brakuje wykresów. Zgodziłem się z tą opinią i prosiłem o łaskę. Czasu było mało, a materiał ludzki zmęczony.

Na szczęście Eli wykazał się duchem społecznika i po tym jak otrzymał ode mnie dane wejściowe wykonał wykresy, które tu teraz umieszczam.

  1. nie prowadzę serwisu internetsowego, który linkuje sam do siebie przy każdej możliwej okazji

Co w skrzynce piszczy

W czasie deszczu dzieci się nudzą. W czasie przegrywania baz danych nudzą się wszelkiej maści nerdy i giki. Rozpierałem się dziś na fotelu patrząc na pasek podstępu 1 klienta SFTP i zastanawiałem się co też porobić.

Mam jeden tekst do ukończenia, ale zdecydowanie brakowało mi wizji żeby się nim zająć. Zalogowałem się więc do domu i rozpocząłem żmudny proces sprzątania po różnych projektach. Znalazłem nieskończony skrypt do programu getmail, który miał robić mi kopię konta pocztowego. Poczta to jedyna rzecz, której nie archiwizuję w trybie paranoicznym. Po skończeniu zapiąłem go do Crontaba i rzuciłem okiem na pasek podstępu. Nadal pokazywał „maraton Lord of The Rings”.

W tym czasie dojechało do mnie archiwum poczty. Prawie cztery giga w jednym pliku. I wtedy uderzyła mnie myśl: jakie to niezmiernie ciekawe, ile ja dostaję e-maili w ogóle? I kiedy? Kto do mnie pisze?

Otworzyłem sobie nowy tab i napisałem krótki hack, który wciąga FROM, SUBJECT i DATE z mboksa do bazy danych. Oto co ustaliłem.

Najwięcej, bo aż 2543 e-maili przewinęło się przez moją skrzynkę w czerwcu, 2010. Średnio, od 2007, otrzymuję 694 e-maile miesięcznie. Aby zrozumieć skalę, w której tracę czas na pocztę podam ilość e-maili, które dostałem w pierwszych i ostatnich trzech miesiącach używania skrzynki. Jest to odpowiednio: 14, 45 i 76 do 1023, 807 i 1017.

Największych okupantów mojej skrzynki mogłem przewidzieć bez problemu. Zdecydowanym zwycięzcą jest moja dziewczyna, która w dwa lata wysłała mi prawie trzy tysiące e-maili, dalej peleton składa się z bliskich: Bartosza (1538), Piotra (1257), Piotra (795), Eri (695), Metalurga (517) i Adama (450).

Jeżeli chodzi o rozkład w dniach tygodnia, to nie mam dla siebie dobrych wiadomości. Najmniej e-maili otrzymuję w niedzielę (3584), najwięcej w poniedziałki, wtorki, środy i czwartki (około 6500), piątek jest spokojniejszy i nabił tylko 4296 e-maili.

Najwięcej e-maili otrzymuję między 12 a 14. Wyszło średnio 3131. Na szarym końcu znajduje się druga nad ranem (372), piąta (346) i trzecia (294).

Najważniejsza statystyka: liczba „kurw” w temacie. Palmę pierwszeństwa zdobywa styczeń i luty 2009 z 44 e-mailami. 2 Co ciekawe nie użyłem wulgaryzmu aż do lutego, 2009. Wyszukanie pod kątem słów pozytywnych, takich jak „sukces” nigdy nie przekroczyło dziesięciu (sam „sukces” zarejestrował dwa). Ciemność i nienawiść.

Oczywiście te dane nie trzymają żadnego rygoru, zapytania nie uwzględniają ludzi piszących z różnych kont. Nobla za to nie dostanę. Niemniej był to ciekawy eksperyment. W niektórych przypadkach mogę od razu powiedzieć co się działo w danym miesiącu tylko po liczbie e-maili od danej osoby, albo godzinach, w których je otrzymywałem.

Taka cyfrowa archeologia dla biedagików. Zbadałbym firmową skrzynkę, ale bardzo się boję.

  1. tak, podstępu
  2. Arti, Ty wiesz, co to za projekt, prawda?

Nie wszystek init 0

Śmierć jest faktem. Biologia jest nieubłagana i nikt z nas nie uniknie tego stanu. Są jednak ludzie, którzy pokonują czas dzięki swojej pracy. Nie ma dnia, w którym nie czytałbym autorów lub nie słuchał muzyków, którzy dawno temu zamienili się w pokarm dla robali. Ich dzieła dają im pewien typ nieśmiertelności – nieśmiertelność read-only. Nadal możemy obcować z ich myślami, choć oni sami są niedostępni. Mi nie robi to specjalnie różnicy. Nie sądzę, żebym pijał herbatki z Asimovem lub coś mocniejszego z Ernestem. Z mojego punktu widzenia przeszli na emeryturę, ale gdy dyskutuję o nich i ich pracy, to mam tendencje do mówienia w czasie teraźniejszym. On świetnie pisze, Ona świetnie śpiewa.

Doskonali hydraulicy, ukochane przedszkolanki i hutnicy nie mają tyle szczęścia. Ich nieśmiertelność read-only jest nieczytelna dla ludzi, którzy nie byli im bliscy.

Rozważmy ostatnie czterdzieści lat. Czas jest ku temu dobry, bo właśnie obchodzimy urodziny mikroprocesora Intel 4004. W świecie technologii czas płynie zdecydowanie szybciej. Maszyny zrodzone w tej rzeczywistości muszą sobie radzić nie tylko z zębem czasu, który nadgryza ich fizyczną budowę, ale i z zamachami nowych technologii, które po spartańsku rozprawiają się z tymi komputerami, które nie mogą dotrzymać im kroku.

Wszystkie te serwery, te urządzenia sieciowe spinane kablem koncentrycznym, przodownicy i bohaterowie lat zeszłych, mikroprocesorowi hydraulicy i sprzątaczki, umierają zupełnie bez protestu. Czuję się z tym po dwakroć okropnie. Raz, że odchodzą, dwa, że się czuję z tym okropnie. Jest coś nienormalnego w odczuwaniu smutku z tego powodu. Nikt nie płacze po pralce ВЯТКА, nikt nie załamuje rąk nad telewizorem Unitry.

W popkulturze istnieje pewna klisza. O starym Bohaterze, odrzuconym przez świat, zepchniętym na margines świadomości, który stara się pokazać wszystkim, że nadal jest, nadal potrafi. Staje więc do nierównej walki z młodszym przeciwnikiem, by wyrwać dla siebie ostatnie strzępy godności.

Mam w pokoju stary serwer IBM-a. Jest ciężki, głośny i niewydajny. Kupiłem go sześć lat temu na Allegro za kilkaset złotych. To była miłość od pierwszego wejrzenia. I nie ma racjonalnego wyjaśnienia, dlaczego używam go nadal zamiast zastąpić go jakąś fantastyczną płytką z ARM-em. Nie zmienia to faktu, że karmię go i ubóstwiam. Dostał trochę pamięci, kartę WiFi żebym mógł go sobie przestawiać po mieszkaniu, kartę SATA, a ostatnio 1 kartę z wyjściem telewizyjnym. Jakość jest okropna, karta nie ma obsługi w X.org więc co odtworzenie filmu muszę w głowie liczyć ratio, tak aby framebuffer umiał wyświetlić plik na prawie-całym-ekranie. Nie ma opcji żeby procesor mógł odkodować h.264.

Nikt normalny nie wytrzymałby takiej mordęgi.

Ktoś musi dać szansę bohaterowi na odzyskanie godności. Kto inny jak nie najbliższa rodzina? Bo wy, wszystkie giki i nerdy, wy, łażący po zakamarkach Internetsów rozumiecie, że komputer to trochę więcej niż suma części.

Kiedy rodzice kupili przyjacielowi pierwszy komputer byłem świadkiem sytuacji, w której jego ojciec zakończył sesję pisząc na klawiaturze „DOBRANOC KOMPUTERKU”. Strasznie się wtedy śmiałem. Dziś odpalając sudo /sbin/pm-hibernate czekam, aż dyski w RAID-zie zaparkują, a wiatraki staną. To dziwnie uspakajające uczucie.

Dobra robota. Wyśpij się. Jutro kolejny dzień pracy.

Weteran walk odstawiony na śmietnik historii. Katalizator tej blagnotki

  1. po tym jak XBOX-a trafił piorun i nie może już robić za odtwarzacz wideo

VirtualBox bez głowy

Czym skorupka za młodu nasiąknie (sprawdzić, czy nie piwo)

Pewnego razu urwał mi się pasek u torby. Grawitacja zabrała się żwawo do roboty i zamieniła energię potencjalną znajdującego się tam laptopa i czterech piw w scenkę rodzajową, w której to scence siedzę na schodach i wylewam alkohol z obudowy laptopa.

Na szczęście znalazł się młody i odważny bohater z lutownicą, który za niewielką opłatą ożywił mój doszczętnie zalany komputer. 1

Niestety, dysk zaczął wykazywać oznaki zbliżającej się śmierci i nie pozostawało mi nic innego jak przeinstalować system. Musicie wiedzieć, że mój system przypomina zwykle plac budowy. Takiej budowy, która nigdy się nie kończy. Kolejny dzień, kolejny wykop, rusztowanie, skrypt, skompilowany program do \~/bin/, kolejny hack i udziwnienie. Nie będąc w stanie ogarnąć całego tego majdanu i mając na głowie terminy, postanowiłem iść na łatwiznę i zainstalowałem Windows 7 w nadziei, że jak tylko skończy się szalony pęd w pracy, to sobie na spokojnie zrobię ewaluację dystrybucji i wrócę na łono pryszczerstwa.

Praca nie odpuszczała i szybko okazało się, że „Emil kannot into Windows”. I to nie jest wada tego systemu, tylko lata nawyków i dziesiątki narzędzi, bez których jestem bezbronny i zagubiony. Większość czasu spędzałem z odpalonym PuTTY, który zakrywał cały ekran. W sumie nie ma problemu, prawda? Pewnego dnia okazało się, że nie mogę się dobić do serwera w domu. Trzy godziny później, brodząc po kolana w aplikacjach, które podobno robią za interface do Gita i dziesięciu tabach w przeglądarce powstałych w wyniku intensywnego googlania „python django windows wtf help pls” umyśliłem, że zrobię to trochę inaczej.

VirtualBox

Wszyscy wiecie czym jest VirtualBox? Dobrze.

Zbudowałem więc wirtualną maszynę z Debianem i zainstalowałem te wszystkie rzeczy, które są dla mnie jak tlen. Cenię sobie jednak estetykę i męczyło mnie odpalanie wirtualki przez główne okno programu. Na szczęście paczka z VB dla Windowsa zawiera te same oprogramowanie, co pakiety dla Linuksa, mamy więc dostęp do programów pomocniczych, które potrafią zarządzać i uruchamiać instancje z linii poleceń, bez tego całego UI.

Oto prosty przepis na „Linuksa z ikony, w tle i w ogóle”.

Wpierw utworzymy niezmiernie skomplikowany skrypt odpalający maszynę w tle:

cd "C:\Program Files\Oracle\VirtualBox"
VBoxHeadless --startvm Debian

„Debian” to oczywiście nazwa zdefiniowana w VB. System ma przypisane dwie karty sieciowe, eth i eth1. Jest to szybkie i bezpieczne rozwiązanie dla ludzi, którzy chcą żeby ich wirtualna maszyna widziała Internet, ale chcieliby też móc używać lokalnych usług zainstalowanych tamże. Kartę eth0 ustawiłem w konfiguracji jako NAT, a eth1 jako host-only. Ta druga wymaga doinstalowania sterowników do wirtualnych kart sieciowych, które przychodzą w paczce. W samym systemie eth0 jest ustawione na DHCP, co zapewnia dostęp do sieci globalnej, a eth1 dostaje standardowe 192.168.56.2 (domyślnie w systemie wirtualna karta ma adres 192.168.56.1, jeżeli powoduje to jakiś konflikt, to musisz normalnie zmienić jej konfigurację w panelu, a potem zmienić ustawienia w systemie). Po odpaleniu tego koszmaru, który nazywa się stosownie blargh.bat, system powinien stanąć na nogi, a Wy powinniście móc się zalogować via SSH. Teraz tylko poustawiać bindowanie do odpowiednich kart sieciowych dla serwerów i już możecie się rozkoszować najtańszym i najmniej wymagającym zestawem majsterkowicza „Twój pierwszy Linuks”.

DOS znaczy dwa. Siadaj, dwója.

Teraz zwrócę się do ludzi mówiących w DOS/Windows. Wiem, że istnieje komenda start. Powinna być odpowiednikiem & w systemach *NIX-owych i pozwolić mi pozbyć się też tego paskudnego okienka. Niestety, żadne czary i magia nie zadziałały. W PowerShell istnieje start-process, ale nie będę przecież instalował dla jednego skryptu. Jeżeli znacie rozwiązanie tego nurtującego mnie problemu, to proszę o zostawienie komentarza. Dziękuję.

  1. Służę adresem i telefonem. Naprawia tylko lokalnie, w Łodzi

Chwilowa nieśmiertelność

Była pierwszą osobą, którą zakwalifikowałem do kategorii osób „zabawnie szalonych”. Dziś myślę o niej inaczej, ale z perspektywy czasu wszystko zmienia sens, a słowa, których się nauczyłem, pozwalają mi lepiej przyporządkować ją do odpowiedniej kategorii w galerii ludzkich charakterów.

Przedstawiono mi ją jako moją ciocię stryjną. Nigdy wcześniej nie widziałem jej na oczy. Była stara, miała kapelusz z ozdobnikami przypominający mi abażur lampy, białe aksamitne rękawiczki, które zżółkły od tytoniu i lat. Mówiła z zabawną manierą kogoś, kto zna świat wyższych sfer wyłącznie z tanich czytadeł dla pań, emulując zachowania nieudolnie, ale z wielkim entuzjazmem, który w odpowiednim oświetleniu, a już z pewnością w oczach trzynastolatka, uchodził za kulturę, której nie celebrowało się w moim domu.

A kiedy piła wódkę… No, kiedy piła wódkę, piła ją z rozmachem. Zanim wypiła alkohol, waliła w stół ręką, po czym unosiła kieliszek na wysokość oczu i zataczając nim niewielkie koła wydawała z siebie przeciągłe „Aaaaaaaaaaaaaa!”, które mogło trwać minutę, choć dla współbiesiadników, którzy nie chcieli urazić wodzireja i wypić przed tym błogosławieństwem, mogło to trwać i godzinę. To był spektakl i swoiste nabożeństwo, którego była kapłanem i głównym aktorem.

Gdy pojawiała się w naszym domu przynosiła mi i mojej siostrze podarki, tuliła nas swoim przesiąkniętym smrodem naftaliny uściskiem i całowała w czoło. Podarkami była zwykle przeterminowana czekolada, cukierki rozpływające się od gorąca, czy porwana skądś książka, której tematyka mogła obejmować szerokie spektrum, którego dolną granicą jest ekonomiczna teoria komunizmu, a górną zeszłoroczny program teatru.

Odwiedziliśmy ją w domu kilka razy. Za każdym razem słuchaliśmy historii o tym, komu w młodości odmówiła ręki, a nie były to zwykłe chłystki: książęta, baronowie, majętni kamienicznicy i inni ludzie postawni i możni. Podczas każdej historii wyciągała pliki listów przepasanych kokardkami i pokazywała nam korespondencję prowadzoną na tę okoliczność. Były to listy zapisane piękną kursywą, na gładkim papierze, ozdobione okazyjnym kleksem. Mogłyby robić za rekwizyt w filmie. Jeżeli widzisz scenę z kimś, kto macza gęsie pióro w kałamarzu i po chwili namysłu skrobie po kartce, to spodziewasz się właśnie takiego listu.

Nie spotkałem cioci stryjnej przez dziesięć ostatnich lat jej życia. Bardzo młodzi ludzie nie znoszą dobrze przebywania z osobą, której demencja kompletnie zniszczyła świadomość. Docierały do mnie tylko szczątki informacji. Że się zgubiła, że wyszła nago z domu, ubezwłasnowolnienie. Nie pamiętam, czy byłem na pogrzebie. Nie wiem nawet, czemu o tym piszę. To była zupełnie nieznana mi osoba, której tajemnice szeptane są gdzieś w rodzinie. Że nie była siostrą, a matką, że urodziła się pod koniec dziewiętnastego wieku i umierała jako stulatka. Kiedy obudziłem się dziś w środku nocy i wstałem, żeby napić się wody, po drodze do kuchni zacząłem rozmyślać o tym, jak wielu z nas stanie się karmą dla robactwa i nie dosięgnie nieśmiertelności, która powstaje w umysłach osób żyjących, którzy będą o tobie mówić i pisać. Zaraz po tej myśli pojawił mi się w głowie obraz cioci stryjnej i poczułem nagłą potrzebę ofiarowania jej chwili nieśmiertelności.


O przerażającej bliskości

Rozsiądźcie się moi drodzy. Opowiem wam bajkę o bliskości i stracie. Baśń nie tyle z morałem, co zawierająca przestrogę.

Działo się to dawno, dawno temu. Był sierpień roku pańskiego 2011. Pewien królewicz po bankructwie poprzedniego królestwa, postanowił założyć nowe. Zebrał więc czarnoksiężników od księgowości i rycerzy marketingu, przyłożył pieczęć i złożył podpis pod pismem erekcyjnym w pieczarze wampira Notariusza i tak powołał do życia Nowe Księstwo Sp. z o.o.

Nowe Księstwo potrzebowało też skarbca na przyszłe skarby zdobyte na podbitych terytoriach Klientów Korporacyjnych. Po wynajęciu skarbca otrzymał on też plastikową kartę zwaną Rogiem Obfitości ze słusznym oprocentowaniem.

Lud się cieszył, sojusze zostały podpisanie, wrogowie wskazani palcem, a armaty serwerów nabite i wycelowane.

Nie samą grabieżą i wojenną ruchawką żył jednak książę. Nie stronił on od napojów alkoholowych i cybucha z tytoniem. Kiedy więc sprawa Księstwa została załatwiona postanowił on odwiedzić lokalnego malarza, któremu mecenasuje z potrzeby serca, bo jego miłość do sztuki była prawie tak wielka, jak miłość do używek.

Wybrał się w podróż samotnie, odważnie przemierzając włości pułkownika doktora Stanisława Więckowskiego.

Mniej więcej w połowie trasy zauważył lokalną tawernę „Pod Żabką”. Postanowił zakupić trunki i tytoń, aby móc dyskutować z malarzem o sztuce z głową lekką w pokoju pełnym szlachetnego dymu.

Kiedy zapakował worek i przyszło do płacenia książę wyjął swój prywatny Róg Obfitości i podał karczmarzowi. Ten natychmiast zaczął odprawiać nad nią czary, ale kiedy miało paść zaklęcie odmykające prywatny skarbiec księcia karczmarz zawołał:

— Dokonało się!

Zdziwiony książę zapytał jakiej magii użyto, bo on magicznych słów nie wypowiedział, a tak właśnie działa dostęp do jego skarbca. Karczmarz popatrzył strapiony i rzucił się do księgi. Po chwili uniósł głowę i zapytał:

— Czy dobrodziej posiada inne Rogi Obfitości przy sobie?

— A i owszem – odpowiedział władca – czemu pytacie dobry człowieku?

— Gdyż za alkohole i tytoń zapłacono nowym modelem, który wystarczy mieć przy sobie, aby zapłacić bez słów magicznych.

— Przecież jest tu, daleko od rąk waszych i zaklęć waszych! Jak
to możliwe?!

— Ja się na tym nie znam – stwierdził gospodarz – ale widzę wyraźnie, że magia RFID się tu zadziała.

Strapiony książę zabrał swój worek i upił się wiedząc, że nim tylko słońce wstanie będzie się musiał wytłumaczyć przed radą czarnoksiężników z działu księgowości z defraudowania pieniędzy Nowego Księstwa Sp z o.o.

Blisko i daleko

Gdybym nie widział jak moja karta kredytowa z RFID-em zapłaciła za fajki i piwo z odległości dobrego pół metra to bym nie uwierzył. Przeszukałem Internet i wszyscy dostawcy twierdzą, że karta zbliżeniowa działa na bardzo niewielkiej odległości. Że praktycznie trzeba ją przesunąć obok terminala. To była tylko jedna z rzeczy, która wykrzywiła mi usta 1 – drugą był fakt, że sprzedawca nie zweryfikował mojej karty. Gdybym miał cudzą to mógłbym zapłacić nią bez większego problemu.

Nie jestem paranoikiem. A przynajmniej przestałem być od czasu, kiedy rząd przestał mnie namierzać przy pomocy luster. Wiedziałem o potencjalnych problemach z RFID, ale nie przykładałem do tego większej wagi. Za dużo wiem żebym musiał nosić klatkę Faradaya w kieszeni, prawda?

Zasięgnąłem języka u Piotra Koniecznego, który jest specem od różnokolorowych kapeluszy. Kiedy naświetliłem mu sprawę wpierw wyszydził moją głupotę, a potem podzielił się zestawem linków, która miała uczynić mnie lepszym człowiekiem. Teraz i wy możecie stać się lepszymi ludźmi.

Nie mówię, że musicie się owijać w folię aluminiową. Folia aluminiowa to spisek.

  1. to i obowiązkowa spowiedź w księgowości

Nawyk, rehabilitacja, bankructwo

Chciałem być basistą, ale jako biedny nastolatek na własnym utrzymaniu nie mogłem kupić sobie gitary. Odłożyłem jednak trochę pieniędzy i kupiłem komplet strun. Przy pomocy wiertarki, dłuta i głupiego szczęścia przerobiłem gitarę klasyczną Ojca na bas. Nie dało się go nastroić, odległości między strunami były niewłaściwe, a grube struny powodowały, że gitara trzeszczała pod naciągiem i była na granicy wytrzymałości. Miałem jednak swój bas i mogłem zacząć grać.

Fantastyczne origin story, które zrodziło najlepszego basistę w Łodzi, a jego oddanie sprawie i walka z sytuacją ekonomiczną zadziałała jak katalizator dla ukrytego talentu?

Gówno.

Kiedy pierwszy raz przyszło mi zagrać na prawdziwej gitarze basowej okazało się, że jestem nie tylko pozbawiony talentu muzycznego. Okazało się, że nauczyłem się wszystkiego źle. Moja potrzeba zagrania czegoś natychmiast popchnęła mnie w stronę tabulatur, moja technika była kompletnie nieprzystająca do prawdziwego instrumentu. Nauczyłem się sam wszystkiego. Nauczyłem się wszystkiego źle. Próbowałem jeszcze ratować sytuację, ale nabyte nawyki ciągle mieszały mi w głowie.

Wyplenienie złych nawyków zajmuje dużo więcej czasu, zżera więcej energii, jest dużo bardziej frustrujące i łamiące ducha niż powolny proces uczenia się czegoś zgodnie z regułami. Bardzo łatwo paść ofiarą narkotyku natychmiastowej gratyfikacji. Jak z każdym narkotykiem haj jest wysoko, a zjazd jest bardzo, bardzo nisko.

Możesz usiąść z przykładami do Django czy Ruby on Rails i wypluć aplikację bez względu na wiedzę i przygotowanie. Możesz ściągnąć przykłady do Photoshopa i powtórzyć kliknięcia uzyskując pożądany efekt. Możesz przejść tysiącami skrótów i zrobić coś, czego nie mogłeś wczoraj. Umiesz przejść z punktu A do punktu B, ale nie wiesz co jest przed, nie rozumiesz co jest po. Robisz sobie krzywdę.

Uczenie się nie jest procesem spektakularnym. Jest procesem mozolnym i sztywnym jak krochmalona koszula. Nawet jeśli słyszałeś historie o samoukach-geniuszach to są wielkie szanse, że takim geniuszem nie jesteś.

Historia z “naszego podwórka”. Historia świeża, wczorajsza. Otrzymuję zgłoszenie, że nie można zapisać nowego klienta w systemie. Nie potrafię znaleźć błędu i wymieniam się z użytkownikiem e-mailami starając się zrozumieć jego problem. System odrzuca jego formularz mówiąc mu, że podaje niewłaściwą stronę WWW klienta. Byłem pewien, że jest to pole fakultatywne, ale nie pamiętam od ręki bez sprawdzania kodu. Radzę aby wpisał adres własnej strony tak, abym mógł szybko wyłowić wpis z bazy.

Sprawdzam kod i rzeczywiście, pole nie jest wymagane. Dopiero wieczorem rozwiązuję zagadkę. W starym systemie, który pisałem sześć lat temu, mój walidator formularzy był ekstremalnie prosty. Sprawdzał głównie, czy pole jest wypełnione. Pracownicy zbyt leniwi, by zerknąć w papiery wpisywali kropkę tam, gdzie nie mieli danych. System akceptował taki wpis. Kiedy odpaliłem nowy system użyłem wbudowanych w Django walidatorów pól, użytkownicy nadal przechodzą przez formularz wstawiając kropki w pola, których zawartości nie są pewni. Gdyby nie wpisywali kropki formularz przeszedłby walidację poprawnie. Kropka nie jest poprawnym adresem strony WWW. Ludzie nie czytają komunikatów.

Moje chodzenie na skróty lata temu wyrobiły fatalny nawyk w użytkownikach systemu. Wszyscy przegraliśmy. W poniedziałek spędzę kilka godzin starając się oduczyć ich czegoś, czego sam ich nauczyłem.

Jeżeli czujesz, że chcesz coś robić dobrze, to stać cię na naukę. Dług, który zaciągniesz szukając obejść i tymczasowych rozwiązań może doprowadzić twoje marzenia o mistrzostwie do bankructwa.


Pierwszy!

Uczestniczę w Świętych Wojnach. Teraz bardziej jako obserwator (oczywiście z przechyłem) niż strona atakująca, czy też broniąca tezy o nieomylności gadżetu łamane przez programu do edycji tekstu. Nie da się ukryć, że takie internetowe przepychanki są pełne strasznie głupich argumentów, błędów logicznych i anegdot z trzeciej ręki. Pośród tych erystycznych pocisków wystrzelonych w kierunku adwersarzy jest jedna rakieta napędzona odrzutem kapiszonu: Ad Hipsterium

Ad Hipsterium: Argument z bycia pierwszym zanim coś stało się popularne

Jak się go używa? Argumentujesz, że marka, którą wybrałeś zrobiła coś po raz pierwszy i z tego powodu jest lepsza lub przynajmniej konkuruje na równych prawach. Przykłady: „Amiga była pierwszym komputerem, który wprowadził wielozadaniowość pod strzechy zwykłych użytkowników”, „Opera pierwsza wprowadziła taby”. Taki argument brzmi dobrze podczas sprzeczki (jak większość argumentów, które są gramatycznie składne — sprzeczka–nisko–poprzeczka), ale zupełnie do mnie nie trafia. Przecież rozmawiamy o czasie obecnym. Spychacze papierów wartościowych mają powiedzenie, że “past performance does not necessarily predict future results” i choć należy brać innowacyjność pod uwagę trzeba oceniać bieżące możliwości produktu, nie jego — zapisaną złotymi zgłoskami — przeszłość.

“If you wish to make an apple pie from scratch, you must first invent the universe.” — Carl Sagan

Będąc fanbojem szeroko rozumianej nauki jestem też zniesmaczony ubieraniem każdej rzeczy w szaty innowacji. Widzę rozwój technologii jako linię zawierającą nieskończoną ilość punktów: któreś z nich będą przełomowe, ale każdy będzie się rodził tylko dlatego, że był poprzedni. Nikt nie tworzy w próżni. Ta przełomowa usługa, ten dodatek, o którym tak gardłujesz powstał w wyniku nieustannego rozwoju rynku do którego dołożyło się wiele firm i niezależnych wynalazców. To jeden z punktów na linii, może nawet jaśniejszy, ale nadal tylko punkt.

Argument Ad Hipsterium jest nieustannym towarzyszem argumentu o „nieudacznikach, którzy kopiują geniuszy”. Jest to kolejny argument, który ignoruje rzeczywistość w której przyszło nam żyć.

Zadam pytanie retoryczne: czy mogą istnieć trzy kapele (styl dowolny), które używając tego samego instrumentarium i inspirujące się nawzajem będące tak samo dobre bez względu na to, która pierwsza z nich zmieniła stój gitary basowej? Wydaje się, że w świecie wojen o długość e-penisa sam fakt adaptacji dobrych rozwiązań przez platformy nie jest czymś godnym i słusznym. Gdyby świat technologii rządził rzeczywistością to mieszkańcy bloków wytykaliby palcem kamieniczników „kopiujących” izolację termiczną, którą mieli pierwsi. Byliby nazywani „biedakami, którzy też chcą mieć ciepło, tak jak my”. Pewnie pomyślałbyś, że to straszne buce. Zaczynanie argumentu od „Twój telefon jest nędzną imitacją mojego. Ignorując więc Twoje potrzeby, możliwości i cele zakładam, że popierasz kopiowanie innowacyjnych pomysłów, które zrodziły się w głowach pracowników mojej ulubionej firmy” nie daje Ci statusu buca: jesteś prawdomównym krzewicielem współczesnej historii.

I nagle pisząc to doznałem olśnienia (albo zatrułem się tą zimną kawą rozpuszczalną): nie mogę zrozumieć Ad Hipsterium bo traktuję technologię jako jedną z „nauk” stojącą na ramionach gigantów, a wy, użytkownicy „telefonu, który miał pierwszy”, widzicie sumę marek tworzącą rynek.


ifttt

TechCrunch umiera. Słyszę strzelające korki szampanów i widzę grzejących się do startu blogerów. Gotowi do wyrwania czytelników blogowi ze stajni Aol? Umarł król, niech żyje banda królewiczów!

Wietrząc szansę postanowiłem opisać produkt informatyczny z interface WWW, który kolokwialnie nazywamy startowaniem do góry, czy też starapem.

Dziś wszyscy chcą startować do góry własne strony WWW. W pakiecie promocyjnym „Twój pierwszy raz z Internetsem” każdy otrzymuje zestaw gotowych do użycia pomysłów i domenę bez samogłosek. Jest strona ze zdjęciami (wersja zaawansowana wraz z makietą aplikacji na telefon, która potrafi zrobić z poprawnego zdjęcia tzw. wintedż) , są zakupy grupowe, jest komunikator do komunikowania się, serwis aukcyjny, agregator do agregowania.

Jedyną granicą jest wyobraźnia, a ponieważ na wizę do wyobraźni czeka się strasznie długo (jak żyć Premierze Tusk?) musimy się zadowolić sprawdzonymi pomysłami i liczyć, że rynek przyjmie z otwartymi ramionami bigosrr, portal agregujący wintedż z możliwością licytowania grupowych zakupów.

Zostawiam te wszystkie projekty kolegom bardziej uzdolnionym i skupię się na projekcie, który dziś wydłubałem z gruczołu łojowego Internetu. Jest to projekt szatański. To projekt na miarę kliszy o grabarzu z westernów, któremu nie zależy na prawdzie, sprawiedliwości czy meksykańskiej wiosce napadniętej przez banditos: bez względu na wynik strzelaniny interes się kręci.

Z biologicznego punktu widzenia to pasożytnictwo, co znów w języku biznesowym tłumaczymy na „wyśmienity strzał, Milordzie!” 1

If This Then That

Złota zasada uniksowa mówi „rób jedną rzecz dobrze”. Nie jest to pełne tłumaczenie starego łacińskiego powiedzenia “bene facere rei licentiam tribus tabulislapideis” — „rób jedną rzecz dobrze, licencja na trzy kamienne tablice”, która pełniej oddaje historyczną ścieżkę systemów uniksowych. Taka dygresja.

Co do zasady: większość popularnych stron, które wystartowały do góry, robi jedną rzecz dobrze. Ta zbiera fotki, ta wyświetla tekst. Wiadomo.

Projekt If This Then That działa tak, jak się nazywa. Używając API różnych projektów reaguje na akcje dla pierwszego „This” i robi akcję na drugim „That”.

If Strzeliłeś Fotkę Then Zapisz w Dropboksie
If Napisałeś Notkę Then Opublikuj w Twarzoksiążce Cukiergóry
If Zostałeś Burmistrzem Then Zapisz nazwę w Notatniku

W chwili kiedy pisałem ten tekst w serwisie znajdowało się 316 gotowych do użycia „przepisów”. Moja wiza do wyobraźni też jeszcze nie przyszła, dobrze jest się zainspirować.

Projekt jest genialny. Jednym ruchem myszki zabiłem kilka skryptów, które powstały z nagłej potrzeby serca, curl’a, taśmy klejącej i śliny. Jego koncepcja jest tak prosta, że można ją wytłumaczyć chyba każdemu, kto zbudował kolorowy prostokąt z klocków lego. No proszę Państwa, niech Państwo spojrzą na ich stronę z wyjaśnieniem.

Ręce same zaciskają się na szyi podczas, gdy mózg wysyła komunikat „Dlaczego o tym nie pomyślałeś, co? Co?! Uduszę cię twoimi łapami”.

To jest moja pierwsza recenzja wystartowanej do góry strony. dyga

  1. No, kurwa!

Hello, I love you

Czy w Internecie jest treść? Czy jest dobra i powinna być lepsza? A może jest fatalna i powinna być dobra? Kto komu ma ją produkować? Popularne tematy, czy może dogłębne analizy? To wyjściowe tematy do dyskusji o „stanie treści we współczesnej sieci”, którą wielu z nas prowadzi z poczucia misji lub dla zabicia czasu.

Nie można nazwać tego debatą, bo większość z nas okopała się dawno temu na swoich pozycjach i ostrzeliwuje się argumentami z terminami przydatności do spożycia przypadającymi na rok 2003.

We wszystkich tych pyskówkach, w których brałem udział, zawsze stawałem po stronie treści wysokiej jakości, trudnej i niszowej, produkowanej z miłości do czytelnika, a nie do SEO. 1 Przyłapałem się ostatnio na tym, że często strzelam ślepakami i nigdy nie daję recept na to, co zrobić żeby dobrych rzeczy było więcej.

Oczywistą oczywistością są pieniądze. Zostawmy jednak na chwilę czynnik ekonomiczny. Zadajmy sobie pytanie - co pcha ludzi do pisania artykułów, poradników, nagrywania podcastów i wydawania otwartego oprogramowania? Nie będę nawet próbował na nie odpowiadać, zostawię Was po prostu z dziesięciominutową animacją RSAnimate: “Drive: The surprising truth about what motivates us”. Kliknijcie. Nie spędzicie lepiej dziesięciu minut dzisiejszego dnia.

Wszyscy chcemy być twórcami. To ciągnie autorów do autorzenia. Więc mamy ludzi generujących treść, nie mówimy o pieniądzach — co nam zostaje?

Czas na anegdotę! Kiedy zaczynałem pisać „poważne” programy, światem amigowego oprogramowania rządził Aminet, serwer FTP na którym znajdowało się prawie całe dostępne oprogramowanie dla naszych komputerów. Każdy autor zaraz po skończeniu pracy wrzucał archiwum do Incoming/ i czekał na akceptację. Mój pierwszy program dodałem około 1998. To była pewnie jakaś pchełka, nie robiąca nic wybitnie zajmującego 2. Dwa dni później, kiedy odbierałem pocztę po powrocie z pracy, w mojej skrzynce pojawił się e-mail od nieznanej mi osoby. Otworzyłem go i przesuwając palcem po ekranie odcyfrowałem, że osoba z Wielkiej Brytanii pobrała mój program, że bardzo mu się podoba i mi dziękuje, a jak napiszę coś jeszcze to mam jej podesłać.

Siedziałem oniemiały, niezdolny do poruszenia choćby palcem. Mój mózg był zajęty odbijaniem szampana. Próbowałem sobie wyimaginować jakiegoś człowieka, gdzieś w obcym kraju, pobierającego program, który napisałem. Jak go odpakowywał i widział te same pliki, które ja tam umieściłem przedwczoraj. I mu się podobał. I mi wysłał e-maila.

Resztę wieczoru spędziłem chodząc dookoła dzielnic z walkmanem grającym kasetę “Master of Puppets”, kompletnie pijany euforią. Pamiętam, że dopadłem do jakiejś budki telefonicznej i zadzwoniłem pod jedyny numer, który akurat znałem na pamięć. Powiedziałem: „Iwo, dostałem e-maila z zagranicy. Ludzie używają mojego programu!”

W tym momencie zrozumiałem jak ważne jest dla każdego, choćby najmniejszego twórcy, słowo „dziękuję” i świadomość, że nie krzyczy w pustym pokoju jak wariat. Postanowiłem pisać do każdego blogera, komiksiarza, podcastera, który „zrobi mi dzień”. Nie kosztuje to nawet eurocenta, a jeżeli na serio Ci się podobało, to nie ma problemu ze znalezieniem słów. Cała operacja trwa minutę lub dwie (choć czasem spędziłem nawet dwie godziny szukając e-maila do autora, który chciał widocznie pozostać anonimowy).

Jeżeli masz autora, który jest dla Ciebie ważny, przestań natychmiast czytać tę notkę i idź, napisz mu kilka słów. Nie zostawiaj komentarza, nie pisz @fantastycznygość, napisz e-maila.

To jest moja recepta na więcej dobrych treści. Wspomagajmy twórców, którzy uprawiają te nasze internetowe poletko kultury.

Dziękuję też Wam za wszystkie „dziękuję”.

PS. mała galeria odpowiedzi na moje „dzięki”. Żeby nie było, że to wszystko jest mowa-trawa.

  1. Jest to egoistyczne zagranie: po jakimś czasie ktoś zacznie mnie kojarzyć z „treścią wysokiej jakości, trudnej i niszowej” i stąd już chwila do kliknięcia w ikonkę RSS na moim blożku. Buduję markę!
  2. miało to wyznaczyć kurs mojej kariery do końca życia