Archiwum | emil@fuse.pl

Jeszcze prawie trzy kilometry, mam czas sobie to zapisać

Jest poniedziałek, więc wracam spacerem do domu. Przynajmniej ja to nazywam spacerem, dla innych perspektywa pijackiego marszu przez osiem kilometrów nazywa się inaczej, bardziej złowieszczo. Niestety, pochodzę z rodziny, gdzie miejską legendą jest kartka, którą mojej babci zostawił ojciec i wujek w wigilię wakacji:

„Mamo, poszliśmy nad morze.”

Przejść się nad morze jest ciężko, zwłaszcza z Łodzi, ale się przeszli. Kim bym był, gdybym dosiadał nocnego autobusu, kłaniał się automatom biletowym?

Zupełnie jednak nie o tym chciałem: idąc tak myślałem. Głównie nad pierdołami, ale jakoś tak z boku zaszła mnie myśl o ulicy Ogrodowej jako metaforze ostatnich 20-tu lat zmian ogólnie.

Ulica Ogrodowa w Łodzi była zawsze kłamstwem. Jedyną rzeczą, która miała jakikolwiek związek z ogrodami, były dwa — przylegające do siebie — cmentarze, gdzieś w jej środku.

Poza tym była to łódzka ulica do szpiku kości. Z jednej strony mocne kamienice, bramy pełne twardych ludzi, a głębiej, obsrane przez psy podwórka, duszne od dymu tanich papierosów palonych przez babcie-wrony, obsiadające krzywe ławki, które opowiadają jak im było lepiej za Stalina.

W jednej z takich bram napadli mnie kibice ŁKS-u. Co jest jedną z większych życiowych zagadek dla mnie: będąc kibicem tego klubu przez całą swoją stadionową karierę napadali mnie tylko ełkaesiacy.

Skopali mi plecak w którym niosłem twardy dysk. Kiedy kilka dni później udało mi się ich dopaść z grupą kolegów, w ramach akcji odwetowej, wytłumaczyli mi dlaczego:

„Na chuj nosisz po mieście koszulkę Amica (Wronki)?” 1

Polonistka miała rację, co do zagrożeń, które niesie ze sobą upadek czytelnictwa. Na koszulce było „Amiga”.

Po drugiej stronie ulicy stała fabryka. Wielka, zasłaniająca słońce mieszkańcom kamienic, zimna, martwa, zakurzona.

Fabryka kiedyś musiała coś produkować, ale ciężko było sobie wyobrazić, co można produkować mają do dyspozycji taką przestrzeń. Ile tam musiało wejść komputerów osobistych w dziewiętnastym wieku?

Dumając nad swoją przyszłością, siedząc w jednym ze szczytowych mieszkań kamienicy, gdzie mieliśmy swoją nerdowską melinę, nie mogliśmy pominąć fabryki. Co w przyszłości będzie z fabryką?

Wiadomo, w fabryce będą koncerty techno, gdzie kurz będzie strzelał spod butów rejwerów, jak na “No Good” The Prodigy. A po północy piętra będą przejmować pancerni gabbrzy i deptać deski ciężkimi buciorami.

To miało sens. Powiedziano nam, że będzie lepiej, a jak może być lepiej niż kilometry kwadratowe skaczących, szczęśliwych ludzi? Miało kompletny sens.

Teraz fabryka wreszcie żyje: klinkierowa cegła chroni hotelowych gości przed estetycznym dyskomfortem. Na dachu jest przeszklony basen, z którego okna-dna machają do spacerowiczów pływacy.

I to jest metafora, w tym sensie, że wszystko jest lepiej, jeśli mierzyć obiektywnie, ale zupełnie inaczej, niż sobie wyobrażałem.

Tak jakbym leżał rozciągnięty na podłodze, masują szczękę, kiedy po rozłożeniu planszy do gry w warcaby, drugi gracz wyciągnął figury szachowe, by zaraz po ich ustawieniu przywalić mi prosto w ryj: techniczny knockout.

Po prostu nikt nie wiedział w co gramy.

  1. taki klub piłkarski