Béton brut

Jutro nie będzie dziś

2012-05-04

Historia w służbie ludzkości

Odwiedzając muzeum historii naturalnej, trafiłem na ekspozycję „butelek”. Były to różne wazy, karafki i inne flakony, mniej lub bardziej przypominające to, co dziś nazywamy butelką. Nic spektakularnego. Chodząc między nimi, zdałem sobie sprawę, jak wielką rewolucję musiała wywołać tania i bezpieczna metoda transportu płynów.

Odległość między źródłem wody pitnej a miejscem pobytu straciła trochę na znaczeniu, można było fermentować zgniłe owoce i utopić żal spowodowany Czarną Śmiercią w tak powstałym winie. Rynek otworzył się na nowe produkty: mleczko w dzbaneczku i oliwę z oliwek w urnie.

Tak spekulował sobie mój młodzieńczy móżdżek.

Świadomość historii jest potrzebna, bo historia nie toczy się kołem, ale z pewnością się rymuje. Historia człowieka pisana jest w dużej części przez technologiczne zmiany. Może przesadzam, ale z mojego punktu widzenia dzieje krojone są na kawałeczki przez prasę drukarską, Pasteura, samopowtarzalną broń, bombę atomową, akwedukt czy dzbanek właśnie. Socjolog mógłby wykazać, że prądy w kulturze, że wpływy religijne, ale ja będę twardo stał przy swojej opinii laika. Technologia zmienia świat, ewoluując. Żeby debatować na temat naszego świata, trzeba wiedzieć o tym, skąd wyskoczył Homo Erectus, jak i kiedy pierwszy raz położył łapę na ruchomej czcionce.

Nigdy wcześniej tak znacząca część technologii nie znajdowała się w rękach konsumentów, służąc za silnik napędzający przemysł rozrywkowy.

I czasem się boję, że jutro nie będzie wczoraj.

Od razu odrzucam wszelkie oskarżenia o „konserwatyzm” i „było lepiej, gdy byłem młody, teraz wszystko jest inne i gorsze”. Nie chcę argumentować za nostalgią, chcę argumentować za historią.

Stoimy dziś przed, powiedzmy, czterdziestoma latami historii mikrokomputerów i wszystkiego, co zrodziło się wraz z udoskonalaniem układów scalonych. Większość z wyprodukowanych wtedy mikrokomputerów i urządzeń towarzyszących jest dostępna w oryginalnym stanie. Pozwala to nam, fascynatom historii, bawić się i badać rzeczy takimi, jakie były.

Czasem antropolodzy natrafią na „zaginione plemię” i stają przed dylematem moralnym: czy lepiej zaburzyć życie ludzi nieświadomych zewnętrznego świata przez dokonanie badania, czy też pozbawić swoją gałąź nauki obserwacji i wniosków, na które z każdym dziesięcioleciem szanse są coraz mniejsze.

Mamy szczęście, prawda? Duża część materiału badawczego jest dostępna w zasięgu ręki, do tego nasz brak moralności (hej, jesteśmy fanami komputerów) idealnie współgra z brakiem wyzwań etycznych.

Jutro nie będzie dziś

Każdego dnia spędzam kilka minut, obijając się o różne strony i kanały, na których dyskutuje się o komputerowych zabytkach. Prawdą jest, że większość z tych miejsc to zagłębia nostalgii. Można wbić metaforyczny szpadel w dowolne miejsce i wyciągnąć na powierzchnię dziesiątki wspomnień. Bez względu na motywację, wszystkie te źródła mają dla mnie wartość edukacyjną. Nie tylko lepiej rozumiem obecny rozwój, ale przez pryzmat plastiku i silikonu dane jest mi obserwować inne kultury.
Oglądałem ostatnio recenzję X68000 - komputera, o którym dowiedziałem się zupełnie niedawno. Każdy wie, że Motorola 68k była sercem Amigi, dużego Atari i Apple; niewielu wie o X68000. Kiedy tak otwierałem nowe zakładki, szukając więcej informacji o tej zabawce z kraju kwitnącej wiśni, coś mnie uderzyło.

Czy Wasze dzieci będą mogły w przyszłości zobaczyć działającego Xboxa 360 czy PS3? Zagrać w popularną teraz strzelankę, aby zrozumieć kontekst punktu w rozwoju, w jakim się znalazły? Czy konsola odpali gry wymagające autoryzacji u twórcy, który dawno temu zbankrutował? A nawet jeśli jeszcze istnieje, to jakie są szanse, że będzie utrzymywał serwer dla gry, którą księgowość rozliczyła trzydzieści lat temu?

Ekosystemy, które ułatwiły (może nawet umożliwiły) ekspansję użytkowej elektroniki, wymuszają na nas życie w pewnym cyklu, który usuwa „stare” przedmioty i zastępuje je nowymi. Być może nie warto zachowywać dla historii każdego budżetowego telefonu z Androidem, może nie każda gra powinna być sztandarem początku tysiąclecia, ale w obecnej sytuacji to nie my, amatorzy-historycy od scalaków, decydujemy o tym, co warto zachować. Decyduje o tym dostępność serwera DRM z kluczami.

Nigdy wcześniej ludzie nie tworzyli tak wiele. Każdy zrobi fotkę, wrzuci ją gdzieś, niektórzy nagrają cover ulubionego utworu i umieszczą na YouTube. Większość tych rzeczy to amatorszczyzna, której zniknięcie nie uszczknie niczego z naszych zasobów kultury. Niestety, wraz z łatwością tworzenia zrodziła się sytuacja, w której równie łatwo „zniknąć” tysiące cyfrowych malowideł skalnych. Wystarczy, że jutro zostanę rozjechany przez pijanego kierowcę i około grudnia blożek ten zniknie z Internetu. Może nawet wcześniej. Dwieście tysięcy wyrazów zrobi cyfrowe poof.

Żyjemy w pierwszym okresie kultury, za którą antropolog, archeolog i historyk daliby się pociąć. Każdy nasz ruch, każda myśl, każdy konflikt i sukces są nieustannie rejestrowane. Obrazem, dźwiękiem, w setkach języków. A im łatwiej ta rejestracja następuje, tym trudniej ją zachować.

W tej chwili produkujemy więcej informacji niż jesteśmy w stanie składować. Ulewa nam się, nie tylko z powodu braku miejsca, ale także dlatego, że ekosystemy którym zaufaliśmy, znikają.

Wrócę na chwilę do komputerów, bo zwiało mnie na kierunki ogólne. Prawdą jest, że ludzie będą mieli coraz mniej ciągot do bycia specjalistami w sprawach okołokomputerowych. Być może nikt nie będzie chciał demonstrować pierwszego iPada i opowiadać o nim tak, jak ludzie opowiadają teraz o TRS-80 czy Commodore 64. Osobiście, wierząc w magię technologii pod każdą postacią, nie kupuję tego. Gdzieś teraz jakieś dziecko kompiluje pierwszą aplikację na swój przenośny gadżet. W obecnej sytuacji, za dziesięć lat, nie będzie miało jak pochwalić się swoimi pierwszymi krokami.

Technologia jest integralną częścią kultury. Technologia umożliwia tworzenie, przetwarzanie i publikację na skalę wcześniej nieznaną. W idealnym świecie domagałbym się, aby firmy „trzymały łapy precz od mojego pióra”, ale nie wierząc w rewolucje, a chyląc się ku rozwiązaniom ewolucyjnym i edukacyjnym, apeluję: od Was, ludzi rozumiejących, o czym tu piszę, wymagam świadomości tego, że sprzedając wszystko za własną wygodę, pozbawiamy naszych następców ich historii.

Ci, którzy nie znają historii, są skazani na jej powtarzanie. DRM to będzie permanentne „ustawianie głowicy”, bez szansy na sukces.

PS. #okazałosię, że czwartego maja wypada „Dzień Przeciwko DRM”. Niechcący wpisuję się w jakąś szerszą debatę. Idę założyć monokl.