Archiwum | emil@fuse.pl

Krótki róg

drogaDlugaJest

Nosiłem się z zamiarem napisania wielkiego tekstu o piłce nożnej. Ilekroć wracałem do tego pomysłu, z notatnika przyglądały mi się litery, które układały się w wielkie „nie uda się raczej”. I raczej się nie udało. Nie umiem skompresować tej wiedzy – jakże zbytecznej – otwierając truizmem o popularności sportu wynikającej z niewielkiej ilości sprzętu potrzebnego do jego uprawiania (podpowiem: starczy piłka), wplatając w to opis holenderskiego futbolu totalnego, przecinając studium socjologicznym o stadionowym chuligaństwie, i kończąc – no, nawet w notatkach nie dobrnąłem do zakończenia.

Mogę jednak napisać o jednym.

Większość z nas zaczyna karierę piłkarską od aklamacji dowolnego placu, którego nachylenie nie przekracza „TIR by nie podjechał zimą”. Po aklamacji dzielicie się na dwie drużyny, a w tych drużynach na role. Jak wszyscy neofici padacie ofiarą narracji sukcesu. Aby uzyskać prawdopodobny skład takiego kolektywu należy policzyć uczestników, usunąć z tak uzyskanego zbioru jednego, a potem nazwać ich wszystkich napastnikami. Napastnik, szpica, snajper, dziesiątka. Każdy chce być dziesiątką, Messim, Pele, Ronaldo, twarzą z okładki, katem drużyny przeciwnej. Tą jedną osobą, którą wyjęliśmy poza nawias, jest bramkarz.

Bramkarza bardzo często rekrutuje się z nizin koleżeńskich. Ktoś za gruby, za brzydki, za chudy, ktoś, kto nie ma dobrych jeansów i jest raczej na doczepkę. Czasem, w sytuacji gdy wszyscy napastnicy-bramkostrzelcy zajmują zbliżoną pozycję w grupie wprowadzany jest system rotacyjny: co gol nowa ofiara.

Zostałem bramkarzem raczej w wyniku tego pierwszego. Miałem za to ukrytego asa w rękawie: zawsze chciałem być bramkarzem.

Chciałem być bramkarzem, bo nikt nie chciał być bramkarzem. Dla kogoś, kto unika konfliktów taka opcja wydaje się być manną z nieba. Byłoby jednak niesprawiedliwe, gdybym pominął wkład dziadka, który opowiadał mi o chłopakach z okolicy, którzy „stali na budzie”. O Młynarczyku, o Tomaszewskim. No i Genzo Wakabayashi.

Nie pamiętam szczególnie tych pierwszych meczy. Jestem pewien, że nie wiedziałem, co robię. Jednak robienie czegoś źle z olbrzymim uporem powoduje, że stajesz się lepszy. Po latach dochodzę do wniosku, że właśnie ten brak lęku przed kompromitacją w obliczu nowego był kiedyś moim zbawieniem.

Czym jest bycie bramkarzem? Najbrutalniej ujmując jesteś zawodnikiem, którego jedynym celem jest zablokowanie skórzanej kuli zanim przekroczy ona swoim całym obwodem linię narysowaną za prostokątem o wymiarach 7 metrów i 32 centymetry szerokości na 2 metry 44 centymetry wysokości. Musisz to robić zdecydowanie i starać się jak najmniej przy tym ucierpieć.

Jedno i drugie jest niemożliwe.

opi_hitBycie bramkarzem ma wbudowany fatalizm. Nie jest pytaniem, czy ktoś cię pokona, tylko kiedy. I jak wielka będzie przy tym twoja wina. Ten stary żart o saperze, który myli się tylko raz, zupełnie się nie przekłada. Podczas meczu możesz pomylić się nie raz, często katastrofalnie w skutkach. A im bardziej się mylisz, tym bardziej się wkurwiasz. A im bardziej się wkurwiasz, tym bardziej się dekoncentrujesz. I popełniasz kolejne błędy.

Nadchodzi jednak moment, kiedy to wszystko zaczyna nabierać sensu. Dla mnie tym momentem była pierwsza parada. Nie był to jakiś wybitnie mocny strzał i nie leciał daleko ode mnie. Pomyślałem do siebie „TERAZ!” i przewróciłem się w kierunku piłki z wyciągniętą ręką. Lecąc zamknąłem oczy. Piłka, jak to ma w zwyczaju, po napotkaniu ręki ubranej w najmodniejsze rękawiczki budowlane skradzione ojcu odbiła się i spokojnie wytoczyła na rzut rożny. Otrzepałem się i napotkałem wzrok kolegów z drużyny. Ktoś powiedział: Zrobiłeś to jak prawdziwy bramkarz!

Jak prawdziwy bramkarz!

Do dziś czuję, że to jedyny komplement składający się z słów „jesteś jak prawdziwy X”, który mogę przyjąć bez cynizmu. Wprowadziłem na nasze boisko Nową Jakość: bycie piłkołapem nie było już tylko zajęciem dla leszczy. Bycie bramkarzem znaczyło, że odbijasz piłkę w powietrzu!

Nigdy nie zaszedłem daleko w mojej sportowej karierze. Nie urosłem na tyle żeby być efektywny 1, nie byłem wystarczająco utalentowany, no i ostatecznie bitwę o mój czas wygrał komputer. Nigdy jednak nie zapomnę urywków meczy.

Kiedy wybiega na ciebie zawodnik przeciwnej drużyny, twoja obrona właśnie odkrywa, że to nie był najlepszy czas na dłubanie w nosie, a ty masz tylko te ułamki sekund na decyzję i piętnaście metrów kwadratowych obramowanej dziury do zakrycia. Więc biegniesz jak idiota, starając się wcisnąć pod buty napastnika tylko po to, żeby zobaczyć, jak unosi nogę do strzału. Piłka trafia cię jak pocisk i rykoszetem spada pod nogi drugiego z przeciwników, który podążył za atakiem. Pół pełznąc, pół idąc, na czworaka starasz się dopaść piłkę przed nim.

Zdeprymowany zawodnik, widząc nawiedzonego wariata pełznącego w stronę piłki, strzela z całych sił i chybia. Kładziesz się wtedy twarzą do ziemi i wdychając pełne płuca piasku myślisz do siebie: „kurwa, ale się udało”.

I chwile mniej chwalebne. Kiedy biegniesz po linii, mając w głowie potencjalną interwencję i nagle ktoś posyła piłkę w drugą stronę. Jesteś przegrany. Martwy. Prawdopodobnie strzelą ci też gola. Stanąłeś na „wykroku”, cały ciężar twojego ciała spoczywa na nodze, która nie jest teraz potrzebna do interwencji. Nigdy nie zdążysz na czas. Obserwujesz mijającą cię piłkę i łudzisz się, że jej adresat spieprzy tak jak ty. Ale nie. Strzela. Skurwysyn strzela piętką. Miał wystarczająco czasu, żeby się ogolić i zjeść obiad.

Najgorzej jednak dostać piłkę „za kołnierz”. Wybiegłeś przed pole bramkowe, chcąc przeciąć podanie, i nagle znajdujesz się w sytuacji, gdzie strzelec ma wystarczająco czasu, żeby posłać piłkę parabolą. Piłka minie cię w najwyższym punkcie i spadnie do bramki. I choćbyś nawet spektakularnie wybił się w powietrze, wyciągnął się jak struna i rozczapierzył palce, to piłka cię minie. Możesz też spróbować obrócić się i zacząć biec w kierunku gola, ale wygląda to komicznie i prawie nigdy nie działa.

Bycie bramkarzem jest jak bycie człowiekiem. Wszystkie twoje błędy zostaną wytknięte z nawiązką, wszystkie sukcesy będą uznane za „robiłeś, co do ciebie należy”, część porażek sprokurowali ci leniwi koledzy, a prawdziwa chwała przypada nielicznym.

Lepiej zostańcie napastnikami.

~~Tekst poszedł bez kurekty. Do tego nie działa mi połowa klawiszy i spędziłem część nocy czekając aż będę mógł napisać ‘t’ lub ‘h’. Frustrujące. Korektę przyjmuję drogą elektroniczną, a~~Korekta baj Kya + Shot. Za wszystkie przecinki i leterówki przepraszam z całego serca. Jeżeli lubicie historie z boiska to możecie rzucić okiem na inną notkę, Lato.

  1. choć mam o tym ciekawą anegdotę, którą może opowiem innym razem