Béton brut

Lato

2009-10-23

To był trzeci tydzień lata, na które nie zasłużył. Tak jak i jego kumpel z ulicy, został w tej samej klasie na drugi rok. Właściwie to go wyrzucili, ale rodzice nie wiedzieli, było ciepło i było boisko. Problemy mają to do siebie, że poproszone, ustawiają się grzecznie w kolejce, czekając na swoją kolej.

Kumpel z ulicy, Radek, wychowywany w porządnym domu przez porządnych rodziców, z porządnymi dziadkami piętro niżej i Polonezem w kolorze morskim w garażu, był takim samym leniwym draniem. Mimo to cała wina za za słabe wyniki Radka spadła naniego, prowodyra bez powodu. Matka Radka pokonywała co jakiś czas trzysta metrów dzielących oba domy, żeby wspomniećjego rodzicom o złym wpływie na jej syna.

Boisko było letnią mekką złych dzieciaków i trochę lepszych, ale nie na tyle, by je nazwać dobrymi. Po serii meczów, kiedy nogi odmawiały już posłuszeństwa, siadali i rozmawiali o tym, co będą robić w przyszłości. Ktoś chciał być mechanikiem samochodowym, inny, ku ogólnej aprobacie i zrozumieniu, chciał przelecieć Martę. Wszyscy chcieli zostać piłkarzami.

Było lato, na które wielu nie zasłużyło, i nie było pieniędzy. Radek zaczął właśnie palić papierosy, Sobieskie czerwone. Jego matka paliła inne. Podkradanie jej szlugów było ostatecznością. I tam, gdzieś na starej betonowej płycie, pozostałości prac budowlanych, urodził się pomysł. Można przecież okraść niedaleki skład budowlany. Trochę cementu, trochę aluminiowych przewodów nawiniętych na szpule. Z nudów często przeskakiwali przez płot i ganiali się ze stróżem i jego psem,wiedzieli więc, na jaką odległość można się zapuścić.

W trzecim tygodniu i drugim dniu wakacji, na które nie zasłużył, przyszedł na boisko. Z daleka nie wyglądało to dobrze. Ludzie stoją w grupie, piłka leży gdzieś przy narożniku.Zakładał, że ma to związek z  nalotemdzieciaków z dzielnicy za szkołą. Trzeba będzie kopać się po głowach i prawdopodobnie ktoś się popłacze, a ktoś będzie miał wstrząśnięcie mózgu. Ktoś ukradnie piłkę i trzeba będzie zaplanować odwetowy wypad na trzeci dzień trzeciego tygodnia.

Grupa zebrała się jednak nie wokół leżącego na ziemi przeciwnika trzymającego się za głowę i przyznającego,że jego matka jest kurwą. Na ziemi leżały kable w oplocie. Zapytany o ich wartość odpowiedział, że aluminium zawsze jest w cenie i prawdopodobnie uda się to zepchnąć jakimś frajerom. Problem był tylko z oplotem, którego nie dało się łatwo zdjąć.Rozpalili więc ognisko i cisnęli w nie zwój.

Rozpoczął się mecz. Były kontrowersyjne sytuacje, leniwy doping młodszych sióstr i obtarte kolana.

Przerwało go pojawienie się samochodu. Była to nowość, zwykle przerywał go strajk któregoś ze skrzydłowych.

— Hej, jakieś chuje kradną nasze kable! — zawołał Przemek

Grupa nastolatków otoczyła dwóch dorosłych przyglądających się ognisku.

— To wasze kable, chłopcy?

— Jasne, że nasze. A co?

— Chcielibyśmy je kupić.

— Ale po cowam tyle aluminium? — zapytał on.

— Prowadzimy firmę,która robi anteny.

Wyjaśnienie wydawało się to mało prawdopodobne, ale w fachu drobnych złodziejaszków nie zadaje się zbyt wielu pytań, by samemu nie być pytanym.Rozpoczęli ładować bagażnik. Nagle kątem oka zauważył czarny pojemnik, który widział już kilka razy podczas meczów. Popatrzył na Radka i drugą osobę, która właśnie prowadziła ostre negocjacje co do ceny, i wykonał w kierunku innych gest “spieprzamy”. Rozchodzili się od niechcenia, doświadczeni w sztuce znikania. W połowie boiska dogoniły ich odgłosy dwóch ciał rzucanych na maskę i okrzyk — Stać! Policja!

Każda z okolicznych uliczek ugościła dwie lub trzy uciekające osoby. Strategia przetrwania. Kiedy stał tak zasapany, pewien, że pogoń już odpuściła, uśmiechnął się do Przemka i powiedział — Wiesz co powinniśmy zrobić? Powinniśmy iść do rodziców Radka.

Czyste podwórko i guzik dzwonka na klatce schodowej. Otworzyła matka. Oznajmiła, że Radka nie ma. Potwierdzili, że rzeczywiście i że dziś na noc prawdopodobnie nie wróci. Podniesiony głos i ściśnięte usta. Jak to nie wróci na noc? Bo, proszę pani, wie pani, Radka zabrała policja za kradzież. Krzyk, otwierające się drzwi, przeklinająca rodzina, babcia w ataku paniki. Dobrze wykonana robota.

Było wczesne popołudnie, był dobry mecz, uciekli policji, doprowadzili do płaczu matkę kumpla. Przed nami jeszcze tyle czasu, na który nie zasłużyli. Byle tylko Radka szybko wypuścili. Może popełnił błąd, ale potrzebowali go na skrzydle, z fajką w zębach, postawionym kołnierzykiem podrobionej koszulki Manchester United z napisem Eric Cantona. Ich własny l’enfant terrible.

eric