Béton brut

Non_omnis_moriar.doc.gpg

2012-11-21

Obchodziliśmy niedawno święto ciętej dyni i gumowych masek. To dobry czas, żeby porozmawiać o umieraniu. Nie śmierci kulturowej, nie śmierci w wymiarze metafizycznym, nawet nie o samym fakcie gnicia. Porozmawiajmy o tym, co się dzieje, kiedy wyciągniesz nogi, a jesteś jednym z nas, szczęśliwców - kowalem własnego losu, samozatrudnionym ekspertem, wolną lancą, szybkim jak strzała blogerem.

W oczach świata składasz się ze starszego i młodszego bitu, z cyfrowych pierdnięć w światłowód, jesteś trochę domeną wpisaną w system nazw, odrobinę - profilową fotką. Dla większości z was ja nie jestem niczym więcej, wy nie jesteście niczym więcej dla mnie.

Zanim przyjdą futuryści i podłączą nasze martwe głowy do Internetu, w którym przyjdzie nam śmigać po wsze czasy, musimy jakoś zmierzyć się z faktem, że nigdy wcześniej nasze zejście nie dezintegrowało tylu naszych utworów. Jako wychowanek komputerów powierzyłem wszystkie myśli, wspomnienia, całą pracę zawodową, swoje hobby kawałkom metalu, w których kręcą się magnetyczne krążki. Nie ma listów do kobiet, które kochałem. Są e-maile, które znikną wraz z pierwszym nieopłaconym rachunkiem mojego operatora. Żaden bawidamek w przyszłości nie przeczyta antologii moich listów, by poznać surowe piękno kontaktów międzyludzkich na przełomie tysiąclecia.

Byliśmy tacy dumni, że Internet pozwolił nam wszystkim stać się autorami dzieł, tymczasem za trzydzieści lat okaże się, że przejedzie nas walec głównego nurtu kultury. Wypromowaliśmy sposób przekazu, który wymaga nieustannego karmienia monetami, a nawet nakarmiony może się obalić chromą nogą tej czy innej firmy.

Porzućmy jednak ten wątek. Wątek długiego życia, podczas którego możecie się przygotować, stać się kimś na tyle ważnym, żeby te okruszki życia nie zostały sprzątnięte. Możecie zginąć spektakularnie i niespodziewanie: zadławicie się papierosem, zostaniecie postrzeleni na konferencji, komuś z balkonu spadnie działo argonowe i rozłupie wasz łeb. Co wtedy? Czy któryś z przyjaciół może opłacić Waszą domenę? Napisać ostatnią notkę? Zgrać kopię zdjęć? Co z tymi wszystkimi książkami, filmami i muzyką, które kupiliście? Te DRM-owe na podpałkę, a te bez? Jedyny przypadek, w którym można podzielić między wszystkich tak, że każdy otrzyma komplet.

Jaką politykę obsługi sztywnych klientów ma Twój operator? Czy można wypłakać u Googla nowelkę, którą pisałeś przed śmiercią, schowaną „na sieci” w brzuszku Docsów?

No i rzecz równie ważna. Może najważniejsza, bo to od niej rozpocząłem dumanie nad kwestią śmiertelności w czasach e-wszystkiego. Jest duża szansa, że jesteś jednym z tych kowbojów Internetu. Opiekujesz się sygnaturami elektronicznego bydła twoich klientów. Gdybym teraz skoczył przez okno, pociągnąłbym z sobą kilka firm. Nie dlatego, że spadłbym na ich parking ubrany w kamizelkę z trotylem; w moich rękach witalne są części ich infrastruktury. Przykładowo: dziennie produkuje się około 4GiB różnych backupów, które trafiają do mojego prywatnego kuferka. Wszystkie są zaszyfrowane przy użyciu klucza GPG. Nawet gdyby ktoś wyrwał dysk z mojego laptopa, to wszystkie kopie bezpieczeństwa nie zdadzą się na wiele.

Ten tekst wyszedł troszkę zbyt kpiarsko jak na temat, który chciałem poruszyć. Zawsze jest ten pierwszy raz, kiedy położysz produkcyjną bazę, potkniesz się o kabel, prawie wszystko jest pierwszy raz, a nauczyć się unikać podobnych błędów macie szansę dopiero, gdy popełnicie je po raz trzeci lub siedemnasty. Umiera się tylko raz, dlatego trzeba się do tego przygotować z wyprzedzeniem. Zróbcie sobie, moi admini, moi programiści, moi technologiczni spece od wszystkiego, rachunek sumienia. Usuńcie się z równania i zobaczcie, co znika razem z wami.