Béton brut

Poznań-Łódź, 22:10, Stacja kolejowa Poznań-Górczyn

2011-12-23

Autobus nie przyjechał po raz pierwszy. Kiedy nie przyjechał po raz trzeci dowództwo nad gromadą zziębniętych pasażerów, oczekujących na odjazd, przejęły dwie starsze panie. Szybka konsultacja z wnuczką, która „sprawdza w Internecie, kochane dziecko” i okazało się, że nasz pojazd utknął na autostradzie A2 i nie pojawi się przez następną godzinę. Może nawet przez trzy. Panowie z zajezdni autobusowej, kiedy poprosiliśmy ich o wpuszczenie nas do pomieszczenia dla kierowców, kazali nam pospierdalać.

Wreszcie czyjś sokoli wzrok wypatrzył na horyzoncie światło niosące nadzieję, które wołało: cywilizacja, ciepło! Wysłaliśmy skauta. Skaut powrócił z dobrą nowiną: przyjmą nas czym chata bogata, a i kartą można płacić.

Rozgościliśmy się w małej stacji benzynowej Statoilu. Może dwadzieścia metrów kwadratowych, dwanaście osób, sprzedawca i sprzedawczyni do której nóżek padamy i dziękujemy. Żeby okazać naszą wdzięczność jęliśmy kupować produkty spożywcze. Zapijaliśmy się kawą z automatu i komplementowaliśmy jej smak i temperaturę. Wprost z plastikowego kubka w nasze serca sączyła się nadzieja. Gdzieś tam jest autobus, a my jesteśmy tu i przetrwamy.

Uderzyło mnie jedno. Nikt nie rzucał kurwami. Nikt nie tupał, nikt nie sarkał. Wszyscy uśmiechali się do siebie i witali radosnymi okrzykami najnowsze informacje od wnuczki z Internetem, która jakimś cudem zdobyła numer kierowcy i zdawała nam przez Generała Babcię raport o obecnej sytuacji.

Siedziałem więc w kucki zażerając się najdroższą kanapką z jajkiem (osiem nowych polskich złotych za kromkę chleba przekrojoną na pół) i przyglądałem się współwięźniom stacji benzynowej o łagodnym rygorze. Podróżowali między półkami i podziwiali. Jaki kolorowy konsumpcjonizm teraz mamy. Samych maślanek było sześć, różnych producentów, różne smaki. Światło igrało w butelkach piwa, a klimatyzacja cicho szumiała. Usłyszałem nagle jak jedna dziewczyna tłumaczy drugiej, że żal ją ogarnia. Żal ją ogarnia bo mem z Chuckiem Testa się nie przyjął w naszym kraju. Rzuciłem jej ciepły uśmiech. My, obywatele Internetu, musimy się wspierać.

Autobus pojawił się zgodnie z ukazem wnuczki. 00:30. Jakimś cudem zabrakło w nim miejsc i musieliśmy się wymieszać z licealną wycieczką. Wycieczka była już lekko pijana, a mi trafiło się miejsce obok nastolatki z kruczoczarnymi włosami, która pierdziała monotonnie przez sen odbierając mi koncentrację tak potrzebną przy strzelaniu goli zespołem Newcastle United, którą to drużynę noszę w plecaku razem z konsolą do gier.

Reasumując: dwie godziny przy kawie z poznańskimi startupowcami kosztowało mnie dwanaście godzin „podróży”. Sześć w pociągu, który zwiedza świat, trzy w oczekiwaniu na autobus i trzy w autobusie wśród pijanych gimbusów.

Przynajmniej mam z tego dwie notki, tak? 1

  1. Ta nie ma korekty. Wróciłem właśnie do domu, jest 3:30, piję piwo zakupione na stacji (wspomnienia!) i nie mam już siły na czytanie tego, co napisałem