Archiwum | emil@fuse.pl

Retro już było

Wszystko, co było stare, będzie nowym. Retro wróciło, skarbie. I pewnie wraca tak co chwilę, ale jest zauważane tylko przez kolejne pokolenia trzydziestokilkulatków, którzy nagle odkrywają, że ich młodość uśmiecha się do nich z mediów i banerów reklam, że pląsa na wybiegach mody.

Nie jest to jednak zrządzenie dobrego losu, że ktoś znów kręci Nastoletnie Zmutowane Ninja Rycerze. Stoi za tym rzecz prozaiczna, motor napędowy wszystkiego — pieniądze.

Trzydziestokilkulatkowie mają wolne środki finansowe, które można wymienić na neonowe hula-hoop lub flanelową koszulę od znanego projektanta. W społeczeństwie kapitalistycznym rynek natychmiast znajdzie sposób na dostarczenie odpowiednich produktów, a nawet zbudowanie słusznego, marketingowego przekazu pozwalającego kupującym uciszyć wątpliwości, czy ktoś aby nie sprzedaje im ich własnej młodości wprost z butiku.

Świat technologiczny, wyglądający z zewnątrz jak rakieta z napisem „lecę w przyszłość bardzo szybko”, też ma swoje retro. Jest to jednak retro o innym kolorze. Nie bez znaczenia pozostaje, że ludzie mają muzykę na winylowych płytach i zegarki starsze od najbardziej prymitywnych maszyn napędzanych mikroprocesorami.

Daje to bardzo mały margines błędu. Istnieją ludzie pragnący podłączyć specjalnie spreparowany joystick do telewizora i pograć w gry na Atari 2600. Nieco mniej jest takich, którzy chcieliby wpisywać sekwencję bootowania Altaira za pomocą przełączników na głównym panelu. Ludzi, którzy chcieliby mieć komputer z lat 60., jest pewnie zupełnie niewielu, a wyłączając muzealników i wariatów, ich liczba oscyluje wokół zera.

Retro jest emocjonalnie powiązane z autentycznością. I dla wielu produktów będących w strefie wpływów autentyczność ta jest osiągalna. Nie straciliśmy możliwości szycia flanelowych koszul. Wtryskarki nadal mogą wypluć okrąg w pstrokatych kolorach. Nikt nie chce wspominać swoich grungowych lat w lnianej koszuli zdobionej czarno-czerwoną szachownicą. 1

Technologiczne zabawy w przeszłość są skomplikowane. Z jednej strony mamy entuzjastów zbierających artefakty i walczących ze stosem wiecznie piętrzących się problemów. Z drugiej są ludzie, którzy chcieliby tylko zerknąć, jak to było.

![s](http://bronikowski.com/wp-content/uploads/2014/09/s.jpg)

Tych pierwszych podziwiam, ale im współczuję. Drugich rozumiem, bo sam wolę być hedonistycznym retronautą: skupić się na własnej radości.

Dlaczego w świecie krzemu tak trudno uzyskać autentyczność „w warunkach domowych”? Najlepiej ująć to następująco: w dupach nam się poprzewracało.

Kiedy autor gry chce nawiązać do ośmiobitowych lat chwały, dziś jego dzieła nie ograniczy sprzęt, na którym owo dzieło będzie konsumowane. Grafik może narysować postać przy pomocy „dużych pikseli”, ale nadal będzie ich więcej niż 320x200. Nie będzie też chciał rwać sobie włosów z głowy, próbując zmieścić się w szesnastu
kolorach, z których połowa wygląda jak coś, co umarło w męczarniach.

Programista nie musi gdybać nad liczbą „duszków” na ekranie, wolną pamięcią i czasem dostępu do danych na nośniku.

Nie jest to przytyk. To konsekwencja.

Może autentyczność jest wartością przecenioną i retro należy traktować tylko jako estetyczny wybór, który zachowuje sedno rzeczy udawanej? Kwarcowy zegarek kieszonkowy i ośmiobitowa gra, której instalator zajmuje kilka gigabajtów, mogą wywołać grymas u purysty, ale przecież nadal jesteśmy w stanie ustalić, która jest godzina i ile czasu spędziliśmy, grając w platformówkę o smaku i zapachu nieodróżnialnym od tych z Nintendo.

Czytałem ostatnio książkę — Gwiezdne Wojny napisane jak szekspirowska sztuka. Ani to autentyczne Gwiezdne Wojny, ani Szekspir. Ni pies, ni wydra, podobny do świdra.

To był eksperyment, choć może zbyt łatwy do zakwalifikowania w kategorii „skok na kasę”, jak te wszystkie książki znajdujące się w domenie publicznej, do których jakiś typ dodaje ”…and zombies”. Z drugiej strony ”Krzyżacy and zombies” brzmią nieźle.

Połączenie estetyki, o której myślimy „wielkie dzieło”, i Gwiezdnych Wojen, które dla wielu było pierwszym spotkaniem z monomitem.

Cieszmy się z naszych podrabianych wspomnień. Coraz wyraźniej widzę nadchodzący czas nowej fali: low poly. Już nie piksele wielkości pięści, a obiekty składające się z kilku ścian, bez nich lub z niewielką ich liczbą, cieniowane. Użytkownicy oryginalnej PlayStation dobijają do finansowej niezależności, rynek musi karmić spragnionych.

![low poly](http://bronikowski.com/wp-content/uploads/2014/09/w6ZG2zo.jpg)

Kiedy nasze retro odejdzie w przeszłość, będziemy przynajmniej mogli mówić, że było lepsze niż to nowe retro, które dopiero przyjdzie.

  1. Osobiście byłem fanem niebiesko-czarnych, a gardziłem zielono-czarnymi