Archiwum | emil@fuse.pl

Retroboat 2015: widok z okopu

Piotrek jest organizatorem. Ciężko jest żyć z organizatorami, ciągle coś wymyślają, a ich filtr samokrytyki bywa przykręcony w okolice zera. Nasza znajomość polega na tym, że on wymyśla, a ja mu skreślam. Jestem osobistą kotwicą hamującą jego transatlantyk, bo z mojej pozycji często widać, że na burcie napisano „Titanic”.

W zeszłym roku zasugerował, że moglibyśmy przejąć jedno z muzeów podczas corocznej imprezy kulturalnej. Potakiwałem, wiedząc, że przy takiej rozbiegówce pomysł rozmieni się na drobne, a te drobne wydamy na piwo.

Niestety, ku mojemu zdziwieniu, dzień po zamknięciu listy instytucji chcących uczestniczyć w wydarzeniu, Piotrek zerwał się z miejsca i zaczął organizować.

Między e-mailem do jednej łódzkiej firmy, odbieraniem banerów i gadżetów (mój faworyt to składany karmnik dla ptaków), e-mailem do drugiej firmy i logistyką wymęczoną jak my sami, okazało się, że jednej nocy mamy stanąć na trzecim piętrze Muzeum Włókiennictwa. Mamy odpalić te wszystkie wspaniałe komputery z naszej młodości, które tyle nam dały, których radością z obcowania chcieliśmy się podzielić. Ktoś miał też przynieść Atari.

Będąc cynikiem, a cynikiem nie stajesz się genetycznie, tylko przez doświadczenie, spodziewałem się że nasza praca zaowocuje liczbą gości policzalną na palcach wszystkich organizatorów.

Około 18:00, chwilę po podłączeniu ostatnich maszyn, muzeum szykowało się do otwarcia wrót. Ktoś poszedł sprawdzić sytuację i wrócił, obwieszczając, że dzicz stoi pod bramą, gotowa na realizację naszego statutowego założenia wystawy: „proszę dotykać eksponaty”.

Osiemset to była przesada. Obserwator pewnie nigdy nie był na imprezie masowej i liczył, używając takich pojęć, jak grupka, wiele, liczba Dunbara, ponad osiemset, nieprzeliczalne. Nie żeby jego dokładność cokolwiek zmieniła — do pustej sali wlał się tłum ludzi, którzy natychmiast zasiedli przed komputerami i domagali się żeby odpalić im dokładnie tę grę, której nie dali rady 25 lat temu. Poczułem się trochę jak poeta na wieczorku poetyckim, tylko z widownią złożoną z ludzi innych niż poeci i znajomi.

Ludzie

Tłum wijący się dookoła mojego sektora wypluwa w moim kierunku dwie kobiety prowadzone przez współorganizatora.

— Proszę pana, taka gra, facet w kapelusiku skakał przez czaszki…

Montezuma’s Revenge?

TAK!

— A taki samolocik, co leci do gó… — wtrąciła się druga.

River Raid?

— Wow — powiedziały obie.

Trzydzieści pięć lat marnowania życia wreszcie wypłaciło dywidendy w endorfinach.

Potem przy Amidze 1200 sadzam panią z córką i pytam małą, w co chciałaby zagrać. Pani mówi, żebym wybrał jakąś grę „dla dziewczynek”. Odpowiadam jej, że wszystkie gry są dla dziewczynek, i wkładam dyskietkę z Ruff’n’Tumble.

Sodarówna

* * *

Byłem zbyt zajęty, żeby znaleźć w tym rozgardiaszu spójną narrację. Mam tylko obrazki.

* * *

Ktoś zostawił na A3000 odpalony Mortal Kombat II. Siada do niego dwójka znajomych, jeden z nich w towarzystwie dziewczyny. Pojedynek za pojedynkiem, pojedynek za pojedynkiem. Dziewczyna kładzie głowę na blacie, a jej szare oczy powtarzają bezgłośnie w kierunku (prawdopodobnie) chłopaka: „Serio? Serio, serio?”.

Po jakimś czasie odchodzą, by wrócić po mniej niż godzinie. „Odpali nam pan Mortala?”. Odpalam i znów mam zero na karmicznym rachunku z płcią piękną, bo dziewczyna kładzie się na blacie, ale tym razem ja jestem ofiarą jej wzroku.

MKII

* * *

Obok stoi Mak. Odpaliłem na nim Quake’a, bo to zawsze pewny magnes. Karuzela na krześle trwa, a ja, kiedy tylko zauważę nową osobę, krzyczę, że „nie wasd, tylko strzałki, bo ktoś nie bindował”. Rozważam nawet przestawienie, ale jestem zbyt zajęty. W czwartej godzinie znajduję dziewczynkę, ma może siedem lat, która kręci kursorem dookoła ekranu.

Podchodzę, witam, mówię o strzałkach.

— Nie, nie. „w” się idzie. — dla potwierdzenia wciska „w”. — Boję się tylko zejść po tych schodach, bo jest ciemno.

Koryguję gammę.

* * *

Pani z wózkiem woła „czy ktoś chce zagrać z moim mężem w Sensible World of Soccer?”.

W mojej głowie przetłumaczyło się to na „Kto chce lanie od Emila”.

On mnie pyta, czy można grać na klawiszach. Odpowiadam, że na Amidze nie można, ale nie ma różnicy, bo nie jestem za dobry. Gramy FC Parma (ja) i Czerwone Diabły (on). Strzelam mu pierwszą bramkę w trzy sekundy po gwizdku. Potem następną. Cantona zmniejsza rozmiary porażki.

Bierze ode mnie wizytówkę żeby się kiedyś ustawić na granie.

* * *

Godzinę po rozpoczęciu wszystkiego rozlega się huk. Ira włączyła czajnik żeby zrobić nam kawy. Czajnik wyłączył bezpiecznik. Dziesięć minut biegania i wyginania rąk, pełzania pod ławkami, przerzucania przedłużaczy nad ozdobnymi, przeszklonymi drzwiami oddzielającymi nas od sztuki właściwej.

* * *

Coraz bliżej końca. Palę papierosa i rozmyślam, czy nie włączyć znów czajnika, sabotując swoją własną pracę. Macham jednak ręką i czołgam się w kierunku lobby. Drugimi drzwiami nadciąga Pan i Pani oraz gromadka dzieci.

Oni patrzą na mnie, ja na nich. Oni są zmęczeni, ja jestem zmęczony. Pada uwaga do stadka ludzkich szczeniaków: to ostatnie miejsce, najwyżej pierwsze piętro!

Odwracam się po pokonaniu kilku schodów i przemawiam:

— Proszę Państwa, zapraszam Państwa na trzecie piętro, gdzie są komputery!

Tłum dzieci zbił się w kupę a potem eksplodował w węża, którego wszystkie głowy krzyczały „Jeeee, komputery” kiedy wspinały się po schodach. Opiekunowie podążyli.

Nigdy więcej nie będę cierpiał sam tej nocy.

Konsole

* * *

Jest pierwsza ileśtam. Strzelają korki szampanów, rozmawiamy z dyrektorką muzeum. Jest zadowolona, jesteśmy zadowoleni. Pomagam trochę pakować, ale ledwie już stoję na nogach. Idę na pieszo do domu.

O drugiej siadam za biurkiem i otwieram piwo. Włączam Dragonball Z. Jestem zbyt zmęczony by zasnąć.

Tak samo o piątej.

Usypiam o wpół do szóstej. Wstaję o dziesiątej, nie mogę się ruszyć, ale mam jeszcze 365 dni żeby odpocząć.

Oranizatorzy

Za udział się wzięli(od lewej): moi, Krzysiek Chwałowski, Kamil “OSH”, Przemek Wrona, Tomasz “Alt_” Marcinkowski, Michał “mwb113”. Dół: Piotr & Ira Potera.

Częściowa kurekta: Kaja Zdjęcia: Ira Potera.