Béton brut

Skrzypek przy gmachu

2009-10-21

Przylazł do mnie po raz kolejny taki link. Dwa razy przylazł przez RSS, raz przylazł e-mailem. I pewnie ktoś jeszcze mi wspomniał. Link prowadzi do artykułu zakończonego opowiadaniem o skrzypku, co grał ludziom i o tym, że ludzie go nie kochali. Co wskazuje na nasze ostateczne zdziczenie, upadek kultury, nieokiełznany konsumizm i triumf cywilizacji śmieci, czy też śmierci.

Grał im pięknie, grał im na drogim instrumencie. A oni, że tak zacytuję zrozpaczonego bohatera — “[…] nawet nie odstawiali od ucha komórki”.

Uważam się za człowieka kulturalnego. Byłem z własnej woli w budynku teatru, nawet raz na przedstawieniu, dostałem kiedyś darmowe bilety do Opery i poszedłem, czytam na kiblu i nie sikam w McDonald’s. Można śmiało stwierdzić, że jestem w czubie reprezentantów kultury w Polsce. Mimo to, grający na ulicy skrzypek mnie nie interesuje. Nawet gdyby miał dwie głowy i jedna byłaby rudowłosą azjatycką ateistką z ciągotami do czerwonego wina i horrorów klasy B. Bo widzi Pan, Panie autorze tekstu i Panie Zrozpaczony Muzyku, ja jestem na ulicy w najbardziej trywialnym celu. Przemieszczam się z punktu A do punktu B, omijając psie gówna, ulotki szkół języków i skrzypków.

Ludzie wracający do domu po pracy w kopalni zegarków nie zatrzymają się, aby rozważyć szczególnie udane allegro. Ludzie umawiający się właśnie na randkę przez telefon komórkowy nie przystaną rozważyć historii skrzypiec. Piesi nie mają nawet narzędzi do oceny jakości muzyki granej dla nich. Osoby, którzy tego nie rozumieją, określam zwrotem “Janek jest bardzo utalentowany i bardzo głupi”.

Eksperymenty takie służą tylko i wyłącznie jako obciążnik do reportaży w gazetach. Są obliczone na gilgotanie naszej lewicowej wrażliwości, żebyśmy znad zakładki z E-Faktem mogli poczuć się częścią grupy, którą martwi stan kultury. Lepszym eksperymentem byłoby wynajęcie jakiejś dobrej salki, gdzie można w spokoju posłuchać recitalu i rzucenie informacji na jedno z lokalnych forów. Problem w tym, że “eksperyment” (bo to z prawdziwym eksperymentem nie ma nic wspólnego) został przygotowany pod tezę, którą autor ułożył sobie w głowie.

Jeżeli fakt olewania kolejnego grajka w plątaninie ulic miasta ma świadczyć o kondycji kultury, to ja mam lepszą teorię. Inni klienci nocnego punktu doładowań alkoholu i tytoniu nie witają się ze mną, wchodzącego wprost z deszczu w objęcia ciepłego i oświetlonego sklepu, nie potrząsają mi prawicą i nie śmieją się jowialnie. Znaczy, że duch przyjaźni i miłości też przepadł.

Albo na wszystko jest miejsce. Albo mam słuchawki. I nie słyszę skrzypków czy też uprzejmie pijanych współkolejkowiczów.