Béton brut

Star Wars

2012-06-29

Miałem wujka Andrzeja. Kiedyś do wszystkich sąsiadów mówiło się per „wujku” i „ciociu”. Rzeczywistość życia w końcówce PRL-u powodowała, że kontakty między obcymi sobie ludźmi były bliższe, wszyscy musieli kombinować, a kombinowanie w grupie dawało lepsze rezultaty.

Zanim wujek Andrzej przesiadł się do TIR-a 1, jeździł Starem. Imponująca ciężarówka, której podnosiła się kipa. Czasem zabierał mnie do pracy. Odwiedzaliśmy wysypisko śmieci pod Łodzią, czy też częstochowskie centrum przeładunkowe. Podczas tych podróży miałem okazję pierwszy raz słuchać reggae. 2

Star zawładnął moim umysłem. Nigdy nie prosiłem o prezenty - byłem jednym z tych fałszywie skromnych dzieci, które żywią się samym faktem moralnego kopniaka, jaki daje im świadomość, że w pewien pokręcony, dziecinny sposób są lepsze od rówieśników. Mimo to tym razem poprosiłem matkę o zakup Stara. Wydawało mi się oczywiste, że posiadanie Stara jest prawem każdego człowieka, zwłaszcza sześciolatka. Matka się zgodziła. Lata odmawiania prezentów wreszcie skumulowały się w jedną wielką, karmiczną wypłatę!

Przejawiając dawno utracony zmysł biznesowy, rozpocząłem systematyczne wizyty w domach sąsiadów. Proponowałem moje usługi w przewożeniu rzeczy Starem, którego dumnym posiadaczem wkrótce miałem się stać. Wszyscy się zgadzali, gładzili mnie po główce i mówili, że oczywiście.

Marketing, bitches!

Przyszedł dzień, w którym miałem otrzymać to, co mi obiecano. Stałem na podwórku i czekałem. Matka otworzyła bramę i widząc mnie, zaczęła iść do mnie z uśmiechem na twarzy. Za sobą ciągnęła pięknego zabawkowego Stara.

Blednę na samo wspomnienie nienawiści, którą czułem. Żalu. Uczucia bycia oszukanym, świadomości, że wszyscy wiedzieli i grali sobie na moich uczuciach do Stara. Zacząłem biec w kierunku matki, ominąłem jej wyciągniętą rękę i wyjebałem Starowi z kopa. Wybiegłem przez otwartą bramę. Finału nie pamiętam. Pamiętam tylko emocje związane z obezwładniającą złością i bezradnością.

Mijają lata, a ja nadal nie potrafię odróżnić wizji, które roztaczam, od rzeczywistości, która przytelepała się na bardzo małych, drewnianych kółkach.

  1. awans zawodowy na miarę czasów wykluwającego się kapitalizmu
  2. To były jakieś okropne covery jamajskich standardów wykonywane przez germańskie kapele. Zasiały jednak ziarenko. To dygresja, po prostu przewinęło mi się przez głowę, kiedy pierwszy raz usłyszałem „Pass the kutchie”