Béton brut

Kanał subskrybcji Napisz do mnie…

Trafić

2008-03-22

Lokal wyglądał jak połączenie pubu z barem mlecznym, który udaje restauracje dzięki zręcznemu udekorowaniu stołów i nałożenia ramy na miejsce gdzie spod farby wyłaził grzyb — tabliczka obok podawała informacje, że to bardzo rzadkie dzieło azjatyckiego twórcy Sane Pida.

Wszedłem tam przypadkiem. Człowiek głodny nie myśli, a jeżeli nie myślał jeszcze zanim zgłodniał, to do bezmyślności dokłada agresje. Zamówiłem lekki obiad z dwu dań i osłoniłem się przed tubylcami gazetą, która na pierwszej stronie straszyła polską polityką, a na ostatniej polską ligą. Czytałem więc artykuły w środku — ważka dyskusja o polskich programach rozrywkowych na zagranicznych licencjach.

Mój gazeciany mur berliński poległ pod demokratycznym naporem kelnera, który gestem dość zdecydowanym opuścił moją gazetę tak, aby mógł mówić patrząc mi w oczy. Kaszlną nie zakrywając ust i powiedział: “Zupa będzie później” — nie proszę / przepraszam / dziękuję — informacja jak z agencji prasowej. Bąknąłem coś pod nosem leczy kelner podjął na nowo “Kucharz ma coś z pęcherzem. Mogliśmy go odesłać do domu i zwinąć interes na kilka dni, ale chłopaki wymyślili, że można mu postawić wiadro i teraz leje nie odchodząc od pracy! Jak te Niemcy przy tym piwnym festynie, wie Pan?” — tu porozumiewawczo rzucił lekki uśmieszek sygnalizujący, że ludzie obyci w świecie wiedzą.

Jak to?! Jak to?! Przecież to niedopuszczalne! Nie dość, że to skandaliczne zachowanie, to Pan się jeszcze tym chwali? Żądam żeby przyszedł tu ktoś z kierownictwa lokalu” — powiedziałem tonem człowieka, który wie czego chce, że chce tego teraz i że nie jest to zupa.

Kelner zapalił zapałkę o mój stół i wyciągając pogniecionego peta zza ucha na wpół wykaszlał, na wpół wychrypiał: “On z Panem nie będzie gadał. Jak Pana zobaczył, to zapytał, co Pan zamówił. Powiedziałem. Stwierdził, żeś Pan żyd, prasę polskojęzyczną Pan czytasz i nie zamówiłeś porcji wieprzowych nóżek, które uzyskujemy z kurzych łap i ścinków parówek drobiowych”

Zacząłem się ubierać, chciałem ostentacyjnie opuścić lokal. Rzucić spojrzenie “nie zapłacę, gnidy” i trzasnąć drzwiami z odpowiednim efektem. Zapytałem jednak — odwołując szturm na drzwi — “Jezu, to najgorszy lokal, jaki widziałem. Jak Wy się utrzymujecie”

Tu kelner nachylił się do mnie i powiedział scenicznym szeptem:

Wszystko to kwestia targetu, wie Pan. Raz na dwa tygodnie organizujemy spędy blogosfery. Prawdziwy bloger jest wtedy szczęśliwy, gdy może się wyżalić. Że w obcym kraju strzelają ludziom w plecy, że przedstawiciel siły politycznej znów mówił jak nawalony, że zupa była za słona.

Z tym strzelaniem i politykami to nic nie możemy poradzić. Możemy za to zgubić ich kurtki, oblać czymś, pomylić dania, smażyć wegetariańskie posiłki na smalcu wytopionym z grillowych kiełbasek. Grubiańsko się odezwać czy nawet wywlec kogoś za frak.

Potem wracają do domu i piszą! Skandal! I przysyłają nam e-maile z podziękowaniami. Są twórcami opinii, a my im tę twórczość ułatwiamy, żeby szukać i jeździć po świecie nie musieli”

Wyszedłem z knajpy, wróciłem do domu i zalogowałem się do systemu blogowego. Nie wiem jeszcze, o czym napiszę.

Całkiem serio: Łódź będzie miała we wtorek swój *camp. Nie znam absolutnie nikogo, nie mam nic do powiedzenia, nie mam chyba nawet wizytówek, ale wpadnę się napić piwa i zobaczyć jak rodzi się nowa, świecka tradycja. Boatcamp, klub Morphine (była Dekompresja, ale dojazdu nie powiem, bo nie potrafię nadążyć za zmianami w komunikacji miejskiej), wtorek, 19.