Béton brut

Ty, ja i fotorezystor

2010-10-28

Będzie to historia o kreacji kreatury. Anegdota o mistrzu i uczniu, pełna gorącej cyny i drewnianych biurek z ranami po wiertłach, które ominęły swój cel. Wyjaśnię, skąd się biorą wszelkiej maści giki i jak możesz sobie takiego wyhodować we własnym domu.

Będzie to też laurka dla mojego Ojca, osobistego mitbastera, hakera i szalonego elektronika, który nie przegrywa jak ten od Piotra Fronczewskiego. Wszystkie historie są prawdziwe, każda wydarzyła się w końcówce lat osiemdziesiątych, w małym jednopokojowym mieszkaniu na granicy miasta.

Lewo, prawo. Lewo, prawo.

Matka nie wróciła jeszcze z pracy. Trzyzmianowy system pracy czy też zakładowa impreza. Życie pracownika fizycznego w PRL-u zawsze było wypadkową wódki i trzech zmian. Siedzieliśmy z Ojcem w kuchni i przerzucaliśmy strony “Młodego Technika” lub “Elektrotechnika”. Mogło pojawić się też radzieckie “Radio”. Herbata indyjska, którą wujek pieszczotliwie nazywa “malowanym drewnem” ze względu na smak i wartości, lała się strumieniami. Trzy łyżki cukru i może trochę “koncentratu cytrynowego”, żeby całość nadawała się do spożycia.

Ojciec pochylił się mocniej nad którąś ze stron i postukał palcem. Znak, że jest rzecz godna uwagi. Był to układ zdalnego sterowania, do którego akurat mieliśmy części. Kiedy po pewnym czasie układ został skończony, stwierdziliśmy z żalem, że nie mamy czym sterować. Jak polski rząd: jest układ, nie ma celu.

Matka zastała nas w ciemnym korytarzu prowadzącym do mieszkania. Podskakiwaliśmy i wykrzykiwaliśmy sukces. Wyrywaliśmy sobie małą płytkę z potencjometrem, podbiegali do progu i powtarzali podskakiwanie i krzyki.

Na blacie stołu leżała moja mała wiertarka Piko. Jedyna na świecie wiertarka, której kierunek obrotu silnika można zmienić zdalnie. Bezsensowna radość tworzenia.

Jak w cyrku

Zapytany o to, czym jest gaz, nie potrafiłem odpowiedzieć. Gaz Niemcy chyba rzucali? Takie białe, puszyste? Czy to może być ciężkie? No jasne, że nie może być ciężkie. Ojciec wyciągnął szklankę w pięknym koszyczku z czerwonego plastiku. Sięgnął po zapalniczkę i pokazał mi przelewającą się w niej wodę.

— To jest gaz i ten gaz jest cięższy od powietrza - zakomunikował.

Trzymając zapalniczkę nad szklanką nacisnął języczek. Po pewnym czasie podniósł szklankę i zniżył ją na poziom moich oczu, mówiąc:

— Na dnie leży gaz. Nie widzisz go, bo jest przezroczysty jak powietrze. Nie poleci też nigdzie, bo jest cięższy niż powietrze.

Wiedziałem, że mnie oszukuje. Poruszałem szklanką, jakbym mieszał wino (umiejętność, która przydała się dopiero w przyszłości) i stwierdziłem, że niczego tam nie ma. Ojciec zabrał mi szklankę z rąk, zapalił zapałkę i trzymając ją między palcami “wypił” to, czego nie było w szklance. Kiwnął do mnie głową i dmuchnął w kierunku świeczki kulą pomarańczowego ognia.

Graj mi, piękny cyganie

Wychowując się wśród szkieletów telewizorów, które sąsiedzi znosili do nas na ostatnie namaszczenie, wśród przedłużaczy zrobionych z przedłużaczy, które są z kabla od prodiża, miałem niejednokrotnie okazję być rażony prądem. 1 Im więcej wiedziałem o faktach związanych z rażeniem prądem, tym bardziej się go bałem. Stwierdzenia takie jak “elektroliza” i “rozpad czerwonych krwinek” działały strasznie na moją fantazję.

Dlatego też nie chciałem się brać za wynalazek, który podgapiłem w książce kolegi ze szkoły. Był to instrument muzyczny zrobiony z kartki i ołówka. Ostatecznie wybłagałem jeden z głośniczków piezoelektrycznych leżących w szafkach Ojca. Pomazałem kartkę ołówkiem, wpiąłem w jeden brzeg przewód, a do końcówki ołówka przytwierdziłem jego drugą część. Podłączyłem głośniczek do prądu i ku mojemu zdumieniu popłynął dzwięk. Niczym to jednak nie przypominało instrumentu.

Zwołałem konsultacje na najwyższym szczeblu. Dowiedziałem się, że wiele rzeczy przewodzi. Że grafit w ołówku jest właśnie takim przewodnikiem i jeśli porysuję kartkę w jednym miejscu mocniej a w drugim lżej to zmienię coś, co nazywa się rezystancją.

Pierwszy raz mogłem dotknąć oliwkowego miernika. Wiedziałem już wcześniej, że pokazuje on, ile prąd może. Teraz okazało się, że przestawienie na tę rozszarpaną od spodu literę O mierzy ile prąd nie może.

Na koniec dnia wiedziałem już, że sam jestem przewodnikiem i dlatego prąd lubi po mnie chodzić, choć według wskazań rozerwanego O dużo bardziej wolałby chodzić po kablu.

Czas, czas, czas

Wiele można założyć obserwując człowieka, który wciąga taczkę cegieł na trzecie piętro. “Artystyczna dusza” nie jest raczej jedną z rzeczy, które przebiegają ci przez głowę. I może sam bym nie wierzył, gdybym nie miał okazję widzieć zegarków, które zrobił mój Ojciec.

Nie lubiłem wstawać. Nie lubiłem wstawać, kłaść się, odrabiać lekcji. Lubiłem grzebać, czytać Bajtka i Młodego Technika i udawać gorączkę, żeby móc zostać samemu i oglądać programy przeznaczone dla rolników. 2

Któregoś dnia Ojciec przyniósł mi mój własny budzik. Nie byle jaki budzik, choć umiałem już czytać godziny ze wskazówek, ten uśmiechał się do mnie białą tarczą z małym okienkiem, w którym przesuwały się obrazki. Pomiędzy ósmą a czternastą przewijały się rysunki książek, tablicy. Później słońce, piłka i inne sugestie wolności od zajęć lekcyjnych. Po nich nadchodziło biurko-z-lampką, którego nie znosiłem strasznie. Znaczyło chyba “robienie lekcji”, choć ja głównie używałem go do patrzenia w blat i rozgrywania pojedynków z kosmicznymi najeźdźcami (widziałem już Star Wars: New Hope) we własnej głowie.

To była fantastyczna rzecz. Dwa tekturowe okręgi, okienko wielkości dwóch godzin, drugi okręg zawierał rysunki i był podczepiony do mechanizmu kręcącego godzinową wskazówką. Mechanizm opóźniony o połowę, aby nie było problemu z zwykłą, dwunastogodzinną skalą.

Kilka lat temu znalazłem budzik i próbowałem zrobić kopię. Niestety, okazało się, że można zaszczepić chęć do rozgrzebywania rzeczy, ale zdolność manualna wymaga po prostu treningu. Rozwaliłem go młotkiem po drugim dniu dopasowywania tarczy.

Nie wiem skąd się wziął pomysł na drugi zegar. To chyba jedna z tych nerdowskich rzeczy; kiedy pytasz “dlaczego?”, to znaczy, że to coś nie jest dla ciebie.

Pamiętacie takie masywne, rosyjskie zegarki. Wiem, że “masywne” i “rosyjskie” brzmi prawie jak żart, w takim razie “masywniejsze niż zwykle”; były elektroniczne, miały czerwoną tarczę, która wyświetlała godzinę po naciśnięciu guzika.

Kiedyś jeden z tych zegarków pojawił się na biurku. Za każdym razem, gdy przechodziłem obok, zmieniał swój stan. Stracił pasek. Potem wyskoczył z koperty. Biały plastik utrzymujący elektronikę i kwarc został rozcięty. Przysiadam i oglądam przez kilka godzin, jak Ojciec dolutowuje przewody grubości włosa do wyświetlacza. Grot lutownicy zrobiony z igły. Gdybym wiedział wtedy co to jest “cyberpunk” pewnie powiedziałbym — Niezły cyberpunk, Tato.

Pod wieczór z ekranu zegarka sterczało ponad 60 przewodów. Po chwili na stole pojawiło się coś znajomego. Czarny element ze szkiełkiem, jak do aparatu. Ojciec przez chwilę próbował osadzić wyświetlacz tak, aby był widoczny zza oczka. Kiedy kładłem się już spać słyszałem, jak z szafy sypią się graty. Za chwilę na środku pokoju stanął taboret, a na nim rzutnik do przeźroczy. Ojciec nakręcił soczewkę z zegarkiem i zapalił lampę rzutnika. Cała ściana pokoju zamieniła się w wielki zegarek. Zegarek wkręcony w soczewkę do rzutnika. Kropki sekundnika wielkości mojej głowy. Lekko zielony na białej ścianie.

Kiedy stajesz oko w oko ze sztuką, nie liczysz czasu. Przez godzinę nie liczyłem czasu oglądając jak czas odlicza się na ścianie.

A co Ty?

Ten tekst zaczął się od notatki na kartce: nie płacz, wychowaj sobie gika.

Miał to być oskarżycielski wpisik o tym, że grupa fascynatów nie powinna płakać nad tym, że Apple robi “sklep z aplikacjami” i jak to gwałci twoje prawa do kompilowania kernela. Zamiast lać żółć, zaszczep u innych to, co jest najlepsze w byciu dziwakiem.

Pamiętasz tego jednego człowieka, który podrzucił ci dyskietkę, pożyczył magazyn i może nauczył jak ściągać muzykę za darmo? Tego człowieka, który przyniósł do ciebie swój obrazek, muzykę lub program, który rysował kolorowe paski? Najwyższa pora, żebyś sam zrobił własne giki.

  1. kolokwialnie “kopnięty”, oduczyłem się tak mówić po tym jak na praktykach profesor kopał w tyłek za “kopnąć” i “korki”
  2. przez pewien czas trzymałem rękę na pulsie rynku pasz