Béton brut

Tak było, jest i będzie

2022-11-14

Nabyłem się dziwnej ułomności. Wielu literatów znam z ich esejów, listów, polemik i dzienników bardziej niż z nowel czy zbiorów poezji.

Do Tołstoja, Fauklnera, Bashō, Berry’ego, czy też Orwella dorzuciłem ostatnio Umberto Eco, którego trzy tomy (tomiki właściwie, sto parę stron) esejów opublikowanych w tygodniku L’Espresso na przełomie lat 1986-1996 znalazłem na półce biblioteki.

Nie będę podejmował próby recenzowania tego zbioru, bo mam do tego zero talentu, wystarczy powiedzieć, że kilka mi się podobało, większość była neutralna, a te dotyczące włoskiej polityki przeleciałyby mi kompletnie przez palce gdyby nie nazwisko Berlusconiego, dla Eco premiera rządu, dla mnie właściciela skandalicznie dobrej drużyny AC Milan. Czemu zajmuję więc Wam czas? Ostatni tom, z lat 1994-1996, zawiera kilka esejów dotyczących Internetu i komputerów ogólnie. O komputerach w tamtych czasach czytałem dużo, ale moimi źródłami były jedyne osoby, które w tamtych latach darzyłem zaufaniem: inni pojebani komputerowcy. Co też mógł myśleć, mający wówczas 62 lata, mediewista?

Już w pierwszym tomie Umberto ujawnił się jako ktoś, kto lubi technologię i ją rozumie, ale nie uważa, że samo jej istnienie jest wartością dodaną. Spędza jeden esej wertując katalog sklepu elektronicznego sprzedającego wysyłkowo rozmaite gadżety, w tym protoplastę smartłoczy1 — skomplikowany zestaw czujników pod postacią uprzęży i zegarka jako terminala, dla biegaczy. Eco zastanawia się jak dobrze mają Amerykanie, którzy mogą otrzymać audio-wizualne ostrzeżenie o zmęczeniu, gdy biegaczy w Afryce musi po prostu złapać kolka. Teraz byłaby to trywialna obserwacja, sam ją pewnie popełniłem, ale w 1982 jest ciekawą prognozą.

Dostało się też ikonom. Ikony, jak zauważa Umberto, są przydatne w momentach, kiedy musimy coś zakomunikować bez użycia języka. Toaleta na międzynarodowym lotnisku, znak STOP na granicy. Według autora każdy użytkownik komputera musi umieć czytać żeby móc coś ze swojej maszyny wydusić. Ikony same w sobie, zwłaszcza w czasach przed unifikacją interfaceów, były za każdym razem zgadywanką. Przykładowo panel wyszukiwania schowany pod ikoną przedstawiającą czapkę-uszatkę noszoną przez Holmesa. Sam pamiętam, że to gdzieś widziałem.

Tu naszła mnie myśl poboczna: przeszliśmy pewien cykl. Na początku ikony trzeba było odkryć, bo akcje, które reprezentowały nie były jasne, więc i one nie były. Potem osiągnęliśmy equilibrium, by ostatecznie ikony znów straciły kompletnie znaczenie. Czemu ikona z niebieskim i białym prostokątem zapisuje mój dokument „do chmury”?

Dwa teksty poświęcone były wyszukiwaniu. Pierwszy tekst dotyczy dziobaków i przypomina mi o czasach nieco bardziej sielskiego, zdecentralizowanego naturalnie dzięki braku obecności molochów i ich grawitacji, Internetu. Wynikami dyskutowanymi są strony Uniwersytetu w Illinois, prywatne zapiski fascynatów, lingwistyczna monografia na temat „jaka jest prawidłowa forma mnoga słowa «dziobak»”, katalog monet z wizerunkiem stworzenia oraz stronę poświęconą hipotezie jakoby dziobak, zwierze „anty-kantowskie, kolażem złożonym z cytatów z innych zwierząt”2, jest dowodem na akt stworzenia, bo ewolucja takiej rzeczy nie mogła „poskładać”.

Całkiem przyjemna podróż w przeszłość.

W drugim tekście o wyszukiwaniu jest o gołych paniach i niemożności odkrycia, gdzie się chowają w publicznym Internecie. Eco co chwila zachodzi, zaproszony linkami pełnymi obietnic na prywatne strony, które golizny nie zawierają. Poświęca więc chwilę na pracę detektywistyczną i odkrywa pracownika banku, który dorabia sobie utykając różne internetowe katalogi3 linkami do stron prywatnych opisanych jako golizna. SEO, pod różnymi nazwami, było zawsze przekleństwem, choć wykonane manualnie przez kogoś dorabiającego na piwo wydaje się szlachetniejsze niż to, które mamy obecnie.

Ostatnim odwiedzonym linkiem okazuje się być strona zawierająca purytańskie kazanie do poszukiwaczy pornografii, pełną ostrzeżeń co do szkód natury duchowej i cielesnej jakich można się nabyć przez konsumpcję. Tam kończy się esej, bez osiągnięcia ekstazy.

Zabawne, że składacz, wydawca lub tłumacz (a może wszyscy naraz) wykłada się za każdym razem, gdy w tekście znajduje się URL. Książka wydana w 1997, wydawałoby się, że sztuka stawiania dwukropków i slashy została opanowana w wystarczającym stopniu.

Zdjęcie książki ukazujące błędnie wydrukowany adres

Nie dało się uniknąć najważniejszego tematu lat dziewięćdziesiątych: świętych wojen między platformami. Uberto postuluje aby wojnę pomiędzy Macintoshem a PC-tem rozpatrywać w kategoriach sporu pomiędzy katolicyzmem a protestanckim kalwinizmem. Macintosh jest katolicki, spolegliwy, katechetyczny, prowadzi cię za rękę do zbawienia. PC jest protestancki, bo nie oferuje zbawienia każdemu, a tylko tym, którzy podejmują dobre dzieła, takie jak edytowanie autoexec.bat. Windows jawi się autorowi jako dzieło kontrreformacji.

My, amigowcy, byliśmy bez wątpienia jakimś odłamem buddyzmu. Uwięzieni w samsarze, skazani na wieczną śmierć i odrodzenie.

Ostatni tekst dotyka Internetu w najmniejszym możliwym stopniu, jako puenta. Jest jednak najbardziej, jeśli mogę to tak ująć, współczesny.

We włoskim mieście zebrała się grupa intelektualistów by spróbować stworzyć „esperanto tolerancji”, jedną pozycję, którą można pokazać dzieciom szkolnym i przez to dać im narzędzia do lepszego życia w społeczeństwie. Idea godna pochwały, choć wydaje się nieco naiwna. Nie jest to tylko moja opinia, sami zainteresowani polegli, bo wyprodukowanie kompletnego zbioru etycznych zachowań w oderwaniu od kultury jest trudne. Nie ma prostego sposobu na posortowanie tragedii według jakiegoś klucza, nie da się też ich wyabstrahować z przyczyn i skutków aby powstała Jedna Ludzka Tragedia jako miara niegodziwości.

Spisali więc kilka przykładów, potknięć i obaw w notce służbowej, a potem postanowili zmienić nieco kierunek. Notka wyciekła. Ludzie o dobrych i czystych sumieniach, wolni od grzechów głównych i pomniejszych przeczytali ją uważnie i bez kontekstu po czym rzucili się do swoich faksów by wyrazić niezadowolenie na skandaliczne przykłady w niej użyte. Eco zauważa, że tylko jedna płomienna skarga została złożona przez pracownika włoskiego uniwersytetu, a reszta przypłynęła ze świata, gdzie znajomość języka w której była spisana jest niska. Wysuwa więc hipotezę, że ktoś, gdzieś — może na usenecie, może gdzie indziej, umieścił jej treść. Przetłumaczoną lepiej lub gorzej, ale zatrzymującą uwagę. Jak inaczej wytłumaczyć taką błyskawiczną reakcję?

Czego więc dowiedziałem się o komputerach i Internecie z tekstów osoby postronnej? W sumie niczego, Internet nie zmienił się prawie w ogóle, ani ludzie, co nie jest dziwne, bo nawet amatorska lektura antycznych tekstów czy nawet naściennych bohomazów ujawni nam to szybko. Nadal można znaleźć teksty o dziobakach, prowadzić święte wojny o wyższości rzeczy, którą kupiłeś nad rzeczą, którą kupił ktoś inny, ikony też coraz gorsze, a może ich nawet nie ma, to tylko reszka tej samej monety. Jedyne, co się zmieniło to dostęp do golizny, ale nie będę z tego powodu klaskał.

  1. czy też „zegarków szpiegowskich”, ale nie że ty jesteś Jamesem na usługach jej Królewskiej Mości, tylko, że on Cię szpieguje
  2. Cytuję tu esej, nie zawartość strony
  3. Zanim wyszukiwarki potrafiły przeskanować i zinterpretować większość Internetu katalogi pełniły dobrą odskocznie dla niedzielnego internauty