Béton brut

Wypijmy za błędy

2011-02-11

Errare humanum est. Perseverare diabolicum.

Żyjemy w kulcie sukcesu. Przeszczepiono nam “American Dream” i zamiast generalskiej buławy w plecaku nosimy w sercu mit pucybuta, starletki i Cukiergórów z Twarzoksiążek. O sukcesie się mówi, sukces się pompuje, kto nie miał sukcesu, ten przegrał życie.

“Moja branża” (czyli ogólny hi-tech-kable-i-ekrany) cierpi na nieuleczalną sukcesomanię. Mamy takie spotkania, na których przychodzimy się chwalić, że nie zawaliliśmy projektu. Widownia klaszcze jak u Rubika.

Wydaje się, że pomiędzy pomysłem, wykonaniem a sukcesem nie może minąć więcej niż trzydzieści dni, bo wtedy ktoś mógłby pomyśleć, że sukces został osiągnięty pracą, a branża nowych technologii stoi chińskozupkowymi standardami smaku, czasu wykonania i nieprzystającymi do rzeczywistości oczekiwaniami zwrotu wyhodowanymi na historiach sukcesu, którymi karmią nas poczytne blogi.

Mamy hall of fame, mamy hall of shame, gdzie wpisujemy najbardziej spektakularne katastrofy celem poprawienia sobie humoru kosztem cudzego projektu. Pomiędzy tymi dwoma skrajnościami są jeszcze błędy, które pomagają nam się uczyć. Te, o których nikt nie mówi 1 i te, które są najbardziej wartościowe. Podzielę się z Wami moją ulubioną wtopą w nadziei, że poświęcicie chwilę i napiszecie o swoich. W osobnych notatkach, niech Was zobaczą!

Fabricando fit faber

Była wiosna. Rok 2003. Moja pierwsza “prawdziwa praca” (taka z podatkami, w której nie trzeba biegać starszym po wódkę). Byłem jednym z trzech programistów w projekcie wspomagającym rekrutację pracowników z branży medycznej do skandynawskich placówek. Standardowy zestaw: wyszukiwarki, filtry, CV i lista wysyłkowa. Moim zadaniem było dopisanie kilku nowych funkcji do listy wysyłkowej i optymalizacja.

Obudziłem się radosny. Było ciepło, byłem wreszcie programistą i nauczyłem się nawet pić kawę. Dochodziła szósta. Posadziłem odwłok za biurkiem i zalogowałem się na serwer w pracy z myślą o ścięciu godziny z czasu biurowego, którą mógłbym poświęcić na konsumpcję obiadu. Dopisałem na szybko możliwość dodawania załączników do mailingu, poprawiłem trochę główną pętlę, która teraz wysyłała e-maile w paczkach i puściłem test. Serwer myślał i myślał, aż do komunikatu, że jest chory. Machnąłem ręką i zabrałem się za pakowanie do pracy.

Dotarłem do biura o ósmej i rozsiadłem się. Zadzwonił telefon. Zignorowałem, bo nie odbieram telefonów, zwłaszcza z biurka Projekt Manażera. Telefon dzwonił, dzwonił. Około dziesiątej pojawił się Marcin, PM. Nie minął kwadrans, gdy do pokoju wpadł Tomek, ówczesny dyrektor (obecnie prezes) i zadał nam proste pytanie: “Coście, kurwa, uczynili?”.

Cośmy?

Okazało się, że nie usunąłem linii, która wysyła e-maile. To znaczy, że mój testowy przebieg rozesłał wiadomość do wszystkich lekarzy i pielęgniarek zarejestrowanych w systemie. Kiedy zalogowałem się ponownie na serwer i przeczytałem pętlę oblał mnie zimny pot. Podczas dodawania kodu do grupowania wysyłki nie resetowałem tablicy. Wyjaśniam.

Pierwszy użytkownik na liście dostał e-maila. Potem drugi użytkownik otrzymał e-maila, a pierwszy dostał drugi e-mail. Potem trzeci dostał pierwszy, drugi drugi a pierwszy trzeci. Czwarty pierwszy, trzeci drugi, drugi trzeci, pierwszy czwarty. I tak chyba dwa tysiące osiemset razy.

Odwróciłem się do Tomka i wyjaśniłem, czego dokonałem w wolnym czasie. Po opierdolu otrzymałem przykaz odpowiadania na e-maile wściekłych klientów. Nigdy dotąd tyle osób na raz nie kwestionowało mojej seksualności, pojemności czaszki, nie wymieniało chorób, na które potencjalnie zapadłem. Po godzinie “jebany pedał z wodogłowiem” brzmiało jak “Dzień dobry, ja w sprawie tego mojego konta e-mail, które ma pięciomegowy limit”.

Tu mógłbym zakończyć historię, gdyby nie fakt, że testowałem też załączniki.

Dzień wcześniej Bartosz poprosił mnie o przykład szyfrowania metodą Cezara w C. Ponieważ jestem słabiak w C, postanowiłem spróbować. Tego właśnie kodu użyłem jako przykładowego załącznika. Jak się nazywał plik?

penis.c

Spędziłem dzień razem z kierownictwem na wymyślaniu akronimu pasującego do słowa penis, abyśmy mogli wydać odpowiedni PR, że ten załącznik nie nazywa się od męskiego organu. Najlepszy dzień w sali konferencyjnej!

Dwie najważniejsze lekcje, które odebrałem tego dnia:

  1. Przyznać się do winy jest bardzo łatwo, a po przyznaniu można zająć się gaszeniem pożaru, a nie zacieraniem śladów własnej głupoty
  2. Najgorsze, co może ci zrobić pracodawca to cię zwolnić

No i trochę o tym, że nie testuje się kodu na biednych użytkownikach. I trochę o blokowaniu portów. I że wymyślanie skrótów do słowa “penis” zbliża szeregowego pracownika z kadrą kierowniczą, bo kiedy jeszcze masz okazję błysnąć pomysłem wśród decydentów?

Nie zostałem zwolniony mimo okresu próbnego.

PS. blogowanie mi strasznie zbrzydło. Przewiduję kwartał ciszy.

  1. wiem, że odbyła się przynajmniej jedna konferencja w takim temacie, ale to listek figowy